Przeskocz do treści

2

Po bardzo nieudanym starcie w Gniewinie przyszedł kolejny sprawdzian, tym razem na dwa razy dłuższym dystansie.

Szczerze mówiąc, nie mogłem się już doczekać tego startu. Kilka miesięcy przygotowań, a ja nie miałem okazji do weryfikacji swojej formy, która ostatecznie ma być gotowa na połowę sierpnia, na zawody w Borównie.

Byłem już w Suszu, raz na swoim debiutanckim triathlonie na dystansie sprinterskim, a drugi raz na 1/2IM w 2016 r. kiedy razem z Markiem rywalizowaliśmy w ramach akcji 18%. Ten start w 2016 roku na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako najgorszy start triathlonowy w jakim brałem udział, a wszystko przez potworny upał, który tego dnia próbował nas złamać.

Po trzech latach wracam, na te same zawody, choć porównywać ich nie można bo i trasa rowerowa inna, a biegowa choć ta sama, to z odwróconym kierunkiem. Wracam z myślą, że tym razem jadę się ścigać, oczywiście tylko ze sobą i zweryfikować swoją formę i odnieść się do założeń trenera, a z jego wytycznych wynika, że powinienem poprawić życiówkę (5h27min z Przechlewa w 2015 r.) o kilka ładnych minut.

fot. sportografia.pl

Na starcie ustawia się ponad 300 zawodników, start odbywa się z wody, która otula nas temperaturą 23 stopni C, co umożliwia nam pływanie w piankach. Pamiętam doskonale jak bardzo zagotowałem się na etapie pływackim w 2016 r. ale woda była wtedy o kilka stopni cieplejsza. W tym roku pływanie było bardzo komfortowe za wyjątkiem pierwszych 300m gdzie w przysłowiowej pralce każdy szukał sobie swojego miejsca. Z wody wychodzę po 37m:35s (1900m) na 204 pozycji (1:58min/100m).


Zmiana w T1 przebiegła sprawnie i wsiadam na rower po kolejnych 3 minutach.


W etapie rowerowym pokładam największe nadzieje na "wyrobienie" dobrego wyniku, od dawna nie trenowałem jazdy na rowerze tak jak przez ostatnie miesiące, co powinno się przełożyć na wynik. Do tego zmiana roweru, a co za tym idzie pozycji na rowerze powinna przelożyc się na średnią prędkość. Trasa kolarska składa się z dwóch pętli, na bardzo malowniczej trasie, lekko pofałdowanej z bardzo dobrą nawierzchnią za wyjątkiem jednego kilkukilometrowego fragmentu, gdzie tak trzęsło, że ludzie gubili bidony i pompki z rowerów. Liczne strefy kibica w kolejnych mijanych mieścinach jak zawsze na najwyższym poziomie, czuje się że triathlon w Suszu to nie tylko frajda dla zawodników, ale także dla mieszkańców. Pierwszą pętle zamykam po 1h:19min, co optymistycznie nastawia mnie na dalszą cześć trasy. Przez całe zawody unikam zerkania na zegarek, nie chcę się stresować, wywierać na siebie presji, ani sugerować się międzyczasami, bo to może negatywnie wpłynąć na dalszą, coraz trudniejszą część rywalizacji. Pilnuje tylko, żeby regularnie jeść i pić, bez względu na to czy chce mi się, czy nie chce - trzymam się ustalonego harmonogramu.
Rower kończę po 2h:38min:41s, czyli oba okrążenia pojechałem z identycznym czasem, to dobrze rokuje na dalszą rywalizację. Średnia 34km/h daje mi 134 pozycję na tym etapie.

fot. sportografia.pl


Dwie kolejne minuty spędzam w strefie zmian T2 - przebieram buty, biorę buffa w rękę - mam dylematy czy zakładać go na rękę i używać do wycierania czoła, czy może założyć na głowę, żeby chronił mnie od słońca, ale i dogrzewał w głowę jednocześnie. Ostatecznie całą trasę trzymam go w dłoni :D . Ładuję do stroju dwa żele, trzeciego zjadam na miejscu i ruszam na trzy pętle trasy biegowej.

Nogi lekko drewniane, ale bez dramatu, to normalne po mocnym rowerze, że potrzebują trochę czasu na przestawienie się na pracę w normalnym trybie, na pierwszym punkcie żywieniowym zaraz za strefą zmian, łapię picie, polewam się wodą i wrzucam pod strój worek z lodem. Pilnuję tempa żeby nie przypalić na początku za bardzo. Trener kazał lecieć 4:30 z lekkim haczykiem, w miarę możliwości dociskać, ale wiedziałem, że tak mocno nie dam rady pobiec całego dystansu.
Ku mojemu zdziwieniu pierwsze kilometry trzymam tempo 4:30, zwalniam tylko przy punktach, aby się napić i schłodzić, wykorzystuję też wszystkie możliwe okazje na polanie wodą przez kibiców czy to z węża ogrodowego czy kurtyn wodnych rozstawionych na rynku. Przegrzanie to coś, czego muszę uniknąć jeśli chcę walczyć o dobry wynik.

Każda z trzech pętli wokół jeziora kończy się nieprzyjemnym podbiegiem na rynek w Suszu, ale zgromadzeni tam kibice pomagają jak mogą, dopingiem, energetyzującą muzyką czy żarcikami w stylu "ale ty chłopie zajebiście wyglądasz, jak ja ci zazdroszczę" popijając przy tym piwko :D . W 2016 r trasa biegowa była bardzo podobna ale przebiegała w odwrotną stronę, wiec nieprzyjemny odcinek był na początku pętli, niby bez różnicy - aż do trzeciego okrążenia.

Pierwsza pętla zajmuje mi 32 minuty, bardzo dobry czas, zerkam po raz pierwszy na zegarek nie skupiając się na wartościach aktualnego tempa biegu, tylko która jest godzina. Ciężko mi się już myśli i przelicza, ale jakbym nie kombinował z liczeniem wychodzi na to, że mam szansę na złamanie 5 godzin w całych zawodach. Przyznam szczerze, że ta wiadomość dosyć mocno mnie zelektryzowała. Oczywiście bardzo chciałbym uzyskać na mecie taki wynik, to coś jakby złamać 3h w maratonie, mityczna granica u triathlonisty, jak dla mnie do tej pory poza zasięgiem i to bardzo. Teraz tylko wystarczyło utrzymać takie samo tempo biegu na kolejnych 14 kilometrach. Łatwo powiedzieć, ale trudniej wykonać, było coraz trudniej i jakby coraz bardziej ciepło. Były momenty, kiedy noga nie podawała, ale były też takie, które leciałem poniżej 4:30min/km. Zaliczałem każdy punkt, podobnie jak na pierwszym okrążeniu dbając o nawodnienie i schłodzenie, żel zjedzony pod koniec pierwszego okrążenia zaczął działać i powoli leciałem do przodu, a mój tryb pościgowy funkcjonował bezbłędnie - dogonić tego przede mną i potem następnego. Kilku zawodników mnie wyprzedziło, możliwe że lecieli już trzecie okrążenie, ale to pomagało mi na chwile uczepić się ich pleców i trzymać mocne tempo. Z drugiej strony w głowie była ciągła kalkulacja, która mówiła mi, żebym nie szarżował, że jeszcze dużo kilometrów przede mną, a drugie okrążenie biegło mi się trudniej niż pierwsze i to znacznie. Obawy o nagłe odcięcie rosły z każdym kilometrem.

Trzecie okrążenie zaczynam ponownie od wyliczeń matematycznych, mam 34 minuty do godziny 13:00, o której minie 5 godzin rywalizacji, przed sobą 7 kilometrów trasy, zakończonej podbiegiem, okrążeniem rynku i zbiegiem, a kilkaset metrów dalej - metą. Na trzecim okrążeniu musiałem pobiec mocniej niż na drugim (choć drugie pobiegłem też w 32 minuty), ale wydawało mi się, że jakoś się wlokłem. Starałem się trzymać postawę, pracować sprężyście i nie marnować czasu i sił na głupoty, postawiłem wszystko na jedną kartę - dusić do mety ile się da.

Presja jaką wywarłem na siebie była nie do zniesienia, głowa mobilizowała, ale nogi pracowały na 101%, na tym okrążeniu nie zatrzymywałem się na punktach, łapałem w biegu co się dało, część wypijałem, część lałem na siebie, wyprzedzałem coraz więcej ludzi, którzy biegli pierwsze kółko, to mi pomagało. Na 3 km przed metą miałem 12-13 minut zapasu do 5-ciu godzin. Problemy były dwa, teraz wiem, że to było 3 km przed metą, a wtedy mogłem tylko szacować, a po drugie przede mną był ten cholerny podbieg na rynek, który nie pozwoli mi trzymać równego tempa. Biegnę ile sił w nogach zerkając nerwowo na zegarek - uda się, czy się nie uda? Przy ostatnim wodopoju wywalam wszystko co może mi przeszkadzać, worki po lodzie, gąbki chłodzące klatę i kark i zmierzam w kierunku podbiegu, który podzielony jest na dwie części nawrotką, na której mijam się z Adamem, zawracam cisnę co sił na drugą część podbiegu, na szczycie wzniesienia przed samym rynkiem wyprzedzam Adam, rzucając krótkie "ciśnij" bo na więcej nie mam sił. Mam niecałe 6 minut na dotarcie do mety i bladego pojęcia jaki dystans mi został do pokonania, obiegam rynek, zaliczając dwie kurtyny, na zbiegu puszczam nogi, żeby się rozluźnić, wpadam do parku na szutrową ścieżkę i mijam ostatni punkt z wodopojem nie korzystając z dobrodziejstw jakie oferuje. Zbieg w dół po trawie i wracam na ścieżkę przy jeziorze. Mijam grupę kibiców, jeden z nich zerka na zegarek i krzyczy do mnie "Nie odpuszczaj, złamiesz piątkę!"

Nie odpuszczam, lecę ile pary w nogach, dobiegam do rozwidlenia na metę i wbiegam na niebieski dywan, zerkam na zegar nad bramą - 4:58 i jakieś sekundy, wiem, że się udało. Celebruję tę chwilę zwalniam i cieszę się przekraczając metę z uśmiechem na ustach. Wymęczony, ale szczęśliwy!

fot. sportografia.pl

No dobra, pocieszyliśmy się, teraz czas (dwa dni później) zejść na ziemię i podać kilka statystyk.
Czas z jakim ukończyłem zawody daje mi 122 miejsce OPEN i 42 msce w kategorii M40, co ustawia mnie w pierwszych 44% wyników, czyli szału nie ma. Dla mnie jednak to duże osiągnięcie i cieszę się bardzo, ale widzę ile jest jeszcze do zrobienia.
Pływanie 1900m zrobione w 37m:35sek (z dobiegiem do T1) co ustawia mnie na 204 pozycji (1m58sek/100m), 69msce w M40, również nie ma szału, ale nieźle jak na mnie.
T1 w 3:13 - 203-ci czas, można było coś tutaj urwać, ale nie wiem co :D
Rower 90km - zrobiony w 2h:38min:41sek co daje mi 134 czas na tym etapie i średnią ciut ponad 34km/h, 49msc w M40 - nieźle
T2 w 2min:09sek co daje mi 171 czas zmiany
Bieg 21,1km w czasie 1h:37min:16sek, co daje mi średnia 4:37km/min i pozycję 72 na tym etapie a 20 msce w M40 - tu jest najlepiej, ale można to poprawić.

Za trzy tygodnie ścigam się u siebie, w Gdańsku na dystansie olimpijskim (1500m/40km/10,5km), tam będzie troszkę dynamiczniej.

EDIT : Pytacie co jadłem podczas wyścigu i jak często. Na śniadanie ciasteczka Belvita Musli, chyba 8, albo 12. Nie pamiętam. Przed pływaniem żel ALE (truskawka-banan, najbardziej mi wchodzą). Po wyjściu z wody w strefie drugi żel, a następnie do 35-40 minut na rowerze kolejny. W T2 też żel i na koniec każdego okrążenia po następnym (co około 35minut). W sumie zjadłem chyba 8 sztuk. Izo na rowerze miałem swoje ALE Race lemon, na trasie piłem to co podawał organizator, nie wiem co to było.

4

Nie sądziłem, że coś za wyjątkiem awarii technicznej będzie w stanie wyeliminować mnie z rywalizacji na dystansie 1/4 IM (950m pływania, 45km jazdy rowerem, 10,5km bieg). Sport jednak jest nieprzewidywalny i wszystko się może wydarzyć na trasie nawet krótkich zawodów. Ale po kolei.
Triathlon Gniewino na dystansie 1/4 IM wydawał się idealnym wyborem na rozpoczęcie sezonu. Końcówka maja, blisko domu, logistycznie stosunkowo łatwy start i do ogarnięcia, bo start jest o godzinie 11:00, więc nie muszę martwić się o nocleg.
Wstałem o 5:00, zjadłem śniadanie i spakowałem się do auta, podjechałem po Adama i ruszyliśmy godzinę później do Gniewina odebrać pakiety startowe. Biuro zawodów ulokowane jest prawie 8 km od miejsca startu, w Hotelu Mistral Sport, który w czasie Euro2012 gościł reprezentację Hiszpanii. Po sprawnym odebraniu pakietów udaliśmy się na miejsce startu, który mieści się w miejscowości Nadole. Przygotowaliśmy rzeczy potrzebne do strefy zmian, wstawiliśmy je wraz z rowerami i wróciliśmy do samochodu, bo aura nie rozpieszczała. Nie zdecydowalismy sie nawet oglądać startu dystansu 1/2 IM, który zaczynał się o 9:00.
Przez niebo przewalały się ołowiane chmury a wiatr raz mocniej raz słabiej kołysał koronami drzew.
Poranny oficjalny pomiar temperatury wody wynosił 14,6 st C - ciepło nie jest, ale pływałem już w dużo zimniejszych warunkach w połowie października w zatoce. Podświadomie jednak gdzieś tam w zakamarkach czaił się dyskomfort, bo strachem tego bym nie nazwał, przed wejściem do wody.
Na pół godziny przed startem zaczęliśmy się ogarniać - zakładać pianki i ruszyliśmy na rozpływanie nad wodę.
Wiedziałem, że woda będzie zimna i że będzie nieprzyjemnie. Otomin, w którym pływaliśmy dwa dni wcześniej jest o wiele mniejszym zbiornikiem niż jezioro Żarnowieckie. Kubatura wody zawsze idzie w parze z temperaturą, a zazwyczaj tylko z przejrzystością wody. Pierwsze wrażenie po zamoczeniu stóp to odczucie bardzo zimnej wody. Bardzo.

Mimo wszystko powoli wchodzę, bo przecież pierwsze zetknięcie z wodą zawsze jest nieprzyjemne, nawet latem. Nalewam wodę do pianki, najpierw przez rękawy, a następnie po kilku kolejnych krokach przez kołnierz. Brrr, ale zimnica. Zanurzam głowę i kładę się na powierzchni, starając uspokoić ciało, bo przytkało mnie z zimna. Otwieram oczy, czysta przejrzysta woda i piach na delikatnie opadającym dnie usiany kamieniami. Podnoszę się poprawiam piankę starając się unormować oddech, zanurzam się ponownie i zaczynam płynąć. Pierwsze kilka machnięć ramionami i spore problemy z oddychaniem, zatyka, spłyca oddech… Wstaje, za kilkanascie sekund kolejna próba. Zaskakuje mnie jak daleko można wejść w głąb jeziora, dno opada bardzo delikatnie. Dookoła mnie same krwistoczerwone twarze wbite w pomarańczowe czepki i słowa "o ku*wa, ale zimna!". Faktycznie, morda szczypie, ale o dziwo stopy, które u mnie obrywają od zimna jako pierwsze mają się całkiem spoko.

Wywołują nas na brzeg, żeby policzyć zawodników, zostało około 10 minut do startu. Stoję na tej plaży w kolejce do liczenia i jest mi coraz zimniej, najbardziej w dłonie. Mam chude, kościste palce, które często chronię, nie tylko zimą, ale późną jesienia i wczesna wiosną. Zdarza mi się biegać w krótkim rękawku ale w rękawiczkach.
Przy płocie zbiera się grupa kibiców i zawodników, którzy godzinę później startują w 1/8IM. Dodają nam otuchy. A ja stoję prawie na końcu kolejki, czuję że jest mi coraz zimniej w dłonie. Wchodzę do wody jako dwusetny zawodnik, za mną jeszcze 28 osób, w sumie 228 zawodników. Rozcieram ręce, żeby pobudzić krążenie, moczę dłonie w wodzie ale to nie pomaga, w wodzie zdecydowanie chłodniej się wydaje. Podpływam, żeby się nieco zagrzać na linię startu, zbijam piątkę z Adamem, życzymy sobie powodzenia i start!

Młyn, szum, chlapanie, bąble w wodzie, nagle następuje bardzo gwałtowna zmiana koloru wody, wpłynęliśmy na głębiny wokół mnie pod wodą wszędzie bąble, ciężko się zorientować w przestrzeni, bo poruszają się we wszystkie strony. Od czasu do czasu ktoś na mnie wpływa, ja na kogoś, typowa triathlonowa pralka. Trochę się tym denerwuję, odzwyczaiłem się na basenie od takich atrakcji. Rwę niepotrzebnie tempo, żeby się oswobodzić i złapać swój rytm, to jest najważniejsze, robić swoje, nie oglądać się na innych tylko nawigować na czerwona boję , którą mam minąć prawym ramieniem. Co kilka ruchów rękami wynurzam głowę żeby spojrzeć przed siebie w poszukiwaniu bojki, jest mi zimno w twarz, właściwie w całą głowę. Ale najgorsze jest to, że nie mogę złapać swobodnego rytmu, nie potrafię spokojnie płynąć, niby się nie szarpię, ale brakuje mi oddechu, czuję jakbym płynął za mocno, ale wiem, ze tak nie jest, serce łomocze w klatce. Przechodzę na chwilę do żabki, żeby odsapnąć i złapać więcej powietrza. Czasem tak robię na basenie, przepływam 25 m żabką i wracam do swobodnego kraula. Problem jednak pojawia się, gdy znów chowam głowę pod wodę, wraca płytki i nerwowy oddech. Robię tak ze trzy, może cztery razy i zdaje sobie sprawę, że kraulem to ja za bardzo nie dam rady popłynąć. Przechodzę do żabki, która coraz bardziej przypomina żabkę dyrektorską (bez zanurzania głowy), co oczywiście przekłada się na prędkość. Po jakimś czasie (wciąż płynę do pierwszej bojki, 1/3 trasy) uświadamiam sobie, że straciłem czucie w dłoniach, nie wiem czy łapię wodę, czy tylko moczę dłonie, zaczyna mi być w nie (te dłonie) bardzo zimno. Dookoła mnie dużo ludzi ratuje się żabką podobnie do mnie, coraz więcej czarnych myśli pojawia się w mojej głowie - że jestem na początku trasy, że jest mi zimno, że nie nagarniam wody, że się nie poruszam do przodu, że jestem prawie sam (nieprawda, wokół mnie pełno ludzi), nerwowo zaczynam się rozglądać gdzie jest najbliższy ratownik WOPR, który w razie czego mi pomoże. Niestety w pobliżu jak na złość nie ma żadnego, dopiero przy boi nawrotowej, do której mam gdzieś 50m jest jeden na kajaku, tuż przed boją nawrotową robi się kocioł, jak to zazwyczaj przy bojkach, dopływam w pobliże kajaka z ratownikiem i decyduję się nie kontynuować dalszego pływania, zbyt wiele wątpliwości miałem w głowie, zaczynałem czuć niepokój związany z tą całą sytuacją. Oczywiście były też głosy w głowie mówiące o tym, aby się nie poddawać, walczyć, że to chwilowe, że zaraz minie… Jednak rozsądek wygrał - podpływam do ratownika i mówię mu krótkie "chce wyjść". :D


Chwile potem zdałem sobie sprawę z kuriozalności sytuacji. Nie da się po prostu "wyjść" będąc na środku jeziora. Ratownik pyta, czy coś mi dolega, uspokajam go, że wszystko jest ok poza tym, że jest mi bardzo zimno. Rzuca mi boję ratunkową i każe się trzymać, w międzyczasie wzywa skuter wodny który zmierzał od strony startu. Podpływam do niego i wdrapuję się na siedzisko. Zabieramy ze sobą jeszcze dwie osoby, a kolejne muszą poczekać na podjęcie. Ratownik na skuterze wzywa kolejny transport na pomoc…

Dzisiaj "dzień po" (bo wczoraj nie chciałem o tym rozmyślać) oczywiście przyszedł czas na analizę sytuacji i próbę zrozumienia czy wyjaśnienia sobie co właściwie się w tej wodzie stało. Po pierwsze nieświadomie swoją chęcią "wyjścia" z wody rozpocząłem reakcję łańcuchową wśród pozostałych, którzy się z podobnymi myślami bili ale ciągle walczyli. Powinienem powiedzieć przepraszam, ale z drugiej strony, może właśnie lepiej, że ich namówiłem :D
Kolejną rzeczą, która mi przyszła do głowy, po powrocie na ląd to poinformowanie tych, którzy śledzili wyniki online, że nic mi nie jest. Po pierwsze Adam, który miał swój rower obok mojego i mógł się niepotrzebnie denerwować, że nie podjąłem roweru ze strefy po etapie wodnym. Oczywiście telefon do żony, że wyszedłem i że nic mi nie jest, to jest oczywista oczywistość. Kiedy czekałem na Adama przy strefie zmian przyszła refleksja, że jest mi właściwie zimno, choć na powietrzu początkowo było zdecydowanie przyjemniej niż w wodzie. Niemniej stanie kilku minut w mokrych ubraniach przy kilkunastu stopniach wychładza mocno organizm. Odebrałem depozyt i przebrałem się we wszystko co tylko miałem suchego przy sobie i ruszyłem na trasę zawodów kibicować tym, którzy walczyli dalej.
Nie rozpatruje tego w kategorii "porażki". Zawody nie poszły po mojej myśli, nie ukończyłem ich, choć nawet nie zakładałem takiego scenariusza przy najgorszych założeniach. Podjąłem decyzję, która wydawała się najbardziej odpowiednia w danym momencie i nadal uważam, że to była dobra decyzja. Pytanie jakie należy postawić to "co mogłem zrobić lepiej, aby to się nie wydarzyło"?

Zdecydowanie przed startem w Gniewinie zabrakło mi wypływań na otwartych wodach. Organizm przez zimę zapomniał jak to jest w naturalnym środowisku. Poza tym można było lepiej rozegrać temat rozgrzewki, rozpływania i oczekiwania przed startem.

Do tego wszystkiego dochodzą takie elementy jak dyspozycja dnia, pogoda, zmęczenie, sen itp. Teraz oczywiście można gdybać do woli, to już niczego nie zmieni. Wyciągam z tego startu lekcje, nie lekcje pokory ale doświadczenie, które mam nadzieję pozwoli mi być lepiej przygotowanym na kolejne zawody. Za miesiąc zawody w Suszu, na dwukrotnie dłuższym dystansie. Trenujemy dalej, bo kto wie jaka tam nas przywita pogoda.

1

Rachu ciachu i po strachu ! :)

Pisałem już o planach na start, oczekiwaniach i strategii jaką chciałem przyjąć na kilka dni przed maratonem. Nic nie uległo zmianie za wyjątkiem pogody, która w dniu startu zdecydowanie się poprawiła i pozwoliła wystartować w tzw stroju na krótko. Plan na bieg był stosunkowo prosty, trzymać się za pejsami biegnącymi na 3h:15, a potem się zobaczy.

Nigdy wcześniej nie biegłem tak długo za pejsami (raz przytrafiło misie kilka km), więc było to dla mnie stosunkowo nowe doświadczenie. Zdecydowałem się na bieg w takiej formule bo są pewne plusy - bo nie trzeba patrzeć na zegarek, bo to do nich należy pilnowanie zadanego tempa. Po drugie biegniemy w grupie, więc można się schować wewnątrz i nie wystawiać się na działanie wiatru, podobnie jak robią to kolarze w peletonie. Są też oczywiście minusy, które pojawiały się w trakcie biegu. Pierwszy z nich jest bieg w grupie, która jest stosunkowo ciasna i gęsta, szczególnie na początku biegu - potem z czasem ludzie się wykruszają. Bieganie w takiej grupie wymusza czasami zmianę kroku, trzeba pilnować co się dzieję przed tobą, ponieważ widoczność tego co jest pod nogami jest ograniczona. Drugim minusem biegania w grupie jest zamieszanie na punktach wodopojowych. Każdy chce chwycić kubeczek z wodą bez zwalniania, a to szczególnie na początku biegu powodowało sytuacje gdzie biegacze zabiegują sobie drogę, dochodzi do potknięć. Z czasem sytuacja się unormowała i zaczęliśmy współpracować - jedni chwytali picie na początku strefy przemieszczali się na zewnątrz grupy, w tym czasie kolejni mieli okazję złapać coś do picia. Niektórzy brali po dwa kubki i oferowali innym, którym się nie udało chwycić , lub potrzebowali więcej picia.

Niektórzy biegacze radzą sobie sprytniej - jak Tomek, bądź jak Tomek - przed samym punktem wybiegają na czoło grupy, wyprzedzając ich i wtedy bez problemów mogą skorzystać z bufetu.

No dobra, ale jak było na samym biegu ? Jak zawsze na maratonie - ciężko.

Z pejsami trzymałem się do 32 km, jedząc żel co 7 km i pijąc przynajmniej łyk wody na każdym punkcie. (były rozmieszczone co 2,5 km). Od 26 km zacząłem czuć, że tempo jest zbyt mocne, a właściwie, że straciłem tzw "świeżość w kroku" :) . Nogi zaczęły być jakby ociężałe, mięśnie przykurczone, co przekładało się na swobodny krok, a raczej jego brak. Taka sytuacja pogłębiała się od 30 km - tam już zaczynałem biec siłowo, zła technika tylko pogłębiała mój stan.

Po 32 km musiałem dać za wygraną. Zatrzymałem się i ze smutkiem popatrzyłem na baloniki pejsów, które oddalały się ode mnie. Wtedy pomyślałem, że strasznie szybko biegną, jak rozpędzony dyszący pociąg.

Po kilkunastu sekundach mięśnie nóg zluzowały, a ja zacząłem pościg za balonami, nie liczyłem że je dogonię, ale nie chciałem aby jakoś mocno mi uciekły. Do marszu musiałem przejść jeszcze kilka razy, zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje i czy to nie jest kwestia odwodnienia, jak przy skurczach. Na każdym wodopoju zatrzymywałem się i piłem po 2-3 kubeczki, ale nie zdało się to na wiele.

Zaraz za rondem na Marynarki Polskiej poczułem silny ból i pieczenie w prawej stopie, już kiedyś tak miałem na TUT. Wiedziałem co się stało. Mega dyskomfort podczas biegania, ale staram się kuśtykać przed siebie. Po kilku minutach głowa przestaje zwracać uwagi na ból w stopie, a staram się za wszelką cenę zakończyć ten występ. Chce się po prostu zatrzymać.

Na ostatnim odcinku przy AmberExpo, gdzie jest meta ostateczna mobilizacja, jest Magda z chłopakami, a Grześ podbieguję razem ze mną kilkanaście metrów zagrzewając do walki. Chyba nic nie odpowiadałem, chciałem tylko móc się zatrzymać. Przy budynku z metą stał zaparkowany samochód z zegarem, który odliczał czas maratonu - jak się zmobilizuję to złamię 3h:20 minut - przyspieszam ostatkiem sił i wbiegam na halę, gdzie jest meta....

Na mecie wisi dzwonek, którym można oddzwonić życiówkę. Dzwonię ... i serce dzwonka spada na ziemię....

1

Dzisiaj będzie kilka słów o moich ulicznych maratonach. Osoby zaglądające na mojego bloga (jest tu ktoś taki? ) mają okazję poczytać najczęściej o zawodach które już się odbyły, ale tym razem będzie inaczej - wyleję na ekran swoje myśli, które kłębią mi się w głowie jeszcze przed zawodami.
Już za 3 dni wystartuje ponownie w biegu maratońskim. Maraton to taki bieg na niewdzięcznym dystansie 42 km, tym razem ponownie wystąpię u siebie, w Gdańsku, na swoim podwórku. Z Gdańskim Maratonem łączy mnie dziwna więź, więź gorzko-słodka podobna do sosu azjatyckiego. Więź przeplatana jak warstwy w makowcu. Moja historia z maratonem ulicznym zaczęła się w 2014 roku na Orlen Warsaw Marathon, gdzie nabiegałem wynik 3h:42m. To wynik, który bardzo mnie zadowalał i właściwie nie miałbym się czego wstydzić gdybym taki wynik nabiegał w najbliższą niedzielę. Moim drugim maratonem był Maraton Solidarności (2014), który odbywa się w sierpniu :D również w Trójmieście - trudne sierpniowo upalne warunki do biegania, zazwyczaj bardzo ciepło, a mimo to urwałem 3 minuty. Pomijam fakt, że dwa maratony w tak krótkim czasie dla amatora to głupota, ale co zrobić. W 2015 roku pojawił Gdańsk Maraton i nie mogłem nie wziąć w nim udziału. Tym razem było dramatycznie i zapłaciłem za ambitny wynik, jaki chciałem uzyskać. W roku 2016 przystąpiłem do rewanżu i zrobiłem obecną życiówkę na poziomie 3h:23m. Rok później znów było źle i skończyło się dużo poniżej oczekiwań. Jak sami zauważacie w maratonie przeplata mi się, dobry wynik, ze złym i wypadałoby, aby w tym roku nabiegać dobry wynik, ale układankę te psuje Tczewski Maraton, który uważam za "udany" mimo najgorszego wyniku w historii (3h:49m), ale należy pamiętać ze biegliśmy podczas orkanu o nazwie Grzegorz, który chciał nas zdmuchnąć do przyległej do trasy Wisły.

fot. Błażej Zabieglik

W tym roku przygotowania idą od listopada pełną parą i wynik z półmaratonu w Gdyni wskazuje, że jest całkiem dobrze, bo w okolicach wyniku życiowego (zabrakło 30 sekund na 21 km). Przekładając to wszystko matematycznie na wynik w maratonie też powinno być blisko życiówki. Tak też sobie to wszystko poukładałem w głowie, że pobiegnę na 3h30m i zerwę się pejsom jeśli nogi i głowa pozwolą. Z drugiej strony ambitna deklaracja Tomka, że będzie atakował czas 3h15m w oparciu o pejsów każe mi się zastanowić nad moimi założeniami. Do tego wszystkiego dochodzą wyniki osób, które biegały w ubiegły weekend w Łodzi, gdzie o ile do Piotrka nie mam się co porównywać, mimo, że na metę połówki wpadliśmy razem a czas mieliśmy "porównywalny", ale Piotr to inna liga, za to Asia trochę mi wjechała na ambicje z wynikiem 3h:11m.
Może jednak powinienem powalczyć o nową życiówkę? Moja głowa za bardzo tego nie kupuje, ale gdyby się nastawić na umieranie od 10-tego kilometra, to sprawa w sumie nie wygląda beznadziejnie. Matematyka i kalkulatory prognozowanego wyniku także nie działają na moja korzyść, na podstawie wyniku z półmaratonu wszystkie jakie znalazłem wskazują ze czas 3h:15 jest w zasięgu.

Kluczowe w tym wszystkim jest to to jak sobie poradzę z kryzysem (kryzysami) na trasie, o ile zdychać przez 45 minut na trasie półmaratonu jest stosunkowo łatwo, to umieranie przez dwie godziny i więcej to już zupełnie inna para kaloszy. Trochę w swoim życiu zaliczyłem "bomb" z różnymi skutkami, niektóre przetrwane, na innych niestety podkuliłem ogon, posypałem głowę popiołem i obiecałem nie ośmieszać się ponownie.
Ale, ale, czyż nie jestem sportowcem (amatorem co prawda)? Czyż nie trenuje po to, aby walczyć z samym sobą? Czy nie chodzi o to, aby przełamywać swoje bariery, opuszczać swoją strefę komfortu? Przecież jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam, a do końca życia będę się zastanawiał, co by się stało gdyby..
Na sam koniec należy do dyskusji dopuścić głos najważniejszy, głos trenerski, który jak pokazał półmaraton w Gdyni wie z samych cyferek co we mnie siedzi. I głos ten nakazuje mi zacisnąć poślady, nastawić głowę na kryzysy cisnąć w tempie 4:30 min/km, co przełożyć się ma na czas 3h:10min na mecie. Wiara tego człowieka (Damiana, trenera) w moje możliwości zadziwia mnie bardzo, ale w końcu to trener, on wie najlepiej co należy robić.

Prognozowana pogoda na niedzielę jest korzystna do bicia rekordu, ma być stosunkowo ładnie, ale chłodno. Zatem uprasza się o trzymanie kciukasów z numer startowy 1379 !

Przeczytałem właśnie relację Tomka z Półmaraton Gdynia, w którym ustanawia On swoją życiówkę na dystansie 21km. Ciekawe jest, że niby ta sama trasa, a wrażenia i doświadczenia z przebiegu tak różne. Ale są też podobieństwa, więc zaczynamy.

Półmaratonem w Gdyni zaczynam tak naprawdę sezon 2019. Biegłem już TUTa w połowie lutego, ale to było raczej takie wprowadzenie do sezonu i charakterystyka biegu nieco inna niż pozostałych zawodów zaplanowanych na ten sezon, więc jakby się nie liczy. Przygotowania trwają nieprzerwanie od listopada i teraz nadszedł moment aby zweryfikować w jakim miejscu się znajduję. Poprzeczka została powieszona bardzo wysoko, zarówno przez własne oczekiwania ale także przez wytyczne jakie ustawił trener Damian. Prawdę powiedziawszy nieźle się uśmiałem jak zobaczyłem na planie treningowym rozpiskę strategii na zawody. Kurde, wiara niektórych ludzi w moje możliwości jest większa niż sam w siebie pokładam. A może to nie wiara a tylko czysta matematyka ? W każdym razie im bliżej zawodów, tym większy czułem niepokój i presję na to, aby zrobić to dobrze.

Na złamanie życiówki z 2016 roku, gdy byłem w treningowym „cugu” nie było najmniejszych szans (1h:28m:33s), prawdę mówiąc na tydzień przed biegiem zadowoliłby mnie każdy wynik poniżej 1h:33m. Ale wiadomo, że w półmaratonie zawsze chodzi o złamanie magicznej bariery 90 minut.

Kiedy rano przyjechałem do Gdyni miałem w głowie właśnie taki cel : dowieźć swoje dupsko na metę zanim zegar odliczy 5400 sekund. Pogoda w sumie spłatała nam figla, bo przez ostatni tydzień rokowania były na słoneczny i bardzo ciepły dzień, ale w niedziele nic takiego nie nastąpiło. Rano 6 stopni i szare, ołowiane niebo. Na szczęście wiatr, który szalał przez kilka dni nieco się uspokoił, ale nie odważyłem się polecieć „na krótko”, co w końcówce biegu nieco się zemściło.

Przed biegiem, przez blisko 30 minut rozkręcałem nogi i układ krążeniowo oddechowy abym na samym starcie był odpowiednio rozkręcony. Przez to wszystko wpadłem z Grzesiem i Kubą do strefy na dwie minuty przed startem. Nieszczęśliwie wbiliśmy się pomiędzy baloniki na 1:25 (za szybko) a 1:30. Jako że miałem w planach zrobić wynik samodzielnie , bez użycia pacemakerów (ludzie biegnący na konkretny wynik) postanowiłem już nie kombinować i zostać w tym miejscu i skoncentrować się na biegu.

fot. AK-ska Foto

Planowo, miało to wyglądać nieco inaczej, chciałem ustawić się za pejsami na 1:30, pod koniec strefy, a w trakcie biegu powoli ich dochodzić, co w rozrachunku netto, dałoby mi czas na mecie poniżej 90 minut. Ale stało się inaczej i musiałem polegać sam na sobie. Najważniejsze to zacząć spokojnie, nie wypruć się na początku, nie szarpać, lecieć równo. Ściganie - jak zawsze - miało nastąpić na końcówce jeśli siły pozwolą. Przez pierwsze kilometry trasy, która została nieco zmieniona w stosunku do tej z 2016 roku (zmiana na plus) przebiegały spokojnie, lekkie tasowania, szukanie sobie miejsca, omijanie tych, którzy ustawili się za bardzo z przodu. Do 4 km właściwie nic się nie działo, wypatrzyłem przed sobą Tomka, którego wraz z Adamem widziałem na starcie i Kasię, która mocnym krokiem pokonywała kolejne metry. Kiedyś nauczę się takiej techniki biegania, obiecuję! Z letargu wyrwała mnie czołówka, która leciała po przeciwnej stronie drogi w kierunku powrotnym (była agrafka) – ja byłem na 4 km a oni między 6 a 7-mym kilometrem. Niesamowity widok, z jaką lekkością oni pokonują trasę w tym niemożliwym tempie. Za rok, gdy przyjedzie do Gdyni światowa czołówka na Mistrzostwa Świata to będzie dopiero niesamowity widok.

Na 6 km był punkt wodopojowy, trochę za wcześnie na żela, ale chwyciłem butelkę wody, łyknąłem i zawahałem się co dalej? Wywalić prawie pełną butelkę? Kurde, szkoda mi trochę, nie lubie takiego marnotrawienia. Rzucam zapytanie „komuś wody?”, ale nie ma odzewu, wiec trzymam z myślą, że może się za chwilę przydać. Kilometr dalej zjadam żela i zapijam go wodą. Właściwie od razu chwyta mnie kolka, nie za mocno, ale już zaczynam się stresować. Rozluźnij brzuch, głębokie wdechy, zachowaj spokój – powtarzam w głowie i chyba pomogło. Kolka odpuściła.

Czytając relację Tomka uświadomiłem sobie, że błędem było atakowanie wyniku solo. Mamy dokładnie odwrotne doświadczenia z podbiegu na Władysława IV. Nie dość, że cały czas, niby nieznacznie, ale jednak cały czas pod górę. I do tego ten cholerny wiatr w twarz, który dodatkowo podbieg utrudniał. Zwolniłem nieświadomie na tym odcinku aż o 6 sekund na kilometrze, sporo, ale nie chciałem się wypruwać, to dopiero 12 kilometr. Gdy trasa zakręciła w kierunku stadionu odetchnąłem, zrobiło się płasko, wiatr wiał z boku, za kolejnym zakrętem w plecy tętno zaczęło się normować po ponad dwukilometrowym podbiegu a tempo wróciło założonego.

Trzy kilometry dalej, na  15-tym stało się coś strasznego. Dogonili mnie pacemakerzy z balonikami na 90 minut. Kurde, wystartowałem przed nimi, oni mnie dopadli, wiec mam stratę to upragnionego celu przynajmniej kilkanaście sekund. Ale najgorsze było to, że pędzili jak strusie. Cholera, chciałem się podłączyć, ale nie byłem w stanie się tak zerwać, zerkam na zegarek, cos mi tu nie pasuje. Poddaje się, nie spale się na tym etapie szarżą za balonikami. Przecież Grzesiek jest tuż za mną i zaraz mnie dopadnie, kiedy tylko wywącha ze mam kryzys.

Zakręcamy ponowienie na Władysława IV i zmierzamy w kierunku centrum, tym razem mam przed sobą dwukilometrowy odcinek, który jest jakby nie patrzeć zbiegiem. Spuszczam psy z kagańca, to jedyny moment kiedy mogę zniwelować stratę i ewentualnie zbudować przewagę, która będzie mi potrzebna na podbieg na Świętojańskiej. Puszczam nogi zaczynam zbieg, dopadam pejsów na 1:30 i mijam ich, wzrok skupiony na końcu zbiegu, długi krok, głowa wysoko, oddycham mocno, czuje ze serce przyspiesza, ale w granicach przyzwoitości. Słońce, które postanowiło jednak wyjść spoza chmur zaczęło grzać, co nie pomagało. Na głowę poleciała woda, którą porwałem na punkcie.

Kiedy wbiegłem na ulicę Świętojańską to wszystko się nagle zmieniło. Zgoda byłem wypruty z sił, serce tłukło 170 uderzeń na minutę a przede mną kilometrowy podbieg w kierunku słońca. Po prawej wyprzedza mnie Piotr i mocno ciśnie pod górkę. Zaczepiam się pod jego plecy i nie odpuszczam, ciężko jest do tego stopnia że wrzawa kibiców, którzy skumulowali się na Świętojańskiej mnie denerwuje, mam tak kiedy jestem na granicy, wszystko co mnie rozprasza działa mi na nerwy, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego z kibicami, wyjątkiem są dzieci wyciągający dłoń po piątkę - przybijam, resztę ignoruję starając się przyciągnąć do siebie szczyt wzniesienia.

Mijam chorągiew oznaczającą 19-ty kilometr, teraz kilkaset metrów w dół, i prosta bulwarem do mety na plaży. Z góry staram się rozpuścić nogi i złapać luz, brakuje mi dobiegania do pracy, odzwyczaiłem się od długiego kroku na zbiegu. Na prostej równam się z Piotrem, który namawia mnie na ostry finisz na 150 m przed metą. Tylko jak, skoro ja już od dwóch kilometrów lecę na granicy?

Gdybym  miał podsumować bieg w kilku słowach, to określiłbym go jako bardzo dobry bieg. Wszystko zagrało, żywienie (nie licząc małej kolki), ubiór (nie licząc ostatnich 5 km gdy wyszło słońce), strategia na medal, początek mocno, stabilnie, kontrolowanie i przede wszystkim nie „za mocno”. Wynik 1h:28m:54s nie daje mi życiówki (zabrakło 31 sekund), ale biorę go w ciemno jako dobry prognostyk na kolejne cele. Po długiej przerwie wracam po kilku miesiącach treningów do poziomu „blisko życiówki” co naprawdę dodaje ochoty do dalszej pracy pod okiem Damiana.

Za miesiąc podwajam dystans.

Jak zapewne zauważyliście (prawda?), w tym sezonie przygotowania triathlonowe zakroiłem na trochę większą skalę niż w latach poprzednich. Do sezonu zacząłem przygotowania już późną jesienią a i sam sposób przygotowań ma odmienna formę od dotychczasowych "treningów".

Pierwsza i najważniejsza zmiana to fakt, że w tym sezonie chcę zrobić dystans IM "na wynik", czyli zakończyć zawody w jak najkrótszym czasie. Po zeszłorocznym umieraniu w Borównie i męczeniu się (głównie na trasie kolarskiej) tym razem chciałbym linię mety przekroczyć z poczuciem, iż dałem z siebie wszystko, ale co najważniejsze byłem do tych zawodów przygotowany możliwie najlepiej, jak się dało.

Drugą zmianą, która wynika z pierwszej jest współpraca z Damianem, który dla o mój plan treningowy. To jest najistotniejsza zmiana w przygotowaniach. Patrząc z perspektywy czasu na ostatnie miesiące, to uczciwie mogę powiedzieć że zacząłem (znów) trenować. Ostatnio byłem w takim reżimie treningowym w 2015 roku, ale efekty jakie przyniosły te treningi warte były włożonej pracy. Gdyby nie plan, który jest analizowany i modyfikowany przez pryzmat wykonanych już zadań, to z całą pewnością nie trenowałbym tak intensywnie z własnej, nieprzymuszonej woli. Wiele razy podczas samego treningu miałem ochotę go zakończyć, odpuścić (co też niestety się zdarzało), ale także wielokrotnie na dany trening bym nie poszedł "gdyby nie plan do zrobienia". Ale jak mawia klasyk, wiedziały gały co brały lub jak mawiał ktoś w necie "robisz - nie jęcz, chcesz jęczeć - nie rób". Skoro już mam motywację do działania, cel do realizacji postanowiłem się do niego przygotować jak najlepiej także pod względem sprzętowym. Wiadomo, że sprzęt nie zrobi za mnie wyniku, ale może mi w tym pomóc. Wcześniej uważałem, że mój poziom sportowy nie jest w żaden sposób ograniczony przez sprzęt na jakim startuję. Trochę moje postrzeganie tematu się zmieniło, kiedy Adam poszedł na bikefitting i dołożył do szosy lemondkę. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że sprzęt ma znaczenie. Oczywiście nie takie jak solidny trening i przygotowanie, ale jak się doda jeden do jednego, to można coś uzyskać na wyniku końcowym. Poza tym zakup nowego sprzętu zawsze bardziej motywuje do działania. Oczywiście nie kupiłem nowego sprzętu, ale przesiadłem się na inny rower który jest o klasę wyżej. Skoro nowy rower zawitał na ścianie na jesień, to przecież nie mogłem pozwolić mu tak wisieć do wiosny - zakupiłem także trenażer.

Tak przygotowany mogłem uczciwie zabrać się za trenowanie w zimne zimowe wieczory nie ryzykując skręceniem karku ani zapaleniem płuc. Jednocześnie treningi zimowe pozwoliły mi na przygotowanie ciała do pracy w zupełnie odmiennej pozycji jazdy, niż teja, w której pedałowałem do tej pory.

W ostatni weekend w planie treningowym do zrobienia był test FTP, czyli functional threshold power, a po polsku oznacza to najwyższą możliwą moc jaką jestem w stanie utrzymać przez godzinę jazdy. Na podstawie wyniku FTP można ułożyć cały plan treningowy (rowerowy), bo wynik jest wymiernym określeniem naszego obecnego wytrenowania. Aby wyznaczyć FTP należałoby przeprowadzić godzinny test, w możliwie stabilnych warunkach, na płaskim lub lekko wznoszącym się profilu trasy. W realnym świecie ciężko jest znaleźć odpowiednie miejsce, w którym nie będą się zmieniały warunki i nie będziemy narażeni na dodatkowe czynniki zewnętrzne (wiatr, światła drogowe, natężenie ruchu). Dlatego też trenażer w domowym zaciszu jest idealnym narzędziem do tego typu testu. Można ustalić stałe natężenie obciążenia (mój nie posiada regulacji obciążenia, ale mogę je regulować przełożeniami łańcucha) a warunki zewnętrzne pozostaną stabilne. Problemem może okazać się czas trwania takiego testu, który jest sporym obciążeniem dla organizmu pod względem siłowym, ale także stresem psychicznym. Ponadto ciężko jest amatorowi oszacować stałą intensywność, z jaką należy wykonać godzinny test (szczególnie po raz pierwszy). Z tych względów wymyślono krótki test FTP, który polega na 20 minutowej jeździe z możliwie stałą maksymalną mocą, a jego wynik mnoży się przez 0,95. Taki test ma kilka zalet, mniej obciąża organizm, przez co nie zaburza kalendarza treningowego, jest mniej stresujący, ale jest obarczony większym błędem.

Przygotowałem się do testu (20 minutowego) najlepiej jak potrafiłem, zadbałem o odpowiednie nawodnienie przed i w trakcie, ustawiłem sobie odpowiednio nawiew na stanowisko i zasiadłem na rumaka. Przed samym testem należy wykonać odpowiednią rozgrzewkę, aby podczas 20 minut dać z siebie wszystko.

Troszkę mnie ten sprawdzian stresował, chciałem wypaść jak najlepiej, ale z drugiej strony nie mogłem przesadzić, trener ostrzegał, że na 8-10 minucie może pojawić się kryzys, ale mam go przetrzymać i cisnąć na maxa do końca! 😉

Rzadko korzystam, ale w tym przypadku test wykonałem w oparciu o aplikację Zwift, to taka interaktywana aplikacja, jakby gra, która umożliwia na podstawie danych przekazywanych z trenażera (moc, prędkość, kadencja) wirtualne wyścigi z innymi zawodnikami. Jest też specjalnie na potrzeby testu FTP przygotowana rozgrzewka, która ma przygotować nas do wykonania testu.

Rozgrzewka trwa 20 minut, zaczyna się spokojnym rozjazdem przez kilka minut a następnie kilkoma przyspieszeniami, podczas których serce zaczyna bić na wysokich obrotach, a nogi zaczynają piec i puchnąć. Przed samym testem są 3 minuty schłodzenia w bardzo spokojnym tempie jazdy.

Zastanawiałem się, jak podejść do tematu i na ile watów się nastawić i starać się trzymać przez te 20 minut ? Z treningów wynika, że powinienem oscylować w okolicach 220W. Postanowiłem tak zacząć, a najwyżej pod sam koniec spróbuję docisnąć, żeby wynik podkręcić. Kłóci się to nieco z ideą testu FTP, który zakłada stałą moc przez cały czas trwania testu, ale za pierwszym razem musiałem zdać się na intuicję. Postanowiłem zaryzykować i zacząć od 220-230W, obserwowałem tętno i skupiłem się na utrzymaniu odpowiedniej kadencji (powyżej 80 obrotów na minutę). Początek dosyć spokojny, choć czułem, że chyba nie jestem jeszcze do końca rozgrzany, dosyć wysoko trzymana kadencja jak na mnie (85-90) pozwoliła utrzymać żądaną moc przy stosunkowo niskim, ale co najważniejsze stabilnym poziomie 140 uderzeń serca na minutę. Ale to dopiero początek, a wizja kryzysu na 10-tej minucie trochę mnie martwiła i przerażała jednocześnie. Z minuty na minutę kadencja pedałowania wzrastała, więc postanowiłem zmienić nieco przełożenia łańcucha, aby nie kręcić jak chomik, tylko efektywnie produkować moc, która po 5 minutach już wynosiła 250W, a  ja wciąż czułem się całkiem dobrze. W połowie testu kryzys się nie pojawił, a ja znów mimo redukcji kręciłem powyżej 90 obrotów na minutę, postanawiam więc wziąć byka za rogi i starać się jeszcze docisnąć, redukuję kolejny bieg i jadę dalej. Od samego początku cały czas w pozycji "leżącej" na lemondce, choć trener zgodził się na kręcenie w pozycji wyprostowanej w celu wyciśnięcia dodatkowych watów. Po 15 minutach już generuję 333W i postanawiam wstać z lemondki w celu dokręcenia jeszcze śruby. I tu nastąpiło zaskoczenie, zmiana pozycji spowodowała, że zacząłem opadać z sił. Może to przypadek, bo test już chwile trwał, ale zdecydowanie czułem się mniej komfortowo, niż podczas leżenia na lemondce. Pomyślałem sobie, że na zawodach też będę starał się utrzymać taką pozycję, więc może to i lepiej, że test robię w takim ułożeniu ciała. MOżliwe jest, ze organizm przez te kilka miesięcy trenowania przyzwyczaił się do tego trybu pracy a zmiana nie wpływa korzystnie na generowaną moc.

Trzy minuty przed końcem moje serce jest już rozpędzone do 160 uderzeń, co jak na rower jest dla mnie bardzo wysoką wartością, a generowana moc wzrasta ponownie do 350W i z czasem pnie się powoli w górę, 360, 370, 400, ostatnie sekundy to już jazda w trupa i moc ponad 410W a tętno wskakuje na  170bpm.

Z trudem łapię oddech sapiąc i dysząc wiszę na kierownicy, powietrze łapię jak ryba przez kilkadziesiąt sekund, pot leje się z czoła na ręcznik rozłożony na kierownicy mimo wiatraka wycelowanego prosto na głowę... Średnia moc jaką uzyskałem na teście to 286W co po przemnożeniu przez 0,95 daje wynik FTP 271W !!

Taki wynik, bardzo mnie zadowala, jest dużo wyższy, niż zakładałem, ale uważam, że sam test nie został wykonany odpowiednio. Po pierwsze, przez cały czas moc rosła, a powinna być utrzymywana na jednym poziomie. Wynika to z braku doświadczenia i błędnego oszacowania (niedoszacowania) generowanej średniej mocy. Przez cały czas trwania testu czułem się w miarę komfortowo, a bomba przyszła na sam koniec, co pozwala mi domyślać się, że powinienem zacząć od nieco wyższego pułapu. Oczywiście istnieje zawsze ryzyko, że mocny początek skończył by się bombą już w połowie testu, a finalny wynik byłby gorszy. No, ale tego się nie dowiem przed kolejnym testem....

Ostatnia minuta testu FTP. Oddech przeponą opanowany ;)

1

Od kilku lat tradycyjnie zaczynam sezon od lokalnej imprezie jaką jest Trójmiejski Ultra Track, zwany popularnie TUTem. W tym w roku plan startowy nie wpisywało się długie bieganie na koronnym dystansie 68 km, więc wstępny plan był na ściganie się na dystansie towarzyszącym - 17 km (tzw Gruba Piętnastka). Organizatorzy jednak zaskoczyli uczestników wprowadzając nowy dystans - "Szybka 40-tka" jak nazwa wskazuje trasa ma długość niewiele ponad 40 km. To była w sumie bardzo dobra alternatywa, bo ani za długo, co spowodowałoby długą regenerację i powrót do treningów, a jednocześnie daje możliwość solidnego sponiewierania się na trasie Trójmiejskiego Parku.

Plan na bieg był prosty - wykręcić jak najlepszy wynik. Nie jest to takie proste, bo dystans jest całkiem spory, trasa znana tylko częściowo, a plan treningowy częściej realizuje na płaskich asfaltowych odcinkach i nie udało się zrobić pełnego rekonesansu trasy. Jednak znam trochę nasze lasy i wiedziałem przed biegiem czego się spodziewać i jak ustawić tempo na bieg.

Oczywiście, aby tradycji stało się zadość, na kilka dni przed zawodami załapałem infekcję, która całkowicie zatkała mi zatoki - ratowałem się trochę lekami, ale z mizernym skutkiem. Definitywnie stanęło na tym, że przed biegiem wpuściłem sobie krople udrażniające nos i pobiegłem.

Ale zanim przejdziemy do samego biegu warto wspomnieć, że podczas odbioru pakietów startowych była możliwość spotkania się, porozmawiania oraz zakupu książki Marcina Świerca - Czas na ultra. To doskonała okazja, aby zdobyć autograf i przybić piątkę z najbardziej rozpoznawalnym polskim ultrasem, zwycięzcą trasy TDS w ramach UTMB, a jednocześnie pierwszym Polakiem, który stanął na podium tych elitarnych zawodów.

fot. Wojciech Zwierzyński

W tym roku otrzymałem numer startowy 1014 - odbierając pakiet zażartowałem, że miło byłoby mieć taką pozycję na mecie, na co oczywiście nie liczyłem na poważnie, ale za to byłem 14-ty w kategorii "mieszkaniec Trójmiasta", więc potwierdza się reguła, że w każdym żarcie jest odrobina prawdy. Oczywiście Grzegorz nie przepuścił okazji i dołożył mi do pieca, bo on miał numer 1010 :)

Z Grzegorzem w tym roku spotykam się na kilku zawodach sportowych, co dodatkowo napędza nas na wynik, bo Grześ jest mniej więcej na moim poziomie sportowym, więc przed każdymi zawodami rywalizujemy, który z nas będzie pierwszy na mecie - a to jest do końca niewiadomą. W formie żartu zwycięzca czeka na przegranego z kubeczkiem wody na mecie. Na koniec roku podsumujemy, kto komu więcej razy wodę na mecie podawał :D

Do naszej rywalizacji "kto komu poda kubek wody na mecie"na Szybkiej 40-tce dołączył Adam, a wiadomość ta tylko podkręciła rywalizację, bo to kolejny zawodnik na podobnym poziomie. Jak widzicie, przed samymi zawodami już byliśmy nastawieni na wynik, każdy kalkulował, jak rozegrać rywalizację na swoją korzyść. Ja postanowiłem zrobić jak podpowiadał mi trener Damian - rozłożyć siły równomiernie, zacząć nieco wolniej a potem w miarę możliwości trzymać tempo lub przyspieszać :D

Tak też się stało, początek na spokojnie, pierwsze kilometry na rozgrzanie organizmu, pogoda sprzyjająca szybkiemu bieganiu, w lesie sucho, kilka stopni powyżej zera, chwilami przebija się zza chmur słońce. NIestety mimo spokojnego tempa na pierwszych kilometrach tętno utrzymuje dosyć wysoko jak na mnie, co troszkę mnie martwi, ale liczę na to, że z czasem nieco spadnie. Na starcie Adam wystrzelił gdzieś do przodu i straciłem go z oczu, a Grzegorz trzymał się blisko mnie. Nie przejmowałem się tym, rywalizacja miała się zacząć po punkcie żywieniowym "Auchan" w połowie trasy, a jeśli zajdzie potrzeba, będę zamęczał Grzesia na ostatnich górkach, a szczególnie na podejściach.

fot. Jacek Deneka Ultralovers

Adama doganiamy jeszcze przed pierwszym punktem żywieniowym i aż do Rybakówki biegniemy razem, trochę gadamy, trochę napieramy, mnie ciągle niepokoi wysokie tętno, kalkuluję co zrobić, bo wiem że nie dowiozę się w dobrym stanie do mety jeśli tętno się nie uspokoi. Za Rybakówką na podeściu zostawiłem niedaleko za sobą Grzegorza, niezbyt daleko, widzę go kiedy się oglądam, ale jest to dla mnie sygnał, że mam szansę urwać się od niego na końcowych podejściach, o ile dotrzymam mu kroku do końcówki biegu. Trzymam w miarę komfortowe tempo, nie forsuje się zbytnio, oszczędzam siły na drugą połowę i niespodziewanie kawałek za polaną na podejściu dogania mnie Grzegorz i co więcej melduje, że ma Adama w zasięgu wzroku. Znów więc jesteśmy w komplecie, zaczynamy zbiegać, zastanawiam się w jakiej kondycji są, ale ich nie słyszę, bo mam muzykę, która trochę odciąga głowę od wysiłku. Sam wsłuchuję się we własny oddech i trochę się uspokajam, bo jest nieźle jak na tętno 160 uderzeń na minutę. Na podbiegu wzdłóż spacerowej staram się jak najwięcej biec, na tym odcinku mieszamy się z ludźmi z koronnego dystansu 68km, którzy wystartowali trzy godziny przed nami. Zbliżamy się do półmetku, w zasięgu wzroku nie widzę Grzegorza ani Adama. Nie cieszę się, bo do końca biegu jeszcze dużo drogi i wszystko może się wydarzyć. Na drugim punkcie szybkie tankowanie picia, żółwiki z ludzikami z Kaszubskiej Poniewierki i lecę dalej. Od teraz zaczyna się ściganie, z góry na dół luźno nogi i grawitacyjnie zbigam. Na podejściach, gdzie nie mam mocy na podbieganie - energicznie wchodzę, czasem się pod kogoś podczepiam, czasem upatruje kogoś z przodu i go gonię. Jest coraz trudniej, ale wiem że chłopaki cisną i lada moment pojawią się za moimi plecami.

Przez ostatnie 10 kilometrów tasuje się z człowiekiem, raz on prowadzi, raz ja. Nie wiem z jakiej jest trasy, bo nie widzę jego numeru, z drugiej strony nie chcę wiedzieć, bo jeśli potwierdzi się, że z mojej, to będę się z nim ciął do samego końca, a sprawiał wrażenie na takiego, co ma więcej siły niż ja.

Przez Rybakówkę (po raz kolejny) przemykam sprawnie, tankując picie i chwytając kilka żelków w garść. Przybiegłem niestety na końcówce picia, które przez ostatnie kilometry oszczędzałem. Teraz przyszedł czas na prawdziwą zabawę, bo trasa w swojej końcówce prowadzi przez największe wzniesienia na zielonym szlaku. Ten odcinek pokonuje w tak zwanego trupa, pod górę ostro wchodzę, na samym szczycie od razu przechodzę do biegu. Ostatnie dwa kilometry zaczynają się przykurcze w łydkach i stopach, to efekt niewystarczającej ilości picia na trasie, odwodnienia chorobowego i braku trenowania w leśnym pagórkowatym terenie.

Na metę wpadam po 4h:08m:25s na 39-tej (na 216, którzy dotarli do mety) pozycji finalnie na ostatnim podejściu pokonując człowieka, z którym tasowałem się na ostatnich kilometrach. Pierwsze 20% to zadowalający wynik, strata do pierwszego zawodnika to 56 minut.

W rywalizacji "kubka wody" uplasowałem się na pierwszej pozycji i trochę się na chłopaków naczekałem (wpadli na metę w 3 minutowym odstępie, na 64 i 69 pozycji)

fot. Wojciech Zwierzyński

"Czołem grupa, co polecicie ciekawego do oglądania na trenażer.. ?"

Jakże często taki wpis przewija się na triathlonowych grupach i forach dyskusyjnych. Widziałem go dziesiątki razy i trochę zazdrościłem trenującym, że łączą przyjemne z pożytecznym, bo cóż może być przyjemniejszego niż kręcenie na rowerku a przy okazji nadrabianie zaległości w oglądaniu filmów - tyle ostatnio tego wyszło, a mnie brakuje czasu na oglądanie.

Tak się szczęśliwie złożyło, że w tym zimowym sezonie i ja wszedłem w posiadanie trenażera. Zakupiłem używany w okazyjnej cenie Elite Fluid, który w połączeniu z czujnikiem Misuro B+ przekazuje do aplikacji Elite na telefonie wszystkie potrzebne dane. Trzeba tutaj wspomnieć, że ja raczej jestem sceptycznie nastawiony do tych wszystkich gadżetów, które "pomagają" w trenowaniu. Owszem, miałem okazję kilka razy pojechać na Zwifcie, ale dosyć szybko mi przeszło. Mój trenażer nie jest interaktywny, więc nie do końca współpracuje z tego typu aplikacjami.

W tym sezonie - po łomocie w Borównie - oddałem się w ręce specjalisty. Przygotowania do sezonu w 2019 roku (start główny w Borównie, na dystansie IM) są prowadzone pod okiem Damiana - zawodnika i trenera triathlonu, człowiek, który przygotował Wicemistrzyni Polski na dystansie IM. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że Kasia to diament i talent sportowy, a ja to co najwyżej bryła węgla, z której coś tam można wyciosać. Tak czy inaczej, od listopada przygotowania ruszyły pełną parą, staram się realizować zadany program sumiennie i jak najdokładniej, choć nie zawsze się udaje.

W poprzednim sezonie, kiedy zapadła decyzja że wystartuję na dystansie IM (3,8 km pływania, 180 km rowerem, 42 km biegania) wiedziałem, że muszę coś zrobić z moimi przygotowaniami, szczególnie z jazdy na rowerze, która tak strasznie mnie zniszczyła w Borównie. Chodziłem nawet dosyć regularnie na zajęcia spinningowe, a z czasem nawet na dwie godziny pod rząd zakończone bieganiem na bieżni (taka zakładka). Ale zapał dosyć szybko minął, pojawiły się choroby, brak czasu i inne sztuczne wymówki i pozostałem w oczekiwaniu na nadejście wiosny żeby ruszyć w teren, polatać na szosie. I nawet kilka razy się udało. Oczywiście ilość i jakość wyjeżdżonych kilometrów była adekwatna do formy jaką prezentowałem na zawodach. Padaka.

Wracając do seriali i trenażera - dosyć szybko się okazało, że treningi przygotowane przez Damiana nie pozwolą na obejrzenie ani jednego odcinka z zaległych kolekcji. Treningi są przygotowane tak, aby nie trwały zbyt długo (60-90 min) ale co najważniejsze w ten sposób, abym nawet nie miał pomysłu gapienia się w ekran laptopa.

Przed rozpoczęciem treningu odbywa się rytuał rozstawiania sprzętu : na podłogę mata, trenażer na matę, pod rower ręcznik, na kierownicę ręcznik, izo w bidonie załadowane, przed kierownicą stawiam taborek, na nim rozpisany trening a obok telefon z apką, która wyświetla cyferki. Jak było cieplej, to zdarzało się uchylenie okna balkonowego, żeby się jakoś schłodzić, ale prawdę mówiąc guzik to dawało. Pot lał się na potęgę, ręczniki mokre, moje ciuchy mokre.. średnio komfortowe warunki. I niedawno przypomniałem sobie jak Bo pisała, że odkryła coś, co każdy musi mieć i że bez tego się nie da. Poszperałem na olx-ach i znalazłem, za całe 30 PLN, niecałe 3km od chaty, pojechałem i zakupiłem wentylator o średnicy 43 cm, 50W. O matko, co to jest za cudowny wynalazek ! Najlepiej zainwestowane 30 PLN w mojej pięcioletniej karierze sportowca, bez kitu, jak ja mogłem to zrobić dopiero teraz? Wentylatorek kręci spokojnie na pierwszym biegu i omiata moje ciało, które zużywa kilkukrotnie mniej płynów na trenażerowaniu.

Wracając do samej formy treningu to jest on rozpisany bardzo dokładnie, ile czasu, na jakim obciążeniu, na jakiej kadencji kręcić. Na początku ciężko było to ogarnąć, ale już się przyzwyczaiłem i już wiem na jakim przełożeniu mam jechać, aby zadane ćwiczenia wytrzymać. Mój trenażer nie posiada regulacji oporu, mam stały oparty na oporze olejowym, zatem opór muszę regulować przerzutkami. Parametry ćwiczenia zmieniają się co kilka minut, czasem co 2-3, czasem co 30 sekund, więc kręcę wpatrując się w ekranik, który odlicza czas i zastanawiam się jak to możliwe, że im więcej watów na wskaźnikach tym sekundnik wolniej tyka. Czasem bywa tak, że prycham, sapię, charczę, dyszę odliczając sekundy do zmiany obciążenia.

Taki trening mam zazwyczaj dwa razy w tygodniu, godzinne sesje mijają jak z bicza strzelił, minuta za minutą, zmiana za zmianą, czasem słucham czegoś, żeby się odciąć od odgłosów jakie wydaje, czasem leci coś w tv, ale nie jestem w stanie się skupić na treści, nie lubię jak jestem taki cierpiący rozpraszać się dodatkowymi bodźcami. Podziwiam tych, którzy oglądają seriale w tym czasie i jeszcze coś z tego rozumieją. Ale wiem z czego to może wynikać - robią długi rozjazd, mieląc jednostajnie (lub prawie jednostajnie) korbą - ale czy taki trening jest efektywny? Nie mnie oceniać. Mam zaufanie do trenera i sezon zweryfikuje, gdzie jestem i co mi te miesiące przygotowań tak naprawdę dały.

Reasumując - czy trenażer postrzegam jako narzędzie tortur?

I tak, i nie. Schodzę czasami i nogi uginają się pode mna, czasem muszę chwile powisieć na kierownicy i złapać oddech. Ale z drugiej strony trenuje w komfortowych warunkach, w akceptowanym komforcie termicznym (teraz gdy mam już wentylator, wcześniej można to porównać do jazdy na rowerze w saunie) ale co najbardziej istotne mam okazję przez te kilka miesięcy przyzwyczaić się do roweru, jaki na ten sezon nabyłem. Ćwiczę w pozycji, w której chcę jak najdłużej wytrzymać na zawodach, mam okazje dopasować ustawienia roweru pod siebie, przez cały ten czas delikatnie je modyfikuję i szukam optymalnego środka między ergonomią a komfortem.

Czy polecam zakup trenażera? W moim przypadku trochę zwlekałem z zakupem, ale to wynik miotania się, co tak naprawdę chcę trenować. Teraz kiedy postanowiłem poważniej zająć się triathlonem uważam, że to właściwie nieodzowne narzędzie do treningu. Jest potrzebny na równi z pływaniem na basenie w okresie zimowym. Jaki trenażer bym polecił ? Nie jestem ekspertem, dla mnie kluczowym kryterium było - oprócz ceny - możliwość mierzenia mocy. Interaktywność zeszła na drugi plan, chciałem także aby było on maksymalnie nieuciążliwy dla rodziny i sąsiadów. Wypadkowa tych czynników spododowała taki a nie inny zakup. Niestety, po wyprowadzeniu roweru w teren stracę możliwość kontrolowania mocy, bez dodatkowych czujników, ale mam obecnie obserwacji jak zachowuje się moje tętno na poszczególnych poziomach i przyszły sezon pojadę po prostu "na tętno" i samopoczucie.

I już nie mogę się doczekać kiedy wsiądę na rower i pojadę wiosenny poranek przed siebie, między pola na których ptaki cieszą się na nadchodzącą wiosnę....

fot. Jan Haręza / Ultrajanosik

Całkiem niedawno, zaledwie kilka dni temu, pisałem na blogu post o planowaniu startów i wyznaczaniu sobie celów. W tym roku plan startowy mam już bardzo precyzyjnie ułożony i raczej nic już do niego nie dołożę, ale kalendarz startów kończył się zawodami w Borównie na dystansie IM w połowie sierpnia. Naturalnie przyszło pytanie czy coś zrobić na jesień? Jeśli tak, to co? Jechać w góry, czy może idąc za planem treningowym pocisnąć jakiś uliczny maraton? W tym sezonie z biegami w terenie będę miał raczej niewiele wspólnego, oprócz TUT na dystansie 40 km w połowie lutego reszta startów odbywa się na betonach i w płaskich okolicznościach. W kontekście planowania długofalowego chciałbym troszkę wejść w triathlon extremalny (tak, marzy mi się Hardasuka) ale do tego potrzebuję jeszcze trochę czasu. Chciałbym w tak zwanym międzyczasie zrobić jeszcze coś pośredniego, może Karkonoszman, może Diablak - kto wie. Starty tego typu niosą za sobą konieczność przygotowania i trenowania w terenie górskim, wiec warto od czasu do czasu się tam pojawić i coś pobiegać.

W tym roku na jesień rozważałem start w Krynicy, ale odstęp czasu między Borównem a Festiwalem Biegowym nieco mnie studził. Były tez plany pojechać na Łemkowynę lub Ultramaraton Bieszczadzki, ale chyba jednak wolałbym pojechać w inne tereny. Pojawiła się tez opcja wyskoku w Tatry na weekend, rekreacyjnie, żeby pobiegać bez żadnych zawodów.

Wczoraj zupełnym przypadkiem natrafiłem na post na fb, że o 20:00 wystartują zapisy na kultowy, piękny, piekielnie trudny bieg w ramach Ultra Janosika - mianowicie Legenda. Kurde, kompletnie o tym biegu zapomniałem, choć w zeszłym roku ostrzyłem sobie zęby, a Artur, którego spotkałem na BUGT pisał mi, ze bieg z pewnością mi się spodoba. Zresztą wystarczy poczytać w necie relacje i morda sama się uśmiecha. Nastąpiła szybka konsultacja rodzinna, bo impreza wypada w ostatni weekend sierpnia i po uzyskaniu wszelakich zgód postanowiłem, że spróbuje się zapisać korzystając z zebranych wcześniej punktów kwalifikacyjnych, bo nie każdy może w takim biegu wystartować.

Organizatorzy przewidzieli 200 miejsc, z czego 20 jest zarezerwowanych na potrzeby organizatora, a na resztę można aplikować przez formularz internetowy. Rok temu zapisy trwały nieco ponad kwadrans. Odrobiłem zatem lekcje (1,5h trenażera), ogarnąłem domowe sprawy i zasiadłem z rozgrzanymi palcami do komputera, żeby możliwie najsprawniej uzupełnić wymagane pola. Przygotowałem tez sobie linki do wyników biegów, które dawały mi kwalifikacje, żeby już niczego nie szukać. Minutę po uruchomieniu zapisów otrzymałem maila, o poprawnej rejestracji w systemie zapisów oraz informację, że po zamknięciu zapisów nastąpi weryfikacja i potwierdzenie czy na imprezę udało się zapisać.

Zresztą co Wam będę opowiadał, zobaczcie sami.

Formularz zgłoszeniowy zniknął z sieci po 2 minutach i 15 sekundach. Tyle trwały zapisy na ten bieg (za rok pewnie będzie już losowanie). Teraz, kiedy piszę tego posta, wiem, że na bieg udało się zapisać i jadę w wakacje na imprezę, której kompletnie nie planowałem. I to właśnie nazywa się przygoda…

Wczoraj, podczas treningu biegowego troszkę sobie rozmyślałem żeby oderwać głowę od monotonii treningowej - (3x 3km rozpędzane, na pętli zbliżonej do stadionu, w mrozie -8 st C). Błądziłem myślami po zakamarkach misiowego umysłu i wymyśliłem (o zgrozo!), że czas najwyższy wprowadzić zmiany. Zmiany dotyczą tegoż bloga, którego właśnie czytacie. Od jakiegoś czasu zaniedbałem bardzo pisanie bloga, były zakusy na jego zamknięcie, likwidację domeny i odcięcie się od cyberprzestrzeni, ale jednak chęć utrzymania historii mojej sportowej drogi w jednym miejscu wygrała z tymi gwałtownymi myślami. Przez ostatnie kilka miesięcy nie miałem za bardzo o czym pisać, bo ile można w kółko klepać w klawisze o zawodach, w których brałem udział? Z drugiej strony są takie miejsca w internecie, gdzie treści publikowane są regularnie (zaglądam, czytam, komentuję), są to zazwyczaj treści, które mobilizują do zastanowienia się nad poruszanymi tematami, a czasem są to zwykłe zapiski z dnia codziennego. Niby nic specjalnego, ale jak sie bardziej zastanowić nasuwające mi jakąś refleksję. Zainspirowany tymi wszystkimi drobnostkami postanowiłem i ja zacząć przelewać więcej, niż przez ostatni czas, treści na karty tego zapuszczonego w czeluściach internetu bloga. Pojawił się tylko mały problem - o czym to pisać, skoro nie ma się nic mądrego ani ważnego do przekazania, szczególnie w takim okresie w jakim jesteśmy obecnie, czyli środek zimy, tydzień po Blue Monday AD 2019?
I właśnie ten Blue Monday podsunął mi pomysł.
No dobra, ale czym właściwie jest wywołany do tablicy Niebieski Poniedziałek? Otóz jest to pseudonaukowy termin, określenie na sposób wyznaczenia najbardziej depresyjnego dnia w roku, który zazwyczaj przypada w trzeci poniedziałek Nowego Roku. Wpływ na takie złe samopoczucie setek, albo i tysięcy istot ludzkich ma kilka czynników takich jak bardzo krótki czas trwania dnia, duży deficyt witaminy D w organiźmie spowodowany brakiem lub niewielką ilością promieni słonecznych smagających nasze ciała, kwestie ekonomiczne spowodowane oczekiwaniem na styczniową wypłatę, a co najgorsze uświadomienie sobie, że dotrzymanie postanowienia noworocznego jest ponad nasze siły, bardzo zagrożone lub dawno już zarzucone.

Tym przydługim wstępem przechodzę do sedna sprawy - Co ma wspólnego trzeci poniedziałek stycznia z moim blogiem i dlaczego o tym piszę? Przedwczoraj wjeżdżając windą z pomieszczenia gdzie mamy w pracy szatnię (tzw rowerownia, poziom -1, zartobliwie nazywana przeze mnie katakumbami) dosiadła sie do windy na miedzypietrach osoba, opatulona w szaliki, czapki, kurtki i nie wiadomo co - spojrzała na mnie stojącego w windzie w krótkim rękawku i zadała nieśmiało pytanie : Nie za zimno bez kurtki? (zapewne myślała, że przyjechałem samochodem do pracy i bezpośrednio z hali garażowej wszedłem do windy). Grzecznie odpowiedziałem, ze owszem, ręce mi trochę zmarzły (było -11 st C) ale ogólnie nie ma dramatu. Wyjaśniłem, że przyjechałem do pracy na rowerze, ciepło ubrany, a teraz (po kąpieli) przebrany w "cywilne" ubrania wjeżdzam windą z rowerowni do biura. Drzwi się otwierają (dotarlismy na moje piętro), żegnam się grzecznie i na odchodne słyszę "Podziwiam, że Ci się chce".
Ileż to razy słyszałem te słowa - że Ci się chce - w każdej możliwej odmianie, w każdych warunkach. Że zbyt rano, że zbyt zimno, że zbyt ciepło, za daleko, za blisko, że nie mam czasu…

Uruchamiam na blogu nową kategorię o nazwie "Pytania i odpowiedzi". Zamysł jest bardzo prosty, postaram się z własnej perspektywy odpowiedzieć Wam na pytania, jakie do mnie trafiają. Mam pomysł na kilka najbliższych wpisów, ale chętnie zapoznam się z Waszymi pytaniami i Waszym podejściem do omawianych zagadnień. Wpisy te są moją własną osobistą odpowiedzią, z własnego punktu widzenia i na podstawie własnych obeserwacji. Czysta osobista interpretacja. Będą to raczej krótkie (tylko ten ma taki przydługie wprowadzenie) wpisy traktujące o jednym zagadnieniu.

Zatem PiO #1 : Dlaczego Ci się chce ?

Na to pytanie mógłbym napisać esej. Jaka jest moja motywacja, która napędza mnie do działania, która powoduje że robię to, co innym wydaje się trudne. Odpowiedź jest prosta, ale zdałem sobie z niej sprawę dopiero po jakimś czasie - wyznaczam sobie cele. Mam zazwyczaj wyznaczony jeden cel, którego nie jestem w stanie zrealizować na chwile obecną - ze względu na brak odpowiedniego przygotowania i nie chcę się na niego porywać, żeby nie doświadczyć porażki. Ważę bardzo rozsądnie siły na zamiary, nie porywam się jak dzikus z motyką na Słońce.

Taki, jak to nazywam, długofalowy cel zazwyczaj przychodzi do mnie samoistnie, czasem jest objawieniem przez duże WOW, a czasem długo dojrzewam do myśli o nim. Kiedy zaczynałem przygodę z bieganiem takim celem stał się Bieg Granią Tatr (cel WOW!). To był mój target, odległy, niemożliwy na daną chwilę do zrealizowania (ledwo biegałem "dychę" poniżej godziny), ale jak tylko o nim przeczytałem moje oczy zabłysły, serce zastukało niespokojnie - to było to. Coś, co chciałem bardzo osiągnąć, zrobić to, przeżyć, doświadczyć.
Przy definiowaniu celu należy się zastanowić, czy aby ten cel nie jest ponad nasze siły, nie jest zbyt ambitny i czy naprawdę w głębi serca chcemy go osiągnąć. To jest kluczowe pytanie. Czy chcesz tego naprawdę, ponad wszystkie przeciwności, czy tylko wydaje Ci się ze chcesz? Bo tylko jeśli chcesz czegoś naprawdę, to będziesz w stanie pokonać przeciwności jakie napotkasz podczas na drodze realizacji, w innym przypadku bardzo szybko się zniechęcisz. Jeśli więc definiujemy sobie taki odległy cel, zawieszając go gdzieś w bliżej nieokreślonej przyszłości (za rok, 5 lat, 10) warto wyznaczyć sobie cele pośrednie, takie małe kroczki, które będziemy realizowali podczas dążenia do celu głównego. To zdecydowanie pomoże nam w osiągnięciu celu długofalowego. Warto też się od czasu do czasu nagradzać za poniesiony wysiłek, zrobić coś, co sprawi małą przyjemność, np wziąć udział w jakieś fajnej imprezie, pojechać w nowe miejsce, zrobić coś co sprawi nam zwykłą frajdę.
Ale cały czas należy pamiętać jaki jest cel główny i nie można go spuścić z oczu.
Ja na realizację swojego celu czekałem - wróć - pracowałem kilka lat. Latem i zimą, w deszczu, błocie i upale, odwiedziłem w międzyczasie dziesiątki miejsc, o których wcześniej nie miałem pojęcia i prawdopodobnie nigdy bym ich nie zobaczył, gdyby nie cel długofalowy. Były oczywiście porażki i zwątpienia, ale właśnie wtedy zadawałem sobie pytanie : Pamiętasz, dlaczego to robisz? Po co? Jaka była Twoja motywacja?
Zmieniała się ona na przestrzeni lat choć zaczynała się klasycznie - zrobić coś dla siebie, dla zdrowia, zrzucić kilka kilo, rzucić palenie, przebiec dychę, półmaraton, maraton, pobiegać w górach… przez te wszytskie tysiące kilometrów gdzieś w tle był ten jeden upragniony event, impreza, której nie możesz się doczekać. I chcesz być na nią gotowy, kiedy będzie okazja nie zmarnujesz jej. Tylko taki upragniony cel jest w stanie Cię napędzić. Marzenie, które bardzo chcesz zrealizować. Wszystkie przeszkody uda się pokonać jeśli tylko bardzo, szczerze i całym sercem bedziesz chciał tego dokonać.
W moim przypadku to działa. I jest wystarczające do tego, aby biegać w deszczu i mrozie, kiedy jestem śpiący i nie mam sił. Wtedy przypominam siebie po co to robię.
Kiedy przebiegłem Granię Tatr zakończyła się pewna epoka w moim życiu. Nastąpiła pewna luka, pustka, zabrakło czegoś. Mogłem wtedy wybrać jedną z dwóch opcji: Skończyć to wszystko, powiesić medal na wysokości oczu, zeby codziennie go podziwiać albo sięgnąć po więcej. Usiąść na kanapie przed tv (nie mam nic na przeciwko, lubie to robić) lub zapełnić tę lukę nowym wyzwaniem. Tak też zrobiłem, obrałem kierunek i wybrałem cel na najbliższy rok, ale także na najbliższych kilka lat. Dzięki temu wiem, że będę to robił nadal, bo nakład pracy jest wart tego wszystkiego, to szalenie motywujące kiedy zrealizujesz coś, co chwile temu wydawało się absolutnie poza zasięgiem.

W tym wszystkim jest też cała masa innych pozytywnych aspektów, podróże, zwiedzanie, przeżywanie drobnych radości, tzw mikrozachwytów jak to nazwał Gonciarz, słodki baton zjedzony nad brzegiem jeziora w czerwcowy niedzielny poranek po 2h jazdy rowerem, gorąca herbata gdzieś na przełęczy w górach przy wschodzącym słońcu, czy zapach jesiennych liści w Trójmiejskich lasach. Trzeba nauczyć się doceniać takie drobnostki, trzeba też wyrobić w sobie pewne nawyki i wzorce zachowań. Podczas realizacji pasji czy hobby trzeba czerpać radość i dostrzegać drobne przyjemności, które napotykamy na drodze, mimo, że czasem jest bardzo ciężko i się nie chce wyjść domu, gdy za oknem hula wiatr lub mróz szczypie w uszy. Nie uda się złapać króliczka, jeśli zabierzecie się za coś, czego tak naprawdę nie chcecie lub tylko wydaje się Wam, że chcecie. Najgorszą opcją jest porwanie się na coś, czego w głębi nie chcecie, ale ulegacie presji otoczenia, bo wszyscy teraz to robią i to jest modne. To nie ma prawa się udać, róbcie tylko takie rzeczy które czujecie w głębi serca. Inaczej będziecie mieli Blue Monday częściej niż tylko raz w roku. Nie bójcie się próbować nowych rzeczy, nigdy nie jest zbyt późno żeby doświadczyć czegoś nowego. Kto wie co stanie się Waszym celem przez najbliższy czas.

A Wy definiujecie sobie cele?