Przeskocz do treści

Zastanawiałem się, jak podejść do tego wpisu. Z jednej strony zwyczajne zawody, z drugiej strony coś znacznie więcej -  zakończenie pewnego etapu, który trwał osiem miesięcy i był czymś zupełnie nowym w moim życiu i wiele zmienił. To było zwieńczenie akcji "Aktywuj się w triathlonie".

Posumowaniu akcji poświęcę osobny wpis, bo jest co opowiedzieć, a ten przeznaczę na zwykłą relację z zawodów.

Niesamowite jest jak życie może nas zaskoczyć. "Nigdy nie mów nigdy" okazało się być czymś namacalnym, a nie tylko powtarzanym frazesem. Taka właśnie refleksja przyszła do mnie, kiedy w niedzielny poranek wyciągałem rzeczy z torby i organizowałem się w strefie zmian. Zapowiadał się piękny dzień. Za ogrodzeniem strefy zmian leniwie kręcili się spacerowicze i przyglądali się przygotowaniom zawodników. Od czasu do czasu, ktoś kogoś nawoływał, ktoś robił komuś zdjęcia. Jakbym się przeniósł w czasie. Rok temu to ja stałem z aparatem po drugiej stronie ogrodzenia i przyglądałem się z zaciekawieniem, jak zawodnicy przygotowują się do zawodów. Triathlon był dla mnie egzotycznym sportem, nie rozumiałem wszystkiego co widziałem. Nie wiedziałem, po co robi się niektóre rzeczy. Prawdę mówiąc nie znalem nawet za bardzo dystansów jakimi definiuje się zawody. 1/4 IM, doczytałem gdzieś ze to 950m pływania, 45 km jazdy rowerem a potem 10km z małym haczykiem biegania. Zresztą, historia tego dnia, gdy przyjechałem obejrzeć triathlon była tematem pracy konkursowej na łamach triathlonsport.pl. Gdzieś tam w głębi duszy tego dnia zostało zasiane ziarenko pod nazwą "a może by tak kiedyś...."

Wracając do zawodów. Pobudka o 6:00, procedura startowa, wszystko przygotowane dzień wcześniej, o 7:00 wyruszamy na miejsce. Słoneczko świeci, zapowiada się ładny dzień, ale prognozy straszyły dzień wczesniej deszczem od godziny 14:00. Nie martwi mnie to, do tego czasu powinno być już po wszystkim. Przed godzina ósmą byliśmy już w strefie odprawiając rytuały wizualizacyjno-przygotowawcze. Tym razem jest prościej, bo już raz to przerabiałem. Z racji dwukrotnie większego dystansu doszedł element, pod tytułem śniadanie. Dwa żele w pas z numerem, jeden na wszelki wypadek w kieszonkę stroju, ale dopiero po wodzie, wiec wkładam go kasku. Na ramę przyklejam tabletki GT. Reszta bez zmian, na kierownicę żółty ręcznik w celu oznakowania i gdyby okazało się, ze muszę płukać stopy z piasku, choć wybieg z wody jest długi i wyłożony sztuczną trawą. Ale wiadomo, lepiej mieć niż nie mieć. Pianka, oksy i czepek w garść, kask z numerem na rower, buty ze skarpetkami w koszyk. I buff. Tyle.

Reszta w torbę, fota na pamiątkę i graty do depozytu. Idziemy obejrzeć trasę pływacką. Na pierwszy rzut oka, wygląda na więcej niż 950m, ale to wina perspektywy. Do tej pory oglądaliśmy trasę z wody, a nie z molo. Wbijamy się w pianki i idziemy zgodnie z sugestiami trenera zobaczyć sytuacje z wody. Mnie przede wszystkim bardziej zależy na rozpływaniu się. W Suszu popełniłem błąd i do wody wszedłem zbyt późno i nie udało mi się rozpływać przed startem. Woda wydaje się być bardzo zimna, ale za to bardzo czysta i przejrzysta. Może to kwestia padającego światła - do tej pory pływaliśmy wieczorami.

1

fot. fot mosir.gda.pl

Chwilę później sędziowie zaczynają wywoływać zawodników na brzeg. Od tej pory obowiązuje zakaz wchodzenia do wody. Przechodzimy przez mate zliczająca zawodników i ustawiamy się w strefie startowej. Wąsko dosyć, ale nie ma żadnego znaczenia. Woda, to nie mój żywioł. Lekcje odrobione po Suszu -  wiem gdzie moje miejsce. Mam swoją strategię. Z dala od pralki, z dala od bojek nawrotowych. Tony nerwowo pyta co 20 sekund "Która godzina?" wywołując salwy śmiechu. Tylko Arkowi nie jest do śmiechu. Właśnie urwał się pasek przy jego okularach, ale jakoś go przyplątał. W tym całym zamieszaniu nie usłyszeliśmy odliczania i wystrzału do startu. Pierwsze rzędy ruszyły do wody a tylne pytają "to już ??" i lecą za nimi. Wchodzę spokojnie do wody, nie robię delfinków, nie rzucam się, przede mną i tak są ludzie. Uciekam na lewą stronę. Pierwsza boja do minięcia prawą ręką. Kilka osób ma podobna strategię. Nikt z nas nie chce aby mu przeszkadzać i nie chce nikomu przeszkadzać. Ruszamy, pierwsze metry rozdajemy sobie wspólnie lekkie kopniaki negocjując w ten sposób przestrzeń w wodzie. Po kilkunastu metrach, każdy znalazł swoje miejsce. Płynę swoje spokojnie -  szarpiąc się zyskam minutę albo dwie, ale stracę zbyt wiele sił. Miejsca mam sporo wiec robię mocne ruchy i długo wyleguję. Sytuacja w wodzie jest zupełnie odmienna od tego, co przezywałem w Suszu. Rozglądam się, przede mną sporo zawodników, do tyłu nie patrzę. Płynę prawie cały czas z lewej strony "peletonu" robiąc swoje. Boje nawrotową mijam szeroko, ale kolejną będzie trzeba minąć drugim ramieniem, postanawiam nie czekać do końca tylko zmieniać powoli stronę peletonu, żeby znów "zaliczyć" boję po zewnętrznej. Chwilowo wpadam w kocioł, zawodnik przede mną walczy w wodzie , ale z nawigacją słabo, bo płynie raz w lewo, raz w prawo, zacząłem go podejrzewać, ze robi to specjalnie, abym nie mógł go wyprzedzić. Trudno, uruchamiam tajną broń - przechodzę do kraula, siedem  solidnych machnięć i mam delikwenta za sobą, wracam do żaby. Spokojnie, płynę swoje. Ostatnią boje biorę łukiem i kraulem walę do brzegu. Wychodzę na 277 pozycji po niecałych 20min. (95% trasy zrobione żabką).

W strefie zmian błysk. Pianka, skarpetki, buty, żel w kieszeń, numer startowy, oksy i zapinam kask. Rower pod pachę i wio. T1 w 3minuty i 3 sekundy.

2

fot. argonaut.gda.pl

Za belką wymijam biegiem tych co zatrzymali się zaraz za nią a teraz walczą z zapinaniem butów i dopiero wtedy wskakuje na rower. Przerzutki ustawione na miękko wiec od razu jestem gotowy do jazdy. Pierwszy kilometr do droga dojazdowa, jest ciasno i gęsto wiec zupełnie spokojnie. Pierwsze okrążenie właściwie cały czas z lewej wyprzedzam. Nie znam trasy wiec lecę zachowawczo, szczególnie na ostrych zakrętach. Kolejne okrążenia dosyć mocno, ale w pamiętam cały czas, że czeka mnie ponad 10km biegu. Na rowerze śniadanie - żel (już drugi, pierwszy przed pływaniem) i staram się pić. Często i małymi łykami. Od trzeciego okrążenia lecieliśmy już bez większych przetasowań. Na dojazdówce do T2 na chwilę przestaje pedałować ... i łapie mnie skurcz w łydę. Pięknie! Zaczynam delikatnie kręcić, mięsien odpuszcza, a zeskakując z roweru uważam, żeby mnie znów nie chwycił. Po kilku krokach łyda się rozluźnia. Trochę się zakręciłem ze swoim miejscem w T2 i wyszukiwałem go wcześniej niż był. Nauczka, aby strefę zmian oglądać z dwóch stron - z wejścia i wyjścia. Rower kończę po 1h:14m:58s (121 m-sce)

Wieszam rower, kask w dół, buff w dłoń, numer startowy przekręcam już w biegu. T2 w 1m i 13 sek

3

fot. argonaut.gda.pl

Buff cały mokry, ociekająca pianka zmoczyła go dokumentnie. W sumie to nawet się ucieszyłem, że założę na głowę coś mokrego. Na początku trasy biegowej, a zarazem blisko mety ostro kibicuje mi rodzinka i znajomi, to niesie! Staram się złapać rytm, nie jest to łatwe po rowerze, po kilometrze zaczyna być dobrze, ale tempo 4:20 jest zbyt mocne. Trasa biegowa po Parku Regana kręta, betonowo szutrowa, ciepło, ale część trasy na szczęście w cieniu. Na pierwszej pętli biorę wodę z punktu i oblewam głowę. Zaczynam żałować tego, bo buff poprzednio zmoczony był morską wodą, która teraz zalewa mi twarz. Trudno, już raz znosiłem dzisiaj morską wodę. Na drugiej pętli wyszło zmęczenie. 7-my kilometr był najtrudniejszy. Niby do mety blisko, tak daleko jednocześnie. Staram się przez jakiś czas lecieć za Mariuszem, ale szybko mi przechodzi :) wola walki w takim tempie. Nie moja liga. Przed samą meta zbieram resztki sił i delikatnie przyspieszam.

Na metę wpadam po 2h:25m:45sek na 132 m-scu open. Bieg na dystansie 10.55km zajął mi niecałe 46 min (134m-sce)

Dziś przeglądając wyniki zdałem sobie sprawę, że wyprzedziła mnie tylko jedna dziewczyna i była nią Paulina Załucka, która była naszą trenerką podczas akcji Aktywuj się w triathlonie.  Ja zaś byłem 5-ty z "Aktywnych", co cieszy, ekipę mieliśmy naprawdę mocną i myślałem, że będzie więcej aktywnych przede mną na mecie.

4

fot. argonaut.gda.pl

Statystka :

Pływanie : (950m) - 00:19:35 (277)
T1: - 00:03:03
Rower (45km) : - 01:14:58 (121) - GPS naliczył 43,4 km; średnia prędkość 34.68 km/h
T2: - 00:01:13
Bieg (10,55km) : - 00:46:56 (134); tempo 4:28min/km
Finish : 02:25:45, 132msce open, 34m-sce w kategorii M35-39
Jeśli chodzi o organizację samej imprezy to właściwie nie mam żadnych uwag, poza drobnostkami  - nie słyszałem sygnału startu (podobno wystrzał), a po wybiegnięciu z T2 na ścieżkę biegową  następowało potknięcie na spowalniaczu na ścieżce rowerowej (chyba na głos zakląłem ratując się przed upadkiem).
Obsługa punktów, wolontariusze i kibice najlepsi na świecie ! Strefa regeneracji bardzo rozbudowana, bardzo podobały mi się baseny z lodowatą wodą.
Tak, będę startował tu za rok !
Bardzo obawiałem się tego startu, po tym co przeżyłem w wodzie w Suszu. Okazało się, że odpowiednia strategia, kosztem oczywiście większego dystansu i tak się opłaca. Jedyne czego mogę żałować, to to, że zbyt mało płynąłem kraulem. Etap pływacki w Gdańsku był bardzo przyjemny, to zapewne też zasługa oswojenia się ze środowiskiem i idealnych warunków pogodowych w dniu startu. Wiem, że woda to moja najsłabsza strona (wystarczy spojrzeć na miejsca), ale z drugiej strony nie czarujmy się - 8 miesięcy temu nie umiałem pływać.
A teraz spinam poślady i organizuję samodzielne treningi. Za trzy tygodnie 1/2 IM w Gdyni - najważniejszy start (i ostatni zaplanowany) na ten rok.

3

Budzik wyrwał mnie z głębokiego snu, i dobrze. Bo kompletnie zapomniałem wiersza, który miałem za chwilę recytować... co za sen !

W głowie szumi. A nie, to nie w głowie -  to za oknem. Leje. Ciepły czerwcowy deszcz. Ściana deszczu. Super.

Toaleta, szybka kawa (raz!) i kanapki, jedna na śniadanie - więcej nie wcisnę tak rano, dwie kolejne do plecaka na później. Kabanosy i banany. Prognoza pogody zapowiada deszcz. No trudno. Nie jestem z cukru przecież.

Adam już czeka pod blokiem. Cała droga do Susza w strugach deszczu ale z pozytywnym nastawieniem i w dobrych humorach. Co będzie to będzie.

Na miejscu spotykamy Jarka i Marcina, a później spotykamy chyba wszystkich :D

Ciągle pada. Odbieramy pakiety i wyruszamy na mały rekonesans strefy startowej , która zarazem jest strefą finiszowania. Deszcz ciągle pada nam na głowy.

Rozkminiamy jak będzie wyglądać trasa pływacka, jest niewyobrażalnie długa. Nie ma co ukrywać. W wodzie nie czuje się komfortowo. Mam na myśli oczywiście wody otwarte, takie gdzie nie zawsze, a właściwie nigdy nie widać dna. Zbyt mało czasu spędziłem w tym środowisku i chyba dlatego jestem taki zdystansowany. Przecież testy na basenie pokazały, ze spokojnie dam radę taki dystans przepłynąć. Nawet kraulem. Tylko, ze w wodach otwartych jest inaczej niż w basenie. Bardzo inaczej.

Wracamy do samochodu na śniadanie, mamy jeszcze sporo czasu, ledwo minęła 9-ta godzina a start mamy o 11:30. To dobra pora na ostatni posiłek przed zawodami. Ciągle pada.

Kilkanaście minut później deszcz ustaje, postanawiamy wykorzystać okazje i zrobić desant w kierunku biura zawodów i przygotować rzeczy w strefie zmian.

Tutaj tysiąc razy sprawdzam, czy aby na pewno wszystko mam ? Kask, w  nim okulary, do niego zamontowany pas z numerem. Buty w koszyku, skarpetki w butach, łyżka do butów. Bidony zalane. na kierownicę wieszam ręcznik, żeby szybciej namierzyć rower i mieć w co wytrzeć nogi. Ponadto na wszelki wypadek bluza z długim rękawem, buff, okulary i czapeczka. Chyba wszystko mam.

Idziemy się przebrać, zabieramy pianki, okularki i czepki i klapki a resztę sprzętów oddajemy do depozytu. Powoli zaczyna mnie dopadać stres przedstartowy. Wizualizuje sobie poszczególne strefy, rozmawiamy o trasie rowerowej, którą niektórzy objechali dzień wcześniej. Zapowiada się "mokra" rywalizacja, a bruk w centrum Susza wydaje się być bardzo niebezpieczny. Przestało co prawda już padać, ale ulice nadal są mokre.

Pół godziny przed odprawą wracamy na strefę zmian przebrać się w pianki i idziemy nad jezioro. Dobieg z jeziora jest dosyć długi wiec wiem, ze rozbieranie pianki można zrobić spokojnie. Musze pamiętać o zegarku, aby nie przeciągać przez niego pianki, bo się zaplączę :)

Wchodzimy na chwilę do wody aby się oswoić z woda, ale organizatorzy wywołują wszystkich na brzeg, na matę robiącą coś z chipami do pomiaru czasu.

bikelife_0

fot.bikelife.pl

Start odbywa się z wody, z linii pomostu. Wygląda to tak, ze zawodnicy są uczepieni pomostu a na znak sygnał startują od niego w kierunku najbliższej bojki. Niestety do pomostu dopływam na końcu stawki, wiec mam do niego dosyć daleko i muszę wyciągać rękę aby się przytrzymać. Ale to wcale nie jest najgorsze. Wiem co się będzie działo na starcie. Wszyscy będą chcieli mnie rozjechać. Ostatnie instrukcje od sędziów i poszli.

Co tam się działo, nie da się opisać słowami. Ponad 450 osób nagle startuje w wodzie przed siebie. Każdy walczy o dogodną pozycję i kilka metrów, tfu, centymetrów własnej przestrzeni. Szczęśliwie jakoś się odbiłem, wykonałem kilka mocnych wymachów i udało się uwolnić od tłumu, ale tłum ciągle napierał ze wszystkich stron. Głównie ze względu na słabą nawigacje płynących. Jedni na wprost, inni w prawo, jeszcze inni w lewo, jedni na drugich, drudzy na jednych. Kraularze przechodzą do żaby, aby się zorientować gdzie są, ci co się zorientowali przechodzą do kraula, wpadając na żabkarzy. W tym kotle jestem i ja, szukając sobie miejsca. Po  150m sytuacja się nieco normuje, widzę nawet znajome twarze, co napawa mnie optymizmem, ze nie jestem na szarym końcu pływackiego peletonu.

Staram się delikatnie przebić nieco na lewo od bojki, którą będziemy mijać (prawym ramieniem) ale jest za późno i wpadłem w pułapkę. Przy nawrocie przy bojce jest powtórka z rozrywki, ludzie na siebie wpadają, przepychają się. Ktoś się łapie bojki, która jest ogromna i bardzo lekka i przesuwa się na pływających. Dramat. Za wszelką cenę uciec z tego kotła, spinam się i robię zryw. Kosztuje mnie to wiele sił, ale udało się. Znalazłem sobie miejsce, teraz spokojnie na kolejną boję, tym razem dużo lepiej. Omijam ją szerszym łukiem. Teraz już tylko wrócić. Był czas rozmyślać w tej wodzie -  o górach, o bieganiu i o tym całym pływaniu, które na chwilę obecną jakoś nie sprawia mi mega frajdy. Z drugiej strony pół roku temu nie umiałem pływać a jestem raptem 6-ty raz na otwartych wodach i płynę, z tłumem innych...

Dopływając do brzegu wydawało mi się, ze spiker mówi coś o ostatniej grupie pływaków wychodzących z wody.... no trudno. Tak miało być. Woda na przetrwanie, rękawicę walki podniosę na lądzie. Na wszelki wypadek nie oglądam się za siebie.

Okularki na głowę, zdjąć zegarek, ściągnąć rękaw, zapiąć zegarek, zdjąć drugi rękaw, czepek i okulary w dłoń. Wszystko w truchcie. Kurde, ale jestem zmachany. Wpadam na strefę zmian -  pierwszy, drugi , trzeci teraz mój rzad. Jest. Znalazłem rumaka. Teraz szybko. Pianka w dół. Skarpetki i buty, ciach! Numer startowy na tył, ciach ! Okularki, kask. Zapiąć. Rower w dłoń i dzida. Widzę Jarka, jak pije izo. Jest i Adam. Kurde, skoro i oni w strefie zmian to nie jest źle.

Wybiegam poza strefę, mijam belkę hyc na rower. O kurde, kurde. przede mną stoją dwie osoby i walczą z zapięciami butów. Hamuje, omijam i ogień jest z górki, na końcu górki zakręt. No, teraz można jechać. Na rowerze odżyłem. Zacząłem walczyć, zacząłem wyprzedzać. Pierwsza pętla minęła błyskawicznie. Asfalt był suchy tylko w cieniu delikatnie mokry, pełna dzida. Pierwsze okrążenie zleciało zanim się zorientowałem co jest grane :) Po bruku do Susza wpadłem jak pocisk, kibice na trasie poganiali. Dajesz, dajesz ! To dawałem. Pij, pij, Musisz się napić. A co z żelem? Jeść, nie jeść. Zanim zacznie działać będzie po wszystkim. Nie jem. Piję. Dziduję. Pod górkę staje na pedałach, albo redukuję, na szczycie wzniesienia zrzucam biegi i pełna dzida w dół. Nie ma odpoczywania, kręcę cały czas. Zakręty biorę szeroko i mocno ścinam, wykładając się do wewnątrz. Banan na mordzie. Wpadam do Susza po raz kolejny, nie boje sie tego bruku, pełny ogień !

bikelife_1

fot.bikelife.pl

Dojeżdżam do belki i chyba wpędziłem w popłoch obsługę, bo krzyczą do mnie -  belka ! belka ! . Wiem, przecież, że belka zwalniam, hyc zeskakuje i biegiem do strefy. Raz, dwa, odwieszam rower. Kask do koszyka, okulary też. Buff w dłoń, okulary (inne) w rękę. Wybiegam. Na trasie się oporządzam. Buff na głowę, oksy na nos i lecę. Spokojnie, bo na więcej nie ma sił. Spokojnie, unormować tętno... Jakbym miał czujnik na sobie to pewnie bym wiedział jakie mam :)

Na trasie biegowe okazało się nagle i niespodziewanie że jest strasznie gorąco. I duszno. Wiatru zero, dziwne, na rowerze był. :)

bikelife_2

fot.bikelife.pl

Biegnę swoje, 5.8km, to jakby biec do pracy i połowa drogi do domu. Tylko spokojnie. Na drugim kilometrze niespodzianka. Pendolino przelatuje obok jeziora, pierwszy raz w ruchu widziałem ten cud techniki. W oddali słychać jakieś śpiewy, to pielęgniarki na 2km zagrzewają do boju ! Lepiej biec niż dostać zastrzyk . Zaczynam łapać rytm i swoje tempo. Dopadam kilku biegaczy, kilku dopada mnie. Marzy misie deszcz z rana. Nie sądziłem, że o tym pomyślę. Trasa nieco się ciągnie, bo jezioro ma takie zatoczki, a ścieżka jest blisko linii brzegowej i wydaje się ze to tuż tuż, a wcale tak nie jest. Powietrze jak w Wietnamie. Nigdy nie byłem, ale tak misie wydaje. Mokre, gęste i nie rusza się. Korzystam z wody na punkcie. Nie piję, ale wylewam na głowę. Ach ja miło. Już blisko, niecałe 2 km. Coraz więcej kibiców, coraz głośniej słychać spikera na mecie. Ostatni kilometr, biorę gąbkę z wodą na kark, cudnie chłodzi plecy. Widać metę, zrywam się, wyprzedzam jeszcze kilka osób. Godzina dwadzieścia dwie zero pięć. Jestę triathlonę.

bikelife_3

fot.bikelife.pl

Na koniec chciałbym wspomnieć, bo nie da się bez tego, o atmosferze jaka panuje podczas zawodów na całej trasie. Od razu widać, że Susz gościł nas już 24 raz. Organizacja tip-top, no może za wyjątkiem samego startu z wody - było strasznie. Na całej trasie pełno kibiców zdzierających gardła i walących w gary chochlami. Na wioskach całe rodziny przed posesjami, na trasie biegowej Panie Pielęgniarki (!!!) i mniejsze grupy i pojedyncze osoby. Każdemu z Was dziękuję za gorący doping !!

Na chłodno przyszła analiza i wnioski.

Założyć czujnik tętna :)

Woda : mam 3 tygodnie aby oswoić się z otwartymi wodami, na szczęście zaczynamy treningi z trenerami na morzu. Mobilizować się do płynięcia kraulem, jest szybciej, efektywniej, może i mniej komfortowo, ale w generalnym rachunku się opłaca. Po drugie, wejść przed zawodami do wody i popływać 10-15 minut. Po trzecie uciekać z kotła, nadrobić dystans, ale płynąc w spokoju. Po czwarte, ustawiać się w środku stawki. Omijać bojki szerokim łukiem.

Rower : Tu nie mam uwag, był max i tyle. Jedyne co może pomóc to buty SPD. No i plecy mnie trochę po pływaniu bolały, ale to od żabki.

Bieg: Tu zawsze można coś poprawić. :)

T1, T2. W strefie zmian nie było wtopy, można było urwać parę sekund, ale generalnie poszło gładko.

Suche dane :

129 msc open, 36 w kat M35-39 na 93 w kategorii.
750m pływania : 17:29 (251msc);
T1: 2:46;
Rower (20.2km) 35:10 92msc, średnia 34,5km/h;
T2: 1:25;
Bieg (5.8km) 25:15 99msc, tempo 4:19min/km

Wyprzedziło mnie 10 kobiet :)

Teraz 3 tygodnie pracy, core i bieganie. Dużo otwartej wody. 19 lipca w Gdańsku 1/4 IM samo się nie zrobi. Ogień!