Przeskocz do treści

Czasem wydaje nam się, że wszystko zostało już powiedziane, że w danej kwestii niewiele może się zmienić i wystarczy poczekać i przekonać się, jaki będzie wynik.
Tak miało być i w tym przypadku. Co mogłem, to potrenowałem. Niewiele w stosunku do zakładanego planu, ale jak już biegałem to z myślą, aby był to trening a nie tylko bieganie. Niestety tak się złożyło, że w okresie przygotowań, na treningi nie miałem zbyt wiele czasu, wiec musiałem cieszyć się tym co mam.
Oczekiwania były. Chciałem bardzo, ale naprawdę bardzo, złamać półtorej godziny na półmaratonie (21km). To oznacza bieg przez 90 minut przynajmniej w tempie 4:16. (Złapałeś(aś) się za głowę?? Skumaj, że Krasus leciał 3:47min/km i wcale nie był pierwszy na mecie :) )
Dla mnie jednak to by było coś. Statystycznie, na dystansie półmaratonu granicę 90 minut łamie tylko ok 6% zawodników. Zazwyczaj gdy łapałem się na pierwsze 35% zawodników był to dla mnie zadowalający wynik. Z matematycznego punktu widzenia - oczekiwanie wysokie.
Test jaki wykonałem tydzień wcześniej podczas 15-to kilometrowego biegu pokazał, że wynik poniżej 90 min jest w zasięgu moich możliwości. Po tym teście nie biegałem zbyt wiele, bo zaledwie trzy kursy do pracy i z powrotem (w sumie jakieś 27 km w 6-ciu 4,5 km odcinkach). Planowałem także nie biegać już od czwartku, żeby nogi były żądne kilometrów. I co? I jak zawsze nie wyszło.

W piątek na dwa dni przed zawodami zrobiłem rekord trasy dom-praca-dom.
Sobota przywitała nas piękną pogodą. Tego dnia byłem też umówiony na badania Delos na stoisku Rehasportu na Expo Półmaratonu Gdańskiego na godzinę 14:40 wiec chciałem przed południem zrobić coś, co od dawna leży nie dokończone. Takich rzeczy mam kilka, domalowanie płotu, przyczepienie progu u chłopaków w pokoju, czy naprawa światła w samochodzie.
I właśnie ta ostatnia, z pozoru błaha czynność załatwiła mnie na cacy. Podczas wyciągania akumulatora (utrudniał dojście do reflektora), zaczepił się o podstawę, a ja chcąc go przekręcić nieco okręciłem też tułów i szrpnąłem.

I pstryk.

Akumulator wypadł z rąk, a ja syknąłem przez zęby stojąc nieruchomo. Siekło mnie tak, że przez chwilę miałem mroczki przed oczami i nie byli to słynni bracia z serialu. Stałem tak chyba z 15 sekund powoli oddychając. Ból w plecach lekko odpuścił, ale wyprostowanie się było prawie niemożliwe.

Szach mat. Koniec.

Dziesiątki myśli przebiega wtedy przez głowę. Czy nic mi nie jest ? Czy uda się poskładać samochód, którym muszę pojechać odebrać pakiet ? Czy będę w stanie wziąć udział w badaniach i wreszcie czy będę w stanie pobiec niedzielny (jutrzejszy) półmaraton ?
Wściekłość. To była główna emocja w głowie. Bylem zły na siebie, że w tak durny sposób pozbawiłem się możliwości biegania. Ba ! pozbawiłem się także możliwości chodzenia, schylania i ogólnie wszystkiego, najlepiej bym stał i opierał się rękoma o coś.

Złożyłem jakoś furę (reflektor naprawiony, działa jak ta lala).
Pojechałem na badania i odebrać pakiet. Wsiadanie i wysiadanie z samochodu to była trudna czynność, ale po kilkunastu krokach ból odpuszczał i dawało się w miarę swobodnie chodzić. Do czasu kiedy nie trzeba czegoś podnieść z podłogi lub się schylić.
Na badaniach zostałem skonsultowany, wygnieciony i oklejony tejpami. Do końca dnia snułem się po mieszkaniu smarując plecy różnymi specyfikami.

W niedzielę bez większych nadziei sturlałem się z wyra. Tak, pozycję pionową osiągałem w kilku etapach.
Szykując się do wyjścia miałem dylemat (jak baba) w co się ubrać? Nie mogłem założyć koszulki PĄpkinsów, bo na mecie (jeśli po/dobiegnę) nie zrobię i tak żadnych pĄpek, bo jak padnę, to się nie podniosę. A koszulka zobowiązuje :)
Z drugiej strony rokowań na bieganie raczej nie było, ale pojechałem na miejsce startu z Adamem, z nastawieniem że w najgorszym układzie będę kibicował. Żal jednak był ogromny. Na pół godziny przed startem  zmierzyłem się z demonami i przygotowałem się do biegu. Chciałem podczas rozgrzewki sprawdzić jak wielki dyskomfort będzie podczas biegu. Znośny, czy nie do wytrzymania ? Nie chciałem biec za wszelka cenę, o nie.  Priorytet był jeden, nie zrobić sobie większej krzywdy. Jak będzie bolało wracam, ubieram się i idę na trasę kibicować.
Kilkanaście pierwszych kroków pokonałem ze spiętymi plecami i przy umiarkowanym bólu. Był on jednak na tyle silny, ze uniemożliwiał swobodne oddychanie, ale po chwili rozluźniam się i... ból ustąpił !!
Oj radowało się moje serce, nogi też się radowały !
Przyrzekłem sobie, że jak na trasie coś się zacznie dziać to natychmiast schodzę.
Ostatnie minuty przed startem walczymy z Arkiem z jego garminem, który się zawiesił i nie chciał wystartować.

Chyba zacznę Arka unikać. Nie dlatego, że go nie lubię, wręcz przeciwnie, ale odnoszę wrażenie, że przynoszę mu pecha swoja osobą. Za każdym razem jak się widzimy na starcie to on boryka się z jakimiś trudnościami. Może to wina moich fluidów, czy jak to się tam nazywa?
Rzutem na taśmę, minutę przed startem pakuje się w swoja strefę jak najbliżej pejsów na złoty trzydzieści. Właściwie chłopaki lecieli na 1:29:59, takie mieli napisy na balonikach, które niefortunnie były czarne opisane jasnymi flamastrami przez co były słabo widoczne.
Przez pierwszy kilometr było tasowanie się, część biegu, której nie lubię najbardziej, szukanie sobie miejsca, w prawo w lewo, przeskoki, omijania szarpanie tempa...

12186673_847454142040625_7724921638979919493_o
Na drugim kilometrze ustawiłem się w grupce, która ewidentnie trzymała się baloniarzy, a właściwie jednego baloniarza. Wydało mi się to nieco dziwne, bo pejsi zazwyczaj lecą parami... W okolicach czwartego(?) kilometra baloniarz schodzi na bok, odczepia baloniki i wręcza je jakiemuś dziecku. To oznacza, że od teraz jestem zdany tylko na siebie. Następuje kontrola tempa, rozglądam się wśród współbiegaczy szukając charakterystycznych ubrań, po których będę oceniał swoja lokalizację w tłumie, bo wiadomo, że na pomiary GPS nie za bardzo można liczyć, a rozpiski kilometrowej nie miałem. Dwa kilometry później zauważyłem, że jeden z biegaczy ma napis na koszulce "pacemaker 1:29:59", wiec jednak było ich dwóch, ale tylko jeden miał balony. Jesteśmy uratowani !
Od tego czasu trzymam się go stosunkowo blisko, nie pozwalając uciec.
Bieg  sam w sobie to nic specjalnego. No biegnie się. Na początku ze sporym luzem, wiec i można pomachać, przybić piątkę i się porozglądać. Pierwsze oznaki wysiłku pojawiły się w połowie drogi. Zrobiło mi się ciepło, zrzucam więc rękawki a buff  znika z głowy i ląduje na nadgarstku. Lubie ten moment, kiedy chłodne powietrze omiata moja czuprynę :)
Na 15-tym kilometrze korzystam z izotonika, dwa łyczki i przepłukanie ust. Od teraz zaczyna się walka o utrzymanie tempa. Już nie jest tak łatwo i wesoło jak na początku. Krótkie komunikaty pomiędzy biegaczami. "Życiówka?" "Tak"; "Lecisz z nimi"? i ruch głowy na pejsa, "Tak"; "Cześć", "cześć, nie pogadamy" i takie tam.
W głowie myśli "jeszcze tylko 6km, to jakby z pracy do domu i jeszcze dwa kilometry". Rozkładam trasę na odcinki. Widać już z daleka stadion i dźwig, który stoi w pobliżu mety, jeszcze tylko pokonać ten most, ostatni podbieg, ostatnia próba. Przez słuchawki słyszę pejsa, który krzyczy do grupy, "pod górę utrzymujemy kadencję, nie tempo". Pamiętam o rekach, machać mocniej, wahadło, wyprostowany, klata do przodu, jak u Mariusza, który biegnie kilkadziesiąt metrów przede mną (swoja drogą zrozumieć nie mogę, dlaczego wyprzedził mnie dopiero teraz ?) , głęboko oddychać. Na moście patrzę na zegarek, tętno 77bpm :) chyba poluzował mi się pasek, poprawiłem, ale przestaje się tematem interesować, mam ochotę zatrzymać się, usiąść na krawężniku i odsapnąć.
Ostatnie 2 km, lekki zbieg do ul. Marynarki Polskiej, pejs przyspiesza, chyba nadrabiamy podbieg, po chwili za chorągiewką 20-tego kilometra kontroluje zegarek i odwraca się do grupy, coś krzyczy, nie wiem co, bo muzyka w uszach zagłusza, a może nie mam sił słuchać, nie chce się niczym rozpraszać. Linię startu minałem kilkanaście sekund sekund po pejsach, wiec biegnąc teraz z nimi - mam zapas, o ile lecą zgodnie z planem.

12046941_847454938707212_5500615460202209134_n

fot. Patrycja Sawicz (dziękuję)
"Czterysta metrów do mety" krzyczy. Zerkam na zegarek, szybka kalkulacja 400m = 2 minuty, na zegarku mam 1h i 27 minut, nie może się nie udać. Staram się na ostatnich metrach jeszcze nieco przyspieszyć, ale z mizernym skutkiem, Błażeja już nie dopadnę, swoją drogą zadowolony byłem że uciekł mi tylko tyle...
Przed samą halą, w której zlokalizowana była meta widzę swoich największych kibiców :)
Na mecie zatrzymuje zegarek, kłaniam się po medal i padam....
.. i trzaskam 10 pĄpek. (w tym momencie żałuję, że nie ubrałem się w stosowna koszulkę) :]
Wstaje bez problemów. Ból pleców minął zupełnie.

Kurde. Trzasnąłem nową życiówkę. Po roku czasu urwałem 8 minut. Ale to nie miało znaczenia.

Złamałem cholerne półtorej godziny. Godzina, dwadzieścia dziewięć, czternaście (1h:29m:14s).

Trochę statystyk :

Meta : 1:29:14.

Miejsce 191/3245 (Wynik lepszy niż 94.2% zawodników)

A tak rozkładały się 5-cio kilometrowe odcinki :

Stats

Na koniec chciałbym podzielić się informacjami jakie uzyskałem przy okazji kontuzji. Poradzono mi dwa pierwsze dni kontuzjowane miejsce chłodzić maściami (najczęściej z dodatkiem mentolu) a obolałe miejsca uciskać przez kilkanaście sekund, w celu rozbicia / rozluźnienia mięśnia. Po dwóch dniach można zacząć wygrzewać kontuzjowane miejsce. Po biegu wieczorem zafundowałem sobie ciepłą kąpiel i ból pleców minął zupełnie. Dziś rano trochę plecy znów bolały, ale głównie podczas głębokiego schylania i podczas wstawania z krzesła, po dłuższym posiedzeniu. Nie bolą podczas biegania :)

 

Na Bieg Przyjaźni, który odbywa się w ramach cyklu Kaszuby Biegają, a właściwie zamyka cały cykl aż do wiosny, zapisałem się w konkretnym celu. Za tydzień zrobię kolejne podejście do dystansu półmaratońskiego. Nie licząc połówek w ramach triathlonów, to będzie trzecie podejście do asfaltowego ścigania się na takim dystansie (21km). Zeszłoroczna próba zakończyła się niepowodzeniem, ale życiówka została ustanowiona. Obecnie jest to obłędne 97 minut.

Plan jest taki, aby przebiec 21km w czasie poniżej 90 minut, urwać z życiówki aż 7 minut. Wysoko postawiona poprzeczka, zważywszy na fakt, ze w tym sezonie biegałem objętościowo 3 razy mniej niż w zeszłym. Okazuje się jednak, ze ilość nie idzie w parze z jakością. Maraton na wiosnę mnie pokonał, ale na dystansie 10km udało się niedawno ustanowić nowe PB na poziomie 40min i 48 sekund, czyli całe 23 lepiej.

Bieg Przyjaźni pamięci 66 Kaszubskiego Pułku Piechoty jest biegiem na dystansie 15km, choć garmin policzył mi tylko 14,77. To jednak jest mniej istotne. Wyliczyłem sobie, że jeśli na półmaratonie wytrzymam na trasie tempo 4:15/km to złamię magiczną granicę 90 minut. Jeśli jednak zacznę zbyt mocnym tempem, to znów na końcówce będę umierał. W tym celu wybrałem się na Bieg Przyjaźni - zobaczyć czy dam radę i w jakim stanie będę po 15km w tempie 4:15.

12109153_733996603372950_7028194860903456457_n

Pierwsze 3 kilometry zostały poprowadzone drogą asfaltową przy umiarkowanych różnicach wysokości, na czwartym kilometrze podłoże zamienia się na płyty jumbo i właściwie od tego czasu profil trasy powoli pnie się w górę aż do 12 km. Nie jest to jednak jednostajne nachylenie terenu a liczne podbiegi i zbiegi. Na 7 mym kilometrze punkt z wodą, który mijam bez tankowania i trasa zakręca na polne drogi. Na tym etapie było już tak luźno, a trasa usiana była licznymi zakrętami,  że musiałem momentami polegać na oznakowaniu, bo nie widziałem nikogo przede mną. Szarpane tempo na podbiegach i zbiegach przywołało kryzys w okolicach 8-9km. Na tym etapie miałem najwolniejsze tempo (4:25) ale sumarycznie dzięki pierwszym kilometrom wciąż byłem w ustalonym limicie. Przed startem usłyszałem, że 3 ostatnie kilometry są szybkie i jeśli ma się siły to można na nich coś urwać. Ja już na 10-tym nie czułem zapasu sił. Leciałem na pograniczu własnych możliwości . Dziesiąty kilometr minąłem po 42minutach i 27 sekundach. Jak na takie warunki całkiem nieźle. Wybiegliśmy ponownie na asfalt, a trasa zaczęła jakby opadać. Punkt z wodą znów mijam, choć chwile wahałem się, czy nie skorzystać.

Ostatnie 4 kilometry to delikatny zbieg po asfalcie, na tym odcinku udało mi się złapać jeszcze dwie osoby, ale trzeciej już nie dogoniłem, była zbyt duża różnica między nami. Na mecie melduje się po 1h:02m:12s, co oznacza, że w trzymając takie tempo dałbym radę złamać 90min na półmaratonie.

12143211_733998180039459_6584774528235934879_n

Jechałem na ten bieg pełen obaw. Z jednej strony nie udało mi się przygotowywać do półmaratonu zgodnie z planem treningowym, który zakładał dużo więcej pracy niż włożyłem w treningi. Z drugiej strony obiektywnie patrząc zacząłem jakby mocniej biegać na trasie praca-dom. Wszystko się mogło wydarzyć, ale chciałem mieć świadomość przed startem w półmaratonie w Gdańsku gdzie właściwie się znajduję. Dzisiejszy bieg był taką nagrodą za ostanie kilka dni pracy, podniósł mnie na duchu i dał perspektywę na przyszłość, choć mogło być zupełnie inaczej.

Oczywiście wszystko to co opisałem w tym poście nie gwarantuje, że za tydzień się uda. (kciuki będą potrzebne!)

Dzisiejszy test pokazał także, że zbyt ciepło byłem ubrany. Jako pierwszy zaczął mi przeszkadzać buff na szyi, który zabrałem, aby zasłonić sobie twarz w razie zimna. Na połowie dystansu miałem ochotę zdjąć również czapkę i rękawiczki, ale zsunąłem tylko rękawki. Cała trasę leciałem na krótko (szorty, koszulka na ramiączkach) i bardzo się z tego wyboru cieszyłem, bo przy takiej intensywności jest naprawdę ciepło.

Na mecie oczywiście pĄpaski w liczbie równej ilości kilometrów na trasie. Fajna to jest tradycja, bo zmusza mnie do robienia pĄpek także w domu po treningach, żeby nie było wiochy na zawodach :)

Na koniec statystyki :

Dystans 15km (asfalt/drogi polne)

48 miejsce open, na 278 uczestników.

10 miejsce w kategorii M35-39 (fiju fiju), dwie dziewczyny przede mną.

Średnie tempo 4:09min/km, średnie tętno 172bpm (max 179)

Kiedy w sobotę rano podjechaliśmy z Adamem pod szlaban prowadzącym do TPK przywitało nas trzech panów sączących bursztynowy napój z brązowych butelek. Towarzystwo ewidentnie wczorajsze ale w doskonałych humorach. Ocenili nas szybko mierząc wzrokiem od stóp do głów i już wiedzieli, że coś się kroi :) Minutowa wymiana zdań spowodowała, że zostaliśmy bohaterami, kozakami, którym należy się szacunek, bo wstaliśmy w ten niedzielny poranek skoro świt i zjawiliśmy się kilka minut po godzinie siódmej na obrzeżach lasu w celu przebiegnięcia jakże abstrakcyjnego dla nich dystansu dwudziestu kilometrów.
Nie wiem, czy oni rozmawiali o nas, ale my o nich i owszem. Że im się chce, ze mają zdrowie i w ogóle szacun za walenie browarów o 7:00 w niedziele.
Sytuacja ta nakłoniła mnie do napisania kilku słów , w których chciałbym się poniekąd wytłumaczyć, bo mam wrażenie, że jestem mylnie postrzegany.
Zdarza mi się czasem przeczytać gdzieś w komentarzu słowa składanych gratulacji przy okazji zakończenia jakiś zawodów, albo zaliczenia kolejnego rekordu życiowego. Nie powiem, miłe to jest i to z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że są osoby, które trzymają w jakiś tam sposób kciuki i kibicują temu co robię, nawet jeśli nie widzą większego sensu takiego działania. Ale są tez takie osoby, można by je nazwać osobami "z branży" , które gratulują, bo same ciężko pracują na swoje osobiste sukcesy i wiedzą ile wysiłku i pracy trzeba włożyć aby pokonać swoje słabości i w parciu do przodu i przełamywaniu granic. I cieszą się moimi sukcesami jak swoimi, czasami zazdroszcząc a czasami motywując do jeszcze większego zaangażowania.
Wszechświat jest tak zbudowany, że musi być równowaga, akcja przeciw akcji, wiec i ja robię jak oni - gratuluje, zachęcam a często zazdroszczę sukcesów, wiedząc że nigdy takich nie osiągnę lub wręcz przeciwnie, motywuję się do tego aby samemu coś podobnego zrobić.
Chciałbym jednak skupić się na tej pierwszej grupie i odnieść się do ich postrzegania mojego dziwnego świata.
Otóż Kochani moi, to nie jest do końca tak, że z radością wstaję w niedzielny poranek o 6:00, gdy za oknem jeszcze ciemno, ubieram się w plastikowe ciuchy, wypijam ciepłą herbatę / kawę i wcinając kanapkę najczęściej na słodko. Często jest tak, ze gdy dzwoni budzik w pierwszym momencie chce wstawać do pracy, bo nie jestem świadomy faktu, że to weekend i jest wolne. Zwlekam się jednak z tego wyra i wychodzę na trening. To nie jest takie łatwe jak by się mogło niektórym wydawać. "Że tobie się chce", "Zazdroszczę Ci, że masz tyle samozaparcia", "Też bym tak chciał, ale nie mam silnej woli". To najczęściej słyszane słowa, gdy wspominam o porannym wstawaniu w weekend, aby wyjść polatać na rowerze czy pobiegać po lesie.
Godziny moich treningów są wymuszane bardzo prozaicznymi czynnikami, które ma większość z nas. To rodzina lub obowiązki. W przypadku latania rowerem w grę wchodzi kwestia natężenia ruchu samochodowego na ulicach. Po prostu jest bezpieczniej w niedziele rano, niż w piątkowe popołudnie.
Tak więc, wierzcie mi albo nie, nie zrywam się jak skowronek skoro świt, bo to lubię. O nie. Lubie spać. Lubie być wypoczęty.
Z drugiej strony cały tydzień spędzam na treningach głównie na trasie praca-dom, wiec taka odskocznia w weekend do lasu jest dla mnie nagrodą.
Zatem po co to wszystko ? Czyż nie lepiej pospać w niedzielę? Zamiast 100km na szosie pojechać 10km przy okazji rodzinnego spaceru? Po co te kąpiele w zimnej morskiej wodzie w październiku? Po co biegania po lesie przez kilka godzin w rześki sobotni poranek?

GOPR3188 copy

Otóż powodów jest kilka. Część z nich jest powtarzanymi banałami, a część niezrozumiała dla osoby spoza "środowiska".
Dla zdrowia, dla formy, dla zrzucenia kilogramów, dla zbudowania kondycji i takie tam banialuki. Pewnie tak jest. Po to wstałem z kanapy, żeby się lepiej czuć i móc zrobić coś, co wtedy przerastało moje najśmielsze wyobrażenia. Niedawno przebiegnięcie ciągiem 10 km było czymś kompletnie nieosiągalnym. I to chyba była najbardziej przerażająca myśl. Od kilku lat podążałem równią pochyłą jeśli chodzi o zdrowie. Klasyka, praca, dom, kanapa, tv, browar i chipsy. Znacie to ?

I wtedy stało się. Dokonałem mentalnego przełomu. Postawiłem przed sobą cel i postanowiłem, że go osiągnę. Wcześniej lub później, ale zrobię to. Stanę kiedyś przed lustrem i powiem "Zrobiłeś to. Ciężko było. Ale zrobiłeś. Warto było."

"Okazuje się, że można. Wystarczy tylko chcieć." Takimi słowami kończyłem swój pierwszy maraton górski w Karkonoszach. Nie było łatwo, ale rzecz niemożliwa się zrealizowała. Przy ogromnym zmęczeniu i w okropnym upale. Udało się. Satysfakcji jaką miałem po przekroczeniu mety nie jestem w stanie opisać, to było bardzo potężne doświadczenie. Mówi się, że jest wynikiem działania endorfin, które uzależniają. Wierze w to, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że 50 metrów przed metą powtarzałem sobie "nigdy więcej", a po jej przekroczeniu pytanie zamienia w "kiedy znowu?".
Zatem co jest motorem tego całego szaleństwa, w którym ganiam kilkanaście godzin po górach lub łupie po asfalcie wypluwając płuca?
Odpowiedz jest jedna, to chęć udowodnienia czegoś sobie.
Nie komuś, nie fanom i kibicom, tylko sobie. Zrobiłem coś, co (nie)dawno było poza zasięgiem. Cokolwiek by to nie było, przebiegniecie 10km poniżej godziny, pokonanie trasy 100km w górskim terenie, czy odnalezienie wszystkich punktów na trasie biegu na orientację.
"Misiu, ty to jesteś jakiś cyborg, tyle przebiec za jednym razem, szacun"
Poważnie?
Nie, moi drodzy. Nie jestem cyborgiem, nie mam nadprzyrodzonych mocy i super soku z gumijagód. Nic z tych rzeczy. Ale mam coś innego. Mam chęć. Chce mi się przeżyć coś wspaniałego. Mam plany, cele, chciałbym je kiedyś zrealizować, a jak już wszystkie zrealizuje, to znajdę sobie nowe, może bardziej ambitne, a może takie, które znów zmotywują mnie do podjęcia działania.
Motorem wszystkich moich sukcesów jest odpowiednia motywacja. Robię to wszystko w jakimś celu. Cel jest odległy, realny i co najważniejsze - zależy mi na jego osiągnięciu. Bez tego nic się samo nie zrobi. Jeśli twierdzicie, ze chcecie coś, ale nic nie robicie w kierunku aby to osiągnąć, to znaczy że nie zależy Wam na tym wystarczająco mocno.

G0030350xx

Latem znów wezmę udział w kilku zawodach. Chciałbym stojąc na starcie być przeświadczony o tym, że jestem do nich odpowiednio przygotowany i to będzie swojego rodzaju nagroda za wszystkie deszczowe poranki czy mroźne wieczory, które spędziłem na treningach. Czasem zaspany, czasem obolały.
Cieszyć się zawodami, które czasem mimo ogromnego bólu uda się zakończyć i z radością minąć linię mety.
Siedząc na kanapie nigdy bym tego nie zrobił. Przy okazji nigdy bym nie zobaczył wielu miejsc i nie poznał ciekawych ludzi, ale to zupełnie inna historia.
Jakby mi ktoś trzy lata temu powiedział, że przebiegnę maraton (42km), albo przepłynę 2km w morzu to dałbym mu patelnię do ręki kazał z całej siły puknąć się w głowę. Nie ma rzeczy niemożliwych. Nie ma "nie mogę". Wystarczy chcieć.

Właściwie to sam nie jestem do końca przekonany czy ten post powinien powstać, bo właściwie nie ma o czym napisać, ale z drugiej strony udało się zrobić życiówkę na 10k, wiec chyba jest wystarczający powód.
W swojej biegowej karierze miałem okazję już trzy razy zaliczyć ten bieg. Za pierwszym razem meta biegu była na starówce w Gdańsku, a przebiegniecie dychy poniżej godziny było powodem do zadowolenia. Za drugim razem byłem tydzień po Biegu 7 Dolin, wiec o życiówce mogłem tylko pomarzyć. Pamiętam, ze było wtedy bardzo ciepło i obstawa medyczna miała pełne ręce roboty.
W tym roku trasa miała 10k a nie prawie 10 jak w poprzednim, kiedy to padło sporo życiówek. Na Westerplatte pojechałem, bo lubię te imprezę. Jest świetnie zorganizowana a poza tym to idealna okazja oby spotkać wielu znajomych i poplotkować. Trasa sama w sobie, nie jest ani zbyt urodziwa, ani specjalnie przyjazna biegaczom, bo momentami jest dość wąsko i ciasno, ale w tym roku zlikwidowano ostre nawroty. To na plus. Zadbano tez o okrycie dla finisherów, bo chłodno było, był też pyszny deser jogurtowy na mecie. Mniam.
Medal pamiątkowy jest elementem większej układanki, w skład której wchodzą medale z Półmaratonu i Maratonu Gdańskiego. W planach mam zdobyć wszystkie elementy.
A sam bieg, jak wiele innych ustawiłem się w środku stawki w strefie 40-45min. I potem juz jakoś poszło. Pierwszy kilometr spore przetasowania i 4:25 min/km. Później było już nieco lepiej. Pierwsze 5km pokonałem w czasie 20:07 min. Biegło mi się komfortowo, wiec postanowiłem, ze do 7km będę trzymał gardę, a potem zobaczę, czy dusić, czy odpuścić. Na 7km w/g wskazań garmina, leciałem na życiówkę, wiec decyzja mogła być tylko jedna. Zrobić to. Utrzymać tempo do końca. Ostatni kilometr poleciałem nawet poniżej 4 min/km, ale to tylko zasługa trójmiejskich biegowych mocarzy, którzy lecieli przede mną a ja miałem ich w zasięgu wzroku i bardzo chciałem ich dopaść jeszcze przed metą, co oczywiście się nie udało.

53 Bieg Westerplatte

Metę przekraczam na 204 pozycji z czasem 40m:48s , co oznacza że poprawiłem niechcący życiówkę o 23 sekundy.
Powstaje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy życiówka to wynik koszulki Smashing PĄpkins, w której debiutowałem czy może faktu zrobienia rozgrzewki przed biegiem ?