Przeskocz do treści

Nie pamiętam dokładnie kiedy się na ten bieg zapisałem. Wiem tylko, że miał być zwieńczeniem całego sezonu w którym porzucam nieco triathlon na rzecz biegów ultra. Wszystko po to aby w 2017 roku móc zapisać się na Bieg Grania Tatr i liczyć na "łut" szczęścia w losowaniu. Z tego też powodu triathlon ledwo liźnięty dwoma startami, ale i z tym powrotem do ultra jakos się nie składało. Na wiosnę TriCity Trail (słabo poszło), potem nie wyszło z TUTem (Staszek w szpitalu), na koniec 7 Dolin też odpuściłem z powodu badań przed oddaniem komórek macierzystych. Za to początek roku był z przytupem, ale potem jakbym nie umiał się zdecydować - zjeść ciastko, czy mieć ciastko.

G0152710

W tereny gdzie rozgrywany jest bieg Łemkowyny trafiłem w zeszłe wakacje, gdy zatrzymaliśmy się w okolicach Bartnego. Ze dwa, może 3 razy pobiegałem po okolicy i bardzo mnie urzekła swoim spokojem i dzikością. Wtedy bardzo chciałem pojechać tam na Maraton Magurski, ale sumarycznie nie wyszło i została Łemkowyna, która nazywana była przez wszystkich (trafnie) błotowyną. Opinie biegu były skrajnie różne, od zachwytów po zniechęcenie. Pewnie też z tego powodu chciałem bardzo na własnej skórze przekonać się jak to jest - biegać w takim ciężkim terenie o tej porze roku na takim dystansie. G0152708

Popełniłem wiele błędów przy realizacji planu "Łemkowyna".  Pierwszym, który popełniłem dawno temu był wybór dystansu na jaki się zapisałem. Warto tutaj zaznaczyć, że podczas Łemkowyny, najdłuższy bieg jest na dystansie 150km z Krynicy do Komańczy. Drugim flagowym biegiem był z Chyrowej do Komańczy, czyli na ostatnich 70 km trasy 150-cio kilometrowej. Był też Łemkomaraton i Trail odpowiednio na dystansie 48 i 30km. Dwa ostatnie dystansy nie interesowały ze względów logistycznych - jechać przez całą Polskę na 30 czy 48 km to trochę za daleko. W tym roku organizatorzy po raz pierwszy wypuścili biegaczy na pierwsze 80 km, czyli z Krynicy do Chyrowej, ale startowała tam garstka biegaczy w porównaniu z pozostałymi dystansami. Większość osób startujących na 80-tce miała już kiedyś zaliczony start na Łut70, wiec było to jakby dopełnienie dystansu. G0152706

Drugim błędem jaki popełniłem był brak odpowiedniego przygotowania do tak długiego dystansu. Powiedzmy sobie szczerze - żeby biegać ultra nie można polegać tylko na bieganiu 5km do i z pracy. To tak nie działa. Plany były nieco inne, ale w lipcu wszytko się posypało i nie było specjalnie okazji do trenowania "ultra". Trzecim, bardzo poważnym błędem było niedocenienie towaru przetargowego jakim jest Łemkowskie błoto. Czytałem wiele relacji, wszyscy opowiadali o panującym błocie na trasie, wiec spodziewałem się go i wydawało się, że byłem na nie przygotowany.

G0142699

Czwartym niedociągnięciem, ale tylko częściowym była logistyka transportowa. Wszystko zagrało, ale powinienem był się zjawić kilkanaście godzin wcześniej w Krynicy przed startem i złapać odrobinę luzu przedstartowego, a przede wszystkim kilka godzin snu. Przecież czekało mnie 35 godzin nieustannego napierania przez dzikie łemkowskie lasy...G0142696

Z trójmiasta wyjechaliśmy około południa w piątek w cztery osoby. Tomek z Ignacym planowali pokonać 80km, a Adam 70. Ja miałem w planie zrobić oba te dystanse za jednym razem. Pod Halę Lodową docieramy na 2,5 h przed startem, niby dużo i mało zarazem. Odebraliśmy pakiety, przebraliśmy się w plastikowe ciuchy, a resztę schowałem do worków. Jeden skierowałem na Chyrową (półmetek) a drugi pojechał na metę w Komańczy.

G0102640

Start o północy zaczął się niewinnie, nie padało, było stosunkowo ciepło, ale przezornie zabrałem ze sobą więcej rzeczy niż wydawało się konieczne. Po 30 minutach pierwszego podejścia zaczęły sie tasowania i roszady ubraniowe. Bluzę zdjąć, kurtke przeciwwiatrowa założyć. Po 30 minutach zaczyna się mgła, która zamienia się w mżawkę i deszcz. Jest w okolicach pierwszej godziny. Kurtka przeciwwiatrowa szybko przemaka, wiec znów roszada. Bluza na plecy, bo chłodno, na wierzch przeciwdeszczowa kurtka, której nieco się obawiam bo jej oddychalność wynosi zero. Jak się później okazało niepotrzebnie się martwiłem, spisała się wyśmienicie (Decathlon, 35PLN). Na pierwszym zbiegu poczuliśmy przedsmak tego co nasz czekało, strome zejście pokryte bardzo śliskim błotem. Jak się później okazało to było zaledwie preludium do tego co na nas czekało na dalszej trasie. Mgła gestniała tak, że światło czołówki ledwo docierało do podłoża, na głowę lała się woda, a nogi uciekały na boki jak na lodowisku.G0142691

Nie wiem kiedy dokładnie mżawka zmieniła się w deszcz, pamiętam tylko, ze ciągle musiałem kontrolować sytuacje pod stopami, bo robiło się zabawnie. Pierwszym poważnym "wow" była przeprawa przez rzeczkę po zwalonych betonowych słupach telefonicznych, takich o 30-to centymetrowej szerokości. Jeśli ktoś tam wpadł do wody, to nie zazdroszczę. Zresztą potem się okazało, że strumyczków jest więcej. Co gorsza, z czasem robiły się coraz szersze. Na pokonanie niektórych musiałem robić 6 kroków, po kolana w zimnej dosyć wodzie, a  przecież zimna woda jest mi znana z naszej zatoki, więc nie powinno to na mnie robić wrażenia, a jednak przyjemne nie było. Po takich przeprawach pozostawało tylko jedno - biec, żeby się rozgrzać. Z tym bieganiem, to też bym specjalnie nie przesadzał, bo podłoże było bardzo śliskie i nie umiałem za bardzo lecieć na pałę w obawie o własne życie. Na szczęście miałem ze sobą kije, które bardzo mi pomagały, nie tylko na podejściach, ale na zbiegach również.G0142685

Pierwszy kryzys przyszedł znienacka na 26-tym kilometrze. Było to już po pierwszym punkcie kontrolno-żywieniowym, na czwartym bardzo stromym podejściu. Tam zdecydowanie poczułem, że brakuje mi już pary. Piotr, z którym leciałem od początku zdecydowanie był w lepszej kondycji i musiałem się starać, aby za nim nadążać. Strasznie mnie tam zniszczyło mentalnie. Niekończące się podejście, wszystko mokre, zimno, ciemno. Do tego kryzys senny, było już przecież grubo po czwartej..

Zerkam na zegarek - 28ty kilometr. Kryzys już właściwie zgniata mnie jak walec we wszędobylskie błoto. Liczę i kalkuluje, jak daleko do mety - to najgorsze co mogę zrobić, uświadomić sobie jak daleko do końca tej męczarni. Przed nami najdłuższy odcinek jaki jest na całej trasie pomiędzy punktami. Kumulacja zmasakrowania. Podejmuje decyzję : "W Chyrowej kończę zabawę". Nie ma opcji, żebym dotarł na metę kiedy na 1/5 trasy jestem trupem. Proponuje Piotrowi, żeby leciał sam i nie czekał na mnie, wiem, że go spowalniam. Podnosi mnie na duchu, pociesza, choć wiem że to na nic. Ale przynajmniej zamykam się w sobie i napieram. Nie przyznaję się już więcej jak bardzo mi źle. Bardzo.G0132677

Niespodziewanie dziesięć kilometrów później, czyli po kolejnych dobrych 90-ciu minutach taplania się z wodzie okazuje się, że kryzys nagle minął i mogę dalej napierać. Niesamowite to jest - wstajesz jak feniks z popiołów. Już od bardzo dawna nie zwracam uwagi na kałuże, nogi są ciągle zatopione po kostki w maziowatej brei. Byle do przodu, nie patrzeć na nic, krok za krokiem, naprzód, do boju !! Ciężko właściwie ocenić czy mam na sobie coś suchego. Jedno jest pewne - gdy poruszam się zbyt wolno - marznę. Biegamy troszkę, trochę idziemy, jest lepiej bo zrobiło się jasno, a to zmienia wszystko. Cała percepcja otoczenia ulega gwałtownej poprawie. Stąd też pewnie biorą się dysproporcje w czasach uczestników trasy 80 i 70. Ci z krótszej biegną za dnia - to ogromna różnica. Docieramy do kolejnego punktu w Bartnem. Byłem tu ponad rok temu podczas samotnej wycieczki porannej - pamiętam napis "strzelnica". Wiem też, co jest przed nami, długie i mozolne podejście, ale ciepła zupa pomidorowa dodaje nam energii na jakiś czas...G0122671

Na 60-tym kilometrze, po 10ciu godzinach napierania wraca mój przyjaciel kryzys, przed nami ostatnie podejście przed punktem na Hali Hałbowskiej. Znów wracają demony, tylko że teraz coraz trudniej mi się zagrzać. Tempo pewnie nieco spadło, co przekłada się na ogólny komfort termiczny. Robię kalkulacje co mam na przepaku w Chyrowej i zdaje sobie sprawę, że to będzie zbyt mało na nadchodzącą noc. To nie ma prawa się udać, tym bardziej, że pewnie jeszcze bardziej zwolnię. Opowiadam Piotrowi o swoich dylematach i namawiam, żeby korzystał z dnia i leciał. Odmawia. Do Hali chce lecieć ze mną, tłumacząc, ze sam i tak nie poleci szybciej.G0122665

Na Hali szybkie jedzenie i w drogę, bo zimno. Na zbiegu do miejscowości Kąty się rozstajemy, Piotr powoli ale konsekwentnie się oddala. Mnie czeka jeszcze jedno podejście, staram się pokonać je w miarę żwawo w obawie przed zimnem. Myślami cały czas uciekam do Chyrowej, gdzie czeka na mnie wór suchych rzeczy.

G0092626 Kiedy już odespałem nieco trudy nocnego napierania przyszedł czas na refleksje i analizy tego, co właściwie się wydarzyło w tym lesie. Zatem, co zrobiłem dobrze, a co trzeba poprawić ? Zacznijmy od ubioru. Buty Adidas Boost Tr dały radę, jak na taka ilość błota. Szybko przyjmowały wodę, ale w miarę szybko ja oddawały. Zresztą nie miałem jakby wyboru. Spakowałem sobie na wyjazd także Salomony XR Mission, ale finalnie zostały w Gdańsku, bo ich bieżnik jest zbyt mało agresywny na taką nawierzchnię. To była dobra decyzja, zmiana obuwia nie miałaby najmniejszego sensu na trasie, a Salomony z pewnością nie dałyby rady w tym terenie. Na stopach skarpety CEP i to to była rewelacja. Kompresyjne właściwości skarpet powodowały, że nie ruszała się na stopie podczas biegania. Na trasie nie dorobiłem się ani jednego odcisku pomimo biegania przez 15 godziny z mokrymi butami! Na nogach Spodnie NewLine (leginsy) i na wierzch R90-tki. Początkowo bałem się, że będzie mi za ciepło, ale takie rozwiązanie całkiem dobrze się sprawdziło. Zresztą spodnie były cały czas mokre, bo cala woda z kurtki ściekała na nogi, ale dwie warstwy izolowały nieco nogi od otoczenia, przez co było w miarę komfortowo.G0092616Na górze koszulka termiczna z długim rękawem Brugi, PĄkoszulka, cieplejsza bluza z Lidla (chyba) i ortalion z Deca. Na głowie i szyi buffy.  Sprawdziło się takie rozwiązanie, ale tylko gdy żwawo się poruszałem, im wolniej mi szło, tym robiło się zimniej. To był zdecydowanie najsłabszy punkt mojej strategii. Miałem w Chyrowej na przepaku, termiczną bieliznę z długim rękawem, softshell i tshirt. Miałem też rękawiczki, których momentami brakowało mi na pierwszym etapie.   G0082584

Żywieniowo bez uwag, bardzo weszły mi daktyle, zabrakło solidnego posiłku przed startem i troszkę głodowałem przed pierwszym punktem. Z własnych zapasów zjadłem pół opakowania kabanosów i jednego żela. Reszta jedzenia pochodziła z punktów, ciasteczka sasanki (z lidla - uwielbiam), żelki, buła z serem (pycha, choć zatkała mnie nieco), zupy to wiadomo, że w taka pogodę robią robotę, banany, pomarańcze rodzynki. Nie jestem do końca przekonany czy mały termos, w który zabrałbym ciepłą herbatę by nie pomógł na trasie. G0082580Wyruszając na trasę Łemko trzeba zadbać bardzo o zawartość plecaka, aby nic nie zamokło - co się da popakować w łatwo dostępne worki, żeby potem nie myszkować i mieć wszystko w  miarę pod ręką. Kiedy leje się na ciebie deszcz, gmeranie w plecaku jest irytująca czynnością. Nie do końca byłem zadowolony z faktu, że skusiłem się na 12litrowy plecak, a nie 6 litrowy. Piłem z bidonów, a 12 litrowy jakoś nieprzystosowany jest do ich mocowania i trochę mnie to logistycznie irytowało. Wolę jednak mieć picie z przodu, z łatwym dostępem, ale Salomon tego nie umożliwia. Powinienem chyba powrócić do biegania z camelbakiem na plecach, choć jakoś nie lubię tego rozwiązania. Tutaj taka ciekawostka, sporo ludzi lało ciepła herbatę do bukłaków, żeby grzała w plecy :)

Reasumując, nie poszło strasznie źle jak na tak ciężki warun. Sporo rzeczy do poprawy, ale nie od dziś wiadomo, że Polak mądry po szkodzie. Bardzo cieszę się, że nie zdecydowałem się opuścić Chyrowej. Pewnie poleciałbym kilkanaście kilometrów i zaczął zastanawiać się, jak z wrócić z tego lasu do cywilizacji. Jednej rzeczy nie przewidziałem - że nie dotrę na metę i na przepaku w Chyrowej nie miałem suchych spodni i butów na zmianę (tylko wspomniane ciuchy "na górę"), wszystko czekało na mecie. Rada na przyszłość - spakować więcej ciuchów niż może się przydać. Warto też zadbać o jakieś sprzęty do spania, karimata i śpiwór. Nie planowałem noclegu po biegu, a jednak się przytrafił.

G0042532 A jak organizacyjnie ? Ogólnie bardzo dobrze, było kilka drobnostek do poprawy, np zbyt mała ilość namiotów na punktach żywieniowych, ludzie tłoczyli się przy stolikach uciekając przed deszczem, a przez to kolejni biegacze mieli utrudniony dostęp do bufetu. W szkole w Komańczy nie było czajnika, żeby zagotować wodę na kawę czy herbatę, ale fajnie że była szkoła, gdzie można było się umyć i pospać. Zapisując się na Łemko trzeba wziąć pod uwagę, że to bardzo surowy bieg, bez kolorowej oprawy, kibiców na trasie (3 osoby przed sama Chyrową, które biły brawo biegaczom), bez wrzawy, trąbek ale za to z ogromnym poświęceniem  wolontariuszy, którzy spędzali wiele godzin na zimnych, mokrych punktach, abyśmy my mogli się "bawić". Czy poleciłbym ten bieg ? Tak, zdecydowanie. W kategorii wyryp jest naprawdę zacny i myślę, że może starać się o miano najtrudniejszego biegu górskiego w Polsce (mam na myśli ŁUT150). Ale czy na pewno biegu ?

Następnego dnia byłem pewien, że nigdy tam nie wrócę. Że to jednak nie moja bajka...

Ale w końcu mamy rachunki do wyrównania, prawda?

 

Dzisiaj wyjątkowo nie będzie o sporcie. Dzisiaj chcę się z Wami podzielić informacjami, bo wielu z Was dopytuje o szczegóły, jak wygląda cala procedura przekazania komórek macierzystych osobie chorej na nowotwór krwi.

Zanim zacznę chciałbym , abyście zadali sobie sprawę, że każdy może komuś pomóc w walce ze śmiertelną chorobą, a nawet uratować komuś życie. Absolutnie każdy. Czarnoskóry i rudy, muzułmanin czy ateista, fan jazzu czy triathlonista, Hiszpan i Polak. Każdy. Każdy może podjąć taką decyzję. Wystarczy zapisać się do rejestru potencjalnych dawców komórek macierzystych. Ale bardzo bym chciał, abyście zapisując się byli absolutnie i nieodwołalnie pewni swojej decyzji. Nie chodzi o to, żeby pod wpływem impulsu się zapisać, a potem się z decyzji wycofać. Trzeba zdać sobie sprawę, że po drugiej stronie Waszej decyzji jest ktoś, dla kogoś to być może ostatnia deska ratunku. Wierzę w to, że na bloga zaglądają sami mądrzy i odpowiedzialni ludzie i każdy z Was podejmie decyzję, której jest w stu, a nawet dwustu procentach pewien tego, na co się deklaruje lub nie.

 

W 2010 roku zapisałem się do bazy potencjalnych dawców komórek macierzystych poprzez Fundację DKMS. To była spontaniczna akcja, przy okazji jakiegoś spaceru po Gdyńskim Skwerze - aby się zapisać do bazy wystarczy podać dane osobowe i specjalnymi pałeczkami, podobnymi do tych higienicznych do uszu, pobrać wymaz z jamy ustnej, z wewnętrznej części policzków. Nie trzeba przyjeżdżać do Gdyni na Skwer i "filować" na akcje promocyjną. Wystarczy wejść na stronę dkms.pl  i się zarejestrować. Pałeczki otrzymacie listownie do skrzynki pocztowej. Po tej operacji należy uzbroić się w cierpliwość, bo cała procedura troche trwa. W tzw miedzyczasie powinniście otrzymać kartę dawcy z numerem dawcy. Ja oprócz tego dostawalem czasem zyczenia swiateczne lub inne materiały promocyjne fundacji, ale przez wiele lat nie działo się nic.  Sześć lat później zadzwonił do mnie telefon, który zaczął sie niewinnie od potwierdzania danych osobowych, adresu itp. Pewnie aktualizacja danych pomyślałem - a tu nagle pytanie  czy nadal podtrzymuje swoją chęć oddania komórek, bo zostałem wstępnie wytypowany jako potencjalny dawca!!

Wierzcie mi. Taka informacja otrzymana po porannej kawie potrafi zwalić z nóg. Setki myśli na sekundę, na szczęście wszystko staje się jasne po dziesięciominutowej rozmowie z pracownikiem Fundacji.

Cała machina rusza w przypadku podtrzymania tej oczywistej decyzji. Zostałem skierowany na dodatkowe badania, które mają w stu procentach potwierdzić moją zgodność genetyczną z biorcą - takie badania polegają na jednorazowym pobraniu krwi do kilku próbek i były wykonane na miejscu, w moim przypadku w Gdańsku. Po trzech tygodniach, nie ukrywam, że dosyć nerwowego oczekiwania - są wyniki i potwierdzenie zgodności. Pierwszy etap zakończony, ale to dopiero początek. W międzyczasie zostałem poproszony o zaprzestanie honorowego oddawania krwi i zostałem zarezerwowany dla pacjenta na okres 3 miesięcy. Wynika to z faktu, że stan zdrowia biorców ulega szybkim zmianom a lekarze prowadzący chorego muszą go do ewentualnego przeszczepu przygotować. W moim przypadku pierwszy potencjalny termin został przesunięty o miesiąc, a i drugi termin nie doszedł do skutku.

Kolejnym etapem jaki należy pozytywnie przejść są badania, które maja potwierdzić, że jestem wystarczająco zdrowy aby poddać się zabiegowi oddania komórek. Na te badania muszę udać się do Warszawy, być tam w poniedziałek rano, na czczo, więc przyjeżdżam już w niedzielę.

W centrum medycznym trafiam pod opiekę bardzo miłej i fachowej obsługi. Szybki wywiad, wypełnienie formalności i podstawowe oględziny. Waga, wzrost, tętno, stan węzłów chłonnych, osłuch klatki. Potem pobranie krwi w sporej ilości :D, mocz, ekg, rtg klatki, i usg jamy brzusznej. I tyle. Po trzech godzinach kończę śniadanie i jestem wolny... mogę wracać do domu. Do domu wracam z zestawem leków, które będę musiał sobie podawać na 4 dni przed zabiegiem aferezy (odfiltrowania z krwi komórek macierzystych).

Tutaj małe wyjaśnienie.

Są dwie metody pobrania komórek macierzystych z organizmu dawcy. Pierwsza, wykonywana w 80% przypadków za pomocą pozyskania komórek z krwiobiegu dawcy, To tzw afereza. Ponieważ komórki macierzyste nie znajdują się w krwiobiegu trzeba je wywołać. Przed samym zabiegiem przez cztery dni, dawca przyjmuje zastrzyki, które mają na celu pobudzenie procesu uwolnienia potrzebnych komórek ze szpiku kostnego. Zastrzyki można podawać sobie samemu, lub otrzymać skierowanie do przychodni, gdzie wykona je wykwalifikowany personel. Zastrzyki przyjmuje się podskórnie w brzuch lub udo. W dniu oddania materiału genetycznego dawca podłączony jest do urządzenia, które filtruje krew i separuje komórki potrzebne do przeszczepu, a reszta krwi wprowadzona jest ponownie do krwiobiegu. Ta operacja trwa ok 4-5 godzin i jeśli ilość zebranego materiału jest wystarczająca dawca tego samego dnia może jechać do domu. Po około 3 tygodniach organizm uzupełnia do stanu pierwotnego poziom komórek, które stracił (pobranych zostaje ok 5% komórek, jakie posiadamy). Jeśli z jakiegoś powodu okaże się, że ilość pozyskanego materiału za pierwszym razem jest zbyt mała, to robi się dogrywkę dnia następnego. Trzeba też wspomnieć, że podczas przyjmowania leków mogą występować dolegliwości grypopodobne - bóle mięśni, kości czy podwyższona temperatura ciała. Aby złagodzić dolegliwości można przyjmować paracetamol czy ibuprofen. Nie można pod żadnym pozorem zażywać kwasu acetylosalicylowego (występujący min w aspirynie) ponieważ uszkadza on funkcje krwinek.

Untitled-1
[ tak wygląda strzykawka, którą podaje się lek ]

W ekstremalnym przypadku może zdarzyć się, że organizm dawcy mimo podania leku pobudzającego nie rozpoczął wytwarzania komórek w ilości umożliwiającej pobranie / przeszczepienie - wtedy należy przejść do "planu B", czy pobrania materiału (szpiku) z talerza kości biodrowej (nie z rdzenia kręgowego :] jak donoszą liczne internetowe źródła). Zabieg ten jest wykonywany w pełnej narkozie przez dwóch lekarzy jednocześnie - trwa około godziny, a na ciele po wszystkim mamy dwa 1,5 cm nacięcia, powyżej pośladków. Minusem tego wariantu, oprócz poddania się narkozie jest trzydniowa hospitalizacja. Kluczową kwestią jest świadome podjęcie decyzji o gotowości oddania materiału za pomocą obu metod z tego względu, że przed przyjęciem komórek biorca jest poddany silnemu leczeniu, które ma na celu maksymalne zniszczenie komórek zainfekowanych chorobą. Nie otrzymanie nowych komórek zagraża życiu biorcy, a właściwie skazuje go na najgorsze...

Przyjmowanie leków rozpocząłem w niedzielę, i chyba najgorzej czułem się w poniedziałek. Tępy ból głowy, takie ćmienie, do tego trochę zaczęło łupać w kościach, szczególnie okolice biodra. Świadomy ryzyka oczywiście zaprzestałem pływania w morzu i biegania do pracy. Nie mogłem sobie pozwolić na najmniejsze ryzyko urazu, czy poważną infekcję. Na szczęście udało dotrzeć się do Warszawy w jednym kawałku i dobrej kondycji zdrowotnej - poza wspomnianymi objawami.

Proces aferezy odbywał się w tzw cyklach. Wirówka, która zajmuje się separacją elementów krwi pobiera do swojego wnętrza ok 200ml krwi i zaczyna pracę przetaczając krew z jednej żyły do drugiej szumiąc i pstrykając. Ja w tym czasie leżę na wygodnej kozetce, oglądam tv i rozmawiam z sympatycznym personelem. Po "przelaniu" przez wirówkę litra krwi następuje proces separacji komórek macierzystych. Tak wygląda pierwszy cykl ... i jest powtarzany 12 razy. Zanim jednak przystępujemy do zabiegu moja krew leci do analizy w celu badania, jak organizm zareagował na podawany czynnik. I tu była druga niefajna sprawa związana z procedurą. Okazuje się, że nie zareagowałem odpowiednio mocno na leki. Jeśli chodzi o pierwszą "skuchę" jaką zaliczyłem, to prawie zjazd podczas wkuwania wenflona w żyłę na przedramieniu . Nie spodziewałem się tego, wielokrotnie nakłuwano mi żyły, ale nigdy w tym miejscu. Na szczęście się ogarnąłem i na zimnych potach na czole się skończyło. :)

WP_20161006_13_11_22_Pro
[ podłączony do separatora ]

Po piątym cyklu doktor hematolog podejmuje decyzję, aby zwiększyć ilość filtrowanej krwi w cyklu do 1400ml. Dla mnie to oznacza tylko, że spędzę na kozetce więcej czasu niż zakładaliśmy. Po bitych 6ciu godzinach kończymy, maszyna przetoczyła w sumie prawie 17 litrów krwi, a pozyskany materiał jedzie kurierem do analizy, czy zebranych zostało wystarczająco dużo komórek, czy robimy dogrywkę następnego dnia. Czas oczekiwania spędzam na posileniu się obiadem i wylegiwaniu na łóżku. Po godzinie przychodzi Pani Doktor z dobrymi wieściami - wszystko jest w porządku, zebrano wystarczającą ilość materiału do przeszczepu. Zostaje uhonorowany legitymacja dawcy i oznaczeniem, otrzymuje wyniki wszystkich badań, są podziękowania i uściski. Mogę jechać do domu.

Bardzo trudno było mi napisać coś sensownego na podsumowanie tego posta, bo temat jest jasny i oczywisty.  Z jednej strony mam absolutne przekonanie, że zrobiłem coś bardzo dobrego i ważnego zarazem. Z drugiej strony wiem, że właściwie nie zrobiłem nic specjalnego. To nie mnie należą się podziękowania, tylko lekarzom i pracownikom Fundacji. To los chciał, że mam w sobie coś co się bardzo może przydać innej osobie. To ślepy traf, szansa jedna na 25 tysięcy. To równie dobrze mogłeś być Ty, albo osoba, która siedzi teraz obok Ciebie, albo ten koleś, co stał za Tobą w korku w drodze do pracy. Uprzedzam, że całemu procesowi towarzyszą skrajne emocje - od ogromnej radości, po strach, przez niepokój i nadzieję. I to wszystko wplecione w ciągłe oczekiwanie -  na badania, na wyniki, czy się wszystko uda, czy się zakończy szczęśliwie. Teraz pozostaje tylko czekać. Modlić się lub trzymać zaciśnięte kciuki i wierzyć w powodzenie całej misji. Pozostaje mieć nadzieje, że każdy potrzebujący znajdzie swojego genetycznego bliźniaka, tak jak ja zostałem odnaleziony, że otrzyma swoją drugą szansę na nowe zdrowe życie.

WP_20161006_13_35_00_Pro
[ oto finalny produkt ]

Podejmijcie świadomą decyzję. Pamiętajcie, że taka deklaracja musi być jak zawarcie związku z ukochaną osobą. Raz na całe życie. Niezmienna, bez względu na okoliczności. Chciałbym w tym miejscu bardzo podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie, trzymali kciuki za powodzenie i dopingowali. Dziękuję też tym, którzy zainspirowani moją historia się zapisali do bazy potencjalnych dawców oraz tym, którzy to zrobią. Znam bardzo wiele osób, ale osobiście nie miałem okazji poznać żadnego dawcy, wiec dlatego chciałem podzielić się z Wami swoja historią, abyście nie wątpili w swoją siłę - macie ją w genach. I możliwe, że ktoś kiedyś będzie jej potrzebował.

Zastanawiacie się co dalej? Otóż jestem do dyspozycji Fundacji przez kolejne dwa lata wciąż przypisany do biorcy. Może okazać się, że będzie potrzebna jakaś dogrywka, że coś jeszcze będę musiał z własnej krwi udostępnić. Oczywiście zrobię to bez wahania. Po około 100 dniach będzie wiadomo, czy przeszczep się przyjął i pomógł, a po dwóch latach - jeśli obie strony będą chciały - będzie można się spotkać, lub pisemnie zamienić kilka słów. Nie myślę jeszcze o tym, ale niecierpliwie czekam na informacje o stanie zdrowia mojego genetycznego bliźniaka, który jest Polakiem i jest niewiele starszy ode mnie...

 
[EDIT] Minął już rok, od tego czasu otrzymałem dwukrotnie informacje w odstępach kilkumiesięcznych o stanie biorcy za pośrednictwem Fundacji. Biorca żyje i cieszy się normalnym życiem. ;)