Przeskocz do treści

Pisałem już, że jadę w Tatry ? :D No dobra, dziś nie będzie o tym.

Przyszedł weekend, większość moich znajomych przygotowuje się do Połmaratonu w Gdyni, gdzie w zeszłym roku wykręciłem życiówkę. W tym roku nie startuję. I właściwie bardzo się z tego powodu cieszę, a dlaczego wyjaśnię za kilka akapitów.
Pewnie za bardzo Was to nie interesuje, ale mam już bardzo mocno zarysowany plan startowy na nadchodzący rok. Jeden duży start (TUT) i jeden spontaniczny (Chwaszczyńska 10) już za mną. Kolejnym zaplanowanym startem jest Maraton w Gdańsku, który już za 3 tygodnie. Generalnie nie ma się co łudzić i oszukiwać. Przez najbliższe trzy tygodnie to ja już niczego nie wypracuję, mogę jedynie powalczyć o utrzymanie obecnej formy. Zeszłoroczna połówka w Gdyni bardzo mi pomogła psychicznie przed maratonem, utwierdziła mnie w przekonaniu że jestem dobrze przygotowany i mogę powalczyć o dobry wynik.
W tym roku jest inaczej. Wiem o tym, czuje to, ale moja głowa uważa, albo bardzo chce uważać, że jest inaczej. Postanowiłem dzisiaj, na 3 tygodnie przed maratonem wyłożyć jej (głowie) kawę na ławę. Plan był prosty - pobiec przynajmniej 25 a najlepiej 30km w planowanym tempie maratońskim. No dobra zapytacie, ale co to za tempo? Wiec plan jest prosty, zrobić życiówkę, czy pobiec szybciej niż 3h23m (4m:48s/km). Z braku przygotowań wiem, że będzie mi potrzebne wsparcie mentalne, wiec idealnie byłoby podpiąć się do pacemakerów. Ale oni biegną na 3h15m (4m37s/km), wiec z takim, albo bardzo zbliżonym tempie chciałem pobiec dzisiejszy trening. Wiem, że treningi powinny być odrobinę szybsze niż tempo na zawodach, ale to na chwilę obecną nie wchodzi w rachubę. Powiedzmy sobie uczciwie - 4m40s/km będzie bardzo dobrym wynikiem. Dla nie biegaczy małe wyjaśnienie, jeśli pobiegnę każdy kilometr o 8 sekund szybciej niż rok temu to na mecie maratonu zyskam 5 minut.
Pojechałem wiec nad morze, gdzie nie ma świateł i mogę ciągiem po płaskim lecieć odcinki 7km (potem nawrót). Zrobiłem 15 km w planowanym tempie i wysiadła mi głowa. Na samą myśl, że muszę pętlę powtórzyć wymiękłem. Poważnie. Zniszczyło mnie dziś 15km w tempie 4:38. Czułem się okropnie, podkuliłem ogon, łyknąłem wody i postanowiłem, że dokręcę jeszcze 10 km w luźnym tempie. Nie udało się. Dokręciłem tylko 6.
Przez te 6 kilometrów cały czas uświadamiałem mojemu móżdżkowi, że życiówka w maratonie jest poza zasięgiem.
Nie ma dramatu, oszukuje się dalej, bo przecież maraton nie jest moim najważniejszym startem w tym roku. Właściwie bardziej nastawiam się na maj, gdzie w biegu Wings For Life chciałbym nabiegać przynajmniej 35 km, a to oznacza, że będę musiał biec znów w tempie maratońskim (poniżej 4:40min/km). Ale już nie 42 a 35km. Albo więcej. :)
Dzisiejszy trening pokazał mi jasno gdzie jest moje miejsce w szeregu w tym sezonie. Fatalnie się z tym czułem. Wróciłem do auta i odpaliłem radio, a tam przywitały mnie słowa :

Nie czas wątpić, gdy się wali
Silniejsza ma być wiara,
A przeciwności z bara rozwalać jak taran.
Trza spalać granice starań i przekraczać słabości ciała
W każdym moim zwycięstwie jest pot i krew poświęceń

Kurde, Luxtorpeda w AntyRadio naprawdę dała mi kopa tym kawałkiem. Nie poddam się bez walki! Odsuwam od siebie czarne myśli, nie nastawiam się na porażkę, bo jak się na nią nastawię, to nie mam szans na sukces. Walka do końca, a przegrana bitwa, to nie koniec wojny !

Z bieganiem w Cyklu Kaszuby Biegają spotkałem się na jesień 2015 r. Pobiegłem tam 15 km w Przyjaźni, która była dla mnie testem przed półmaratonem. Urzekły mnie te zawody swą kameralnością i urokliwą trasą, nawet rozważałem start w całym cyklu. Stało sie inaczej - przez cały rok nie było okazji aby wystartować.
We wtorek zapisałem się, częściowo namówiony przez Grzegorza, mojego kolegę z pracy na 10 km w Chwaszczynie. Nie byłem do końca przekonany czy startować w biegu na 10 km, bo nie jestem przygotowany do szybkiego biegania. Generalnie nie jestem przygotowany jakoś do wyzwań, które sobie w tym roku postawiłem (w kwietniu Maraton w Gdańsku, w maju Wings For Life w Poznaniu), ale taki właśnie stan jest dla mnie siła motoryczną do trenowania. Szarpany niezdecydowaniem rozważałem zapisy w dniu zawodów, aby zostawić sobie furtkę do rezygnacji w udziale w tym biegu. Dobrze się stało, że Grzegorz szczuł mnie przez cały poprzedzający tydzień opowieściami o swojej dobrej formie, bo niespodziewanie się okazało na dwa dni przed zawodami, że zapisy zostają wstrzymane z powodu braku miejsc (po raz pierwszy w historii cyklu KB)
Pojechaliśmy na zawody rodzin nie, bo Franek tez bardzo chciał wystartować (pobiegł z grupą dzieci szkolnych - brawo!) a i Stasiu dał się namówić na bieg przy asyście mamy na 100 m - podwójne brawo, po pierwsze za to ze sam pobiegł , a po drugie namówił mamę na start :D

Wracając do głównej atrakcji, czyli biegu na 10 km i mojego nastawienia, to muszę powiedzieć, że trochę się denerwowałem. Wiedziałem, że nie będzie taryfy ulgowej i Grzegorz planuje sprawić mi łomot, jak to kiedyś zrobił na biegu Westerplatte. Ja miałem co prawda w rękawie asa, którego mogłem wyciągnąć w każdej chwili - miałem od kilku dni niedyspozycję stawu skokowego. Niby nic się specjalnie nie stało, ale kostka bolała mnie od kilku dni. Oszczędzałem się wiec przed zawodami, aby kontuzję zaleczyć. Miałem tez swoje oczekiwania dotyczące tej trasy, zakończyć bieganie poniżej 45 minut i załapać się na pierwsze 35% populacji :)
Ustawiłem się więc na starcie blisko czołówki lecz przed samym startem nagle i niespodziewanie okazało się, że przede mną stoi cała masa osób. Skąd się tak nagle wzięli, nie mam pojęcia. Nie wszystkie ustawione tam osoby planowały mieć wynik lepszy od mojego, ale nie od dziś wiadomo, warto się ustawić z przodu, dobrze się wygląda na zdjęciach :) Takie oto właśnie uroki amatorskich biegów. Wkurzałem się przez to troszkę na pierwszych metrach klucząc i wyprzedzając. Tempo przez to też wyszło nieco szarpane, ale na szczęście po dość krótkiej prostej był zbieg, gdzie rozpuściłem swoje giczały i ustawiłem się w dogodnej pozycji. Tempo nadal miałem nieco szybsze niż większość towarzyszących mi osób i bardzo powoli przesuwałem sie na przód stawki zastanawiając się gdzie jest Grzegorz. I nagle go dostrzegłem,był kilka metrów przede mną, równamy się, krótka wymiana zdań i biegniemy dalej.
Biegliście kiedyś z kimś, kto jest zdeterminowany na wygraną z Wami lub odwrotnie? To bardzo ciekawa rozgrywka psychologiczna. Są dwa rozwiązania takiej sytuacji - wyprzedzić przeciwnika i narzucić tempo męcząc go do tego stopnia, że odpuszcza. Lub druga metoda - pozwalacie przeciwnikowi narzucić tempo i lecicie za nim, aby go na końcówce zaatakować. Problem polega na tym, że nigdy nie wiadomo ile przeciwnik ma jeszcze sił. Lecimy więc sobie razem do 6-tego km. Przestaje widzieć Grzesia kątem oka obok siebie, delikatnie się wycofał, ale nie odwracam się, wiem że biegnie krok za mną. Wybiegamy z lasu na twardą drogę, która kończy się na ostatnim kilometrze niewielkim, lecz męczącym podbiegiem, a potem już tylko kilkaset metrów po płaskim do mety. Biegnę ile sił w płucach, poważnie. Coraz trudniej utrzymać tempo, oddech coraz bardziej niespokojny, wiem że Grzegorz jest tuż za mną. Teraz mi nie popuści do mety, przez ostatnie dwa kilometry, wiem o tym. Zastanawiam się, co ja bym zrobił na jego miejscu? Przede wszystkim odpoczął, złapał oddech przed podbiegiem, na którym starałbym się dojść przeciwnika, a na szczycie wzniesienia wystrzelić jak z procy i paść na mecie ;)
Oeeesuu jak ja cisnąłem pod tę górkę, na szczycie bliski porzygu, wyczekuję tylko kiedy Grzegorz zacznie mnie wyprzedzać. O matko, jak mi było źle, jak strasznie. W końcu decyduje się na akt desperacji, oglądam się za siebie, aby sprawdzić jak blisko mnie jest Grzegorz. Nie ma, nie ma go za mną w odległości kilku metrów, nie dopadnie mnie przed metą... Ufff co za ulga!!!

Wpadam na metę, łamiąc się w pół, opieram ręcę na kolanach i staram się dotlenić. Ktoś wiesza medal medal, ktoś każe się ustawić do zdjęcia. Pstryk! O, jest i Grzegorz.


Z Panią sołtys sołectwa Chwaszczyno Jolantą Wiercińską, która osobiście wieszała medale na mecie.

Już nigdy nie będę się z Grzesiem ścigał. Nigdy. Nie chce już tak cierpieć.
Zawody finalnie skończyłem na 66 pozycji (na 595 osób), 16 w swojej kategorii. Bardzo jestem zadowolony z wyniku i wiem, ze gdyby nie bezpośrednia rywalizacja wynik byłby (dużo) gorszy. To pokazuje jak wiele zapasu w nas drzemie, ile właściwie siedzi w głowie i jak ona jest ważna. Wiem, że na Maratonie, który już za miesiąc, podepnę się pod pacemakerów i będę się starał za wszelką cenę dotrzymać im kroku.
Jest bardzo ambitny plan - zrobić życiówkę. (obecnie 3h:23m).
Mam jeszcze jeden powód do zadowolenia, wyprzedziłem Biegacza z Północy, to mój duży sukces, bo jest lepszym biegaczem ode mnie. Oczywiście pewnie rywalizacja wyglądałaby inaczej, gdyby wiedział, że będę się z nim ścigał. :))
Organizacja samych zawodów pozytywna, szybko odebrałem pakiet, do dyspozycji szkoła, gdzie można się przebrać i przeczekać, po biegu gorąca zupa. Dla rodzin atrakcje w postaci biegów malucha, występy artystyczne... Polecam, choć na wyniki musieliśmy troszkę poczekać. Ale takie rzeczy się zdarzają.