Przeskocz do treści

1

Od kilku lat tradycyjnie zaczynam sezon od lokalnej imprezie jaką jest Trójmiejski Ultra Track, zwany popularnie TUTem. W tym w roku plan startowy nie wpisywało się długie bieganie na koronnym dystansie 68 km, więc wstępny plan był na ściganie się na dystansie towarzyszącym - 17 km (tzw Gruba Piętnastka). Organizatorzy jednak zaskoczyli uczestników wprowadzając nowy dystans - "Szybka 40-tka" jak nazwa wskazuje trasa ma długość niewiele ponad 40 km. To była w sumie bardzo dobra alternatywa, bo ani za długo, co spowodowałoby długą regenerację i powrót do treningów, a jednocześnie daje możliwość solidnego sponiewierania się na trasie Trójmiejskiego Parku.

Plan na bieg był prosty - wykręcić jak najlepszy wynik. Nie jest to takie proste, bo dystans jest całkiem spory, trasa znana tylko częściowo, a plan treningowy częściej realizuje na płaskich asfaltowych odcinkach i nie udało się zrobić pełnego rekonesansu trasy. Jednak znam trochę nasze lasy i wiedziałem przed biegiem czego się spodziewać i jak ustawić tempo na bieg.

Oczywiście, aby tradycji stało się zadość, na kilka dni przed zawodami załapałem infekcję, która całkowicie zatkała mi zatoki - ratowałem się trochę lekami, ale z mizernym skutkiem. Definitywnie stanęło na tym, że przed biegiem wpuściłem sobie krople udrażniające nos i pobiegłem.

Ale zanim przejdziemy do samego biegu warto wspomnieć, że podczas odbioru pakietów startowych była możliwość spotkania się, porozmawiania oraz zakupu książki Marcina Świerca - Czas na ultra. To doskonała okazja, aby zdobyć autograf i przybić piątkę z najbardziej rozpoznawalnym polskim ultrasem, zwycięzcą trasy TDS w ramach UTMB, a jednocześnie pierwszym Polakiem, który stanął na podium tych elitarnych zawodów.

fot. Wojciech Zwierzyński

W tym roku otrzymałem numer startowy 1014 - odbierając pakiet zażartowałem, że miło byłoby mieć taką pozycję na mecie, na co oczywiście nie liczyłem na poważnie, ale za to byłem 14-ty w kategorii "mieszkaniec Trójmiasta", więc potwierdza się reguła, że w każdym żarcie jest odrobina prawdy. Oczywiście Grzegorz nie przepuścił okazji i dołożył mi do pieca, bo on miał numer 1010 :)

Z Grzegorzem w tym roku spotykam się na kilku zawodach sportowych, co dodatkowo napędza nas na wynik, bo Grześ jest mniej więcej na moim poziomie sportowym, więc przed każdymi zawodami rywalizujemy, który z nas będzie pierwszy na mecie - a to jest do końca niewiadomą. W formie żartu zwycięzca czeka na przegranego z kubeczkiem wody na mecie. Na koniec roku podsumujemy, kto komu więcej razy wodę na mecie podawał :D

Do naszej rywalizacji "kto komu poda kubek wody na mecie"na Szybkiej 40-tce dołączył Adam, a wiadomość ta tylko podkręciła rywalizację, bo to kolejny zawodnik na podobnym poziomie. Jak widzicie, przed samymi zawodami już byliśmy nastawieni na wynik, każdy kalkulował, jak rozegrać rywalizację na swoją korzyść. Ja postanowiłem zrobić jak podpowiadał mi trener Damian - rozłożyć siły równomiernie, zacząć nieco wolniej a potem w miarę możliwości trzymać tempo lub przyspieszać :D

Tak też się stało, początek na spokojnie, pierwsze kilometry na rozgrzanie organizmu, pogoda sprzyjająca szybkiemu bieganiu, w lesie sucho, kilka stopni powyżej zera, chwilami przebija się zza chmur słońce. NIestety mimo spokojnego tempa na pierwszych kilometrach tętno utrzymuje dosyć wysoko jak na mnie, co troszkę mnie martwi, ale liczę na to, że z czasem nieco spadnie. Na starcie Adam wystrzelił gdzieś do przodu i straciłem go z oczu, a Grzegorz trzymał się blisko mnie. Nie przejmowałem się tym, rywalizacja miała się zacząć po punkcie żywieniowym "Auchan" w połowie trasy, a jeśli zajdzie potrzeba, będę zamęczał Grzesia na ostatnich górkach, a szczególnie na podejściach.

fot. Jacek Deneka Ultralovers

Adama doganiamy jeszcze przed pierwszym punktem żywieniowym i aż do Rybakówki biegniemy razem, trochę gadamy, trochę napieramy, mnie ciągle niepokoi wysokie tętno, kalkuluję co zrobić, bo wiem że nie dowiozę się w dobrym stanie do mety jeśli tętno się nie uspokoi. Za Rybakówką na podeściu zostawiłem niedaleko za sobą Grzegorza, niezbyt daleko, widzę go kiedy się oglądam, ale jest to dla mnie sygnał, że mam szansę urwać się od niego na końcowych podejściach, o ile dotrzymam mu kroku do końcówki biegu. Trzymam w miarę komfortowe tempo, nie forsuje się zbytnio, oszczędzam siły na drugą połowę i niespodziewanie kawałek za polaną na podejściu dogania mnie Grzegorz i co więcej melduje, że ma Adama w zasięgu wzroku. Znów więc jesteśmy w komplecie, zaczynamy zbiegać, zastanawiam się w jakiej kondycji są, ale ich nie słyszę, bo mam muzykę, która trochę odciąga głowę od wysiłku. Sam wsłuchuję się we własny oddech i trochę się uspokajam, bo jest nieźle jak na tętno 160 uderzeń na minutę. Na podbiegu wzdłóż spacerowej staram się jak najwięcej biec, na tym odcinku mieszamy się z ludźmi z koronnego dystansu 68km, którzy wystartowali trzy godziny przed nami. Zbliżamy się do półmetku, w zasięgu wzroku nie widzę Grzegorza ani Adama. Nie cieszę się, bo do końca biegu jeszcze dużo drogi i wszystko może się wydarzyć. Na drugim punkcie szybkie tankowanie picia, żółwiki z ludzikami z Kaszubskiej Poniewierki i lecę dalej. Od teraz zaczyna się ściganie, z góry na dół luźno nogi i grawitacyjnie zbigam. Na podejściach, gdzie nie mam mocy na podbieganie - energicznie wchodzę, czasem się pod kogoś podczepiam, czasem upatruje kogoś z przodu i go gonię. Jest coraz trudniej, ale wiem że chłopaki cisną i lada moment pojawią się za moimi plecami.

Przez ostatnie 10 kilometrów tasuje się z człowiekiem, raz on prowadzi, raz ja. Nie wiem z jakiej jest trasy, bo nie widzę jego numeru, z drugiej strony nie chcę wiedzieć, bo jeśli potwierdzi się, że z mojej, to będę się z nim ciął do samego końca, a sprawiał wrażenie na takiego, co ma więcej siły niż ja.

Przez Rybakówkę (po raz kolejny) przemykam sprawnie, tankując picie i chwytając kilka żelków w garść. Przybiegłem niestety na końcówce picia, które przez ostatnie kilometry oszczędzałem. Teraz przyszedł czas na prawdziwą zabawę, bo trasa w swojej końcówce prowadzi przez największe wzniesienia na zielonym szlaku. Ten odcinek pokonuje w tak zwanego trupa, pod górę ostro wchodzę, na samym szczycie od razu przechodzę do biegu. Ostatnie dwa kilometry zaczynają się przykurcze w łydkach i stopach, to efekt niewystarczającej ilości picia na trasie, odwodnienia chorobowego i braku trenowania w leśnym pagórkowatym terenie.

Na metę wpadam po 4h:08m:25s na 39-tej (na 216, którzy dotarli do mety) pozycji finalnie na ostatnim podejściu pokonując człowieka, z którym tasowałem się na ostatnich kilometrach. Pierwsze 20% to zadowalający wynik, strata do pierwszego zawodnika to 56 minut.

W rywalizacji "kubka wody" uplasowałem się na pierwszej pozycji i trochę się na chłopaków naczekałem (wpadli na metę w 3 minutowym odstępie, na 64 i 69 pozycji)

fot. Wojciech Zwierzyński

"Czołem grupa, co polecicie ciekawego do oglądania na trenażer.. ?"

Jakże często taki wpis przewija się na triathlonowych grupach i forach dyskusyjnych. Widziałem go dziesiątki razy i trochę zazdrościłem trenującym, że łączą przyjemne z pożytecznym, bo cóż może być przyjemniejszego niż kręcenie na rowerku a przy okazji nadrabianie zaległości w oglądaniu filmów - tyle ostatnio tego wyszło, a mnie brakuje czasu na oglądanie.

Tak się szczęśliwie złożyło, że w tym zimowym sezonie i ja wszedłem w posiadanie trenażera. Zakupiłem używany w okazyjnej cenie Elite Fluid, który w połączeniu z czujnikiem Misuro B+ przekazuje do aplikacji Elite na telefonie wszystkie potrzebne dane. Trzeba tutaj wspomnieć, że ja raczej jestem sceptycznie nastawiony do tych wszystkich gadżetów, które "pomagają" w trenowaniu. Owszem, miałem okazję kilka razy pojechać na Zwifcie, ale dosyć szybko mi przeszło. Mój trenażer nie jest interaktywny, więc nie do końca współpracuje z tego typu aplikacjami.

W tym sezonie - po łomocie w Borównie - oddałem się w ręce specjalisty. Przygotowania do sezonu w 2019 roku (start główny w Borównie, na dystansie IM) są prowadzone pod okiem Damiana - zawodnika i trenera triathlonu, człowiek, który przygotował Wicemistrzyni Polski na dystansie IM. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że Kasia to diament i talent sportowy, a ja to co najwyżej bryła węgla, z której coś tam można wyciosać. Tak czy inaczej, od listopada przygotowania ruszyły pełną parą, staram się realizować zadany program sumiennie i jak najdokładniej, choć nie zawsze się udaje.

W poprzednim sezonie, kiedy zapadła decyzja że wystartuję na dystansie IM (3,8 km pływania, 180 km rowerem, 42 km biegania) wiedziałem, że muszę coś zrobić z moimi przygotowaniami, szczególnie z jazdy na rowerze, która tak strasznie mnie zniszczyła w Borównie. Chodziłem nawet dosyć regularnie na zajęcia spinningowe, a z czasem nawet na dwie godziny pod rząd zakończone bieganiem na bieżni (taka zakładka). Ale zapał dosyć szybko minął, pojawiły się choroby, brak czasu i inne sztuczne wymówki i pozostałem w oczekiwaniu na nadejście wiosny żeby ruszyć w teren, polatać na szosie. I nawet kilka razy się udało. Oczywiście ilość i jakość wyjeżdżonych kilometrów była adekwatna do formy jaką prezentowałem na zawodach. Padaka.

Wracając do seriali i trenażera - dosyć szybko się okazało, że treningi przygotowane przez Damiana nie pozwolą na obejrzenie ani jednego odcinka z zaległych kolekcji. Treningi są przygotowane tak, aby nie trwały zbyt długo (60-90 min) ale co najważniejsze w ten sposób, abym nawet nie miał pomysłu gapienia się w ekran laptopa.

Przed rozpoczęciem treningu odbywa się rytuał rozstawiania sprzętu : na podłogę mata, trenażer na matę, pod rower ręcznik, na kierownicę ręcznik, izo w bidonie załadowane, przed kierownicą stawiam taborek, na nim rozpisany trening a obok telefon z apką, która wyświetla cyferki. Jak było cieplej, to zdarzało się uchylenie okna balkonowego, żeby się jakoś schłodzić, ale prawdę mówiąc guzik to dawało. Pot lał się na potęgę, ręczniki mokre, moje ciuchy mokre.. średnio komfortowe warunki. I niedawno przypomniałem sobie jak Bo pisała, że odkryła coś, co każdy musi mieć i że bez tego się nie da. Poszperałem na olx-ach i znalazłem, za całe 30 PLN, niecałe 3km od chaty, pojechałem i zakupiłem wentylator o średnicy 43 cm, 50W. O matko, co to jest za cudowny wynalazek ! Najlepiej zainwestowane 30 PLN w mojej pięcioletniej karierze sportowca, bez kitu, jak ja mogłem to zrobić dopiero teraz? Wentylatorek kręci spokojnie na pierwszym biegu i omiata moje ciało, które zużywa kilkukrotnie mniej płynów na trenażerowaniu.

Wracając do samej formy treningu to jest on rozpisany bardzo dokładnie, ile czasu, na jakim obciążeniu, na jakiej kadencji kręcić. Na początku ciężko było to ogarnąć, ale już się przyzwyczaiłem i już wiem na jakim przełożeniu mam jechać, aby zadane ćwiczenia wytrzymać. Mój trenażer nie posiada regulacji oporu, mam stały oparty na oporze olejowym, zatem opór muszę regulować przerzutkami. Parametry ćwiczenia zmieniają się co kilka minut, czasem co 2-3, czasem co 30 sekund, więc kręcę wpatrując się w ekranik, który odlicza czas i zastanawiam się jak to możliwe, że im więcej watów na wskaźnikach tym sekundnik wolniej tyka. Czasem bywa tak, że prycham, sapię, charczę, dyszę odliczając sekundy do zmiany obciążenia.

Taki trening mam zazwyczaj dwa razy w tygodniu, godzinne sesje mijają jak z bicza strzelił, minuta za minutą, zmiana za zmianą, czasem słucham czegoś, żeby się odciąć od odgłosów jakie wydaje, czasem leci coś w tv, ale nie jestem w stanie się skupić na treści, nie lubię jak jestem taki cierpiący rozpraszać się dodatkowymi bodźcami. Podziwiam tych, którzy oglądają seriale w tym czasie i jeszcze coś z tego rozumieją. Ale wiem z czego to może wynikać - robią długi rozjazd, mieląc jednostajnie (lub prawie jednostajnie) korbą - ale czy taki trening jest efektywny? Nie mnie oceniać. Mam zaufanie do trenera i sezon zweryfikuje, gdzie jestem i co mi te miesiące przygotowań tak naprawdę dały.

Reasumując - czy trenażer postrzegam jako narzędzie tortur?

I tak, i nie. Schodzę czasami i nogi uginają się pode mna, czasem muszę chwile powisieć na kierownicy i złapać oddech. Ale z drugiej strony trenuje w komfortowych warunkach, w akceptowanym komforcie termicznym (teraz gdy mam już wentylator, wcześniej można to porównać do jazdy na rowerze w saunie) ale co najbardziej istotne mam okazję przez te kilka miesięcy przyzwyczaić się do roweru, jaki na ten sezon nabyłem. Ćwiczę w pozycji, w której chcę jak najdłużej wytrzymać na zawodach, mam okazje dopasować ustawienia roweru pod siebie, przez cały ten czas delikatnie je modyfikuję i szukam optymalnego środka między ergonomią a komfortem.

Czy polecam zakup trenażera? W moim przypadku trochę zwlekałem z zakupem, ale to wynik miotania się, co tak naprawdę chcę trenować. Teraz kiedy postanowiłem poważniej zająć się triathlonem uważam, że to właściwie nieodzowne narzędzie do treningu. Jest potrzebny na równi z pływaniem na basenie w okresie zimowym. Jaki trenażer bym polecił ? Nie jestem ekspertem, dla mnie kluczowym kryterium było - oprócz ceny - możliwość mierzenia mocy. Interaktywność zeszła na drugi plan, chciałem także aby było on maksymalnie nieuciążliwy dla rodziny i sąsiadów. Wypadkowa tych czynników spododowała taki a nie inny zakup. Niestety, po wyprowadzeniu roweru w teren stracę możliwość kontrolowania mocy, bez dodatkowych czujników, ale mam obecnie obserwacji jak zachowuje się moje tętno na poszczególnych poziomach i przyszły sezon pojadę po prostu "na tętno" i samopoczucie.

I już nie mogę się doczekać kiedy wsiądę na rower i pojadę wiosenny poranek przed siebie, między pola na których ptaki cieszą się na nadchodzącą wiosnę....

fot. Jan Haręza / Ultrajanosik

Całkiem niedawno, zaledwie kilka dni temu, pisałem na blogu post o planowaniu startów i wyznaczaniu sobie celów. W tym roku plan startowy mam już bardzo precyzyjnie ułożony i raczej nic już do niego nie dołożę, ale kalendarz startów kończył się zawodami w Borównie na dystansie IM w połowie sierpnia. Naturalnie przyszło pytanie czy coś zrobić na jesień? Jeśli tak, to co? Jechać w góry, czy może idąc za planem treningowym pocisnąć jakiś uliczny maraton? W tym sezonie z biegami w terenie będę miał raczej niewiele wspólnego, oprócz TUT na dystansie 40 km w połowie lutego reszta startów odbywa się na betonach i w płaskich okolicznościach. W kontekście planowania długofalowego chciałbym troszkę wejść w triathlon extremalny (tak, marzy mi się Hardasuka) ale do tego potrzebuję jeszcze trochę czasu. Chciałbym w tak zwanym międzyczasie zrobić jeszcze coś pośredniego, może Karkonoszman, może Diablak - kto wie. Starty tego typu niosą za sobą konieczność przygotowania i trenowania w terenie górskim, wiec warto od czasu do czasu się tam pojawić i coś pobiegać.

W tym roku na jesień rozważałem start w Krynicy, ale odstęp czasu między Borównem a Festiwalem Biegowym nieco mnie studził. Były tez plany pojechać na Łemkowynę lub Ultramaraton Bieszczadzki, ale chyba jednak wolałbym pojechać w inne tereny. Pojawiła się tez opcja wyskoku w Tatry na weekend, rekreacyjnie, żeby pobiegać bez żadnych zawodów.

Wczoraj zupełnym przypadkiem natrafiłem na post na fb, że o 20:00 wystartują zapisy na kultowy, piękny, piekielnie trudny bieg w ramach Ultra Janosika - mianowicie Legenda. Kurde, kompletnie o tym biegu zapomniałem, choć w zeszłym roku ostrzyłem sobie zęby, a Artur, którego spotkałem na BUGT pisał mi, ze bieg z pewnością mi się spodoba. Zresztą wystarczy poczytać w necie relacje i morda sama się uśmiecha. Nastąpiła szybka konsultacja rodzinna, bo impreza wypada w ostatni weekend sierpnia i po uzyskaniu wszelakich zgód postanowiłem, że spróbuje się zapisać korzystając z zebranych wcześniej punktów kwalifikacyjnych, bo nie każdy może w takim biegu wystartować.

Organizatorzy przewidzieli 200 miejsc, z czego 20 jest zarezerwowanych na potrzeby organizatora, a na resztę można aplikować przez formularz internetowy. Rok temu zapisy trwały nieco ponad kwadrans. Odrobiłem zatem lekcje (1,5h trenażera), ogarnąłem domowe sprawy i zasiadłem z rozgrzanymi palcami do komputera, żeby możliwie najsprawniej uzupełnić wymagane pola. Przygotowałem tez sobie linki do wyników biegów, które dawały mi kwalifikacje, żeby już niczego nie szukać. Minutę po uruchomieniu zapisów otrzymałem maila, o poprawnej rejestracji w systemie zapisów oraz informację, że po zamknięciu zapisów nastąpi weryfikacja i potwierdzenie czy na imprezę udało się zapisać.

Zresztą co Wam będę opowiadał, zobaczcie sami.

Formularz zgłoszeniowy zniknął z sieci po 2 minutach i 15 sekundach. Tyle trwały zapisy na ten bieg (za rok pewnie będzie już losowanie). Teraz, kiedy piszę tego posta, wiem, że na bieg udało się zapisać i jadę w wakacje na imprezę, której kompletnie nie planowałem. I to właśnie nazywa się przygoda…