Przeskocz do treści

1

Rachu ciachu i po strachu ! :)

Pisałem już o planach na start, oczekiwaniach i strategii jaką chciałem przyjąć na kilka dni przed maratonem. Nic nie uległo zmianie za wyjątkiem pogody, która w dniu startu zdecydowanie się poprawiła i pozwoliła wystartować w tzw stroju na krótko. Plan na bieg był stosunkowo prosty, trzymać się za pejsami biegnącymi na 3h:15, a potem się zobaczy.

Nigdy wcześniej nie biegłem tak długo za pejsami (raz przytrafiło misie kilka km), więc było to dla mnie stosunkowo nowe doświadczenie. Zdecydowałem się na bieg w takiej formule bo są pewne plusy - bo nie trzeba patrzeć na zegarek, bo to do nich należy pilnowanie zadanego tempa. Po drugie biegniemy w grupie, więc można się schować wewnątrz i nie wystawiać się na działanie wiatru, podobnie jak robią to kolarze w peletonie. Są też oczywiście minusy, które pojawiały się w trakcie biegu. Pierwszy z nich jest bieg w grupie, która jest stosunkowo ciasna i gęsta, szczególnie na początku biegu - potem z czasem ludzie się wykruszają. Bieganie w takiej grupie wymusza czasami zmianę kroku, trzeba pilnować co się dzieję przed tobą, ponieważ widoczność tego co jest pod nogami jest ograniczona. Drugim minusem biegania w grupie jest zamieszanie na punktach wodopojowych. Każdy chce chwycić kubeczek z wodą bez zwalniania, a to szczególnie na początku biegu powodowało sytuacje gdzie biegacze zabiegują sobie drogę, dochodzi do potknięć. Z czasem sytuacja się unormowała i zaczęliśmy współpracować - jedni chwytali picie na początku strefy przemieszczali się na zewnątrz grupy, w tym czasie kolejni mieli okazję złapać coś do picia. Niektórzy brali po dwa kubki i oferowali innym, którym się nie udało chwycić , lub potrzebowali więcej picia.

Niektórzy biegacze radzą sobie sprytniej - jak Tomek, bądź jak Tomek - przed samym punktem wybiegają na czoło grupy, wyprzedzając ich i wtedy bez problemów mogą skorzystać z bufetu.

No dobra, ale jak było na samym biegu ? Jak zawsze na maratonie - ciężko.

Z pejsami trzymałem się do 32 km, jedząc żel co 7 km i pijąc przynajmniej łyk wody na każdym punkcie. (były rozmieszczone co 2,5 km). Od 26 km zacząłem czuć, że tempo jest zbyt mocne, a właściwie, że straciłem tzw "świeżość w kroku" :) . Nogi zaczęły być jakby ociężałe, mięśnie przykurczone, co przekładało się na swobodny krok, a raczej jego brak. Taka sytuacja pogłębiała się od 30 km - tam już zaczynałem biec siłowo, zła technika tylko pogłębiała mój stan.

Po 32 km musiałem dać za wygraną. Zatrzymałem się i ze smutkiem popatrzyłem na baloniki pejsów, które oddalały się ode mnie. Wtedy pomyślałem, że strasznie szybko biegną, jak rozpędzony dyszący pociąg.

Po kilkunastu sekundach mięśnie nóg zluzowały, a ja zacząłem pościg za balonami, nie liczyłem że je dogonię, ale nie chciałem aby jakoś mocno mi uciekły. Do marszu musiałem przejść jeszcze kilka razy, zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje i czy to nie jest kwestia odwodnienia, jak przy skurczach. Na każdym wodopoju zatrzymywałem się i piłem po 2-3 kubeczki, ale nie zdało się to na wiele.

Zaraz za rondem na Marynarki Polskiej poczułem silny ból i pieczenie w prawej stopie, już kiedyś tak miałem na TUT. Wiedziałem co się stało. Mega dyskomfort podczas biegania, ale staram się kuśtykać przed siebie. Po kilku minutach głowa przestaje zwracać uwagi na ból w stopie, a staram się za wszelką cenę zakończyć ten występ. Chce się po prostu zatrzymać.

Na ostatnim odcinku przy AmberExpo, gdzie jest meta ostateczna mobilizacja, jest Magda z chłopakami, a Grześ podbieguję razem ze mną kilkanaście metrów zagrzewając do walki. Chyba nic nie odpowiadałem, chciałem tylko móc się zatrzymać. Przy budynku z metą stał zaparkowany samochód z zegarem, który odliczał czas maratonu - jak się zmobilizuję to złamię 3h:20 minut - przyspieszam ostatkiem sił i wbiegam na halę, gdzie jest meta....

Na mecie wisi dzwonek, którym można oddzwonić życiówkę. Dzwonię ... i serce dzwonka spada na ziemię....

1

Dzisiaj będzie kilka słów o moich ulicznych maratonach. Osoby zaglądające na mojego bloga (jest tu ktoś taki? ) mają okazję poczytać najczęściej o zawodach które już się odbyły, ale tym razem będzie inaczej - wyleję na ekran swoje myśli, które kłębią mi się w głowie jeszcze przed zawodami.
Już za 3 dni wystartuje ponownie w biegu maratońskim. Maraton to taki bieg na niewdzięcznym dystansie 42 km, tym razem ponownie wystąpię u siebie, w Gdańsku, na swoim podwórku. Z Gdańskim Maratonem łączy mnie dziwna więź, więź gorzko-słodka podobna do sosu azjatyckiego. Więź przeplatana jak warstwy w makowcu. Moja historia z maratonem ulicznym zaczęła się w 2014 roku na Orlen Warsaw Marathon, gdzie nabiegałem wynik 3h:42m. To wynik, który bardzo mnie zadowalał i właściwie nie miałbym się czego wstydzić gdybym taki wynik nabiegał w najbliższą niedzielę. Moim drugim maratonem był Maraton Solidarności (2014), który odbywa się w sierpniu :D również w Trójmieście - trudne sierpniowo upalne warunki do biegania, zazwyczaj bardzo ciepło, a mimo to urwałem 3 minuty. Pomijam fakt, że dwa maratony w tak krótkim czasie dla amatora to głupota, ale co zrobić. W 2015 roku pojawił Gdańsk Maraton i nie mogłem nie wziąć w nim udziału. Tym razem było dramatycznie i zapłaciłem za ambitny wynik, jaki chciałem uzyskać. W roku 2016 przystąpiłem do rewanżu i zrobiłem obecną życiówkę na poziomie 3h:23m. Rok później znów było źle i skończyło się dużo poniżej oczekiwań. Jak sami zauważacie w maratonie przeplata mi się, dobry wynik, ze złym i wypadałoby, aby w tym roku nabiegać dobry wynik, ale układankę te psuje Tczewski Maraton, który uważam za "udany" mimo najgorszego wyniku w historii (3h:49m), ale należy pamiętać ze biegliśmy podczas orkanu o nazwie Grzegorz, który chciał nas zdmuchnąć do przyległej do trasy Wisły.

fot. Błażej Zabieglik

W tym roku przygotowania idą od listopada pełną parą i wynik z półmaratonu w Gdyni wskazuje, że jest całkiem dobrze, bo w okolicach wyniku życiowego (zabrakło 30 sekund na 21 km). Przekładając to wszystko matematycznie na wynik w maratonie też powinno być blisko życiówki. Tak też sobie to wszystko poukładałem w głowie, że pobiegnę na 3h30m i zerwę się pejsom jeśli nogi i głowa pozwolą. Z drugiej strony ambitna deklaracja Tomka, że będzie atakował czas 3h15m w oparciu o pejsów każe mi się zastanowić nad moimi założeniami. Do tego wszystkiego dochodzą wyniki osób, które biegały w ubiegły weekend w Łodzi, gdzie o ile do Piotrka nie mam się co porównywać, mimo, że na metę połówki wpadliśmy razem a czas mieliśmy "porównywalny", ale Piotr to inna liga, za to Asia trochę mi wjechała na ambicje z wynikiem 3h:11m.
Może jednak powinienem powalczyć o nową życiówkę? Moja głowa za bardzo tego nie kupuje, ale gdyby się nastawić na umieranie od 10-tego kilometra, to sprawa w sumie nie wygląda beznadziejnie. Matematyka i kalkulatory prognozowanego wyniku także nie działają na moja korzyść, na podstawie wyniku z półmaratonu wszystkie jakie znalazłem wskazują ze czas 3h:15 jest w zasięgu.

Kluczowe w tym wszystkim jest to to jak sobie poradzę z kryzysem (kryzysami) na trasie, o ile zdychać przez 45 minut na trasie półmaratonu jest stosunkowo łatwo, to umieranie przez dwie godziny i więcej to już zupełnie inna para kaloszy. Trochę w swoim życiu zaliczyłem "bomb" z różnymi skutkami, niektóre przetrwane, na innych niestety podkuliłem ogon, posypałem głowę popiołem i obiecałem nie ośmieszać się ponownie.
Ale, ale, czyż nie jestem sportowcem (amatorem co prawda)? Czyż nie trenuje po to, aby walczyć z samym sobą? Czy nie chodzi o to, aby przełamywać swoje bariery, opuszczać swoją strefę komfortu? Przecież jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam, a do końca życia będę się zastanawiał, co by się stało gdyby..
Na sam koniec należy do dyskusji dopuścić głos najważniejszy, głos trenerski, który jak pokazał półmaraton w Gdyni wie z samych cyferek co we mnie siedzi. I głos ten nakazuje mi zacisnąć poślady, nastawić głowę na kryzysy cisnąć w tempie 4:30 min/km, co przełożyć się ma na czas 3h:10min na mecie. Wiara tego człowieka (Damiana, trenera) w moje możliwości zadziwia mnie bardzo, ale w końcu to trener, on wie najlepiej co należy robić.

Prognozowana pogoda na niedzielę jest korzystna do bicia rekordu, ma być stosunkowo ładnie, ale chłodno. Zatem uprasza się o trzymanie kciukasów z numer startowy 1379 !