Przeskocz do treści

4

Nie sądziłem, że coś za wyjątkiem awarii technicznej będzie w stanie wyeliminować mnie z rywalizacji na dystansie 1/4 IM (950m pływania, 45km jazdy rowerem, 10,5km bieg). Sport jednak jest nieprzewidywalny i wszystko się może wydarzyć na trasie nawet krótkich zawodów. Ale po kolei.
Triathlon Gniewino na dystansie 1/4 IM wydawał się idealnym wyborem na rozpoczęcie sezonu. Końcówka maja, blisko domu, logistycznie stosunkowo łatwy start i do ogarnięcia, bo start jest o godzinie 11:00, więc nie muszę martwić się o nocleg.
Wstałem o 5:00, zjadłem śniadanie i spakowałem się do auta, podjechałem po Adama i ruszyliśmy godzinę później do Gniewina odebrać pakiety startowe. Biuro zawodów ulokowane jest prawie 8 km od miejsca startu, w Hotelu Mistral Sport, który w czasie Euro2012 gościł reprezentację Hiszpanii. Po sprawnym odebraniu pakietów udaliśmy się na miejsce startu, który mieści się w miejscowości Nadole. Przygotowaliśmy rzeczy potrzebne do strefy zmian, wstawiliśmy je wraz z rowerami i wróciliśmy do samochodu, bo aura nie rozpieszczała. Nie zdecydowalismy sie nawet oglądać startu dystansu 1/2 IM, który zaczynał się o 9:00.
Przez niebo przewalały się ołowiane chmury a wiatr raz mocniej raz słabiej kołysał koronami drzew.
Poranny oficjalny pomiar temperatury wody wynosił 14,6 st C - ciepło nie jest, ale pływałem już w dużo zimniejszych warunkach w połowie października w zatoce. Podświadomie jednak gdzieś tam w zakamarkach czaił się dyskomfort, bo strachem tego bym nie nazwał, przed wejściem do wody.
Na pół godziny przed startem zaczęliśmy się ogarniać - zakładać pianki i ruszyliśmy na rozpływanie nad wodę.
Wiedziałem, że woda będzie zimna i że będzie nieprzyjemnie. Otomin, w którym pływaliśmy dwa dni wcześniej jest o wiele mniejszym zbiornikiem niż jezioro Żarnowieckie. Kubatura wody zawsze idzie w parze z temperaturą, a zazwyczaj tylko z przejrzystością wody. Pierwsze wrażenie po zamoczeniu stóp to odczucie bardzo zimnej wody. Bardzo.

Mimo wszystko powoli wchodzę, bo przecież pierwsze zetknięcie z wodą zawsze jest nieprzyjemne, nawet latem. Nalewam wodę do pianki, najpierw przez rękawy, a następnie po kilku kolejnych krokach przez kołnierz. Brrr, ale zimnica. Zanurzam głowę i kładę się na powierzchni, starając uspokoić ciało, bo przytkało mnie z zimna. Otwieram oczy, czysta przejrzysta woda i piach na delikatnie opadającym dnie usiany kamieniami. Podnoszę się poprawiam piankę starając się unormować oddech, zanurzam się ponownie i zaczynam płynąć. Pierwsze kilka machnięć ramionami i spore problemy z oddychaniem, zatyka, spłyca oddech… Wstaje, za kilkanascie sekund kolejna próba. Zaskakuje mnie jak daleko można wejść w głąb jeziora, dno opada bardzo delikatnie. Dookoła mnie same krwistoczerwone twarze wbite w pomarańczowe czepki i słowa "o ku*wa, ale zimna!". Faktycznie, morda szczypie, ale o dziwo stopy, które u mnie obrywają od zimna jako pierwsze mają się całkiem spoko.

Wywołują nas na brzeg, żeby policzyć zawodników, zostało około 10 minut do startu. Stoję na tej plaży w kolejce do liczenia i jest mi coraz zimniej, najbardziej w dłonie. Mam chude, kościste palce, które często chronię, nie tylko zimą, ale późną jesienia i wczesna wiosną. Zdarza mi się biegać w krótkim rękawku ale w rękawiczkach.
Przy płocie zbiera się grupa kibiców i zawodników, którzy godzinę później startują w 1/8IM. Dodają nam otuchy. A ja stoję prawie na końcu kolejki, czuję że jest mi coraz zimniej w dłonie. Wchodzę do wody jako dwusetny zawodnik, za mną jeszcze 28 osób, w sumie 228 zawodników. Rozcieram ręce, żeby pobudzić krążenie, moczę dłonie w wodzie ale to nie pomaga, w wodzie zdecydowanie chłodniej się wydaje. Podpływam, żeby się nieco zagrzać na linię startu, zbijam piątkę z Adamem, życzymy sobie powodzenia i start!

Młyn, szum, chlapanie, bąble w wodzie, nagle następuje bardzo gwałtowna zmiana koloru wody, wpłynęliśmy na głębiny wokół mnie pod wodą wszędzie bąble, ciężko się zorientować w przestrzeni, bo poruszają się we wszystkie strony. Od czasu do czasu ktoś na mnie wpływa, ja na kogoś, typowa triathlonowa pralka. Trochę się tym denerwuję, odzwyczaiłem się na basenie od takich atrakcji. Rwę niepotrzebnie tempo, żeby się oswobodzić i złapać swój rytm, to jest najważniejsze, robić swoje, nie oglądać się na innych tylko nawigować na czerwona boję , którą mam minąć prawym ramieniem. Co kilka ruchów rękami wynurzam głowę żeby spojrzeć przed siebie w poszukiwaniu bojki, jest mi zimno w twarz, właściwie w całą głowę. Ale najgorsze jest to, że nie mogę złapać swobodnego rytmu, nie potrafię spokojnie płynąć, niby się nie szarpię, ale brakuje mi oddechu, czuję jakbym płynął za mocno, ale wiem, ze tak nie jest, serce łomocze w klatce. Przechodzę na chwilę do żabki, żeby odsapnąć i złapać więcej powietrza. Czasem tak robię na basenie, przepływam 25 m żabką i wracam do swobodnego kraula. Problem jednak pojawia się, gdy znów chowam głowę pod wodę, wraca płytki i nerwowy oddech. Robię tak ze trzy, może cztery razy i zdaje sobie sprawę, że kraulem to ja za bardzo nie dam rady popłynąć. Przechodzę do żabki, która coraz bardziej przypomina żabkę dyrektorską (bez zanurzania głowy), co oczywiście przekłada się na prędkość. Po jakimś czasie (wciąż płynę do pierwszej bojki, 1/3 trasy) uświadamiam sobie, że straciłem czucie w dłoniach, nie wiem czy łapię wodę, czy tylko moczę dłonie, zaczyna mi być w nie (te dłonie) bardzo zimno. Dookoła mnie dużo ludzi ratuje się żabką podobnie do mnie, coraz więcej czarnych myśli pojawia się w mojej głowie - że jestem na początku trasy, że jest mi zimno, że nie nagarniam wody, że się nie poruszam do przodu, że jestem prawie sam (nieprawda, wokół mnie pełno ludzi), nerwowo zaczynam się rozglądać gdzie jest najbliższy ratownik WOPR, który w razie czego mi pomoże. Niestety w pobliżu jak na złość nie ma żadnego, dopiero przy boi nawrotowej, do której mam gdzieś 50m jest jeden na kajaku, tuż przed boją nawrotową robi się kocioł, jak to zazwyczaj przy bojkach, dopływam w pobliże kajaka z ratownikiem i decyduję się nie kontynuować dalszego pływania, zbyt wiele wątpliwości miałem w głowie, zaczynałem czuć niepokój związany z tą całą sytuacją. Oczywiście były też głosy w głowie mówiące o tym, aby się nie poddawać, walczyć, że to chwilowe, że zaraz minie… Jednak rozsądek wygrał - podpływam do ratownika i mówię mu krótkie "chce wyjść". :D


Chwile potem zdałem sobie sprawę z kuriozalności sytuacji. Nie da się po prostu "wyjść" będąc na środku jeziora. Ratownik pyta, czy coś mi dolega, uspokajam go, że wszystko jest ok poza tym, że jest mi bardzo zimno. Rzuca mi boję ratunkową i każe się trzymać, w międzyczasie wzywa skuter wodny który zmierzał od strony startu. Podpływam do niego i wdrapuję się na siedzisko. Zabieramy ze sobą jeszcze dwie osoby, a kolejne muszą poczekać na podjęcie. Ratownik na skuterze wzywa kolejny transport na pomoc…

Dzisiaj "dzień po" (bo wczoraj nie chciałem o tym rozmyślać) oczywiście przyszedł czas na analizę sytuacji i próbę zrozumienia czy wyjaśnienia sobie co właściwie się w tej wodzie stało. Po pierwsze nieświadomie swoją chęcią "wyjścia" z wody rozpocząłem reakcję łańcuchową wśród pozostałych, którzy się z podobnymi myślami bili ale ciągle walczyli. Powinienem powiedzieć przepraszam, ale z drugiej strony, może właśnie lepiej, że ich namówiłem :D
Kolejną rzeczą, która mi przyszła do głowy, po powrocie na ląd to poinformowanie tych, którzy śledzili wyniki online, że nic mi nie jest. Po pierwsze Adam, który miał swój rower obok mojego i mógł się niepotrzebnie denerwować, że nie podjąłem roweru ze strefy po etapie wodnym. Oczywiście telefon do żony, że wyszedłem i że nic mi nie jest, to jest oczywista oczywistość. Kiedy czekałem na Adama przy strefie zmian przyszła refleksja, że jest mi właściwie zimno, choć na powietrzu początkowo było zdecydowanie przyjemniej niż w wodzie. Niemniej stanie kilku minut w mokrych ubraniach przy kilkunastu stopniach wychładza mocno organizm. Odebrałem depozyt i przebrałem się we wszystko co tylko miałem suchego przy sobie i ruszyłem na trasę zawodów kibicować tym, którzy walczyli dalej.
Nie rozpatruje tego w kategorii "porażki". Zawody nie poszły po mojej myśli, nie ukończyłem ich, choć nawet nie zakładałem takiego scenariusza przy najgorszych założeniach. Podjąłem decyzję, która wydawała się najbardziej odpowiednia w danym momencie i nadal uważam, że to była dobra decyzja. Pytanie jakie należy postawić to "co mogłem zrobić lepiej, aby to się nie wydarzyło"?

Zdecydowanie przed startem w Gniewinie zabrakło mi wypływań na otwartych wodach. Organizm przez zimę zapomniał jak to jest w naturalnym środowisku. Poza tym można było lepiej rozegrać temat rozgrzewki, rozpływania i oczekiwania przed startem.

Do tego wszystkiego dochodzą takie elementy jak dyspozycja dnia, pogoda, zmęczenie, sen itp. Teraz oczywiście można gdybać do woli, to już niczego nie zmieni. Wyciągam z tego startu lekcje, nie lekcje pokory ale doświadczenie, które mam nadzieję pozwoli mi być lepiej przygotowanym na kolejne zawody. Za miesiąc zawody w Suszu, na dwukrotnie dłuższym dystansie. Trenujemy dalej, bo kto wie jaka tam nas przywita pogoda.