2 PZU Maraton Gdańsk

Kiedy przebudziłem się o 4:26 wiedziałem, że to już koniec spania. Budzik był co prawda nastawiony na 5:20, ale tego ranka emocje wzięły górą. Umówiłem się dzień wcześniej, że zjawie się przed biegiem na badanie usg ścięgna achillesa na godzinę 7:10. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że aby dotrzeć do biura zawodów będę musiał wyruszyć nieco więcej niż godzinę wcześniej…
Poleżałem jeszcze trochę, ale o 5:10 definitywnie wstałem i zacząłem się organizować niewyspany jak przysłowiowy niedźwiedź. Wafle ryżowe z nutellą i herbata. Tak, tak, wiem, nutella jest niezdrowa. Tak samo, jak żarcie z „maka”, które już chyba tradycyjnie zjadłem dzień wcześniej. Lubię i nic na to nie poradzę, a co najważniejsze jest dla mnie bezpieczne, przecież nie ma nic gorszego niż nagła potrzeba na trasie ;] . Ale nie o tym miałem pisać.
Wcisnąłem w uszy słuchawki i przy skocznych dźwiękach RATM poszedłem na tramwaj układając siebie w głowie całą strategię na bieg. W Gdańsku Głównym miałem 12 minut czasu na kolejny tramwaj, kupuję w tym czasie drożdżówki z serem i paczkę chusteczek higienicznych, bo wyruszyłem bez takowych z domu. Lepiej mieć, niż nie mieć :)
Badanie ścięgna trwało w sumie może z kwadrans, wiec miałem kolejne 90 minut do startu. Posnułem się leniwie po hali, w której kręcili się podobnie zaspani jak ja biegacze. Finalnie zasiadam przy stoliku i zjadam na śniadanie drożdżówki.
Podszedł do mnie człowiek i zagaduje na temat wspólnego zdjęcia „PĄpkinsów” przed startem. (?!) Plotka głosi, że sam Krasus jest w Gdańsku. Taa, jasne. „Nic nie wiem na ten temat” – odpowiadam. Kilkanaście minut później okazało się, że Krasus był (!!) i Sucha Szosa i Rav też był, ale czasu nie było na pogaduchy, bo spotkaliśmy się dosłownie 4 minuty przed startem.

2016-05-15 08.55.31
fot. sam Krasus

W ogóle to fajne jest, muszę Wam napisać, kiedy zagadują Cię osoby, które znają mnie, bo czytają te blogowe wypociny. Mega miłe to jest i serdecznie Was wszystkich pozdrawiam!! Muszę się przyznać, że miałem nawet taki plan, jakiś czas temu, aby tego bloga zamknąć, bo w sumie ile można pisać o tym samym w kółko, ale po takich akcjach chce się usiąść i napisać kilka słów i zaśmiecić wciąż cyberprzestrzeń. Przy okazji przepraszam od razu z tego miejsca, że czasem nie wiem z kim rozmawiam, stary już jestem i musicie mi wybaczyć.

Maraton to taka zdradliwa bestia, która nie wybacza najmniejszych nawet błędów i rządzi się swoimi regułami. Często słyszę : „misiek, przecież biegasz ultra, poza tym codziennie do pracy – takie 40km to dla Ciebie spacer.” Chciałbym, żeby tak było. Maraton to ogromy wysiłek, który trwa bardzo długo, a im dłużej trwa, tym czas wolniej leci…
Maraton wymaga precyzyjnego oszacowania własnych możliwości. Tu nie ma miejsca na szarże, wariactwa, fisiowanie i inne takie. każdy, kto staje na linii startu i ma na celu osiągniecie wyniku na miarą swoich możliwości musi mieć opracowaną strategię na bieg, plan którego będzie się trzymał mimo przeciwności jakie czekają go na trasie.
Prawdę mówiąc miałem tremę przed tym startem. Rzadko miewam takie lęki przed biegiem, ale ten jakoś szczególnie mi uwierał na kopułę. Od rana na chłodno kalkulowałem swoje możliwości, swoje samopoczucie, swoje ambicje. Do tego dodawałem szczyptę zdrowego rozsądku i w końcu wymyśliłem z grubsza zarysowany plan na niedzielny bieg. Stanęło, że ambitnie zacznę w tempie 4:41 min/km, co teoretycznie da wynik poniżej 3h20 minut na mecie. (dla niebiegaczy czytających tego bloga małe wyjaśnienie – biegacze nie podają prędkości w km/h tylko tempo, czyli ile czasu potrzeba na przebycie 1km – dziwnie, ale można się przyzwyczaić.)
W okolicach 3 kilometra wiedziałem już, że utrzymanie takiego tempa będzie wiązało się z delikatnym forsowaniem się już od samego początku, co oczywiście jest bardzo złą strategią wiec czas na modyfikację założeń.
Tempo 4:50 min/km pozwala na zrobienie nowej życiówki, złamanie 3h:30minut, a tempo biegu wydało mi się komfortowe (hattrick!). Pierwsze kilometry to zazwyczaj jest gruby „lot”, bo jest siła, są endorfiny, adrenalina i inne rzeczy, który powodują, że nie myśli się racjonalnie, a potem trzeba za to zapłacić słoną cenę na ostatnich kilometrach, albo i nieco wcześniej. Tym razem chciałem inaczej, miało nie być niespodzianek i to było najważniejsze kryterium biegu.
Pierwsze 5km to było jak zwykle tasowanie się i szukanie swojego miejsca w szpalerze biegaczy. W tym czasie przebiegliśmy przez stadion i ECS. Na Gdańskiej Starówce postanawiam wyprzedzić pacemakerów na 3:30 (skąd oni się tam w ogóle wzięli ?), bo grupa, która się ich trzymała była liczna i przy punktach żywieniowych było spore zamieszanie. Pierwsze 5km zrobione w tempie 4:51min/km. Nie jest najgorzej, liczę troszkę na to, że teraz bieg się uspokoi i nie pomyliłem się. Biegłem ze sporym luzem w nogach i co ważniejsze luzem wokół siebie.
13234956_10156793599705315_237093086_o
fot. Błażej Zabieglik
We Wrzeszczu jak zwykle nieco powiało, ale nie było dramatu. Ogólnie pogoda tego dnia była bardzo zmienna. Chłodny poranek, który momentami zmieniał się w słoneczny dzionek, który chyba przeszkadzał prawie tak jak porywisty wiatr na ostatnim odcinku. Od czasu do czasu trochę popadał deszcz, gdzieniegdzie strażacy rozstawili kurtyny wodne dla ochłody. Generalnie, mix pogodowy. Śniegu tylko brakowało :)
Największy kryzys przyszedł w okolicach 28 kilometra, ale nie złomotał mnie jak wszystkie inne do tej pory. To zapewne zasługa tempa w jakim biegłem, które było stosunkowo komfortowe. Ponadto postanowiłem wziąć sobie do serca zasadę – pij na każdym punkcie, choćby dwa łyki, ale pij. Na pierwszym punkcie nie zrobiłem tego, ale to ze względu na zamieszanie jakie panowało w tej wąskiej uliczce. W każdym kolejnym mijanym punkcie, za wyjątkiem specjalnego punktu przygotowanego przez organizatorów Kaszubskiej Poniewierki, tankowałem kilka łyczków izo lub wody. Nie lubię tej czynności, bo nie umiem jej wykonać (choć muszę siępochwalić, że teraz już idzie mi całkiem nieźle). Bieganie i jednoczesne picie z papierowego kubeczka, starając sie przy tym nie zachłysnąć, to nie lada wyzwanie. Fajnie jest też nie wylać na siebie słodkiego izotonika.
Żele wciągnięte na 10, 20 i 30km. W tak zwanym międzyczasie tabletki enervit GT. Taka strategia uchroniła mnie przed odwodnieniem, skurczami i kryzysami energetycznymi. Trochę mi burczało w brzuchu, ale ten temat załatwiłem bananami.
26449206714_3ccbeb4543_b
fot. Agata Masiulaniec / biegowyswiat.pl
Kiedy wybiegaliśmy z Parku Regana wiedziałem, że jest nieźle. Że jeśli nie wydarzy się nic specjalnie niespodziewanego zrobię to. Przybiegnę na metę z nowym rekordem życiowym i będzie to wynik poniżej 3h:30m. Podczas wbiegania na most przy stadionie przypomniałem sobie, jakie dramaty przezywałem tam rok temu. Niemoc, złość, ból. W tym roku mijałem innych, których ten podbieg wykańczał, starałem się dodać im sił i wesprzeć w walce. To jeden z najtrudniejszych momentów na trasie. Meta wydaje się tuz tuż, ale nagle trzeba zmienić kierunek biegu i oddalić się od niej, aby pod Nowym Portem wykonać nawrót w kierunku mety, to już ostatnia prosta. Tutaj należy wspomnieć, że organizator dobrze zadecydował, aby przez stadion biec na początku, a nie na końcu biegu. fakt, że przebiega się w pobliżu mety, ale nie zmierza się na nią jest bardzo frustrujący – szczególnie w końcówce.
Nie wiem jak inni biegacze, ale ja lubię kiedy biegniemy w przeciwne strony obok siebie. Oczywiście, lubię to kiedy ja już zmierzam do mety, a oni się od niej oddalają, ale to moment, w którym można nieźle się naładować motywacją, albo kompletnie ją stracić. Wszystko zależy od tego w jakim się znajdujemy stanie. Jeśli są jeszcze pokłady energii, to wyprzedzanie innych jest mega motywujące, ale jak jest się wrakiem, a ktoś cię wyprzedza z zapasem energii – to już nie jest takie miłe.
G0500943
fot. Marek Mróz / pasjaczyniwolnym.pl
Czy jestem zadowolony z tego biegu?
Tak, zdecydowanie tak. Biorąc pod uwagę fakt, ze niecałe dwa tygodnie wcześniej pokonałem 92km, że nie przygotowywałem się do dystansu maratonu przez ostatnie tygodnie, tylko podszedłem do niego jakby z marszu wykonując jedyne treningi na trasie dom | praca | dom – tak. Zdecydowanie jestem zadowolony. Urwałem z dotychczasowego rekordu prawie 15 minut, ale co najważniejsze zrobiłem to na trasie, która rok temu pokazała mi swój pazur. Czy można było to zrobić lepiej ? Oczywiście że tak. Gdybać teraz można to woli.
Co ciekawe, po tym biegu moje nogi nie są jakoś strasznie wyeksploatowane. Czuję trochę prawe kolano, ale odeszło mi całkowicie rozcięgno podeszwowe. Nogi nieco ciężkie, ale swobodnie wstaje i siadam. To wszystko pozwala mi wyciągnąć wniosek, że mogłem ugrać nieco więcej. Mogłem też bardzo wiele stracić. Wybrałem bezpieczny wariant, który się opłacił. Podniósł bardzo moje morale jeśli chodzi o bieganie maratonów, zarysował wizję, ze można więcej, jeśli się odpowiednio na tym skoncentruje.
Przy okazji PZU Maratonu Gdańskiego zostałem objęty programem badawczym, który am na celu wykonie badań na grupie zawodników, którzy przygotowywali się i zmierzyli z dystansem maratońskim. Dlatego też, zaraz po wbiegnięciu (wejściu właściwie) na metę poszedłem położyć się na kozetkę, gdzie upuszczono mi troszkę krwi, zbadano serce, mięśnie łydek i ścięgno Achillesa (po raz drugi tego dnia). Cieszę się, ze moja pompa pracuje normalnie i lekarz nie miał żadnych powodów do niepokoju podczas badania.
IMG_9056
fot. Zuzanna Lewicka-Potocka
Na koniec oczywiście muszę wspomnieć i bardzo, bardzo podziękować wszystkim, którzy osobiście pofatygowali się na trasę maratonu i zdzierali gardła zagrzewając mnie do boju. Energia jak płynie od kibiców jest niewyobrażanie duża, a tym razem była jeszcze większa, bo nie miałem słuchawek w uszach :]
Dziękuję tym, którzy przyszli specjalnie dla mnie i zwlekli się z wyra o tak nieludzkiej porze jak 9:00 :], tym, którzy przemarzli na trasie, tym, którzy ze mną biegli czy jechali na rowerze, którzy walili w bębny, garnki i inne wynalazki generujące hałas, tym ubranym na rURZowo i na czarno, tym najmniejszym, którzy cierpliwie wyciągali rękę, aby przybić piątkę i tym najgłośniejszym! Tym, którzy bili brawo, trąbili w trąbki, i tym, którzy się pieklili w samochodach na skrzyżowaniach. Wszystkim, którzy przed monitorami ściskali kciuki, albo sami biegli, ale gdzieś w myślach zastanawiali się jak mi idzie (ja też o Was, debiutantach myślałem)! Także tym, którzy na bieg przyszli do pracy – wolontariuszom (mega!!) i tym co zabezpieczali trasę czy dbali o nasze bezpieczeństwo.
Wszystkim jeszcze raz dziękuję!
c_DSC_0178
Dla zainteresowanych statystyki z biegu : http://live.sts-timing.pl/gm2016/person.php?n=519
i wideo relacja (wypatrujcie, bo gdzieś tam jestem)
http://trojmiasto.tv/Maratonczycy-przebiegli-przez-Gdansk-15420.html