5 Maraton Gdańsk

Rachu ciachu i po strachu ! :)

Pisałem już o planach na start, oczekiwaniach i strategii jaką chciałem przyjąć na kilka dni przed maratonem. Nic nie uległo zmianie za wyjątkiem pogody, która w dniu startu zdecydowanie się poprawiła i pozwoliła wystartować w tzw stroju na krótko. Plan na bieg był stosunkowo prosty, trzymać się za pejsami biegnącymi na 3h:15, a potem się zobaczy.

Nigdy wcześniej nie biegłem tak długo za pejsami (raz przytrafiło misie kilka km), więc było to dla mnie stosunkowo nowe doświadczenie. Zdecydowałem się na bieg w takiej formule bo są pewne plusy – bo nie trzeba patrzeć na zegarek, bo to do nich należy pilnowanie zadanego tempa. Po drugie biegniemy w grupie, więc można się schować wewnątrz i nie wystawiać się na działanie wiatru, podobnie jak robią to kolarze w peletonie. Są też oczywiście minusy, które pojawiały się w trakcie biegu. Pierwszy z nich jest bieg w grupie, która jest stosunkowo ciasna i gęsta, szczególnie na początku biegu – potem z czasem ludzie się wykruszają. Bieganie w takiej grupie wymusza czasami zmianę kroku, trzeba pilnować co się dzieję przed tobą, ponieważ widoczność tego co jest pod nogami jest ograniczona. Drugim minusem biegania w grupie jest zamieszanie na punktach wodopojowych. Każdy chce chwycić kubeczek z wodą bez zwalniania, a to szczególnie na początku biegu powodowało sytuacje gdzie biegacze zabiegują sobie drogę, dochodzi do potknięć. Z czasem sytuacja się unormowała i zaczęliśmy współpracować – jedni chwytali picie na początku strefy przemieszczali się na zewnątrz grupy, w tym czasie kolejni mieli okazję złapać coś do picia. Niektórzy brali po dwa kubki i oferowali innym, którym się nie udało chwycić , lub potrzebowali więcej picia.

Niektórzy biegacze radzą sobie sprytniej – jak Tomek, bądź jak Tomek – przed samym punktem wybiegają na czoło grupy, wyprzedzając ich i wtedy bez problemów mogą skorzystać z bufetu.

No dobra, ale jak było na samym biegu ? Jak zawsze na maratonie – ciężko.

Z pejsami trzymałem się do 32 km, jedząc żel co 7 km i pijąc przynajmniej łyk wody na każdym punkcie. (były rozmieszczone co 2,5 km). Od 26 km zacząłem czuć, że tempo jest zbyt mocne, a właściwie, że straciłem tzw „świeżość w kroku” :) . Nogi zaczęły być jakby ociężałe, mięśnie przykurczone, co przekładało się na swobodny krok, a raczej jego brak. Taka sytuacja pogłębiała się od 30 km – tam już zaczynałem biec siłowo, zła technika tylko pogłębiała mój stan.

Po 32 km musiałem dać za wygraną. Zatrzymałem się i ze smutkiem popatrzyłem na baloniki pejsów, które oddalały się ode mnie. Wtedy pomyślałem, że strasznie szybko biegną, jak rozpędzony dyszący pociąg.

Po kilkunastu sekundach mięśnie nóg zluzowały, a ja zacząłem pościg za balonami, nie liczyłem że je dogonię, ale nie chciałem aby jakoś mocno mi uciekły. Do marszu musiałem przejść jeszcze kilka razy, zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje i czy to nie jest kwestia odwodnienia, jak przy skurczach. Na każdym wodopoju zatrzymywałem się i piłem po 2-3 kubeczki, ale nie zdało się to na wiele.

Zaraz za rondem na Marynarki Polskiej poczułem silny ból i pieczenie w prawej stopie, już kiedyś tak miałem na TUT. Wiedziałem co się stało. Mega dyskomfort podczas biegania, ale staram się kuśtykać przed siebie. Po kilku minutach głowa przestaje zwracać uwagi na ból w stopie, a staram się za wszelką cenę zakończyć ten występ. Chce się po prostu zatrzymać.

Na ostatnim odcinku przy AmberExpo, gdzie jest meta ostateczna mobilizacja, jest Magda z chłopakami, a Grześ podbieguję razem ze mną kilkanaście metrów zagrzewając do walki. Chyba nic nie odpowiadałem, chciałem tylko móc się zatrzymać. Przy budynku z metą stał zaparkowany samochód z zegarem, który odliczał czas maratonu – jak się zmobilizuję to złamię 3h:20 minut – przyspieszam ostatkiem sił i wbiegam na halę, gdzie jest meta….

Na mecie wisi dzwonek, którym można oddzwonić życiówkę. Dzwonię … i serce dzwonka spada na ziemię….

1 Comment on 5 Maraton Gdańsk

  1. Jeżeli pisząc Tomek bądź Tomek co wybiega na czoło aby pierwszy chwycić kubek masz na myśli mnie, to przy Placu Zebrań Ludowych ja wybiegłem ma czoło bo zobaczyłem toitoikę a kubek chwyciłem przy okazji aby nie marnować czasu lejąc pić.

    Ale najważniejsze: jakie masz emocje związane z tym biegiem? Czy jesteś zadowolony? Zostawiasz nas, swoich czytelników z tą ciężką przenośnią o wyrwanym sercu dzwonu…

Leave a comment

Your email address will not be published.


*