Przeskocz do treści

Boję się maratona. A co!

Dzisiaj będzie kilka słów o moich ulicznych maratonach. Osoby zaglądające na mojego bloga (jest tu ktoś taki? ) mają okazję poczytać najczęściej o zawodach które już się odbyły, ale tym razem będzie inaczej - wyleję na ekran swoje myśli, które kłębią mi się w głowie jeszcze przed zawodami.
Już za 3 dni wystartuje ponownie w biegu maratońskim. Maraton to taki bieg na niewdzięcznym dystansie 42 km, tym razem ponownie wystąpię u siebie, w Gdańsku, na swoim podwórku. Z Gdańskim Maratonem łączy mnie dziwna więź, więź gorzko-słodka podobna do sosu azjatyckiego. Więź przeplatana jak warstwy w makowcu. Moja historia z maratonem ulicznym zaczęła się w 2014 roku na Orlen Warsaw Marathon, gdzie nabiegałem wynik 3h:42m. To wynik, który bardzo mnie zadowalał i właściwie nie miałbym się czego wstydzić gdybym taki wynik nabiegał w najbliższą niedzielę. Moim drugim maratonem był Maraton Solidarności (2014), który odbywa się w sierpniu :D również w Trójmieście - trudne sierpniowo upalne warunki do biegania, zazwyczaj bardzo ciepło, a mimo to urwałem 3 minuty. Pomijam fakt, że dwa maratony w tak krótkim czasie dla amatora to głupota, ale co zrobić. W 2015 roku pojawił Gdańsk Maraton i nie mogłem nie wziąć w nim udziału. Tym razem było dramatycznie i zapłaciłem za ambitny wynik, jaki chciałem uzyskać. W roku 2016 przystąpiłem do rewanżu i zrobiłem obecną życiówkę na poziomie 3h:23m. Rok później znów było źle i skończyło się dużo poniżej oczekiwań. Jak sami zauważacie w maratonie przeplata mi się, dobry wynik, ze złym i wypadałoby, aby w tym roku nabiegać dobry wynik, ale układankę te psuje Tczewski Maraton, który uważam za "udany" mimo najgorszego wyniku w historii (3h:49m), ale należy pamiętać ze biegliśmy podczas orkanu o nazwie Grzegorz, który chciał nas zdmuchnąć do przyległej do trasy Wisły.

fot. Błażej Zabieglik

W tym roku przygotowania idą od listopada pełną parą i wynik z półmaratonu w Gdyni wskazuje, że jest całkiem dobrze, bo w okolicach wyniku życiowego (zabrakło 30 sekund na 21 km). Przekładając to wszystko matematycznie na wynik w maratonie też powinno być blisko życiówki. Tak też sobie to wszystko poukładałem w głowie, że pobiegnę na 3h30m i zerwę się pejsom jeśli nogi i głowa pozwolą. Z drugiej strony ambitna deklaracja Tomka, że będzie atakował czas 3h15m w oparciu o pejsów każe mi się zastanowić nad moimi założeniami. Do tego wszystkiego dochodzą wyniki osób, które biegały w ubiegły weekend w Łodzi, gdzie o ile do Piotrka nie mam się co porównywać, mimo, że na metę połówki wpadliśmy razem a czas mieliśmy "porównywalny", ale Piotr to inna liga, za to Asia trochę mi wjechała na ambicje z wynikiem 3h:11m.
Może jednak powinienem powalczyć o nową życiówkę? Moja głowa za bardzo tego nie kupuje, ale gdyby się nastawić na umieranie od 10-tego kilometra, to sprawa w sumie nie wygląda beznadziejnie. Matematyka i kalkulatory prognozowanego wyniku także nie działają na moja korzyść, na podstawie wyniku z półmaratonu wszystkie jakie znalazłem wskazują ze czas 3h:15 jest w zasięgu.

Kluczowe w tym wszystkim jest to to jak sobie poradzę z kryzysem (kryzysami) na trasie, o ile zdychać przez 45 minut na trasie półmaratonu jest stosunkowo łatwo, to umieranie przez dwie godziny i więcej to już zupełnie inna para kaloszy. Trochę w swoim życiu zaliczyłem "bomb" z różnymi skutkami, niektóre przetrwane, na innych niestety podkuliłem ogon, posypałem głowę popiołem i obiecałem nie ośmieszać się ponownie.
Ale, ale, czyż nie jestem sportowcem (amatorem co prawda)? Czyż nie trenuje po to, aby walczyć z samym sobą? Czy nie chodzi o to, aby przełamywać swoje bariery, opuszczać swoją strefę komfortu? Przecież jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam, a do końca życia będę się zastanawiał, co by się stało gdyby..
Na sam koniec należy do dyskusji dopuścić głos najważniejszy, głos trenerski, który jak pokazał półmaraton w Gdyni wie z samych cyferek co we mnie siedzi. I głos ten nakazuje mi zacisnąć poślady, nastawić głowę na kryzysy cisnąć w tempie 4:30 min/km, co przełożyć się ma na czas 3h:10min na mecie. Wiara tego człowieka (Damiana, trenera) w moje możliwości zadziwia mnie bardzo, ale w końcu to trener, on wie najlepiej co należy robić.

Prognozowana pogoda na niedzielę jest korzystna do bicia rekordu, ma być stosunkowo ładnie, ale chłodno. Zatem uprasza się o trzymanie kciukasów z numer startowy 1379 !

1 myśl na “Boję się maratona. A co!

  1. AvatarTomek

    Waldek, te kalkulatory dają do myślenia jak pięść z okładki Pantery. Wpadłem w Gdyni na metę kilkanaście sekund za Tobą i nie za bardzo byłem zmęczony. Teoretycznie też powinienem atakować 3:10. Ale nie ma balonika na ten czas, więc moje 3:15 z pejsem jest nie - jak piszesz - deklaracją odważną, ale raczej zachowawczą.

    I fajnie, gdyby tak było, ale .... to maraton :) Doskonale wiem, co to znaczy nagle zacząć biec pół minuty, minutę wolniej i nie być w stanie nic z tym zrobić. Ale z drugiej strony do wszystkich swoich poprzednich biegów podchodziłem bardzo "turystycznie" i nigdy nie zbroiłem się tak jak przed niedzielą. Kucze no, boję się tego maratona.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *