Debiut w maratonie

To miał być super dzień. Dzień spędzony na bieganiu, dzień, w którym debiutowałem na trasie płaskiego maratonu. Dzień radości z biegania i endorfin. Taki miał być.
I był !
Ale po kolei.
W sobotę rano wybrałem sie Polskim Busem do stolicy, po odbiór pakietu startowego. Miasteczko biegacza przy stadionie było.. imponujące. Mimo swoich rozmiarów, było fantastycznie oznaczone i z nawigacja nie bylo problemu. Na samym miasteczku kręciła sie masa biegaczy, którzy podobnie jak ja mieli zamiar następnego dnia sie dobrze bawić na ulicach Warszawy. Jedni na trasie 10km inni na 42km.
Na godzine 17:00 przewidziany był marszobieg z Placu Zamkowego na linie mety, wiec zbyt długo sie nie kreciłem po miasteczku tylko udałem sie do hostelu przebrać i zostawić bagaże. Na placu zamkowym tysiące biegaczy, kolorowo i pozytywnie. każdy, kto wziął udział przyczynił sie do pomocy rodzinnym domom dziecka. Choćby dlatego warto było sie pojawić. Po marszobiegu pasta party na Narodowym. Nasz stadion ładniejszy :)

Następnego dnia wczesna pobudka,  kawa i śniadanie, które składało się głównie z bananów. Idąc na start przez most Świętokrzyski zwróciłem uwagę na oznaczenie 40-tego kilometra. Stad to już właściwie bardzo dwa zakręty i meta.

Przed startem spotkaliśmy sie na pamiątkowe zdjęcie z ludzikami z Akademii Biegania .

Stadion

Po zdjęciu życzylismy sobie powodzenia i każdy udał sie we własnym kierunku.

Zdałem depozyt, podłaczyłem sie do muzyki i udałem w kierunku startu. Nagle, przed moimi oczami pojawił się jakiś brodacz i zaczął klepać mnie po ramieniu, wyciągam słuchawki a on do mnie ” O, góral, zabi*sie, będziemy walczyć, powodzenia”. Przez chwile zastanawiałem się o co chodzi, a potem mnie oświeciło, miałem na sobie koszulkę z Maratonu Karkonoskiego. Ciekawe jakby zareagował, gdyby dowiedział ze jestem góral z Gdańska….. :)

Robiąc zapisy do OWM zapisałem się na czas 3:45-4:00, bo taki wydawał się realny do zrobienia. No, ale trochę czasu minęło i trochę biegałem, wiec pomyślałem, że może podejdę ambitnie i przepuszczę atak na 3:30. Start dosyć ciasny, ale na drugim kilometrze znalazłem sobie miejsce w grupce, która nie wyprzedzała ani nie była wyprzedzana i leciałem w tempie leciutko poniżej 5min. Baloniki pejsów na 3:30 były dosyć daleko, ale widziałem je bez okularów :). Na 10 kilometrze miałem je juz bardzo blisko i widziałem wyraźnie. W takim tempie leciałem w okolice 20km. Na połowie dystansu zacząłem czuć, ze to tempo nie będzie możliwe do utrzymania przez kolejne 20km. Odpuszczam. To debiut, nie będę porywał się z motyką na słońce. Zacząłem powoli zwalniać, a w okolicach 28km zaczęły sie delikatne kłopoty. Juz od jakiegoś czasu pobolewała mnie stopa. Nie jakoś strasznie, ale drążyła mój umysł. Na 30-tym kilometrze zaczęło brakować mi sił. Nie miałem energii, żeby podnosić nogi tak wysoko i tak szybko jak do tej pory. Kończyło się paliwo z porannych bananów. :)

Do tej pory zaliczałem wszystkie pić stopy w biegu, aby nie wypaść z rytmu. Wiedziałem, ze muszę sie ratować bo będzie niedobrze. Na 32km zjadłem dwa kawałki banana, jedzenie zmusiło mnie do kilkumetrowego marszu. Przełknąłem banana, zapiłem wodą potem izo i ruszyłem dalej. Oj, jaka to była męka zmusić ponownie nogi do biegu. W marszu było tak przyjemnie….

Od tego pitstopu było już naprawdę źle. Zjedzone banany wciąż leżały w żołądku, a mnie brakowało paliwa. Każdy mięsień bolał z osobna a w głowie kołatała myśl: Odpuść. Przejdź do marszu. Odpocznij. Zrezygnuj, nie dasz rady, jeszcze ponad 10km to godzina czasu… godzina takiej męki.

Czytałem o niej przed maratonem. Jeszcze dzień wcześniej twierdziłem, że nie istnieje. Otóż nieprawda. Istnieje. Atakuje znienacka i jest masakrycznie nieprzyjemna. Biegacze nazywają ją ścianą. Ścianą, która można pokonać tylko głową (paradoksalnie do powiedzenia ” Głową muru nie przebijesz”). Kiedy zdałem sobie sprawę z czym mam do czynienia wiedziałem jak ją pokonać. Czytałem o tym. Ścianę trzeba przeczekać. Podobno potrafi trwać przez kilka kilometrów. Biegłem więc starając się odwrócić myśli od kryzysu, wsłuchiwałem sie w piosenkę Poparzeni kawą trzy – Jarosław Ka, która słowami bardzo mnie bawi, a i rytm na nogę zapodaje fajny. Co jakiś czas temat kryzysu wraca, staram sie zmienić technikę biegu, dać odpocząć zmęczonym nogom. Pomaga na chwile, na kilkaset metrów. Zamyśliłem się … z letargu wyrwał mnie kolejny pit stop. Banan, dużo banana. Woda na głowę, bo ciepło. Orzeźwienie na chwilę, biegnę… zaraz to już 35km, teraz tylko 5 i jestem na moście, za nim tylko dwa zakręty i meta . Pięć kilometrów, to dwa okrążenia na moim osiedlu…. to trasa z domu do pracy. Banał. 5km, przebiegnę bez problemów. Myśl o rychłym końcu dodaje skrzydeł. Wokół dzieją sie dantejskie sceny, ktoś walczy ze skurczem, inny naciąga nogę opierając sie o drzewo, dużo ludzi maszeruje. Wyprzedzam ich, dziesiątki… nie są moimi rywalami, współczuje im. Wiem co czują. Biegnę. podnoszę głowę, kibice z trąbkami i bębenkami wszelkiej maści, dzieci… Mam wyrzuty sumienia, przyszli tu dla nas, biegaczy wspierać nas w tym trudnym biegu. A my nie mamy nawet siły żeby im podziękować. Obok mnie stoją dzieci wyciągają rękę, żeby przybijać piątki, skręcam ze środka jezdni i biegnę na prawą stronę. Zaczynam przybijać piątki dzieciakom, które stoją wzdłóż ulicy. To już zupełnie powoduje, ze zapominam o zmęczeniu, kibice żywiołowo reagują na moje zachowanie, to dodaje mi skrzydeł. Tak miało być. Radość !

Na 37 kilometrze zaczęły się skurcze w stopie. Staram się rozluźniać ją podczas biegu. Odpuszczają, ale za chwilę znów wracają. Modle się, aby nie zaczęły chwytać łydek albo ud. To byłby koniec. Musze być solidnie odwodniony, a przecież piłem cały czas. Ostanie zakręty pomiędzy budynkami, wbiegamy na most Świętokrzyski. Podbieg. Dla wielu to zbyt dużo, przechodzą do marszu, zmieniam długość kroku i biegnę dalej. Na końcu mostu oznaczenie 40-tego kilometra. Teraz to juz dwa zakręty i jestem na mecie. Przerzedziło się, biegnę 6-7 metrów za trzyosobową grupką, kibice odczytują moje imię i krzyczą : Waldek, biegnij, już blisko, jesteś zwycięzcą. Jeden zakręt, prosta, drugi… zaczyna sie. Endorfiny zaczynają działać. Jest euforia radość, widać metę, ostania prosta. Tłumy kibiców dopingują, jest cudnie. Kilka metrów przed metą robię samolot i biegnę. Udało się. Udało. Udało ! Wpadam na metę….

Krasus (gratuluje złamania 3h w Rotterdamie !) miał rację pisząc, że maraton uczy pokory. Że negative split biegnie tylko 10% biegaczy (pierwsza połowa wolniej, druga szybciej). Że maraton, to walka, walka o wszystko, o przetrwanie, walka z samym sobą. Było ciężko, ale było warto. To cudowne uczucie na mecie jest warte każdego poświęcenia.

Chciałem bardzo podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie i trzymali kciuki. Znajomym i tym anonimowym, którzy na trasie przybijali piątki, walili w co popadło i bili brawo. Na trasie było też sporo zespołów, które zagrzewały do walki i nadawały rytm na nogę. Ogromne podziękowania dla obsługi, szczególnie pićstopów.

To była super impreza, najtrudniejszy bieg w moim życiu. Dałem z siebie wszytko i więcej nie byłem w stanie. Na metę przybiegłem po 3h:42m:32s.

Gratuluje wszystkim, którzy dobiegli. Z życiówkami i bez nich.

OWM_13042014_fot.L.Nazdraczew_LIVE__DDS8585

Dla tych, którzy nie śledzą mojego biegowego profilu na FB, wklejam kilka fotek (5km, 35km, 40km, meta)

kkkkkkk1

kkkkkkk2

kkkkkkk3

kkkkkkk4