Gdynia Półmaraton

Półmaraton Gdynia

Przeczytałem właśnie relację Tomka z Półmaraton Gdynia, w którym ustanawia On swoją życiówkę na dystansie 21km. Ciekawe jest, że niby ta sama trasa, a wrażenia i doświadczenia z przebiegu tak różne. Ale są też podobieństwa, więc zaczynamy.

Półmaratonem w Gdyni zaczynam tak naprawdę sezon 2019. Biegłem już TUTa w połowie lutego, ale to było raczej takie wprowadzenie do sezonu i charakterystyka biegu nieco inna niż pozostałych zawodów zaplanowanych na ten sezon, więc jakby się nie liczy. Przygotowania trwają nieprzerwanie od listopada i teraz nadszedł moment aby zweryfikować w jakim miejscu się znajduję. Poprzeczka została powieszona bardzo wysoko, zarówno przez własne oczekiwania ale także przez wytyczne jakie ustawił trener Damian. Prawdę powiedziawszy nieźle się uśmiałem jak zobaczyłem na planie treningowym rozpiskę strategii na zawody. Kurde, wiara niektórych ludzi w moje możliwości jest większa niż sam w siebie pokładam. A może to nie wiara a tylko czysta matematyka ? W każdym razie im bliżej zawodów, tym większy czułem niepokój i presję na to, aby zrobić to dobrze.

Na złamanie życiówki z 2016 roku, gdy byłem w treningowym „cugu” nie było najmniejszych szans (1h:28m:33s), prawdę mówiąc na tydzień przed biegiem zadowoliłby mnie każdy wynik poniżej 1h:33m. Ale wiadomo, że w półmaratonie zawsze chodzi o złamanie magicznej bariery 90 minut.

Kiedy rano przyjechałem do Gdyni miałem w głowie właśnie taki cel : dowieźć swoje dupsko na metę zanim zegar odliczy 5400 sekund. Pogoda w sumie spłatała nam figla, bo przez ostatni tydzień rokowania były na słoneczny i bardzo ciepły dzień, ale w niedziele nic takiego nie nastąpiło. Rano 6 stopni i szare, ołowiane niebo. Na szczęście wiatr, który szalał przez kilka dni nieco się uspokoił, ale nie odważyłem się polecieć „na krótko”, co w końcówce biegu nieco się zemściło.

Przed biegiem, przez blisko 30 minut rozkręcałem nogi i układ krążeniowo oddechowy abym na samym starcie był odpowiednio rozkręcony. Przez to wszystko wpadłem z Grzesiem i Kubą do strefy na dwie minuty przed startem. Nieszczęśliwie wbiliśmy się pomiędzy baloniki na 1:25 (za szybko) a 1:30. Jako że miałem w planach zrobić wynik samodzielnie , bez użycia pacemakerów (ludzie biegnący na konkretny wynik) postanowiłem już nie kombinować i zostać w tym miejscu i skoncentrować się na biegu.

fot. AK-ska Foto

Planowo, miało to wyglądać nieco inaczej, chciałem ustawić się za pejsami na 1:30, pod koniec strefy, a w trakcie biegu powoli ich dochodzić, co w rozrachunku netto, dałoby mi czas na mecie poniżej 90 minut. Ale stało się inaczej i musiałem polegać sam na sobie. Najważniejsze to zacząć spokojnie, nie wypruć się na początku, nie szarpać, lecieć równo. Ściganie – jak zawsze – miało nastąpić na końcówce jeśli siły pozwolą. Przez pierwsze kilometry trasy, która została nieco zmieniona w stosunku do tej z 2016 roku (zmiana na plus) przebiegały spokojnie, lekkie tasowania, szukanie sobie miejsca, omijanie tych, którzy ustawili się za bardzo z przodu. Do 4 km właściwie nic się nie działo, wypatrzyłem przed sobą Tomka, którego wraz z Adamem widziałem na starcie i Kasię, która mocnym krokiem pokonywała kolejne metry. Kiedyś nauczę się takiej techniki biegania, obiecuję! Z letargu wyrwała mnie czołówka, która leciała po przeciwnej stronie drogi w kierunku powrotnym (była agrafka) – ja byłem na 4 km a oni między 6 a 7-mym kilometrem. Niesamowity widok, z jaką lekkością oni pokonują trasę w tym niemożliwym tempie. Za rok, gdy przyjedzie do Gdyni światowa czołówka na Mistrzostwa Świata to będzie dopiero niesamowity widok.

Na 6 km był punkt wodopojowy, trochę za wcześnie na żela, ale chwyciłem butelkę wody, łyknąłem i zawahałem się co dalej? Wywalić prawie pełną butelkę? Kurde, szkoda mi trochę, nie lubie takiego marnotrawienia. Rzucam zapytanie „komuś wody?”, ale nie ma odzewu, wiec trzymam z myślą, że może się za chwilę przydać. Kilometr dalej zjadam żela i zapijam go wodą. Właściwie od razu chwyta mnie kolka, nie za mocno, ale już zaczynam się stresować. Rozluźnij brzuch, głębokie wdechy, zachowaj spokój – powtarzam w głowie i chyba pomogło. Kolka odpuściła.

Czytając relację Tomka uświadomiłem sobie, że błędem było atakowanie wyniku solo. Mamy dokładnie odwrotne doświadczenia z podbiegu na Władysława IV. Nie dość, że cały czas, niby nieznacznie, ale jednak cały czas pod górę. I do tego ten cholerny wiatr w twarz, który dodatkowo podbieg utrudniał. Zwolniłem nieświadomie na tym odcinku aż o 6 sekund na kilometrze, sporo, ale nie chciałem się wypruwać, to dopiero 12 kilometr. Gdy trasa zakręciła w kierunku stadionu odetchnąłem, zrobiło się płasko, wiatr wiał z boku, za kolejnym zakrętem w plecy tętno zaczęło się normować po ponad dwukilometrowym podbiegu a tempo wróciło założonego.

Trzy kilometry dalej, na  15-tym stało się coś strasznego. Dogonili mnie pacemakerzy z balonikami na 90 minut. Kurde, wystartowałem przed nimi, oni mnie dopadli, wiec mam stratę to upragnionego celu przynajmniej kilkanaście sekund. Ale najgorsze było to, że pędzili jak strusie. Cholera, chciałem się podłączyć, ale nie byłem w stanie się tak zerwać, zerkam na zegarek, cos mi tu nie pasuje. Poddaje się, nie spale się na tym etapie szarżą za balonikami. Przecież Grzesiek jest tuż za mną i zaraz mnie dopadnie, kiedy tylko wywącha ze mam kryzys.

Zakręcamy ponowienie na Władysława IV i zmierzamy w kierunku centrum, tym razem mam przed sobą dwukilometrowy odcinek, który jest jakby nie patrzeć zbiegiem. Spuszczam psy z kagańca, to jedyny moment kiedy mogę zniwelować stratę i ewentualnie zbudować przewagę, która będzie mi potrzebna na podbieg na Świętojańskiej. Puszczam nogi zaczynam zbieg, dopadam pejsów na 1:30 i mijam ich, wzrok skupiony na końcu zbiegu, długi krok, głowa wysoko, oddycham mocno, czuje ze serce przyspiesza, ale w granicach przyzwoitości. Słońce, które postanowiło jednak wyjść spoza chmur zaczęło grzać, co nie pomagało. Na głowę poleciała woda, którą porwałem na punkcie.

Kiedy wbiegłem na ulicę Świętojańską to wszystko się nagle zmieniło. Zgoda byłem wypruty z sił, serce tłukło 170 uderzeń na minutę a przede mną kilometrowy podbieg w kierunku słońca. Po prawej wyprzedza mnie Piotr i mocno ciśnie pod górkę. Zaczepiam się pod jego plecy i nie odpuszczam, ciężko jest do tego stopnia że wrzawa kibiców, którzy skumulowali się na Świętojańskiej mnie denerwuje, mam tak kiedy jestem na granicy, wszystko co mnie rozprasza działa mi na nerwy, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego z kibicami, wyjątkiem są dzieci wyciągający dłoń po piątkę – przybijam, resztę ignoruję starając się przyciągnąć do siebie szczyt wzniesienia.

Mijam chorągiew oznaczającą 19-ty kilometr, teraz kilkaset metrów w dół, i prosta bulwarem do mety na plaży. Z góry staram się rozpuścić nogi i złapać luz, brakuje mi dobiegania do pracy, odzwyczaiłem się od długiego kroku na zbiegu. Na prostej równam się z Piotrem, który namawia mnie na ostry finisz na 150 m przed metą. Tylko jak, skoro ja już od dwóch kilometrów lecę na granicy?

Gdybym  miał podsumować bieg w kilku słowach, to określiłbym go jako bardzo dobry bieg. Wszystko zagrało, żywienie (nie licząc małej kolki), ubiór (nie licząc ostatnich 5 km gdy wyszło słońce), strategia na medal, początek mocno, stabilnie, kontrolowanie i przede wszystkim nie „za mocno”. Wynik 1h:28m:54s nie daje mi życiówki (zabrakło 31 sekund), ale biorę go w ciemno jako dobry prognostyk na kolejne cele. Po długiej przerwie wracam po kilku miesiącach treningów do poziomu „blisko życiówki” co naprawdę dodaje ochoty do dalszej pracy pod okiem Damiana.

Za miesiąc podwajam dystans.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*