I Ma(sak)raton Gdański

Gdańsk ma już swój maraton z wieloletnią tradycją. Właściwie to nie jest to gdański maraton, a maraton trójmiejski, gdyż jego trasa zaczyna sie w Gdyni a kończy w Gdańsku. Maraton ten ze względów różnych cieszy się średnimi opiniami, dla mnie największym minusem jest termin 15 sierpnia –  sam środek lata. To chyba jeden z najtrudniejszych maratonów jeśli chodzi o warunki pogodowe, dlatego dziwi fakt, że po ponad 20-tu latach organizacji na tym maratonie brakuje wody na punktach dla biegaczy.

Ktoś jednak dostrzegł problem i brak prawdziwego Gdańskiego maratonu i po dobrze ocenianym półmaratonie postanowił zorganizować imprezę na królewskim dystansie. Dla mnie bomba, jak tylko się dowiedziałem, ze ta impreza się odbędzie wiedziałem, że wezmę w niej udział.

Gdy wystartowałem z domu na tramwaj było chłodno, a nawet zimno, porywisty wiatr potęgował to uczucie. W sumie dobrze, nie lubię jak jest  zbyt ciepło. Plan był jak ostatnio zaatakować 3h:30min. Tym razem zachowawczo, do 35 km lecieć z pacemakerami (biegacze biegnący na konkretny wynik) a potem się zobaczy.

Przed startem pogaduchy i zdjęcia ze znajomymi, życzenia powodzenia i takie tam przedstartowe krzątanko. Punktualnie o 9:00 prawie 2,5 tyś biegaczy wyruszyło w trasę historycznego pierwszego Maratonu Gdańskiego, którego sponsorem tytularnym było PZU. Start i meta zlokalizowane w budynku Amber Expo to strzał w dziesiątkę. W środku nie brakuje atrakcji głównie dla dzieci, stoisk wystawców, relacja na żywo z trasy dla kibiców. Po prostu ochy i achy. Super.

Trasa zaplanowana również z atrakcjami, przebieganie przez Europejskie Centrum Solidarności, tereny Stoczni Gdańskiej, starówkę gdańską, nad morzem, stadion PGE . Nie można się nudzić, nawet jeśli jest się z Gdańska, a przyjezdni byli z pewnością zachwyceni, że podczas biegu pozwiedzali. Na trasie była cała masa zorganizowanych punktów kibica, byli DJ-e zagrzewający do walki a dobra pogoda przyciągnęła masę kibiców na ulice Gdańska.

_DSC3110
fot. Rafał Obłuski

Na początku trasy wszystko szło gładko i zgodnie z planem, jedyna rzecz, która mi osobiście przeszkadzała to tłok. Biegaczy podążających na 3:30 było naprawdę sporo i bieganie jednym pasem wydzielonym z ulicy było momentami niebezpieczne. Najbardziej ze względu na plastikowe ograniczniki rozdzielające pas przeznaczony dla biegaczy od pasa ruchu samochodowego. W tym tłoku ciągle ktoś na nie wpadał. Wiem, że zorganizowanie biegu przez miasto to nie jest taka prosta sprawa, ale boje się myśleć co było za nami, gdzie biegaczy było jeszcze więcej. Daje jednak mega plus dla organizatorów za butelkowana wodę na trasie. Lubie mieć wodę pod ręką i popijać kiedy mi się chce, a nie kiedy akurat jest, szczególnie ze przy pierwszych punktach żywieniowo nawodnieniowych panował chaos i ludzie zadeptywali się ( z powodu zbyt malej szerokości pasa przeznaczonego do biegu). Pierwszy żel wciągnąłem gdzie ok 15km trzymając się blisko baloników na 3:30. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, bez spinania się, do tego stopnia było dobrze, że przestawałem się koncentrować na biegu. Leciałem jak na autopilocie.

Na 19-tym kilometrze odbiliśmy z Al. Niepodległości w kierunku Ergo Areny i tam nareszcie zrobiło się luźniej. Zaczęły się tez niewielkie zbiegi i podbiegi. Na zbiegu rozpuściłem nogi, ale kiedy przeszedłem do podbiegu poczułem mięsień pośladkowy. Od razu mnie zmroziło, bo wiem co to oznacza – za kilka km pojawi się ból w okolicach kolana, który początkowo będzie dokuczał, a następnie uniemożliwi bieganie. Znamy się z ITBS-em bardzo dobrze. Na 22km zacząłem powoli czuć ból w kolanie, właściwie dla mnie było już po maratonie, wiedziałem o tym. Można się ratować rozciąganiem na trasie, ale jak zatrzymam się raz, to potem będę musiał robić to coraz częściej. 25 kilometr przyniósł kolejna atrakcję, ból w drugim kolanie, teraz z każdym krokiem rwało mnie po obu stronach. Tylko się nie zatrzymywać. Od 26-tego km pejsi zaczęli mi delikatnie uciekać. Nie zależało mi już na wyniku, bo tutaj sprawa była jasna – nie uda się. Powstaje pytanie co robić dalej. Biec, czy zejść? Klnąc pod nosem na sytuację postanowiłem, że decyzję podejmę w momencie gdzie po raz pierwszy zostanę zmuszony, aby się zatrzymać i zrobić naciągnięcie pasma.

32km, musiałem się zatrzymać i chwile ponaciągać. Zrobiłem to szybko, bo z każdą sekundą odpoczynku bardziej boli moment startu do dalszego biegu. Kolejny przystanek nieco ponad kilometr dalej. To samo. Do mety 10km. W tym stanie lekko godzina męki. To koniec. Przechodzę do marszu, co chwilę ktoś namawia, abym się nie poddawał i leciał dalej, a ja chciałbym, ale nie mogę. Ból kolan jest nie do zniesienia. Zaciskam zęby i truchtam kilkaset metrów, kilkanaście idę, znów trucht, słychać już spikera z mety, a nawet samą metę już widać. Wystarczy zejść z trasy i iść w tamtą stronę. Michał, który na rowerze podążał ze mną od jakiegoś czasu motywuje do walki, krzyczę do niego, ze zamierzam się poddać, ze to bez sensu. Mijający mnie biegacz mówi, że to tylko 8km, dojdę!

Tylko,że maraton się biega, a nie chodzi. Chodzony się nie liczy. Chyba powiedziałem to na głos, bo biegacz odkrzyknął – w takim razie dawaj !

_DSC4497
fot. Rafał Obłuski

I dałem, znów kilkaset metrów, kolejni kibice nie pozwalają mi odpocząć :) . Oddalam się od mety zmierzając ku ostatniemu nawrotowi w Nowym Porcie. Po nim nie ma już prostszej drogi na metę. Tak mi się wydawało, bo przecież została jeszcze PGE Arena do obiegnięcia. Od jakiegoś czasu wspólnie z innym kontuzjowanym biegaczem wzajemnie motywujemy się do truchtu. Cierpi jak ja.

Na metę wbiegam na 605 pozycji, tracąc na ostatnich 12 km około 20 minut. Jestem wrakiem, ledwo zginam nogi. Jestem szczęśliwy, ze to już koniec. Koniec męki. Siadam na jakimś krześle. Kontuzja mnie pokonała tym razem. Medal na szyi nie cieszy, bo po raz pierwszy zmuszony byłem iść na maratonie. Chodzony się nie liczy.

Chciałbym bardzo podziękować kibicom, ekipie z Akademii Biegania, z Aktywuj się w triathlonie, pozostałym biegaczom (Mariusz z ekipą na „specjalnym”  punktem żywieniowym wygrywają dzisiejsze internety), wszystkim głośnokrzyczącym, walącym w gary i bębny i cokolwiek – bez Was byłoby o wiele trudniej !

Specjal

Teraz czas na poprawę. Rolowanie, rozciąganie, wzmacnianie.

PS. Tę relację pisałem na gorąco, póki trzymały mnie emocje, ból nóg uniemożliwiał przemieszczanie po mieszkaniu. Już mi przeszło – kiedy znowu ? :)

http://app.endomondo.com/workouts/524224637/4936511