II AmberExpo Półmaraton Gdańsk

Czasem wydaje nam się, że wszystko zostało już powiedziane, że w danej kwestii niewiele może się zmienić i wystarczy poczekać i przekonać się, jaki będzie wynik.
Tak miało być i w tym przypadku. Co mogłem, to potrenowałem. Niewiele w stosunku do zakładanego planu, ale jak już biegałem to z myślą, aby był to trening a nie tylko bieganie. Niestety tak się złożyło, że w okresie przygotowań, na treningi nie miałem zbyt wiele czasu, wiec musiałem cieszyć się tym co mam.
Oczekiwania były. Chciałem bardzo, ale naprawdę bardzo, złamać półtorej godziny na półmaratonie (21km). To oznacza bieg przez 90 minut przynajmniej w tempie 4:16. (Złapałeś(aś) się za głowę?? Skumaj, że Krasus leciał 3:47min/km i wcale nie był pierwszy na mecie :) )
Dla mnie jednak to by było coś. Statystycznie, na dystansie półmaratonu granicę 90 minut łamie tylko ok 6% zawodników. Zazwyczaj gdy łapałem się na pierwsze 35% zawodników był to dla mnie zadowalający wynik. Z matematycznego punktu widzenia – oczekiwanie wysokie.
Test jaki wykonałem tydzień wcześniej podczas 15-to kilometrowego biegu pokazał, że wynik poniżej 90 min jest w zasięgu moich możliwości. Po tym teście nie biegałem zbyt wiele, bo zaledwie trzy kursy do pracy i z powrotem (w sumie jakieś 27 km w 6-ciu 4,5 km odcinkach). Planowałem także nie biegać już od czwartku, żeby nogi były żądne kilometrów. I co? I jak zawsze nie wyszło.

W piątek na dwa dni przed zawodami zrobiłem rekord trasy dom-praca-dom.
Sobota przywitała nas piękną pogodą. Tego dnia byłem też umówiony na badania Delos na stoisku Rehasportu na Expo Półmaratonu Gdańskiego na godzinę 14:40 wiec chciałem przed południem zrobić coś, co od dawna leży nie dokończone. Takich rzeczy mam kilka, domalowanie płotu, przyczepienie progu u chłopaków w pokoju, czy naprawa światła w samochodzie.
I właśnie ta ostatnia, z pozoru błaha czynność załatwiła mnie na cacy. Podczas wyciągania akumulatora (utrudniał dojście do reflektora), zaczepił się o podstawę, a ja chcąc go przekręcić nieco okręciłem też tułów i szrpnąłem.

I pstryk.

Akumulator wypadł z rąk, a ja syknąłem przez zęby stojąc nieruchomo. Siekło mnie tak, że przez chwilę miałem mroczki przed oczami i nie byli to słynni bracia z serialu. Stałem tak chyba z 15 sekund powoli oddychając. Ból w plecach lekko odpuścił, ale wyprostowanie się było prawie niemożliwe.

Szach mat. Koniec.

Dziesiątki myśli przebiega wtedy przez głowę. Czy nic mi nie jest ? Czy uda się poskładać samochód, którym muszę pojechać odebrać pakiet ? Czy będę w stanie wziąć udział w badaniach i wreszcie czy będę w stanie pobiec niedzielny (jutrzejszy) półmaraton ?
Wściekłość. To była główna emocja w głowie. Bylem zły na siebie, że w tak durny sposób pozbawiłem się możliwości biegania. Ba ! pozbawiłem się także możliwości chodzenia, schylania i ogólnie wszystkiego, najlepiej bym stał i opierał się rękoma o coś.

Złożyłem jakoś furę (reflektor naprawiony, działa jak ta lala).
Pojechałem na badania i odebrać pakiet. Wsiadanie i wysiadanie z samochodu to była trudna czynność, ale po kilkunastu krokach ból odpuszczał i dawało się w miarę swobodnie chodzić. Do czasu kiedy nie trzeba czegoś podnieść z podłogi lub się schylić.
Na badaniach zostałem skonsultowany, wygnieciony i oklejony tejpami. Do końca dnia snułem się po mieszkaniu smarując plecy różnymi specyfikami.

W niedzielę bez większych nadziei sturlałem się z wyra. Tak, pozycję pionową osiągałem w kilku etapach.
Szykując się do wyjścia miałem dylemat (jak baba) w co się ubrać? Nie mogłem założyć koszulki PĄpkinsów, bo na mecie (jeśli po/dobiegnę) nie zrobię i tak żadnych pĄpek, bo jak padnę, to się nie podniosę. A koszulka zobowiązuje :)
Z drugiej strony rokowań na bieganie raczej nie było, ale pojechałem na miejsce startu z Adamem, z nastawieniem że w najgorszym układzie będę kibicował. Żal jednak był ogromny. Na pół godziny przed startem  zmierzyłem się z demonami i przygotowałem się do biegu. Chciałem podczas rozgrzewki sprawdzić jak wielki dyskomfort będzie podczas biegu. Znośny, czy nie do wytrzymania ? Nie chciałem biec za wszelka cenę, o nie.  Priorytet był jeden, nie zrobić sobie większej krzywdy. Jak będzie bolało wracam, ubieram się i idę na trasę kibicować.
Kilkanaście pierwszych kroków pokonałem ze spiętymi plecami i przy umiarkowanym bólu. Był on jednak na tyle silny, ze uniemożliwiał swobodne oddychanie, ale po chwili rozluźniam się i… ból ustąpił !!
Oj radowało się moje serce, nogi też się radowały !
Przyrzekłem sobie, że jak na trasie coś się zacznie dziać to natychmiast schodzę.
Ostatnie minuty przed startem walczymy z Arkiem z jego garminem, który się zawiesił i nie chciał wystartować.

Chyba zacznę Arka unikać. Nie dlatego, że go nie lubię, wręcz przeciwnie, ale odnoszę wrażenie, że przynoszę mu pecha swoja osobą. Za każdym razem jak się widzimy na starcie to on boryka się z jakimiś trudnościami. Może to wina moich fluidów, czy jak to się tam nazywa?
Rzutem na taśmę, minutę przed startem pakuje się w swoja strefę jak najbliżej pejsów na złoty trzydzieści. Właściwie chłopaki lecieli na 1:29:59, takie mieli napisy na balonikach, które niefortunnie były czarne opisane jasnymi flamastrami przez co były słabo widoczne.
Przez pierwszy kilometr było tasowanie się, część biegu, której nie lubię najbardziej, szukanie sobie miejsca, w prawo w lewo, przeskoki, omijania szarpanie tempa…

12186673_847454142040625_7724921638979919493_o
Na drugim kilometrze ustawiłem się w grupce, która ewidentnie trzymała się baloniarzy, a właściwie jednego baloniarza. Wydało mi się to nieco dziwne, bo pejsi zazwyczaj lecą parami… W okolicach czwartego(?) kilometra baloniarz schodzi na bok, odczepia baloniki i wręcza je jakiemuś dziecku. To oznacza, że od teraz jestem zdany tylko na siebie. Następuje kontrola tempa, rozglądam się wśród współbiegaczy szukając charakterystycznych ubrań, po których będę oceniał swoja lokalizację w tłumie, bo wiadomo, że na pomiary GPS nie za bardzo można liczyć, a rozpiski kilometrowej nie miałem. Dwa kilometry później zauważyłem, że jeden z biegaczy ma napis na koszulce „pacemaker 1:29:59”, wiec jednak było ich dwóch, ale tylko jeden miał balony. Jesteśmy uratowani !
Od tego czasu trzymam się go stosunkowo blisko, nie pozwalając uciec.
Bieg  sam w sobie to nic specjalnego. No biegnie się. Na początku ze sporym luzem, wiec i można pomachać, przybić piątkę i się porozglądać. Pierwsze oznaki wysiłku pojawiły się w połowie drogi. Zrobiło mi się ciepło, zrzucam więc rękawki a buff  znika z głowy i ląduje na nadgarstku. Lubie ten moment, kiedy chłodne powietrze omiata moja czuprynę :)
Na 15-tym kilometrze korzystam z izotonika, dwa łyczki i przepłukanie ust. Od teraz zaczyna się walka o utrzymanie tempa. Już nie jest tak łatwo i wesoło jak na początku. Krótkie komunikaty pomiędzy biegaczami. „Życiówka?” „Tak”; „Lecisz z nimi”? i ruch głowy na pejsa, „Tak”; „Cześć”, „cześć, nie pogadamy” i takie tam.
W głowie myśli „jeszcze tylko 6km, to jakby z pracy do domu i jeszcze dwa kilometry”. Rozkładam trasę na odcinki. Widać już z daleka stadion i dźwig, który stoi w pobliżu mety, jeszcze tylko pokonać ten most, ostatni podbieg, ostatnia próba. Przez słuchawki słyszę pejsa, który krzyczy do grupy, „pod górę utrzymujemy kadencję, nie tempo”. Pamiętam o rekach, machać mocniej, wahadło, wyprostowany, klata do przodu, jak u Mariusza, który biegnie kilkadziesiąt metrów przede mną (swoja drogą zrozumieć nie mogę, dlaczego wyprzedził mnie dopiero teraz ?) , głęboko oddychać. Na moście patrzę na zegarek, tętno 77bpm :) chyba poluzował mi się pasek, poprawiłem, ale przestaje się tematem interesować, mam ochotę zatrzymać się, usiąść na krawężniku i odsapnąć.
Ostatnie 2 km, lekki zbieg do ul. Marynarki Polskiej, pejs przyspiesza, chyba nadrabiamy podbieg, po chwili za chorągiewką 20-tego kilometra kontroluje zegarek i odwraca się do grupy, coś krzyczy, nie wiem co, bo muzyka w uszach zagłusza, a może nie mam sił słuchać, nie chce się niczym rozpraszać. Linię startu minałem kilkanaście sekund sekund po pejsach, wiec biegnąc teraz z nimi – mam zapas, o ile lecą zgodnie z planem.

12046941_847454938707212_5500615460202209134_n

fot. Patrycja Sawicz (dziękuję)
„Czterysta metrów do mety” krzyczy. Zerkam na zegarek, szybka kalkulacja 400m = 2 minuty, na zegarku mam 1h i 27 minut, nie może się nie udać. Staram się na ostatnich metrach jeszcze nieco przyspieszyć, ale z mizernym skutkiem, Błażeja już nie dopadnę, swoją drogą zadowolony byłem że uciekł mi tylko tyle…
Przed samą halą, w której zlokalizowana była meta widzę swoich największych kibiców :)
Na mecie zatrzymuje zegarek, kłaniam się po medal i padam….
.. i trzaskam 10 pĄpek. (w tym momencie żałuję, że nie ubrałem się w stosowna koszulkę) :]
Wstaje bez problemów. Ból pleców minął zupełnie.

Kurde. Trzasnąłem nową życiówkę. Po roku czasu urwałem 8 minut. Ale to nie miało znaczenia.

Złamałem cholerne półtorej godziny. Godzina, dwadzieścia dziewięć, czternaście (1h:29m:14s).

Trochę statystyk :

Meta : 1:29:14.

Miejsce 191/3245 (Wynik lepszy niż 94.2% zawodników)

A tak rozkładały się 5-cio kilometrowe odcinki :

Stats

Na koniec chciałbym podzielić się informacjami jakie uzyskałem przy okazji kontuzji. Poradzono mi dwa pierwsze dni kontuzjowane miejsce chłodzić maściami (najczęściej z dodatkiem mentolu) a obolałe miejsca uciskać przez kilkanaście sekund, w celu rozbicia / rozluźnienia mięśnia. Po dwóch dniach można zacząć wygrzewać kontuzjowane miejsce. Po biegu wieczorem zafundowałem sobie ciepłą kąpiel i ból pleców minął zupełnie. Dziś rano trochę plecy znów bolały, ale głównie podczas głębokiego schylania i podczas wstawania z krzesła, po dłuższym posiedzeniu. Nie bolą podczas biegania :)