Maraton kołem się toczy

Przeżyłem 3-cią edycję Maratonu Gdańskiego. I właściwie na tym powinienem zakończyć pisanie tej relacji, ale wywołany niedawno do tablicy gdzie słusznie zarzucono mi , że ostatnio mało piszę dodam od siebie kilka słów. Zrobiłem drugi najgorszy wynik na dystansie maratonu w swojej historii biegowej, ale zważywszy na fakt, że na 30 km chciałem zejść z trasy i tak jest w sumie nieźle. Ale od początku.

Wystartowałem z pacemakerami na 3:15 z myślą, że będę się za nimi wiózł ile się da (najlepiej do samego końca, ale do sam nie wierzyłem, że to się może udać). I to był błąd numer jeden. Błędem numer dwa było trzymanie się ich mimo, że początkowo pace leciał w tempie na 3h:10m (wg Garmina) i doskonale o tym wiedziałem, ale że nogi były świeże i moc była, głowa gorąca to jakoś szło… do 15-tego kilometra (to nie prawda, pacemaker biegł w idealnym tempie 4:37). Tam złapała mnie straszna kolka i trochę mnie wygięło na lewo :) dzięki temu baloniki na 3:15 zaczęły się powoli oddalać i wiedziałem, że ich nie dogonię. Rozpocząłem samotna walkę. Właściwie to trochę mi ulżyło, bo wyśrubowane tempo dosyć mocno dało mi już w kość, a ja nie byłem nawet w połowie trasy. Pocieszające było to, że na 21 kilometrze prognozowany czas dotarcia na metę był na 3h:18 minut.

Niestety samotna walka przyniosła też ze sobą spadek tempa i na 25 kilometrze prognozowany czas był już na 3h:20min (co i tak byłoby życiówką) i wtedy nagle w okolicach 30 kilometra coś się stało. Moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Obie na raz strasznie się spięły i przestały przebierać. Dziwne uczucie, bo nie był to taki zwykły skurcz, tylko jakby paraliż. To chyba właśnie jest określane mianem „mieć betonowe nogi” w bieganiu. To było coś z czym nie umiałem sobie poradzić. Prawdopodobnie przyczyna takiego stanu rzeczy spowodowana była przeziębieniem i znacznym odwodnieniem organizmu jeszcze przed zawodami, mimo, że na trasie sporo jak na siebie piłem, a warunki pogodowe sprzyjały bieganiu. No dobra, powiedzmy sobie szczerze, nie wytrenowałem tego. Biegam zbyt małe objętości, zbyt mało kilometrów..

Miałem prawie 12 kilometrów do mety, a nogi nie chciały pracować i co kilkaset metrów musiałem przechodzić na kilkanaście sekund do marszu, aby rozluźnić mięśnie. Zacząłem zastanawiać się, którędy najprościej będzie dotrzeć do mety, ale jakbym nie kombinował i tak musiałbym podążać wzdłuż trasy biegu, wiec motywowany przez biegaczy i kibiców kontynuowałem swój groteskowy występ.

Wymęczyłem Gallowayem 3 Maraton Gdańsk i z jednej strony się cieszę, że głowa się nie poddała i walczyłem do końca. Z drugiej strony ryzykowałem kontuzję i kontynuowanie biegu w takim stanie to głupota. A przyczyna jest tylko jedna –  brak odpowiednich treningów, słabo przepracowana zima, brak długich wybiegań, nogi nie są przyzwyczajone do takiego obciążenia. Zacząłem się bardzo martwić o siebie, bo w sierpniu mam trudną przeprawę. Wiec wiem już, co mam robić.

Oczywiście nie wypada zakończyć tej nędznej relacji bez wspomnieniu kilkoma słowami o samej imprezie. Bardzo cieszy mnie fakt, że na trasie Maratonu w Gdańsku z roku na rok wzrasta ilość kibiców, choć przeciwników imprezy pewnie nie brakuje, bo nie mogli gdzieś swobodnie wyjechać. ;) Coraz więcej instytucji w tym szkoły angażują się w organizacje punktów kibicowania, a wymyślne stroje i hasła wielokrotnie wywoływały uśmiech na twarzy, choć może nie zawsze było to widać.

Osobny wpis należy poświęcić wolontariuszom na trasie, szczególnie tym na punktach żywieniowych, którzy uwijali się jak w ukropie, ale także wszystkim tym, którzy zabezpieczali trasę, przejścia, wyjazdy. Dobra robota !

Dziękuję tez wszystkim znajomym, którzy od samego początku, a nawet przed startem zagrzewali do walki, którzy wyskoczyli skoro świt z łóżek i przyszli na trasę przybić piątkę lub powalić w garnek. Dziękuję, to napędza do dalszego napierania. Specjalne podziękowania kieruje do biegaczy, którzy na ostatnich metrach zagrzewali mnie do walki, oraz pozdrawiam wszystkich tych, którzy walczyli z podobnymi dolegliwościami w koncówce biegu.

Do zobaczenia za rok :D