To nie jest trasa na życiówkę !

.. powtarzałem sobie jak mantrę. I w głębi duszy mocno w to uwierzyłem. Podbiegi na Świętojańskiej zawsze dawały mi w kość, a szczególnie kiedy szedłem „po bandzie” walcząc o życiówkę.
Dawno temu zaplanowałem sobie, że będę solidnie trenował do maratonu w maju, a „połówka” (21km) w Gdyni będzie doskonałym sprawdzianem postępów w przygotowaniach. Znalazłem sobie nawet plan treningowy, ale zawsze coś szło nie tak. Na początku był TUT, a potem rywalizacja w fabryce, która mobilizowała mnie do biegania codziennie do pracy. Niby w sumie nie mam daleko, bo niewiele ponad 4,5km ale wieczorami jakoś brakowało motywacji i sił do wstania z kanapy, do wyjścia na ciemny i zimny dwór i do wykonania planu, który miał mi pomóc w osiągnięciu celu i systematycznym trenowaniu. Były co prawda małe zrywy, po których zaprzestałem codziennego biegania do pracy na rzecz roweru – ryzykując utratę trzeciej pozycji w rywalizacji w firmowym wyzwaniu.
Trudno, albo rybki, albo pipki. :)
Kiedyś nawet pobiegłem z pracy okrężną drogą, żeby nieco wydłużyć dystans…. ale na tym koniec.
Tak więc czas ucieka(ł), a ja nadal niewiele robię w temacie przedmaratońskich przygotowań.

12422146_1139872419378524_187179649_o

fot. Marek Mróz /  pasjaczyniwolnym.pl

Imprezy biegowe, oprócz samego biegania maja aspekt towarzyski. Przez trzy lata biegania udało misie poznać wielu świrusów, z różnych zakątków Polski, część z nich miałem okazję spotkać na żywo, innych znam tylko z szeroko pojętych internetów. Niektórych widuje na prawie każdych zawodach, innych raz na rok, albo nawet rzadziej. Z niektórymi mam nawet porachunki i wirtualne wyzwania.

Pogoda nie rozpieszczała i przez godzinę oczekiwania i plotkowania bardzo zmarzłem. Kiedy zrzucałem dresy, aby zdać je do depozytu pomyślałem o morsowaniu – wtedy też jest tak zimno. Podczas truchtania w ramach rozgrzewki układałem sobie w głowie plan działania. Plan, który zakładał, aby pobiec przynajmniej w tempie majowego maratonu, czyli 4:30 min/km. To było takie minimum. Ale tliły się też w głowie inne scenariusze – jeden z nich zakładał, że dotrę do mety w okolicach 90 minut, czyli bardzo blisko aktualnej życiówki, bo przecież trasa tego półmaratonu nie była trasą na zrobienie życiówki.

12473555_954651164572818_7276467276336019301_o

fot. Błażej Maziarz / maziarz.pl

Kiedy stałem w strefie startowej A1 plan był następujący:
Startuje z końca strefy i lecę na 1,5 godziny (start z końca strefy miał mi dać mały zapas czasu w stosunku do czasu pacemakerów). Trasa biegu zaczynała się podbiegiem ulicą Świętojańską, pnąc się cały czas ku górze. Na nawrocie (po osiągnięciu podbiegu) miałem zweryfikować swój stan i przyjąć scenariusz optymistyczny lub pesymistyczny – trzymać się pacemakerow na 1:30 lub zwolnic do 4:30 min/km). Świętojańska weszła lekko, bo przyzwyczajony jestem do biegania pod górkę, prawie codziennie pokonuje przecież dużo większe przewyższenie. Przed nawrotem dopadłem pejsów na 1:30 i postanowiłem się ich trzymać, mimo że czułem potencjał do dalszego napierania. Jednak żelazna logika zwyciężyła i biegłem zachowawczo….

… do zbiegu ulicą Władysława IV. Tam byłem przekonany, że to jedyna i niepowtarzalna okazja, aby się oderwać od baloników i zbudować przewagę, a potem za wszelką cenę ją utrzymać. Taki manewr mógł mi dać nową życiówkę. Umiem zbiegać, w końcu codziennie w drodze do domu z pracy zbiegam w dół. Zacząłem robić swoje, wyłączyłem głowę i biegłem. Były momenty gdy był tzw wmordewind i miejscami pod górkę wtedy nerwowo zerkałem na zegarek na tempo biegu zaliczając swój najgorszy kilometr (4:20 min/km). Na ulicy Świętojańskiej (po raz drugi) samopoczucie było całkiem spoko, a dużo kibiców dodawało skrzydeł, ale starałem się nie rozpraszać za bardzo.

Na górze Świętojańskiej było już dosyć ciężko. Właściwie mogę uczciwie powiedzieć, że to był najtrudniejszy moment,  18-ty kilometr trasy i żartów nie było. Ale poddać się też żal, skoro udało się wypracować taki rezultat, a życiówka była w zasięgu wzroku. W kierunku bulwaru na zbiegu złapałem oddech i rozpuściłem giczały czując zapach mety, to był najszybszy kilometr (3:57min/km). Wtedy już w głowie miałem życiówkę i tylko wyjątkowy pech mógł mnie jej pozbawić. To były trudne dwa kilometry, ale doping kibiców nie pozwalał na rezygnację. Nie teraz.

12874549_751815278287509_1849871540_o

fot. Jarosław „Stasiu” Stasieło

Dlaczego się udało, skoro to nie była trasa na życiówkę ? Też się nad tym zastanawiam.
Może dlatego, że trasa miała zarówno podbiegi jak i zbiegi, przez co nie zamulała jak monotonny płaski bieg. Zresztą podobnie miałem na trasach rowerowych podczas 1/2 IM w Gdyni oraz w Przechlewie. W Gdyni płasko, a w Przechlewie natomiast dużo więcej przewyższeń, ale lepiej poszło mi w tej drugiej.
Może moje codzienne bieganie do i z pracy, kiedy mam podbieg właściwie od samego startu jednak wpływa pozytywnie na siłę w nogach i wydolność, mimo że odnoszę wrażenie że bardziej człapię w półśnie niż solidnie biegnę. Z drugiej strony, a właściwie w drugą stronę jest swobodne zbieganie, na którym staram się wyciągać krok. Ogólnie to codzienne bieganie po 4,5km może nie robi jakiegoś wrażenia, ale właśnie dlatego, że jest to krótki dystans podświadomie chce się na nim zniszczyć i staram się go mocno pobiec. Tylko, że to nie buduje mojej wytrzymałości tempowej. Skąd wiec u mnie ostatnio taki postęp w wynikach ? Chciałbym to wiedzieć, aby móc z tego skorzystać. Mogę jedynie się domyślać. Po pierwsze ostatnio trochę zrzuciłem na wadze, co bezsprzecznie jest zasługą akcji #18procent, przez którą już (prawie) dwa miesiące nie pije piwa, a co za tym idzie nie podjadam wieczorami. Z drugiej strony staram się ogarnąć moją największą przeszkodę którą jest głowa. Moja ukochana słaba silna wola w kwestii opuszczania strefy komfortu i przebywanie poza nią. Pierwszy świadomy test głowy był już na TUT, teraz znów pracowałem nad demonami, które podpowiadają, że nie dam rady być dłużej w poza psychicznym komfortem. Ale to nie jest prawda. Zazwyczaj ten stan mija dosyć szybko, a organizm wraca do równowagi.

c_DSC_0760

Może dorabiam sobie niestworzone teorie, a prawda jest zupełnie gdzie indziej – siła tkwi w koszulce Smashing PĄpkins, która porywa nie tylko mnie, ale przypadkowo przebiegające osoby obok do trzaskania pĄpaskow na mecie ? Może swoje trzy grosze dodają super rękawki Halfworn , które są jednym z najbardziej praktycznych biegowych gadżetów jakie mam ? Do tego szczypta wariactwa i wiary w siebie i konsekwentne dążenie do wymarzonych celów….