VII Strażacki Bieg Darzlubski

14/06/2022 Autor waldek 0

Szybkie bieganie na krótkich dystansach to zdecydowanie nie jest ostatnio moja ulubiona forma biegania. Ogólnie trzeba sobie powiedzieć jasno i wyraźnie, że bieganie przestało być czymś o czym mogę napisać , że czuje do tego miętę. Biegam, owszem. Ale bardziej wynika to z chęci uspokojenia głosu wewnątrz głowy, który odzywa się od czasu do czasu snując wspomnienia z poprzednich lat. Czasem wybieram się do lasu poczłapać, ale nie wiem czy bardziej chodzi o bieganie czy potrzebę przebywania na łonie natury i świeżym powietrzu. A może i jedno i drugie po części.

Na koniec poprzedniego sezonu nie snułem jak zazwyczaj planów na imprezy biegowe które chciałbym zrealizować w tym roku. Dwie imprezy na jakie się zapisałem to raczej wynik przypadku – do Szczawnicy chciałem pojechać, bo wiele słyszałem o malowniczej choć trudnej trasie. Finalnie nie pojechałem – zabrakło przygotowań, chęci, pogoda była też taka sobie, no i Grzegorz też nie jechał. Wiec bez większego żalu odpuściłem start.

Z Rzeźnikiem było podobnie – namówiony zapisałem się, choć trasa już nie ta, specjalnie jakoś już sam Rzeźnik nie robi takiego wow jak kiedyś, ale miał być pięknym zakończeniem mojego epizodu ultra. Zacząć od Rzeźnika i na nim skończyć. Takie domknięcie koła. Nie wyszło, tym razem z powodów służbowych. I znów mieszane uczucia – z jednej strony ulga, bo nie jestem przygotowany, z drugiej strony jednak szkoda, bo przygoda, góry i najważniejsze wystawiłem Grzesia, bo Rzeźnika biegnie się w parach. Sumienie niby czyste, bo nie dostałem urlopu, ale wiadomo jak jest. Życie.

Skoro zatem mamy ustalony obecny stan i poziom mojej formy sportowo biegowej nie powinno Was dziwić, że zawody sportowe omijam szerokim dosyć łukiem, żeby nie pogłębiać stanu – może nie frustracji – ale niezadowolenia.

Pomysł wzięcia udziału (oczywiście jako Team DKMS) w VII Strażackim Biegu Darzlubskim (nie Darżlubskim, jak się niegdyś pisało) podsunęła mi moja żona, gdyż jednym ze współorganizatorów – strażaków jest jej były kolega z pracy. Staszek też dał się namówić na bieg na 500 m i bardzo dobrze mu poszło.

W sumie, czemu nie pomyślałem – kameralna impreza, cel charytatywny, nowe miejsce, nikt mnie nie zna.. ;) Brak oczekiwań co do wyniku i postanowienie, że skoro zawody to pójdę na maxa – czyli zrobie coś czego nie robiłem od… kurde nastu miesięcy. Serio ? Nie jestem w stanie sobie przypomnieć kiedy ostatnio na zawodach szedłem w przysłowiowego trupa. Ale ale, chwila chwila.. co znaczy w trupa? To znaczy ile ? Na dystansie 10 km nie udało misie nigdy złamać magicznej bariery 40 minut, ale raz byłem dosyć blisko, a tak daleko jednocześnie. Nie ma co rozdrapywać ran, trzeba narysować grubą kreskę i to co było mocno i wyraźnie oddzielić od tego co mamy obecnie.

Zrobiłem sobie na kilka tygodni test na bieg ciągły, żeby mniej więcej się określić co jest w zasięgu, a co jest poza nim. Prawda przeraża, ale moje max tempo na dystansie to 4:30 min/km (co daje wyniki 45 min na mecie). To niestety obecnie max na jaki jestem w stanie sobie pozwolić i nic na to na chwilę obecną nie poradzę. Taka jest prawda. I wyjścia jak zawsze są dwa – można cieszyć się tym co się ma, albo znów zakasać rękawy i zabrać się do pracy…

Zapomniałem napisać, że znów na dzień przed zawodami siekło mnie w plecach – noc średnio przespana, choć podczas biegu rwący ból w plecach nie przeszkadzał.

Cel zrealizowałem, pobiegłem mądrze, początek spokojnie, jak na swoje możliwości choć serce chciało gnać za hartami z przodu. Na piątym kilometrze zacząłem tracić “świeżość w kroku” i zrobiło się nieco betonowo w mojej motoryce, a upał nie pomagał. Na dwa kilometry przed metą dopadłem jeszcze dwóch gagatków, ale trzeci był poza zasięgiem. Dobrze było, w trupa, mądrze, narastająco i ze średnią 4:27 min/km. Kurtyna.