Wings For Life – World Run

W4L. Każdy biegacz zapewne słyszał o tym biegu. Wiele osób spoza świata biegowego również o nim słyszało, choćby ze względu na fakt ogromnej medialności tej imprezy. W kilku słowach – W4L jest imprezą międzynarodową, która odbywa się w 26 lokalizacjach na całym świecie w tym samym czasie. Tak, do oznacza, że jedni rozpoczynają bieg w południe, inni w nocy, jedni wieczorem inni o poranku. Gdzieś pada śnieg, a gdzieś jest tylko 10 st C jak w Poznaniu, gdzie impreza od 4 lat ma swoją polską edycję. W biegu tym wszyscy biegacze na całym świecie ruszają w tym samym momencie i biegną po wyznaczonej trasie przed siebie. Pół godziny później z nimi z określona prędkością wyrusza samochód meta i podąża trasą za biegaczami. Zabawa polega na tym aby uciekać jak najdalej. Jak już wspomniałem rywalizacja odbywa się na całym świecie, więc dla elity to nie tylko bieg o pierwsze miejsce w danym kraju, ale również wirtualny pojedynek gigantów na całym świecie (warto wspomnieć, ze Polacy naprawdę nieźle sobie radzą).

Dochód z całej imprezy jest przeznaczony na badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym, stad też na W4L jest bardzo dużo osób na wózkach inwalidzkich.

Na bieg postanowiłem się zapisać pod wpływem chwili, po pytaniu kolegów w pracy „Lecisz na Wingsy?” . Przeanalizowaliśmy kalendarz zajęć Magdy w szkole i postanowiliśmy zrobić rodzinny dwudniowy wypad do Poznania. W tym roku pogoda za bardzo nam nie dopisała. Pisząc nam mam na myśli naszą rodzinkę, bo w sobotę z powodu marnej pogody za wiele nie pozwiedzaliśmy. Za to do biegania pogoda była wręcz wymarzona. Okolice 10 st C, pochmurno, lekki wiatr miejscami.

Kiedy zapisywałem się na bieg wyliczyłem sobie, że fajnie byłoby dobiec do 35 km, ale Gdański Maraton sprowadził mnie na ziemię – 33 km to była realna, ambitna granica moich możliwości. Grzegorz, który również postanowił wziąć udział w biegu miał bardzo podobna strategię. Celował w 30 km co oznaczało, że będzie biegł tempem 4:52. Ustaliliśmy, że biegniemy razem przynajmniej pierwszą połowę, a potem zobaczymy, jak starczy sił, to zrobię negative splita (druga połowa szybciej niż pierwsza) i przyspieszę. Ustawiliśmy się w miarę z przodu, tak nam się przynajmniej wydawało. Okazało się po stracie, że pomyliśmy się o przynajmniej 1000 osób. :) Już na pierwszym kilometrze mieliśmy 2 minuty straty do planu, a kolejne cztery kilometry myszkowaliśmy szukając sobie odrobiny swobody i przestrzeni.

Generalnie wyszło tak, że staraliśmy się biec szybciej niż 4:50, ale wolniej niż 4:40 min/km.  W moim przypadku średnie tempo wyniosło na całym biegu 4:47, co oznacza ze biegłem minimalnie szybciej niż w czasie robienia życiówki na maratonie. Sama trasa za wyjątkiem przebiegu przez miasto raczej nudna, bo niewiele się działo. Koleiny, to była rzecz, która utkwiła mi w głowie. Na biegu nie gadaliśmy, oszczędzając siły. Co 10 km żel i łapaliśmy picie na punktach (na 16km, izo otrzymałem od samej Joanny Jóźwik ) . Grzegorza zgubiłem gdzieś w okolicach 17km, wiec pozostała samotna walka. Do 23km biegło się bez specjalnych rewelacji, choć już dosyć czułem łydki, od 28 km była walka o dobiegnięcie do 30 km, choć z pomiarów GPS wynikało, że powinno się udać. niedaleko mnie jechał ktoś na rowerze i podawał koordynaty „Małysz (Adam Małysz kierował samochodem goniącym biegaczy) będzie za 9 minut” – to takie ledwo dwa kilometry. Spiąłem się i postanowiłem walczyć o wynik do samego końca (Marcin Kargol, nabiegał coś ponad 30 km, nie pamiętałem dokładnie ile, ale miło byłoby pobić jego wyczyn z 2016 r, więc każdy metr zaczynał się liczyć). Po przebiegnięciu 30-tego kilometra wielu biegaczy przeszło do marszu, jakby ten dystans był „granicą”. Ja postanowiłem się nie zatrzymywać tylko cisnąc dalej ile się da. Nie oglądałem się za siebie, nie miałem pojęcia jak daleko za mną jest meta -tylko jacyś rowerzyści bardzo namawiali nas, abyśmy cisnęli ile się da do oznaczenia 31 km. Problem w tym, że nie widziałem tej chorągiewki, nie wiedziałem ile jeszcze muszę biec. Przede mną kilkudziesięcioosobowa grupa kibiców mocno nas dopingowała, gdy dobiegłem do nich okazało się, że jest wśród nich flaga 31-tego kilometra. Nie zatrzymuję się tylko biegnę dalej… po około 30 sekundach dogania mnie samochód prowadzony przez Adama. To koniec . Oficjalnie 31, 28 km. 359 miejsce (na 5548 startujących). W globalnym rankingu : 3470 miejsce na ponad 155 tyś biegaczy. Całkiem nieźle.

Na sam koniec kilka słów o samej organizacji biegu, bo jest sporo fajnych rzeczy, ale nie jest idealnie.

Po pierwsze sama formuła imprezy jest innowacyjna i bardzo mi się podoba. Jeśli chodzi o sama trasę to bardzo ważne jest aby ustawić się w odpowiednim miejscu na linii startu. Organizator zrobił 4 strefy startowe i umieścił mnie w drugiej. Nie pamiętam jaki był klucz umieszczania i czy była jakaś deklaracja planowanego dystansu podczas zapisów. Nie do końca zastosowałem się do zaleceń organizatora i przesunąłem się znacznie do przodu. Szacuję, że startowałem z połowy pierwszej strefy, ale i tak powinienem był stać przynajmniej 1000 miejsc bliżej. Na pierwszym kilometrze musieliśmy przechodzić do marszu lub zwalniać do „świńskiego truchtu”. Po pierwszym kilometrze ponad dwie minuty straty, a kolejne 4 kilometry wyprzedzanie i skakanie pomiędzy zawodnikami. Dopiero na 6-7 km biegliśmy normalnie w swoim tempie bez konieczności kombinowania jak wyprzedzić innych. Wąski wylot z Malty jest zdecydowanie utrudnieniem.

Druga sprawa to depozyty. Kilka okienek, w zależności od numeru startowego. Aby oddać depozyt na ponad 45 min przed biegiem staliśmy dobre 15 minut w kolejce. Na szczęście na niebie były pokazy akrobatyczne i czas jakoś leciał. Fajna atrakcja (lubię samoloty), podobało mi się. Trzeba dodać ze samolot potem przelatywał nisko nad trasą biegu. Fajne ! Odebranie pakietu w naszym przypadku super, 3-4 osoby w kolejce, ale była jedna taka, gdzie zapowiadało się na min godzinę czekania. To niedopuszczalne, aby w takich warunkach pogodowych po bieganiu kazać czekać tyle czasu w kolejce. Nawet jeśli uczestnicy mieli koce termiczne, których nie starczyło zresztą dla wszystkich. Szatnie i prysznice dostępne, ale także spora kolejka (i podobno tylko zimna woda). Posiłek regeneracyjny był, ale nie skorzystałem. Koszulki przy odbiorze do wyboru tylko M, L i XL – przecież przy zapisach deklarowałem rozmiar.

Trasa biegu fajna, pod katem biegowym, niewiele ostrych zakrętów, poprowadzona w początkowej części przez miasto, sporo kibiców. Płasko, w dalszej częśći nieco dokuczały koleiny w asfalcie. Oznaczenie co 1km, punkty żywieniowe co ok 5-5,5km. Na punktach woda, izo, redbull, banany, czekolada, ale punkty zbyt krótkie, trzeba było zwalniać albo łapać po 2 kubki od razu. Na niektórych punktach wolontariusze się nie wyrabiali z nalewaniem (o podawaniu nie wspomnę). Bardzo dobre zabezpieczenie medyczne na trasie, bardzo wiele punktów z ratownikami. Mam nadzieję, ze niepotrzebnie.

Transport z trasy na Maltę też ok, ale zdążyłem się wychłodzić w oczekiwaniu na przyjazd, w autobusie dostępna butelkowana woda – dobre posunięcie organizatorów. Na przyszłość warto rozważyć zabranie koca NRC, jeśli warunki pogodowe będą podobne (w co wątpię).

Reasumując, czy poleciłbym imprezę? Zdecydowanie tak, super atmosfera, dobra organizacja i niecodzienna formuła biegu to spore atuty.

Czy wystartuje ponownie? Najprawodopodobniej tak.

PS. Tak wiem. Moje relacje straciły ostatnio na lekkości pióra, to chyba wynik przesytu pisania ciągle o tym samym. Ile można o tym pisać ?