XX Maraton Solidarności

Na XX Maraton Solidarności zapisałem się właściwie jakby przypadkowo. Plan treningowy zakładał na ten weekend dłuższe wybieganie lub udział treningowo w maratonie. Wiec dlaczego nie pobiegłem do lasu tylko na asfalt ? Ano częściowo dlatego, że chciałem porównać gdański mało znany maraton z potężną imprezą jakim był Orlen w Warszawie. Po drugie, w końcu to bieg na naszym podwórku. Im bliżej było do startu, tym częściej myślałem o przeprowadzeniu kolejnej próby na czas 3:30. Z drugiej jednak strony rozsądek nakazywał zachowanie zimnej krwi i oszczędzania sił na B7D, który odbędzie się za trzy tygodnie (100km).

DSC_4900x

Pogoda z rana wręcz wymarzona do biegania, chłodno, pochmurno.  Wielobarwny tłum, który z kolejki SKM kierował się na linię startu powodował uśmiech na mojej twarzy. Biegacze są inni. Przypadkowi przechodnie ze zdziwieniem się na nas patrzyli, zresztą już w SKM wiadomo było, że coś się na mieście kroi. Właściwie to nie wiem, dlaczego ten Maraton jest tak mało rozreklamowany w Trójmieście i poza nim, choć na liście startowej pojawili się przedstawiciele wielu krajów.

trasa_new_min

W tym roku maraton został poprowadzony nową trasą. Start ze Wzgórza, zbieg na Skwer, nawrót, potem już prosto do Gdańska. Za Zieleniakiem w lewo, na Marynarki Polskiej, potem w Żaglową obok stadionu, na nową Uczniowską, nawrót, powrót na Marynarki, ale tym razem do Nowego Portu, nawrót, a potem już prosta droga na Starówkę na metę przy Neptunie.

Pierwsza część poszła bardzo dobrze, nawet uciekłem zającom na 3:30, żeby mieć zapas na trudniejsze chwile. Na 13-tym km wyszło słońce i od razu zaczęło konkretnie przypiekać. Biegacze uciekali w cień kiedy tylko się dało.  Na trasie skrzydeł dodawali kibice a także lotna ekipa Akademii Biegania, którzy właściwie byli wszędzie :]

14935500112_9bd5950b7d_b

Na 24 km był nawrót przy Zieleniaku i wiedziałem, ze zabawa dopiero teraz się zaczyna. Nie dość , że zmęczenie już spore, żar z nieba coraz gorszy a przed nami liczne podbiegi.

Co mnie zaskoczyło, czołówkę maratonu minąłem na 27km. Byłem już 2h i 7min na trasie a oni mieli do mety dobre 4km. Wiedziałem, że coś się święci…
Na tym etapie trasy biegacze lecieli w obu kierunkach, zazdrościłem tym, którzy już wracali.  Podbiegi przy Stadionie to był już jakiś koszmar, ale wizja 30-tego km trasy jakoś mi pomagała. Potem tylko 5 i kolejne 5 i będę przy Trzech Krzyżach, a tam była tabliczka 40km ;)  Byle trzymać fason do 35km, potem już pójdzie.

14749217007_3855a41980_b

Niestety nie poszło, na 50m przed 30km wyprzedzili mnie zające na 3:30. Próbowałem się pod nich podpiąć, ale po kilometrze walki zrezygnowałem. Trudno. Nie tym razem. Problem w tym, że ten zryw naprawdę wiele mnie kosztował zarówno fizycznie jak i psychicznie. Jednakże, pocieszające było to, że chłopaki, którzy planowali lecieć tak jak ja na 3:30 też zostali w tyle. Sorry chłopaki, ale to na prawdę mnie cieszyło :)

Trasa od Stadionu do Nowego Portu była rozczarowaniem numer dwa. Z daleka widziałem nowo wybudowane rondo i myślałem, że na nim będziemy zawracać. Nic z tego. Na tym etapie (35km) moje tempo spadło poniżej 6min/km. Dramat. Sam nie mogłem w to uwierzyć. Banan, woda, izo. Kolejnego żelu nie dałbym rady. Zrywam się do walki, już bardzo dokuczała mi kostka, co nie pomagało nijak w mobilizacji resztek sił. Ale zacząłem urywać sekundy z każdym kilometrem. Byle do 40-tego km. Po drodze jeszcze jeden podbieg. Taaa, jasne. Nie jeden, a dwa. Ten drugi to już walka była, żeby nie maszerować jak wszyscy przede mną. Jakoś człapię, ale głowa myśli o czymś zupełnie innym, gonie kogoś w oddali, kto ucieka mi z pola widzenia, uczepiam się innego, byle do przodu. Marta, która mnie wyprzedziła na 39-tym km próbowała mnie ciągnąć, ale nawet nie próbowałem.

Po minięciu tabliczki „40km” zluzowałem, nie ma sensu walczyć o sekundy, trzeba przeć spokojnie przed siebie. Po bruku. Bez kitu ten bruk od razu zaczął wywoływać skurcze w stopach, a raczej tym co z nich zostało, bo te już od kilkunastu kilometrów domagały się kąpieli w zimnej wodzie. Ostatnie metry wśród jarmarcznych straganów, zapachy jedzenia dookoła, kibice, ktoś próbuje mnie przed samą meta wyprzedzić, ale nie daje się.

14912656766_157bffa43d_b

Na metę wpadam po 3h:39m:07s na 163 miejscu. Szczęśliwy, że to już koniec.

Czas na małe podsumowanie.

Trasa była bardzo wymagająca. Gdyby przebiegała w odwrotnym kierunku, byłoby lepiej, ale pewnie Świętojańska by wykańczała :) Sierpień to nie jest dobra pora na bieganie maratonów (mój drugi w tym miesiącu) i wykręcania życiówek. Organizacyjnie było całkiem spoko, ale trochę szukałem (i nie tylko ja) biura zawodów w Gdyni, w pobliżu teatru na koniec czekałem z 15 minut na odnalezienie mojego depozytu, bo zamiast 510 ktoś go opisał 504, a wystarczyłoby  do pakietu dołączać naklejkę z  numerem. Ilość toitoi na starcie też nieadekwatna do ilości nawodnionych biegaczy, ale na szczęście nie musiałem korzystać.

I na sam koniec podziękowania dla kibiców, dla kibiców i dla kibiców. Tych których znam i tych przypadkowych. Dziękuje i przepraszam, że na koniec niemrawo odburkiwałem lub tylko robiłem jakiś wymach ręką :) Tylko na tyle było mnie stać w tamtej chwili.  Podziękowania dla Akademii Biegania, z którą nie jestem może jakoś bardzo związany, ale poznałem kilka osób z tej pozytywnej ekipy przy okazji  biegów. Byliście mega i daliście dziś czadu ! Agacie dziękuję za zdjęcia :)

Specjalne podziękowania także w kierunku strażaków, którzy polewali biegaczy wodą. To było cudowne !