Przeskocz do treści

1

Rachu ciachu i po strachu ! :)

Pisałem już o planach na start, oczekiwaniach i strategii jaką chciałem przyjąć na kilka dni przed maratonem. Nic nie uległo zmianie za wyjątkiem pogody, która w dniu startu zdecydowanie się poprawiła i pozwoliła wystartować w tzw stroju na krótko. Plan na bieg był stosunkowo prosty, trzymać się za pejsami biegnącymi na 3h:15, a potem się zobaczy.

Nigdy wcześniej nie biegłem tak długo za pejsami (raz przytrafiło misie kilka km), więc było to dla mnie stosunkowo nowe doświadczenie. Zdecydowałem się na bieg w takiej formule bo są pewne plusy - bo nie trzeba patrzeć na zegarek, bo to do nich należy pilnowanie zadanego tempa. Po drugie biegniemy w grupie, więc można się schować wewnątrz i nie wystawiać się na działanie wiatru, podobnie jak robią to kolarze w peletonie. Są też oczywiście minusy, które pojawiały się w trakcie biegu. Pierwszy z nich jest bieg w grupie, która jest stosunkowo ciasna i gęsta, szczególnie na początku biegu - potem z czasem ludzie się wykruszają. Bieganie w takiej grupie wymusza czasami zmianę kroku, trzeba pilnować co się dzieję przed tobą, ponieważ widoczność tego co jest pod nogami jest ograniczona. Drugim minusem biegania w grupie jest zamieszanie na punktach wodopojowych. Każdy chce chwycić kubeczek z wodą bez zwalniania, a to szczególnie na początku biegu powodowało sytuacje gdzie biegacze zabiegują sobie drogę, dochodzi do potknięć. Z czasem sytuacja się unormowała i zaczęliśmy współpracować - jedni chwytali picie na początku strefy przemieszczali się na zewnątrz grupy, w tym czasie kolejni mieli okazję złapać coś do picia. Niektórzy brali po dwa kubki i oferowali innym, którym się nie udało chwycić , lub potrzebowali więcej picia.

Niektórzy biegacze radzą sobie sprytniej - jak Tomek, bądź jak Tomek - przed samym punktem wybiegają na czoło grupy, wyprzedzając ich i wtedy bez problemów mogą skorzystać z bufetu.

No dobra, ale jak było na samym biegu ? Jak zawsze na maratonie - ciężko.

Z pejsami trzymałem się do 32 km, jedząc żel co 7 km i pijąc przynajmniej łyk wody na każdym punkcie. (były rozmieszczone co 2,5 km). Od 26 km zacząłem czuć, że tempo jest zbyt mocne, a właściwie, że straciłem tzw "świeżość w kroku" :) . Nogi zaczęły być jakby ociężałe, mięśnie przykurczone, co przekładało się na swobodny krok, a raczej jego brak. Taka sytuacja pogłębiała się od 30 km - tam już zaczynałem biec siłowo, zła technika tylko pogłębiała mój stan.

Po 32 km musiałem dać za wygraną. Zatrzymałem się i ze smutkiem popatrzyłem na baloniki pejsów, które oddalały się ode mnie. Wtedy pomyślałem, że strasznie szybko biegną, jak rozpędzony dyszący pociąg.

Po kilkunastu sekundach mięśnie nóg zluzowały, a ja zacząłem pościg za balonami, nie liczyłem że je dogonię, ale nie chciałem aby jakoś mocno mi uciekły. Do marszu musiałem przejść jeszcze kilka razy, zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje i czy to nie jest kwestia odwodnienia, jak przy skurczach. Na każdym wodopoju zatrzymywałem się i piłem po 2-3 kubeczki, ale nie zdało się to na wiele.

Zaraz za rondem na Marynarki Polskiej poczułem silny ból i pieczenie w prawej stopie, już kiedyś tak miałem na TUT. Wiedziałem co się stało. Mega dyskomfort podczas biegania, ale staram się kuśtykać przed siebie. Po kilku minutach głowa przestaje zwracać uwagi na ból w stopie, a staram się za wszelką cenę zakończyć ten występ. Chce się po prostu zatrzymać.

Na ostatnim odcinku przy AmberExpo, gdzie jest meta ostateczna mobilizacja, jest Magda z chłopakami, a Grześ podbieguję razem ze mną kilkanaście metrów zagrzewając do walki. Chyba nic nie odpowiadałem, chciałem tylko móc się zatrzymać. Przy budynku z metą stał zaparkowany samochód z zegarem, który odliczał czas maratonu - jak się zmobilizuję to złamię 3h:20 minut - przyspieszam ostatkiem sił i wbiegam na halę, gdzie jest meta....

Na mecie wisi dzwonek, którym można oddzwonić życiówkę. Dzwonię ... i serce dzwonka spada na ziemię....

1

Dzisiaj będzie kilka słów o moich ulicznych maratonach. Osoby zaglądające na mojego bloga (jest tu ktoś taki? ) mają okazję poczytać najczęściej o zawodach które już się odbyły, ale tym razem będzie inaczej - wyleję na ekran swoje myśli, które kłębią mi się w głowie jeszcze przed zawodami.
Już za 3 dni wystartuje ponownie w biegu maratońskim. Maraton to taki bieg na niewdzięcznym dystansie 42 km, tym razem ponownie wystąpię u siebie, w Gdańsku, na swoim podwórku. Z Gdańskim Maratonem łączy mnie dziwna więź, więź gorzko-słodka podobna do sosu azjatyckiego. Więź przeplatana jak warstwy w makowcu. Moja historia z maratonem ulicznym zaczęła się w 2014 roku na Orlen Warsaw Marathon, gdzie nabiegałem wynik 3h:42m. To wynik, który bardzo mnie zadowalał i właściwie nie miałbym się czego wstydzić gdybym taki wynik nabiegał w najbliższą niedzielę. Moim drugim maratonem był Maraton Solidarności (2014), który odbywa się w sierpniu :D również w Trójmieście - trudne sierpniowo upalne warunki do biegania, zazwyczaj bardzo ciepło, a mimo to urwałem 3 minuty. Pomijam fakt, że dwa maratony w tak krótkim czasie dla amatora to głupota, ale co zrobić. W 2015 roku pojawił Gdańsk Maraton i nie mogłem nie wziąć w nim udziału. Tym razem było dramatycznie i zapłaciłem za ambitny wynik, jaki chciałem uzyskać. W roku 2016 przystąpiłem do rewanżu i zrobiłem obecną życiówkę na poziomie 3h:23m. Rok później znów było źle i skończyło się dużo poniżej oczekiwań. Jak sami zauważacie w maratonie przeplata mi się, dobry wynik, ze złym i wypadałoby, aby w tym roku nabiegać dobry wynik, ale układankę te psuje Tczewski Maraton, który uważam za "udany" mimo najgorszego wyniku w historii (3h:49m), ale należy pamiętać ze biegliśmy podczas orkanu o nazwie Grzegorz, który chciał nas zdmuchnąć do przyległej do trasy Wisły.

fot. Błażej Zabieglik

W tym roku przygotowania idą od listopada pełną parą i wynik z półmaratonu w Gdyni wskazuje, że jest całkiem dobrze, bo w okolicach wyniku życiowego (zabrakło 30 sekund na 21 km). Przekładając to wszystko matematycznie na wynik w maratonie też powinno być blisko życiówki. Tak też sobie to wszystko poukładałem w głowie, że pobiegnę na 3h30m i zerwę się pejsom jeśli nogi i głowa pozwolą. Z drugiej strony ambitna deklaracja Tomka, że będzie atakował czas 3h15m w oparciu o pejsów każe mi się zastanowić nad moimi założeniami. Do tego wszystkiego dochodzą wyniki osób, które biegały w ubiegły weekend w Łodzi, gdzie o ile do Piotrka nie mam się co porównywać, mimo, że na metę połówki wpadliśmy razem a czas mieliśmy "porównywalny", ale Piotr to inna liga, za to Asia trochę mi wjechała na ambicje z wynikiem 3h:11m.
Może jednak powinienem powalczyć o nową życiówkę? Moja głowa za bardzo tego nie kupuje, ale gdyby się nastawić na umieranie od 10-tego kilometra, to sprawa w sumie nie wygląda beznadziejnie. Matematyka i kalkulatory prognozowanego wyniku także nie działają na moja korzyść, na podstawie wyniku z półmaratonu wszystkie jakie znalazłem wskazują ze czas 3h:15 jest w zasięgu.

Kluczowe w tym wszystkim jest to to jak sobie poradzę z kryzysem (kryzysami) na trasie, o ile zdychać przez 45 minut na trasie półmaratonu jest stosunkowo łatwo, to umieranie przez dwie godziny i więcej to już zupełnie inna para kaloszy. Trochę w swoim życiu zaliczyłem "bomb" z różnymi skutkami, niektóre przetrwane, na innych niestety podkuliłem ogon, posypałem głowę popiołem i obiecałem nie ośmieszać się ponownie.
Ale, ale, czyż nie jestem sportowcem (amatorem co prawda)? Czyż nie trenuje po to, aby walczyć z samym sobą? Czy nie chodzi o to, aby przełamywać swoje bariery, opuszczać swoją strefę komfortu? Przecież jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam, a do końca życia będę się zastanawiał, co by się stało gdyby..
Na sam koniec należy do dyskusji dopuścić głos najważniejszy, głos trenerski, który jak pokazał półmaraton w Gdyni wie z samych cyferek co we mnie siedzi. I głos ten nakazuje mi zacisnąć poślady, nastawić głowę na kryzysy cisnąć w tempie 4:30 min/km, co przełożyć się ma na czas 3h:10min na mecie. Wiara tego człowieka (Damiana, trenera) w moje możliwości zadziwia mnie bardzo, ale w końcu to trener, on wie najlepiej co należy robić.

Prognozowana pogoda na niedzielę jest korzystna do bicia rekordu, ma być stosunkowo ładnie, ale chłodno. Zatem uprasza się o trzymanie kciukasów z numer startowy 1379 !

Przeczytałem właśnie relację Tomka z Półmaraton Gdynia, w którym ustanawia On swoją życiówkę na dystansie 21km. Ciekawe jest, że niby ta sama trasa, a wrażenia i doświadczenia z przebiegu tak różne. Ale są też podobieństwa, więc zaczynamy.

Półmaratonem w Gdyni zaczynam tak naprawdę sezon 2019. Biegłem już TUTa w połowie lutego, ale to było raczej takie wprowadzenie do sezonu i charakterystyka biegu nieco inna niż pozostałych zawodów zaplanowanych na ten sezon, więc jakby się nie liczy. Przygotowania trwają nieprzerwanie od listopada i teraz nadszedł moment aby zweryfikować w jakim miejscu się znajduję. Poprzeczka została powieszona bardzo wysoko, zarówno przez własne oczekiwania ale także przez wytyczne jakie ustawił trener Damian. Prawdę powiedziawszy nieźle się uśmiałem jak zobaczyłem na planie treningowym rozpiskę strategii na zawody. Kurde, wiara niektórych ludzi w moje możliwości jest większa niż sam w siebie pokładam. A może to nie wiara a tylko czysta matematyka ? W każdym razie im bliżej zawodów, tym większy czułem niepokój i presję na to, aby zrobić to dobrze.

Na złamanie życiówki z 2016 roku, gdy byłem w treningowym „cugu” nie było najmniejszych szans (1h:28m:33s), prawdę mówiąc na tydzień przed biegiem zadowoliłby mnie każdy wynik poniżej 1h:33m. Ale wiadomo, że w półmaratonie zawsze chodzi o złamanie magicznej bariery 90 minut.

Kiedy rano przyjechałem do Gdyni miałem w głowie właśnie taki cel : dowieźć swoje dupsko na metę zanim zegar odliczy 5400 sekund. Pogoda w sumie spłatała nam figla, bo przez ostatni tydzień rokowania były na słoneczny i bardzo ciepły dzień, ale w niedziele nic takiego nie nastąpiło. Rano 6 stopni i szare, ołowiane niebo. Na szczęście wiatr, który szalał przez kilka dni nieco się uspokoił, ale nie odważyłem się polecieć „na krótko”, co w końcówce biegu nieco się zemściło.

Przed biegiem, przez blisko 30 minut rozkręcałem nogi i układ krążeniowo oddechowy abym na samym starcie był odpowiednio rozkręcony. Przez to wszystko wpadłem z Grzesiem i Kubą do strefy na dwie minuty przed startem. Nieszczęśliwie wbiliśmy się pomiędzy baloniki na 1:25 (za szybko) a 1:30. Jako że miałem w planach zrobić wynik samodzielnie , bez użycia pacemakerów (ludzie biegnący na konkretny wynik) postanowiłem już nie kombinować i zostać w tym miejscu i skoncentrować się na biegu.

fot. AK-ska Foto

Planowo, miało to wyglądać nieco inaczej, chciałem ustawić się za pejsami na 1:30, pod koniec strefy, a w trakcie biegu powoli ich dochodzić, co w rozrachunku netto, dałoby mi czas na mecie poniżej 90 minut. Ale stało się inaczej i musiałem polegać sam na sobie. Najważniejsze to zacząć spokojnie, nie wypruć się na początku, nie szarpać, lecieć równo. Ściganie - jak zawsze - miało nastąpić na końcówce jeśli siły pozwolą. Przez pierwsze kilometry trasy, która została nieco zmieniona w stosunku do tej z 2016 roku (zmiana na plus) przebiegały spokojnie, lekkie tasowania, szukanie sobie miejsca, omijanie tych, którzy ustawili się za bardzo z przodu. Do 4 km właściwie nic się nie działo, wypatrzyłem przed sobą Tomka, którego wraz z Adamem widziałem na starcie i Kasię, która mocnym krokiem pokonywała kolejne metry. Kiedyś nauczę się takiej techniki biegania, obiecuję! Z letargu wyrwała mnie czołówka, która leciała po przeciwnej stronie drogi w kierunku powrotnym (była agrafka) – ja byłem na 4 km a oni między 6 a 7-mym kilometrem. Niesamowity widok, z jaką lekkością oni pokonują trasę w tym niemożliwym tempie. Za rok, gdy przyjedzie do Gdyni światowa czołówka na Mistrzostwa Świata to będzie dopiero niesamowity widok.

Na 6 km był punkt wodopojowy, trochę za wcześnie na żela, ale chwyciłem butelkę wody, łyknąłem i zawahałem się co dalej? Wywalić prawie pełną butelkę? Kurde, szkoda mi trochę, nie lubie takiego marnotrawienia. Rzucam zapytanie „komuś wody?”, ale nie ma odzewu, wiec trzymam z myślą, że może się za chwilę przydać. Kilometr dalej zjadam żela i zapijam go wodą. Właściwie od razu chwyta mnie kolka, nie za mocno, ale już zaczynam się stresować. Rozluźnij brzuch, głębokie wdechy, zachowaj spokój – powtarzam w głowie i chyba pomogło. Kolka odpuściła.

Czytając relację Tomka uświadomiłem sobie, że błędem było atakowanie wyniku solo. Mamy dokładnie odwrotne doświadczenia z podbiegu na Władysława IV. Nie dość, że cały czas, niby nieznacznie, ale jednak cały czas pod górę. I do tego ten cholerny wiatr w twarz, który dodatkowo podbieg utrudniał. Zwolniłem nieświadomie na tym odcinku aż o 6 sekund na kilometrze, sporo, ale nie chciałem się wypruwać, to dopiero 12 kilometr. Gdy trasa zakręciła w kierunku stadionu odetchnąłem, zrobiło się płasko, wiatr wiał z boku, za kolejnym zakrętem w plecy tętno zaczęło się normować po ponad dwukilometrowym podbiegu a tempo wróciło założonego.

Trzy kilometry dalej, na  15-tym stało się coś strasznego. Dogonili mnie pacemakerzy z balonikami na 90 minut. Kurde, wystartowałem przed nimi, oni mnie dopadli, wiec mam stratę to upragnionego celu przynajmniej kilkanaście sekund. Ale najgorsze było to, że pędzili jak strusie. Cholera, chciałem się podłączyć, ale nie byłem w stanie się tak zerwać, zerkam na zegarek, cos mi tu nie pasuje. Poddaje się, nie spale się na tym etapie szarżą za balonikami. Przecież Grzesiek jest tuż za mną i zaraz mnie dopadnie, kiedy tylko wywącha ze mam kryzys.

Zakręcamy ponowienie na Władysława IV i zmierzamy w kierunku centrum, tym razem mam przed sobą dwukilometrowy odcinek, który jest jakby nie patrzeć zbiegiem. Spuszczam psy z kagańca, to jedyny moment kiedy mogę zniwelować stratę i ewentualnie zbudować przewagę, która będzie mi potrzebna na podbieg na Świętojańskiej. Puszczam nogi zaczynam zbieg, dopadam pejsów na 1:30 i mijam ich, wzrok skupiony na końcu zbiegu, długi krok, głowa wysoko, oddycham mocno, czuje ze serce przyspiesza, ale w granicach przyzwoitości. Słońce, które postanowiło jednak wyjść spoza chmur zaczęło grzać, co nie pomagało. Na głowę poleciała woda, którą porwałem na punkcie.

Kiedy wbiegłem na ulicę Świętojańską to wszystko się nagle zmieniło. Zgoda byłem wypruty z sił, serce tłukło 170 uderzeń na minutę a przede mną kilometrowy podbieg w kierunku słońca. Po prawej wyprzedza mnie Piotr i mocno ciśnie pod górkę. Zaczepiam się pod jego plecy i nie odpuszczam, ciężko jest do tego stopnia że wrzawa kibiców, którzy skumulowali się na Świętojańskiej mnie denerwuje, mam tak kiedy jestem na granicy, wszystko co mnie rozprasza działa mi na nerwy, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego z kibicami, wyjątkiem są dzieci wyciągający dłoń po piątkę - przybijam, resztę ignoruję starając się przyciągnąć do siebie szczyt wzniesienia.

Mijam chorągiew oznaczającą 19-ty kilometr, teraz kilkaset metrów w dół, i prosta bulwarem do mety na plaży. Z góry staram się rozpuścić nogi i złapać luz, brakuje mi dobiegania do pracy, odzwyczaiłem się od długiego kroku na zbiegu. Na prostej równam się z Piotrem, który namawia mnie na ostry finisz na 150 m przed metą. Tylko jak, skoro ja już od dwóch kilometrów lecę na granicy?

Gdybym  miał podsumować bieg w kilku słowach, to określiłbym go jako bardzo dobry bieg. Wszystko zagrało, żywienie (nie licząc małej kolki), ubiór (nie licząc ostatnich 5 km gdy wyszło słońce), strategia na medal, początek mocno, stabilnie, kontrolowanie i przede wszystkim nie „za mocno”. Wynik 1h:28m:54s nie daje mi życiówki (zabrakło 31 sekund), ale biorę go w ciemno jako dobry prognostyk na kolejne cele. Po długiej przerwie wracam po kilku miesiącach treningów do poziomu „blisko życiówki” co naprawdę dodaje ochoty do dalszej pracy pod okiem Damiana.

Za miesiąc podwajam dystans.

W miniony weekend wróciłem na trasę Biegu Nadwiślańskiego, gdzie po raz pierwszy oficjalnie ukończyłem półmaraton.

Tym razem jednak ten dystans musiałem pokonać dwukrotnie w ramach I Maratonu Nadwiślańskiego Szlakiem Doliny Dolnej Wisły. Koniec października to nie jest najlepszy termin na bieganie, a tym razem zawital do nas orkan "Grzegorz", który w porywach wiał do 100km/h. O ile trasę z Tczewa do Walichnowych biegło się super, bo wiatr pomagał (na nawrocie miał czas na życiówkę w maratonie :D - to nie mogło się dobrze skończyć). Sytuacja drastycznie się zmieniła w drodze powrotnej. Silny wiatr bardzo utrudniał bieganie i ambicja o zaplanowany czas 3h:40m została schowana do kaptura. Do 30-tego kilometra było znośnie, ale potem zaczęły się kłopoty mięśniowe. Moje nogi pracowały jakbym wbiegał na wzniesienie i strasznie się spinały. Wiatr momentami nie pozwalał biec i zmuszał do marszu. Finalnie dotarłem na metę na 38 miejscu (na 99 startujących) z czasem 3h:49m.

Organizacyjnie impreza godna polecenia, kameralna i zrobiona z sercem. Ale ziąb, wiatr i deszcz odbierał radość z pokonywania trasy, za to satysfakcja na mecie ogromna.

 

10 września 2017 r.

Start na Westeplatte, meta pod ECS (Europejskie Centrum Solidarności). Nowa trasa, która okazała się moim zdaniem trudniejszą od poprzedniej. Niewielkie podbiegi i spora ilość ostrych zakrętów miała wpływ na wynik (bo przecież wiadomo, że się nie przygotowałem), podobnie jak nawierzchnia brukowa w części starego miasta. Trasa poprowadzona ciekawymi ulicami (na wielu nigdy nie byłem), przez kładkę na Motławie (tez nigdy wcześniej nie byłem).

Cel : złamać 42min, być w pierwszych 10% uczestników

Do 3-ego kilometra wyśmienite samopoczucie i bardzo dobre tempo (jak na mnie), od 7-mego kłopoty i walka. Finalnie meta na 216 miejscu z czasem 41:17 (6,26%) z 3448, którzy ukończyli bieg.

Na samej mecie spore zamieszanie. Autobusy z depozytami oddalone od strefy finishera, aby się do nich dostać musiałem przeskakiwać przez barierki (?), a wracając do strefy deptać trawniki... słabo. Sporo błota, dobrze że nie padało :)

 

W4L. Każdy biegacz zapewne słyszał o tym biegu. Wiele osób spoza świata biegowego również o nim słyszało, choćby ze względu na fakt ogromnej medialności tej imprezy. W kilku słowach - W4L jest imprezą międzynarodową, która odbywa się w 26 lokalizacjach na całym świecie w tym samym czasie. Tak, do oznacza, że jedni rozpoczynają bieg w południe, inni w nocy, jedni wieczorem inni o poranku. Gdzieś pada śnieg, a gdzieś jest tylko 10 st C jak w Poznaniu, gdzie impreza od 4 lat ma swoją polską edycję. W biegu tym wszyscy biegacze na całym świecie ruszają w tym samym momencie i biegną po wyznaczonej trasie przed siebie. Pół godziny później z nimi z określona prędkością wyrusza samochód meta i podąża trasą za biegaczami. Zabawa polega na tym aby uciekać jak najdalej. Jak już wspomniałem rywalizacja odbywa się na całym świecie, więc dla elity to nie tylko bieg o pierwsze miejsce w danym kraju, ale również wirtualny pojedynek gigantów na całym świecie (warto wspomnieć, ze Polacy naprawdę nieźle sobie radzą).

Dochód z całej imprezy jest przeznaczony na badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym, stad też na W4L jest bardzo dużo osób na wózkach inwalidzkich.

Na bieg postanowiłem się zapisać pod wpływem chwili, po pytaniu kolegów w pracy "Lecisz na Wingsy?" . Przeanalizowaliśmy kalendarz zajęć Magdy w szkole i postanowiliśmy zrobić rodzinny dwudniowy wypad do Poznania. W tym roku pogoda za bardzo nam nie dopisała. Pisząc nam mam na myśli naszą rodzinkę, bo w sobotę z powodu marnej pogody za wiele nie pozwiedzaliśmy. Za to do biegania pogoda była wręcz wymarzona. Okolice 10 st C, pochmurno, lekki wiatr miejscami.

Kiedy zapisywałem się na bieg wyliczyłem sobie, że fajnie byłoby dobiec do 35 km, ale Gdański Maraton sprowadził mnie na ziemię - 33 km to była realna, ambitna granica moich możliwości. Grzegorz, który również postanowił wziąć udział w biegu miał bardzo podobna strategię. Celował w 30 km co oznaczało, że będzie biegł tempem 4:52. Ustaliliśmy, że biegniemy razem przynajmniej pierwszą połowę, a potem zobaczymy, jak starczy sił, to zrobię negative splita (druga połowa szybciej niż pierwsza) i przyspieszę. Ustawiliśmy się w miarę z przodu, tak nam się przynajmniej wydawało. Okazało się po stracie, że pomyliśmy się o przynajmniej 1000 osób. :) Już na pierwszym kilometrze mieliśmy 2 minuty straty do planu, a kolejne cztery kilometry myszkowaliśmy szukając sobie odrobiny swobody i przestrzeni.

Generalnie wyszło tak, że staraliśmy się biec szybciej niż 4:50, ale wolniej niż 4:40 min/km.  W moim przypadku średnie tempo wyniosło na całym biegu 4:47, co oznacza ze biegłem minimalnie szybciej niż w czasie robienia życiówki na maratonie. Sama trasa za wyjątkiem przebiegu przez miasto raczej nudna, bo niewiele się działo. Koleiny, to była rzecz, która utkwiła mi w głowie. Na biegu nie gadaliśmy, oszczędzając siły. Co 10 km żel i łapaliśmy picie na punktach (na 16km, izo otrzymałem od samej Joanny Jóźwik ) . Grzegorza zgubiłem gdzieś w okolicach 17km, wiec pozostała samotna walka. Do 23km biegło się bez specjalnych rewelacji, choć już dosyć czułem łydki, od 28 km była walka o dobiegnięcie do 30 km, choć z pomiarów GPS wynikało, że powinno się udać. niedaleko mnie jechał ktoś na rowerze i podawał koordynaty "Małysz (Adam Małysz kierował samochodem goniącym biegaczy) będzie za 9 minut" - to takie ledwo dwa kilometry. Spiąłem się i postanowiłem walczyć o wynik do samego końca (Marcin Kargol, nabiegał coś ponad 30 km, nie pamiętałem dokładnie ile, ale miło byłoby pobić jego wyczyn z 2016 r, więc każdy metr zaczynał się liczyć). Po przebiegnięciu 30-tego kilometra wielu biegaczy przeszło do marszu, jakby ten dystans był "granicą". Ja postanowiłem się nie zatrzymywać tylko cisnąc dalej ile się da. Nie oglądałem się za siebie, nie miałem pojęcia jak daleko za mną jest meta -tylko jacyś rowerzyści bardzo namawiali nas, abyśmy cisnęli ile się da do oznaczenia 31 km. Problem w tym, że nie widziałem tej chorągiewki, nie wiedziałem ile jeszcze muszę biec. Przede mną kilkudziesięcioosobowa grupa kibiców mocno nas dopingowała, gdy dobiegłem do nich okazało się, że jest wśród nich flaga 31-tego kilometra. Nie zatrzymuję się tylko biegnę dalej... po około 30 sekundach dogania mnie samochód prowadzony przez Adama. To koniec . Oficjalnie 31, 28 km. 359 miejsce (na 5548 startujących). W globalnym rankingu : 3470 miejsce na ponad 155 tyś biegaczy. Całkiem nieźle.

Na sam koniec kilka słów o samej organizacji biegu, bo jest sporo fajnych rzeczy, ale nie jest idealnie.

Po pierwsze sama formuła imprezy jest innowacyjna i bardzo mi się podoba. Jeśli chodzi o sama trasę to bardzo ważne jest aby ustawić się w odpowiednim miejscu na linii startu. Organizator zrobił 4 strefy startowe i umieścił mnie w drugiej. Nie pamiętam jaki był klucz umieszczania i czy była jakaś deklaracja planowanego dystansu podczas zapisów. Nie do końca zastosowałem się do zaleceń organizatora i przesunąłem się znacznie do przodu. Szacuję, że startowałem z połowy pierwszej strefy, ale i tak powinienem był stać przynajmniej 1000 miejsc bliżej. Na pierwszym kilometrze musieliśmy przechodzić do marszu lub zwalniać do "świńskiego truchtu". Po pierwszym kilometrze ponad dwie minuty straty, a kolejne 4 kilometry wyprzedzanie i skakanie pomiędzy zawodnikami. Dopiero na 6-7 km biegliśmy normalnie w swoim tempie bez konieczności kombinowania jak wyprzedzić innych. Wąski wylot z Malty jest zdecydowanie utrudnieniem.

Druga sprawa to depozyty. Kilka okienek, w zależności od numeru startowego. Aby oddać depozyt na ponad 45 min przed biegiem staliśmy dobre 15 minut w kolejce. Na szczęście na niebie były pokazy akrobatyczne i czas jakoś leciał. Fajna atrakcja (lubię samoloty), podobało mi się. Trzeba dodać ze samolot potem przelatywał nisko nad trasą biegu. Fajne ! Odebranie pakietu w naszym przypadku super, 3-4 osoby w kolejce, ale była jedna taka, gdzie zapowiadało się na min godzinę czekania. To niedopuszczalne, aby w takich warunkach pogodowych po bieganiu kazać czekać tyle czasu w kolejce. Nawet jeśli uczestnicy mieli koce termiczne, których nie starczyło zresztą dla wszystkich. Szatnie i prysznice dostępne, ale także spora kolejka (i podobno tylko zimna woda). Posiłek regeneracyjny był, ale nie skorzystałem. Koszulki przy odbiorze do wyboru tylko M, L i XL - przecież przy zapisach deklarowałem rozmiar.

Trasa biegu fajna, pod katem biegowym, niewiele ostrych zakrętów, poprowadzona w początkowej części przez miasto, sporo kibiców. Płasko, w dalszej częśći nieco dokuczały koleiny w asfalcie. Oznaczenie co 1km, punkty żywieniowe co ok 5-5,5km. Na punktach woda, izo, redbull, banany, czekolada, ale punkty zbyt krótkie, trzeba było zwalniać albo łapać po 2 kubki od razu. Na niektórych punktach wolontariusze się nie wyrabiali z nalewaniem (o podawaniu nie wspomnę). Bardzo dobre zabezpieczenie medyczne na trasie, bardzo wiele punktów z ratownikami. Mam nadzieję, ze niepotrzebnie.

Transport z trasy na Maltę też ok, ale zdążyłem się wychłodzić w oczekiwaniu na przyjazd, w autobusie dostępna butelkowana woda - dobre posunięcie organizatorów. Na przyszłość warto rozważyć zabranie koca NRC, jeśli warunki pogodowe będą podobne (w co wątpię).

Reasumując, czy poleciłbym imprezę? Zdecydowanie tak, super atmosfera, dobra organizacja i niecodzienna formuła biegu to spore atuty.

Czy wystartuje ponownie? Najprawodopodobniej tak.

PS. Tak wiem. Moje relacje straciły ostatnio na lekkości pióra, to chyba wynik przesytu pisania ciągle o tym samym. Ile można o tym pisać ?

 

Przeżyłem 3-cią edycję Maratonu Gdańskiego. I właściwie na tym powinienem zakończyć pisanie tej relacji, ale wywołany niedawno do tablicy gdzie słusznie zarzucono mi , że ostatnio mało piszę dodam od siebie kilka słów. Zrobiłem drugi najgorszy wynik na dystansie maratonu w swojej historii biegowej, ale zważywszy na fakt, że na 30 km chciałem zejść z trasy i tak jest w sumie nieźle. Ale od początku.

Wystartowałem z pacemakerami na 3:15 z myślą, że będę się za nimi wiózł ile się da (najlepiej do samego końca, ale do sam nie wierzyłem, że to się może udać). I to był błąd numer jeden. Błędem numer dwa było trzymanie się ich mimo, że początkowo pace leciał w tempie na 3h:10m (wg Garmina) i doskonale o tym wiedziałem, ale że nogi były świeże i moc była, głowa gorąca to jakoś szło... do 15-tego kilometra (to nie prawda, pacemaker biegł w idealnym tempie 4:37). Tam złapała mnie straszna kolka i trochę mnie wygięło na lewo :) dzięki temu baloniki na 3:15 zaczęły się powoli oddalać i wiedziałem, że ich nie dogonię. Rozpocząłem samotna walkę. Właściwie to trochę mi ulżyło, bo wyśrubowane tempo dosyć mocno dało mi już w kość, a ja nie byłem nawet w połowie trasy. Pocieszające było to, że na 21 kilometrze prognozowany czas dotarcia na metę był na 3h:18 minut.

Niestety samotna walka przyniosła też ze sobą spadek tempa i na 25 kilometrze prognozowany czas był już na 3h:20min (co i tak byłoby życiówką) i wtedy nagle w okolicach 30 kilometra coś się stało. Moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Obie na raz strasznie się spięły i przestały przebierać. Dziwne uczucie, bo nie był to taki zwykły skurcz, tylko jakby paraliż. To chyba właśnie jest określane mianem "mieć betonowe nogi" w bieganiu. To było coś z czym nie umiałem sobie poradzić. Prawdopodobnie przyczyna takiego stanu rzeczy spowodowana była przeziębieniem i znacznym odwodnieniem organizmu jeszcze przed zawodami, mimo, że na trasie sporo jak na siebie piłem, a warunki pogodowe sprzyjały bieganiu. No dobra, powiedzmy sobie szczerze, nie wytrenowałem tego. Biegam zbyt małe objętości, zbyt mało kilometrów..

Miałem prawie 12 kilometrów do mety, a nogi nie chciały pracować i co kilkaset metrów musiałem przechodzić na kilkanaście sekund do marszu, aby rozluźnić mięśnie. Zacząłem zastanawiać się, którędy najprościej będzie dotrzeć do mety, ale jakbym nie kombinował i tak musiałbym podążać wzdłuż trasy biegu, wiec motywowany przez biegaczy i kibiców kontynuowałem swój groteskowy występ.

Wymęczyłem Gallowayem 3 Maraton Gdańsk i z jednej strony się cieszę, że głowa się nie poddała i walczyłem do końca. Z drugiej strony ryzykowałem kontuzję i kontynuowanie biegu w takim stanie to głupota. A przyczyna jest tylko jedna -  brak odpowiednich treningów, słabo przepracowana zima, brak długich wybiegań, nogi nie są przyzwyczajone do takiego obciążenia. Zacząłem się bardzo martwić o siebie, bo w sierpniu mam trudną przeprawę. Wiec wiem już, co mam robić.

Oczywiście nie wypada zakończyć tej nędznej relacji bez wspomnieniu kilkoma słowami o samej imprezie. Bardzo cieszy mnie fakt, że na trasie Maratonu w Gdańsku z roku na rok wzrasta ilość kibiców, choć przeciwników imprezy pewnie nie brakuje, bo nie mogli gdzieś swobodnie wyjechać. ;) Coraz więcej instytucji w tym szkoły angażują się w organizacje punktów kibicowania, a wymyślne stroje i hasła wielokrotnie wywoływały uśmiech na twarzy, choć może nie zawsze było to widać.

Osobny wpis należy poświęcić wolontariuszom na trasie, szczególnie tym na punktach żywieniowych, którzy uwijali się jak w ukropie, ale także wszystkim tym, którzy zabezpieczali trasę, przejścia, wyjazdy. Dobra robota !

Dziękuję tez wszystkim znajomym, którzy od samego początku, a nawet przed startem zagrzewali do walki, którzy wyskoczyli skoro świt z łóżek i przyszli na trasę przybić piątkę lub powalić w garnek. Dziękuję, to napędza do dalszego napierania. Specjalne podziękowania kieruje do biegaczy, którzy na ostatnich metrach zagrzewali mnie do walki, oraz pozdrawiam wszystkich tych, którzy walczyli z podobnymi dolegliwościami w koncówce biegu.

Do zobaczenia za rok :D

1

Kiedy przebudziłem się o 4:26 wiedziałem, że to już koniec spania. Budzik był co prawda nastawiony na 5:20, ale tego ranka emocje wzięły górą. Umówiłem się dzień wcześniej, że zjawie się przed biegiem na badanie usg ścięgna achillesa na godzinę 7:10. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że aby dotrzeć do biura zawodów będę musiał wyruszyć nieco więcej niż godzinę wcześniej...
Poleżałem jeszcze trochę, ale o 5:10 definitywnie wstałem i zacząłem się organizować niewyspany jak przysłowiowy niedźwiedź. Wafle ryżowe z nutellą i herbata. Tak, tak, wiem, nutella jest niezdrowa. Tak samo, jak żarcie z "maka", które już chyba tradycyjnie zjadłem dzień wcześniej. Lubię i nic na to nie poradzę, a co najważniejsze jest dla mnie bezpieczne, przecież nie ma nic gorszego niż nagła potrzeba na trasie ;] . Ale nie o tym miałem pisać.
Wcisnąłem w uszy słuchawki i przy skocznych dźwiękach RATM poszedłem na tramwaj układając siebie w głowie całą strategię na bieg. W Gdańsku Głównym miałem 12 minut czasu na kolejny tramwaj, kupuję w tym czasie drożdżówki z serem i paczkę chusteczek higienicznych, bo wyruszyłem bez takowych z domu. Lepiej mieć, niż nie mieć :)
Badanie ścięgna trwało w sumie może z kwadrans, wiec miałem kolejne 90 minut do startu. Posnułem się leniwie po hali, w której kręcili się podobnie zaspani jak ja biegacze. Finalnie zasiadam przy stoliku i zjadam na śniadanie drożdżówki.
Podszedł do mnie człowiek i zagaduje na temat wspólnego zdjęcia "PĄpkinsów" przed startem. (?!) Plotka głosi, że sam Krasus jest w Gdańsku. Taa, jasne. "Nic nie wiem na ten temat" - odpowiadam. Kilkanaście minut później okazało się, że Krasus był (!!) i Sucha Szosa i Rav też był, ale czasu nie było na pogaduchy, bo spotkaliśmy się dosłownie 4 minuty przed startem.

2016-05-15 08.55.31
fot. sam Krasus

W ogóle to fajne jest, muszę Wam napisać, kiedy zagadują Cię osoby, które znają mnie, bo czytają te blogowe wypociny. Mega miłe to jest i serdecznie Was wszystkich pozdrawiam!! Muszę się przyznać, że miałem nawet taki plan, jakiś czas temu, aby tego bloga zamknąć, bo w sumie ile można pisać o tym samym w kółko, ale po takich akcjach chce się usiąść i napisać kilka słów i zaśmiecić wciąż cyberprzestrzeń. Przy okazji przepraszam od razu z tego miejsca, że czasem nie wiem z kim rozmawiam, stary już jestem i musicie mi wybaczyć.

Maraton to taka zdradliwa bestia, która nie wybacza najmniejszych nawet błędów i rządzi się swoimi regułami. Często słyszę : "misiek, przecież biegasz ultra, poza tym codziennie do pracy - takie 40km to dla Ciebie spacer." Chciałbym, żeby tak było. Maraton to ogromy wysiłek, który trwa bardzo długo, a im dłużej trwa, tym czas wolniej leci...
Maraton wymaga precyzyjnego oszacowania własnych możliwości. Tu nie ma miejsca na szarże, wariactwa, fisiowanie i inne takie. każdy, kto staje na linii startu i ma na celu osiągniecie wyniku na miarą swoich możliwości musi mieć opracowaną strategię na bieg, plan którego będzie się trzymał mimo przeciwności jakie czekają go na trasie.
Prawdę mówiąc miałem tremę przed tym startem. Rzadko miewam takie lęki przed biegiem, ale ten jakoś szczególnie mi uwierał na kopułę. Od rana na chłodno kalkulowałem swoje możliwości, swoje samopoczucie, swoje ambicje. Do tego dodawałem szczyptę zdrowego rozsądku i w końcu wymyśliłem z grubsza zarysowany plan na niedzielny bieg. Stanęło, że ambitnie zacznę w tempie 4:41 min/km, co teoretycznie da wynik poniżej 3h20 minut na mecie. (dla niebiegaczy czytających tego bloga małe wyjaśnienie – biegacze nie podają prędkości w km/h tylko tempo, czyli ile czasu potrzeba na przebycie 1km – dziwnie, ale można się przyzwyczaić.)
W okolicach 3 kilometra wiedziałem już, że utrzymanie takiego tempa będzie wiązało się z delikatnym forsowaniem się już od samego początku, co oczywiście jest bardzo złą strategią wiec czas na modyfikację założeń.
Tempo 4:50 min/km pozwala na zrobienie nowej życiówki, złamanie 3h:30minut, a tempo biegu wydało mi się komfortowe (hattrick!). Pierwsze kilometry to zazwyczaj jest gruby „lot”, bo jest siła, są endorfiny, adrenalina i inne rzeczy, który powodują, że nie myśli się racjonalnie, a potem trzeba za to zapłacić słoną cenę na ostatnich kilometrach, albo i nieco wcześniej. Tym razem chciałem inaczej, miało nie być niespodzianek i to było najważniejsze kryterium biegu.
Pierwsze 5km to było jak zwykle tasowanie się i szukanie swojego miejsca w szpalerze biegaczy. W tym czasie przebiegliśmy przez stadion i ECS. Na Gdańskiej Starówce postanawiam wyprzedzić pacemakerów na 3:30 (skąd oni się tam w ogóle wzięli ?), bo grupa, która się ich trzymała była liczna i przy punktach żywieniowych było spore zamieszanie. Pierwsze 5km zrobione w tempie 4:51min/km. Nie jest najgorzej, liczę troszkę na to, że teraz bieg się uspokoi i nie pomyliłem się. Biegłem ze sporym luzem w nogach i co ważniejsze luzem wokół siebie.
13234956_10156793599705315_237093086_o
fot. Błażej Zabieglik
We Wrzeszczu jak zwykle nieco powiało, ale nie było dramatu. Ogólnie pogoda tego dnia była bardzo zmienna. Chłodny poranek, który momentami zmieniał się w słoneczny dzionek, który chyba przeszkadzał prawie tak jak porywisty wiatr na ostatnim odcinku. Od czasu do czasu trochę popadał deszcz, gdzieniegdzie strażacy rozstawili kurtyny wodne dla ochłody. Generalnie, mix pogodowy. Śniegu tylko brakowało :)
Największy kryzys przyszedł w okolicach 28 kilometra, ale nie złomotał mnie jak wszystkie inne do tej pory. To zapewne zasługa tempa w jakim biegłem, które było stosunkowo komfortowe. Ponadto postanowiłem wziąć sobie do serca zasadę - pij na każdym punkcie, choćby dwa łyki, ale pij. Na pierwszym punkcie nie zrobiłem tego, ale to ze względu na zamieszanie jakie panowało w tej wąskiej uliczce. W każdym kolejnym mijanym punkcie, za wyjątkiem specjalnego punktu przygotowanego przez organizatorów Kaszubskiej Poniewierki, tankowałem kilka łyczków izo lub wody. Nie lubię tej czynności, bo nie umiem jej wykonać (choć muszę siępochwalić, że teraz już idzie mi całkiem nieźle). Bieganie i jednoczesne picie z papierowego kubeczka, starając sie przy tym nie zachłysnąć, to nie lada wyzwanie. Fajnie jest też nie wylać na siebie słodkiego izotonika.
Żele wciągnięte na 10, 20 i 30km. W tak zwanym międzyczasie tabletki enervit GT. Taka strategia uchroniła mnie przed odwodnieniem, skurczami i kryzysami energetycznymi. Trochę mi burczało w brzuchu, ale ten temat załatwiłem bananami.
26449206714_3ccbeb4543_b
fot. Agata Masiulaniec / biegowyswiat.pl
Kiedy wybiegaliśmy z Parku Regana wiedziałem, że jest nieźle. Że jeśli nie wydarzy się nic specjalnie niespodziewanego zrobię to. Przybiegnę na metę z nowym rekordem życiowym i będzie to wynik poniżej 3h:30m. Podczas wbiegania na most przy stadionie przypomniałem sobie, jakie dramaty przezywałem tam rok temu. Niemoc, złość, ból. W tym roku mijałem innych, których ten podbieg wykańczał, starałem się dodać im sił i wesprzeć w walce. To jeden z najtrudniejszych momentów na trasie. Meta wydaje się tuz tuż, ale nagle trzeba zmienić kierunek biegu i oddalić się od niej, aby pod Nowym Portem wykonać nawrót w kierunku mety, to już ostatnia prosta. Tutaj należy wspomnieć, że organizator dobrze zadecydował, aby przez stadion biec na początku, a nie na końcu biegu. fakt, że przebiega się w pobliżu mety, ale nie zmierza się na nią jest bardzo frustrujący - szczególnie w końcówce.
Nie wiem jak inni biegacze, ale ja lubię kiedy biegniemy w przeciwne strony obok siebie. Oczywiście, lubię to kiedy ja już zmierzam do mety, a oni się od niej oddalają, ale to moment, w którym można nieźle się naładować motywacją, albo kompletnie ją stracić. Wszystko zależy od tego w jakim się znajdujemy stanie. Jeśli są jeszcze pokłady energii, to wyprzedzanie innych jest mega motywujące, ale jak jest się wrakiem, a ktoś cię wyprzedza z zapasem energii - to już nie jest takie miłe.
G0500943
fot. Marek Mróz / pasjaczyniwolnym.pl
Czy jestem zadowolony z tego biegu?
Tak, zdecydowanie tak. Biorąc pod uwagę fakt, ze niecałe dwa tygodnie wcześniej pokonałem 92km, że nie przygotowywałem się do dystansu maratonu przez ostatnie tygodnie, tylko podszedłem do niego jakby z marszu wykonując jedyne treningi na trasie dom | praca | dom - tak. Zdecydowanie jestem zadowolony. Urwałem z dotychczasowego rekordu prawie 15 minut, ale co najważniejsze zrobiłem to na trasie, która rok temu pokazała mi swój pazur. Czy można było to zrobić lepiej ? Oczywiście że tak. Gdybać teraz można to woli.
Co ciekawe, po tym biegu moje nogi nie są jakoś strasznie wyeksploatowane. Czuję trochę prawe kolano, ale odeszło mi całkowicie rozcięgno podeszwowe. Nogi nieco ciężkie, ale swobodnie wstaje i siadam. To wszystko pozwala mi wyciągnąć wniosek, że mogłem ugrać nieco więcej. Mogłem też bardzo wiele stracić. Wybrałem bezpieczny wariant, który się opłacił. Podniósł bardzo moje morale jeśli chodzi o bieganie maratonów, zarysował wizję, ze można więcej, jeśli się odpowiednio na tym skoncentruje.
Przy okazji PZU Maratonu Gdańskiego zostałem objęty programem badawczym, który am na celu wykonie badań na grupie zawodników, którzy przygotowywali się i zmierzyli z dystansem maratońskim. Dlatego też, zaraz po wbiegnięciu (wejściu właściwie) na metę poszedłem położyć się na kozetkę, gdzie upuszczono mi troszkę krwi, zbadano serce, mięśnie łydek i ścięgno Achillesa (po raz drugi tego dnia). Cieszę się, ze moja pompa pracuje normalnie i lekarz nie miał żadnych powodów do niepokoju podczas badania.
IMG_9056
fot. Zuzanna Lewicka-Potocka
Na koniec oczywiście muszę wspomnieć i bardzo, bardzo podziękować wszystkim, którzy osobiście pofatygowali się na trasę maratonu i zdzierali gardła zagrzewając mnie do boju. Energia jak płynie od kibiców jest niewyobrażanie duża, a tym razem była jeszcze większa, bo nie miałem słuchawek w uszach :]
Dziękuję tym, którzy przyszli specjalnie dla mnie i zwlekli się z wyra o tak nieludzkiej porze jak 9:00 :], tym, którzy przemarzli na trasie, tym, którzy ze mną biegli czy jechali na rowerze, którzy walili w bębny, garnki i inne wynalazki generujące hałas, tym ubranym na rURZowo i na czarno, tym najmniejszym, którzy cierpliwie wyciągali rękę, aby przybić piątkę i tym najgłośniejszym! Tym, którzy bili brawo, trąbili w trąbki, i tym, którzy się pieklili w samochodach na skrzyżowaniach. Wszystkim, którzy przed monitorami ściskali kciuki, albo sami biegli, ale gdzieś w myślach zastanawiali się jak mi idzie (ja też o Was, debiutantach myślałem)! Także tym, którzy na bieg przyszli do pracy - wolontariuszom (mega!!) i tym co zabezpieczali trasę czy dbali o nasze bezpieczeństwo.
Wszystkim jeszcze raz dziękuję!
c_DSC_0178
Dla zainteresowanych statystyki z biegu : http://live.sts-timing.pl/gm2016/person.php?n=519
i wideo relacja (wypatrujcie, bo gdzieś tam jestem)
http://trojmiasto.tv/Maratonczycy-przebiegli-przez-Gdansk-15420.html

1

Ten wpis powstał nieco inaczej niż wszystkie inne, jakie poczyniłem na ramach tego bloga. Otóż, został on  napisany na dwa dni przed startem. Pierwsza edycja Maratonu Gdańskiego była dla mnie bardzo dużą lekcją. Przybywając na start byłem solidnie przygotowany do udziału w tym biegu, pozytywnie nastawiony. Z drugiej strony dystans 42 kilometrów do najprzyjemniejszych nie należy. Ci, którzy maja za sobą udział  w takim biegu zgodzą się, że do 30-tego kilometra wszystko odbywa się w miarę normalnie. Po przekroczeniu 30 kilometra biegacze spotkają się z tzw ścianą. Dla niektórych jest to dyskomfort ledwo odczuwalny, a dla innych jest to najgorsza rzecz z możliwych - demon z piekła rodem. Historie, że pierwszą połowę "biegło się lekko, a potem coś się zesrało" można usłyszeć z ust wielu biegaczy. Nie będę tutaj rozwodził się na temat odpowiedniego przygotowania lub bezsensowności startu w maratonie z tzw "bomby", czyli "ja nie dam rady ? To patrz !"

Generalnie staram się nie wierzyć we wszystko, co przeczytam w szeroko pojętych internetach. Lubie natomiast wiedzieć o czym mowa. W przypadku maratonu także chciałem. Po roku biegania debiutowałem w Orlen Warsaw Marathon z czasem 3h:42m. To był (jest) całkiem przyzwoity czas jak na debiut. Większość maratończyków w debiucie chce złamać 4 godziny. Przed startem miałem poczucie na ile mnie stać - i starałem się to zrobić jak najlepiej. Wyszło klasycznie - pierwsza połowa niespodziewanie lekko, a od 28km jaki koszmar, trwający kolejne 6km, z ostatnich kilometrów  niewiele się pamięta. :) Dziś wiem, że to wynika z tego, że biegłem na granicy swoich możliwości. Na mecie była ogromna radość i satysfakcja - fakt, że się udało (tak, czasem się nie udaje), z bardzo dobrym wynikiem, ale co najważniejsze, nie przeszedłem do marszu. Wyznaję zasadę, że maraton (uliczny), na którym się idzie - jest niezaliczony. Oczywiście kilka kroków przy punkcie żywieniowym, w czasie których jemy i pijemy są jak najbardziej dozwolone. Mówię o pokonywaniu setek metrów, kilometrów marszem. W takim przypadku - maraton można ukończyć, ale w mojej opinii to jakby oszustwo.

 

pzumg2

Kolejny maraton zrobiłem u siebie, w sierpniu, w totalnym piekle... i urwałem 5 minut do rekordu. Przybiegłem na metę z krwawymi śladami na koszulce, bardzo zmęczony. Ale była satysfakcja. Na trasie było wiele chwil zwątpienia i myśli w jakim celu to wszystko. Znów poszedłem po bandzie.

Mój trzeci uliczny maraton miał być tym, w którym łamię mityczną granice 3h:30minut. Była to pierwsza edycja Maratonu Gdańskiego. Wymarzony start, miejsce, kibice.. wszystko na plus. Tylko, że zawodnik zawiódł. Kłopoty zaczęły się ponownie po przekroczeniu połowy dystansu. Tym razem kontuzja, ale skutecznie pogrzebała moje marzenia o 3:29:XX. Był to zarazem maraton, na którym musiałem kilkukrotnie przejść do marszu. Było mi najnormalniej wstyd. . Z drugiej strony mimo maszerowania dotarłem na metę w 3h:52m. Przyzwoicie, ale czułem się jakbym oszukiwał.

pzumg1

Ukończyłem, ale starałem się szybko zapomnieć o tej porażce, choć możecie powiedzieć, że to nie z mojej winy, że wypadek losowy, że kontuzja. Tak, ale wynikająca z zaniedbań, których się dopuściłem podczas przygotowań. To tylko i wyłącznie moja wina. To była lekcja...

Rok później mam wziąć się z demonami za bary, czy też rogi, jak kto woli. Bardzo dobre przygotowanie przez jesień i zimę - dwie życiówki w półmaratonie, na jesień i wiosnę poprawka. Wyniki z tych biegów pozwalają szacować wynik przynajmniej, zachowawczo 3h:15m na maratonie. Jeśli nie dam plamy.

Jednak, zmęczyło mnie to latanie po betonach i odpuściłem. Ciągnie mnie w teren, a treningi na kostce brukowej nie dają i takiej radochy, jak te z lasu. Plusem był sezon morsowania, który podczas katowania sie na betonach uskutecznialiśmy. W przyszłym roku będę kontynuował.

pzumg3

Na niecałe dwa tygodnie przed maratonem definitywnie zaprzepaszaczam szanse na wynik w maratonie startując w biegu ultra. Organizm tego nie wytrzyma i nie dam rady pobiec tak szybko 42km. Ale robię to z premedytacją i nie żałuję. Cieszę się, ze wróciłem w teren.

Za dwa dni wracam na uliczny maraton. Przygotowany w 80%, ale przemęczony. Bez szans na 3:15. Ale nie byłbym sobą, gdybym poddał się bez walki. W niedzielę rano stanę na linii startu i pobiegnę najlepiej jak się da. Dam z siebie 110%, jestem zmotywowany i pełen wiary, że to może się udać, że nowa życiówka jest nadal w zasięgu. Nie tak dobra, na jaką byłem przygotowany dwa miesiące temu, ale nie mam jakoś parcia na super wynik w maratonie ulicznym.

Odnoszę takie dziwne wrażenie, że żegnam się z bieganiem po ulicy tym startem. Przynajmniej na jakiś czas. Trzymcie za mnie kciuki w niedzielny poranek.

Korzystając z okazji zapraszam serdecznie do wsparcia naszej akcji, w której zbieramy kasę na Fundację Dorotkowo. Finał tej zabawy już niebawem...

 

 

2

.. powtarzałem sobie jak mantrę. I w głębi duszy mocno w to uwierzyłem. Podbiegi na Świętojańskiej zawsze dawały mi w kość, a szczególnie kiedy szedłem "po bandzie" walcząc o życiówkę.
Dawno temu zaplanowałem sobie, że będę solidnie trenował do maratonu w maju, a "połówka" (21km) w Gdyni będzie doskonałym sprawdzianem postępów w przygotowaniach. Znalazłem sobie nawet plan treningowy, ale zawsze coś szło nie tak. Na początku był TUT, a potem rywalizacja w fabryce, która mobilizowała mnie do biegania codziennie do pracy. Niby w sumie nie mam daleko, bo niewiele ponad 4,5km ale wieczorami jakoś brakowało motywacji i sił do wstania z kanapy, do wyjścia na ciemny i zimny dwór i do wykonania planu, który miał mi pomóc w osiągnięciu celu i systematycznym trenowaniu. Były co prawda małe zrywy, po których zaprzestałem codziennego biegania do pracy na rzecz roweru - ryzykując utratę trzeciej pozycji w rywalizacji w firmowym wyzwaniu.
Trudno, albo rybki, albo pipki. :)
Kiedyś nawet pobiegłem z pracy okrężną drogą, żeby nieco wydłużyć dystans.... ale na tym koniec.
Tak więc czas ucieka(ł), a ja nadal niewiele robię w temacie przedmaratońskich przygotowań.

12422146_1139872419378524_187179649_o

fot. Marek Mróz /  pasjaczyniwolnym.pl

Imprezy biegowe, oprócz samego biegania maja aspekt towarzyski. Przez trzy lata biegania udało misie poznać wielu świrusów, z różnych zakątków Polski, część z nich miałem okazję spotkać na żywo, innych znam tylko z szeroko pojętych internetów. Niektórych widuje na prawie każdych zawodach, innych raz na rok, albo nawet rzadziej. Z niektórymi mam nawet porachunki i wirtualne wyzwania.

Pogoda nie rozpieszczała i przez godzinę oczekiwania i plotkowania bardzo zmarzłem. Kiedy zrzucałem dresy, aby zdać je do depozytu pomyślałem o morsowaniu - wtedy też jest tak zimno. Podczas truchtania w ramach rozgrzewki układałem sobie w głowie plan działania. Plan, który zakładał, aby pobiec przynajmniej w tempie majowego maratonu, czyli 4:30 min/km. To było takie minimum. Ale tliły się też w głowie inne scenariusze - jeden z nich zakładał, że dotrę do mety w okolicach 90 minut, czyli bardzo blisko aktualnej życiówki, bo przecież trasa tego półmaratonu nie była trasą na zrobienie życiówki.

12473555_954651164572818_7276467276336019301_o

fot. Błażej Maziarz / maziarz.pl

Kiedy stałem w strefie startowej A1 plan był następujący:
Startuje z końca strefy i lecę na 1,5 godziny (start z końca strefy miał mi dać mały zapas czasu w stosunku do czasu pacemakerów). Trasa biegu zaczynała się podbiegiem ulicą Świętojańską, pnąc się cały czas ku górze. Na nawrocie (po osiągnięciu podbiegu) miałem zweryfikować swój stan i przyjąć scenariusz optymistyczny lub pesymistyczny - trzymać się pacemakerow na 1:30 lub zwolnic do 4:30 min/km). Świętojańska weszła lekko, bo przyzwyczajony jestem do biegania pod górkę, prawie codziennie pokonuje przecież dużo większe przewyższenie. Przed nawrotem dopadłem pejsów na 1:30 i postanowiłem się ich trzymać, mimo że czułem potencjał do dalszego napierania. Jednak żelazna logika zwyciężyła i biegłem zachowawczo....

... do zbiegu ulicą Władysława IV. Tam byłem przekonany, że to jedyna i niepowtarzalna okazja, aby się oderwać od baloników i zbudować przewagę, a potem za wszelką cenę ją utrzymać. Taki manewr mógł mi dać nową życiówkę. Umiem zbiegać, w końcu codziennie w drodze do domu z pracy zbiegam w dół. Zacząłem robić swoje, wyłączyłem głowę i biegłem. Były momenty gdy był tzw wmordewind i miejscami pod górkę wtedy nerwowo zerkałem na zegarek na tempo biegu zaliczając swój najgorszy kilometr (4:20 min/km). Na ulicy Świętojańskiej (po raz drugi) samopoczucie było całkiem spoko, a dużo kibiców dodawało skrzydeł, ale starałem się nie rozpraszać za bardzo.

Na górze Świętojańskiej było już dosyć ciężko. Właściwie mogę uczciwie powiedzieć, że to był najtrudniejszy moment,  18-ty kilometr trasy i żartów nie było. Ale poddać się też żal, skoro udało się wypracować taki rezultat, a życiówka była w zasięgu wzroku. W kierunku bulwaru na zbiegu złapałem oddech i rozpuściłem giczały czując zapach mety, to był najszybszy kilometr (3:57min/km). Wtedy już w głowie miałem życiówkę i tylko wyjątkowy pech mógł mnie jej pozbawić. To były trudne dwa kilometry, ale doping kibiców nie pozwalał na rezygnację. Nie teraz.

12874549_751815278287509_1849871540_o

fot. Jarosław "Stasiu" Stasieło

Dlaczego się udało, skoro to nie była trasa na życiówkę ? Też się nad tym zastanawiam.
Może dlatego, że trasa miała zarówno podbiegi jak i zbiegi, przez co nie zamulała jak monotonny płaski bieg. Zresztą podobnie miałem na trasach rowerowych podczas 1/2 IM w Gdyni oraz w Przechlewie. W Gdyni płasko, a w Przechlewie natomiast dużo więcej przewyższeń, ale lepiej poszło mi w tej drugiej.
Może moje codzienne bieganie do i z pracy, kiedy mam podbieg właściwie od samego startu jednak wpływa pozytywnie na siłę w nogach i wydolność, mimo że odnoszę wrażenie że bardziej człapię w półśnie niż solidnie biegnę. Z drugiej strony, a właściwie w drugą stronę jest swobodne zbieganie, na którym staram się wyciągać krok. Ogólnie to codzienne bieganie po 4,5km może nie robi jakiegoś wrażenia, ale właśnie dlatego, że jest to krótki dystans podświadomie chce się na nim zniszczyć i staram się go mocno pobiec. Tylko, że to nie buduje mojej wytrzymałości tempowej. Skąd wiec u mnie ostatnio taki postęp w wynikach ? Chciałbym to wiedzieć, aby móc z tego skorzystać. Mogę jedynie się domyślać. Po pierwsze ostatnio trochę zrzuciłem na wadze, co bezsprzecznie jest zasługą akcji #18procent, przez którą już (prawie) dwa miesiące nie pije piwa, a co za tym idzie nie podjadam wieczorami. Z drugiej strony staram się ogarnąć moją największą przeszkodę którą jest głowa. Moja ukochana słaba silna wola w kwestii opuszczania strefy komfortu i przebywanie poza nią. Pierwszy świadomy test głowy był już na TUT, teraz znów pracowałem nad demonami, które podpowiadają, że nie dam rady być dłużej w poza psychicznym komfortem. Ale to nie jest prawda. Zazwyczaj ten stan mija dosyć szybko, a organizm wraca do równowagi.

c_DSC_0760

Może dorabiam sobie niestworzone teorie, a prawda jest zupełnie gdzie indziej - siła tkwi w koszulce Smashing PĄpkins, która porywa nie tylko mnie, ale przypadkowo przebiegające osoby obok do trzaskania pĄpaskow na mecie ? Może swoje trzy grosze dodają super rękawki Halfworn , które są jednym z najbardziej praktycznych biegowych gadżetów jakie mam ? Do tego szczypta wariactwa i wiary w siebie i konsekwentne dążenie do wymarzonych celów....