Przeskocz do treści

To już czwarty bieg na dystansie 10km w tym roku w Gdyni. Po raz pierwszy udało mi się zaliczyć cały cykl (4 biegi) i mam komplet medali, które składają się na całość. Był to też ostatni bieg (na wynik) w tym sezonie. Nie udało się w tym roku złamać 40 min na dystansie 10km, ale nie ma się czemu dziwić, bo trenowania pod ten dystans nie było. Po półmaratonie był apetyt podkręcony przez Marcina i Błażeja na złamanie 40 min, choć realnie patrząc, nie oszukujmy się, szanse były raczej niewielkie.
Pogoda w sumie nie była najgorsza, 13 stopni i pochmurno, wystartowałem na krótko (nie wiem, jak niektórzy biegną w długich spodniach i bluzie). Po drodze i tak się rozbierałem z rękawiczek i rękawków. Wystartowałem mocno, a konkretnie to za mocno. Nie polegałem za specjalnie na wskazaniach zegarka, bo ten potrafi płatać figle (oszukując nieco na dystansie). Na drugim oficjalnym kilometrze miałem prawie 30 sekund zapasu !!
Już wtedy wiedziałem, że spaliłem ten bieg.
Na trzecim kilometrze nieco zwolniłem, ale to na zbyt wiele się nie zdało. Podbieg w połowie 4 km na most wykończył mnie. Tętno przekroczyło 180 unm (uderzeń na minutę) a głowa się poddała. Zacząłem maszerować. Musiałem złapać oddech. Po kilku krokach postanowiłem, że polecę mocno dalej, ale bez walkę o życiówkę, na nią nie miałem już szans. Po 30 sekundach marszu zmusiłem się do biegu. Piąty kilometr mijam po 20 minutach i jedenastu sekundach. Podbieg na Świętojańskiej stratę na pewno podniesie złamania 40-tki nie będzie, ale szansa na nową życiówkę wciąż gdzieś się tliła.

12248004_999549876752759_8520596613806681010_o

Zapomniałem odtwarzacza muzyki przez co słyszałem te sapania i stękania współbiegaczy :). Nikt nie rozmawiał, każdy walczył o oddech wspinając się na szczyt Świętojańskiej. To 7-my kilometr trasy (dla wielu, w tym dla mnie, kluczowy moment), potem chwila oddechu, bo trasa prowadzi w dół, nawrót, którego nie lubię, bo wybija z rytmu, a potem długa prosta. Nie powiem, ciężko było, ale nie po to się męczyłem tyle czasu, żeby teraz zrezygnować. Idę na max, 400m przed metą tętno 187 unm !!
Na metę wpadam po 41m i 5 sekundach.(netto)
I to by było na tyle z relacji biegu na 10 km.
Obiecałem sobie, ze jak złamię 40 min to nie wracam już na GPX Gdyni. Cóż, pewnie będzie dane mi tam walczyć na wiosnę.

I na koniec statystyki.
342 msce open na 6660 uczestników
130 msce w M30 (za rok już chyba w M40)
Okazuje się, że mimo półminutowego marszu zrobiłem życiówkę na trasie w Gdyni urywając 6 sekund.
Do PB (personal best - życiówka) zabrakło mi 17 sekund.
Gdybym inaczej zaczął..
Gdyby babcia miała wąsy...

Czasem wydaje nam się, że wszystko zostało już powiedziane, że w danej kwestii niewiele może się zmienić i wystarczy poczekać i przekonać się, jaki będzie wynik.
Tak miało być i w tym przypadku. Co mogłem, to potrenowałem. Niewiele w stosunku do zakładanego planu, ale jak już biegałem to z myślą, aby był to trening a nie tylko bieganie. Niestety tak się złożyło, że w okresie przygotowań, na treningi nie miałem zbyt wiele czasu, wiec musiałem cieszyć się tym co mam.
Oczekiwania były. Chciałem bardzo, ale naprawdę bardzo, złamać półtorej godziny na półmaratonie (21km). To oznacza bieg przez 90 minut przynajmniej w tempie 4:16. (Złapałeś(aś) się za głowę?? Skumaj, że Krasus leciał 3:47min/km i wcale nie był pierwszy na mecie :) )
Dla mnie jednak to by było coś. Statystycznie, na dystansie półmaratonu granicę 90 minut łamie tylko ok 6% zawodników. Zazwyczaj gdy łapałem się na pierwsze 35% zawodników był to dla mnie zadowalający wynik. Z matematycznego punktu widzenia - oczekiwanie wysokie.
Test jaki wykonałem tydzień wcześniej podczas 15-to kilometrowego biegu pokazał, że wynik poniżej 90 min jest w zasięgu moich możliwości. Po tym teście nie biegałem zbyt wiele, bo zaledwie trzy kursy do pracy i z powrotem (w sumie jakieś 27 km w 6-ciu 4,5 km odcinkach). Planowałem także nie biegać już od czwartku, żeby nogi były żądne kilometrów. I co? I jak zawsze nie wyszło.

W piątek na dwa dni przed zawodami zrobiłem rekord trasy dom-praca-dom.
Sobota przywitała nas piękną pogodą. Tego dnia byłem też umówiony na badania Delos na stoisku Rehasportu na Expo Półmaratonu Gdańskiego na godzinę 14:40 wiec chciałem przed południem zrobić coś, co od dawna leży nie dokończone. Takich rzeczy mam kilka, domalowanie płotu, przyczepienie progu u chłopaków w pokoju, czy naprawa światła w samochodzie.
I właśnie ta ostatnia, z pozoru błaha czynność załatwiła mnie na cacy. Podczas wyciągania akumulatora (utrudniał dojście do reflektora), zaczepił się o podstawę, a ja chcąc go przekręcić nieco okręciłem też tułów i szrpnąłem.

I pstryk.

Akumulator wypadł z rąk, a ja syknąłem przez zęby stojąc nieruchomo. Siekło mnie tak, że przez chwilę miałem mroczki przed oczami i nie byli to słynni bracia z serialu. Stałem tak chyba z 15 sekund powoli oddychając. Ból w plecach lekko odpuścił, ale wyprostowanie się było prawie niemożliwe.

Szach mat. Koniec.

Dziesiątki myśli przebiega wtedy przez głowę. Czy nic mi nie jest ? Czy uda się poskładać samochód, którym muszę pojechać odebrać pakiet ? Czy będę w stanie wziąć udział w badaniach i wreszcie czy będę w stanie pobiec niedzielny (jutrzejszy) półmaraton ?
Wściekłość. To była główna emocja w głowie. Bylem zły na siebie, że w tak durny sposób pozbawiłem się możliwości biegania. Ba ! pozbawiłem się także możliwości chodzenia, schylania i ogólnie wszystkiego, najlepiej bym stał i opierał się rękoma o coś.

Złożyłem jakoś furę (reflektor naprawiony, działa jak ta lala).
Pojechałem na badania i odebrać pakiet. Wsiadanie i wysiadanie z samochodu to była trudna czynność, ale po kilkunastu krokach ból odpuszczał i dawało się w miarę swobodnie chodzić. Do czasu kiedy nie trzeba czegoś podnieść z podłogi lub się schylić.
Na badaniach zostałem skonsultowany, wygnieciony i oklejony tejpami. Do końca dnia snułem się po mieszkaniu smarując plecy różnymi specyfikami.

W niedzielę bez większych nadziei sturlałem się z wyra. Tak, pozycję pionową osiągałem w kilku etapach.
Szykując się do wyjścia miałem dylemat (jak baba) w co się ubrać? Nie mogłem założyć koszulki PĄpkinsów, bo na mecie (jeśli po/dobiegnę) nie zrobię i tak żadnych pĄpek, bo jak padnę, to się nie podniosę. A koszulka zobowiązuje :)
Z drugiej strony rokowań na bieganie raczej nie było, ale pojechałem na miejsce startu z Adamem, z nastawieniem że w najgorszym układzie będę kibicował. Żal jednak był ogromny. Na pół godziny przed startem  zmierzyłem się z demonami i przygotowałem się do biegu. Chciałem podczas rozgrzewki sprawdzić jak wielki dyskomfort będzie podczas biegu. Znośny, czy nie do wytrzymania ? Nie chciałem biec za wszelka cenę, o nie.  Priorytet był jeden, nie zrobić sobie większej krzywdy. Jak będzie bolało wracam, ubieram się i idę na trasę kibicować.
Kilkanaście pierwszych kroków pokonałem ze spiętymi plecami i przy umiarkowanym bólu. Był on jednak na tyle silny, ze uniemożliwiał swobodne oddychanie, ale po chwili rozluźniam się i... ból ustąpił !!
Oj radowało się moje serce, nogi też się radowały !
Przyrzekłem sobie, że jak na trasie coś się zacznie dziać to natychmiast schodzę.
Ostatnie minuty przed startem walczymy z Arkiem z jego garminem, który się zawiesił i nie chciał wystartować.

Chyba zacznę Arka unikać. Nie dlatego, że go nie lubię, wręcz przeciwnie, ale odnoszę wrażenie, że przynoszę mu pecha swoja osobą. Za każdym razem jak się widzimy na starcie to on boryka się z jakimiś trudnościami. Może to wina moich fluidów, czy jak to się tam nazywa?
Rzutem na taśmę, minutę przed startem pakuje się w swoja strefę jak najbliżej pejsów na złoty trzydzieści. Właściwie chłopaki lecieli na 1:29:59, takie mieli napisy na balonikach, które niefortunnie były czarne opisane jasnymi flamastrami przez co były słabo widoczne.
Przez pierwszy kilometr było tasowanie się, część biegu, której nie lubię najbardziej, szukanie sobie miejsca, w prawo w lewo, przeskoki, omijania szarpanie tempa...

12186673_847454142040625_7724921638979919493_o
Na drugim kilometrze ustawiłem się w grupce, która ewidentnie trzymała się baloniarzy, a właściwie jednego baloniarza. Wydało mi się to nieco dziwne, bo pejsi zazwyczaj lecą parami... W okolicach czwartego(?) kilometra baloniarz schodzi na bok, odczepia baloniki i wręcza je jakiemuś dziecku. To oznacza, że od teraz jestem zdany tylko na siebie. Następuje kontrola tempa, rozglądam się wśród współbiegaczy szukając charakterystycznych ubrań, po których będę oceniał swoja lokalizację w tłumie, bo wiadomo, że na pomiary GPS nie za bardzo można liczyć, a rozpiski kilometrowej nie miałem. Dwa kilometry później zauważyłem, że jeden z biegaczy ma napis na koszulce "pacemaker 1:29:59", wiec jednak było ich dwóch, ale tylko jeden miał balony. Jesteśmy uratowani !
Od tego czasu trzymam się go stosunkowo blisko, nie pozwalając uciec.
Bieg  sam w sobie to nic specjalnego. No biegnie się. Na początku ze sporym luzem, wiec i można pomachać, przybić piątkę i się porozglądać. Pierwsze oznaki wysiłku pojawiły się w połowie drogi. Zrobiło mi się ciepło, zrzucam więc rękawki a buff  znika z głowy i ląduje na nadgarstku. Lubie ten moment, kiedy chłodne powietrze omiata moja czuprynę :)
Na 15-tym kilometrze korzystam z izotonika, dwa łyczki i przepłukanie ust. Od teraz zaczyna się walka o utrzymanie tempa. Już nie jest tak łatwo i wesoło jak na początku. Krótkie komunikaty pomiędzy biegaczami. "Życiówka?" "Tak"; "Lecisz z nimi"? i ruch głowy na pejsa, "Tak"; "Cześć", "cześć, nie pogadamy" i takie tam.
W głowie myśli "jeszcze tylko 6km, to jakby z pracy do domu i jeszcze dwa kilometry". Rozkładam trasę na odcinki. Widać już z daleka stadion i dźwig, który stoi w pobliżu mety, jeszcze tylko pokonać ten most, ostatni podbieg, ostatnia próba. Przez słuchawki słyszę pejsa, który krzyczy do grupy, "pod górę utrzymujemy kadencję, nie tempo". Pamiętam o rekach, machać mocniej, wahadło, wyprostowany, klata do przodu, jak u Mariusza, który biegnie kilkadziesiąt metrów przede mną (swoja drogą zrozumieć nie mogę, dlaczego wyprzedził mnie dopiero teraz ?) , głęboko oddychać. Na moście patrzę na zegarek, tętno 77bpm :) chyba poluzował mi się pasek, poprawiłem, ale przestaje się tematem interesować, mam ochotę zatrzymać się, usiąść na krawężniku i odsapnąć.
Ostatnie 2 km, lekki zbieg do ul. Marynarki Polskiej, pejs przyspiesza, chyba nadrabiamy podbieg, po chwili za chorągiewką 20-tego kilometra kontroluje zegarek i odwraca się do grupy, coś krzyczy, nie wiem co, bo muzyka w uszach zagłusza, a może nie mam sił słuchać, nie chce się niczym rozpraszać. Linię startu minałem kilkanaście sekund sekund po pejsach, wiec biegnąc teraz z nimi - mam zapas, o ile lecą zgodnie z planem.

12046941_847454938707212_5500615460202209134_n

fot. Patrycja Sawicz (dziękuję)
"Czterysta metrów do mety" krzyczy. Zerkam na zegarek, szybka kalkulacja 400m = 2 minuty, na zegarku mam 1h i 27 minut, nie może się nie udać. Staram się na ostatnich metrach jeszcze nieco przyspieszyć, ale z mizernym skutkiem, Błażeja już nie dopadnę, swoją drogą zadowolony byłem że uciekł mi tylko tyle...
Przed samą halą, w której zlokalizowana była meta widzę swoich największych kibiców :)
Na mecie zatrzymuje zegarek, kłaniam się po medal i padam....
.. i trzaskam 10 pĄpek. (w tym momencie żałuję, że nie ubrałem się w stosowna koszulkę) :]
Wstaje bez problemów. Ból pleców minął zupełnie.

Kurde. Trzasnąłem nową życiówkę. Po roku czasu urwałem 8 minut. Ale to nie miało znaczenia.

Złamałem cholerne półtorej godziny. Godzina, dwadzieścia dziewięć, czternaście (1h:29m:14s).

Trochę statystyk :

Meta : 1:29:14.

Miejsce 191/3245 (Wynik lepszy niż 94.2% zawodników)

A tak rozkładały się 5-cio kilometrowe odcinki :

Stats

Na koniec chciałbym podzielić się informacjami jakie uzyskałem przy okazji kontuzji. Poradzono mi dwa pierwsze dni kontuzjowane miejsce chłodzić maściami (najczęściej z dodatkiem mentolu) a obolałe miejsca uciskać przez kilkanaście sekund, w celu rozbicia / rozluźnienia mięśnia. Po dwóch dniach można zacząć wygrzewać kontuzjowane miejsce. Po biegu wieczorem zafundowałem sobie ciepłą kąpiel i ból pleców minął zupełnie. Dziś rano trochę plecy znów bolały, ale głównie podczas głębokiego schylania i podczas wstawania z krzesła, po dłuższym posiedzeniu. Nie bolą podczas biegania :)

 

Na Bieg Przyjaźni, który odbywa się w ramach cyklu Kaszuby Biegają, a właściwie zamyka cały cykl aż do wiosny, zapisałem się w konkretnym celu. Za tydzień zrobię kolejne podejście do dystansu półmaratońskiego. Nie licząc połówek w ramach triathlonów, to będzie trzecie podejście do asfaltowego ścigania się na takim dystansie (21km). Zeszłoroczna próba zakończyła się niepowodzeniem, ale życiówka została ustanowiona. Obecnie jest to obłędne 97 minut.

Plan jest taki, aby przebiec 21km w czasie poniżej 90 minut, urwać z życiówki aż 7 minut. Wysoko postawiona poprzeczka, zważywszy na fakt, ze w tym sezonie biegałem objętościowo 3 razy mniej niż w zeszłym. Okazuje się jednak, ze ilość nie idzie w parze z jakością. Maraton na wiosnę mnie pokonał, ale na dystansie 10km udało się niedawno ustanowić nowe PB na poziomie 40min i 48 sekund, czyli całe 23 lepiej.

Bieg Przyjaźni pamięci 66 Kaszubskiego Pułku Piechoty jest biegiem na dystansie 15km, choć garmin policzył mi tylko 14,77. To jednak jest mniej istotne. Wyliczyłem sobie, że jeśli na półmaratonie wytrzymam na trasie tempo 4:15/km to złamię magiczną granicę 90 minut. Jeśli jednak zacznę zbyt mocnym tempem, to znów na końcówce będę umierał. W tym celu wybrałem się na Bieg Przyjaźni - zobaczyć czy dam radę i w jakim stanie będę po 15km w tempie 4:15.

12109153_733996603372950_7028194860903456457_n

Pierwsze 3 kilometry zostały poprowadzone drogą asfaltową przy umiarkowanych różnicach wysokości, na czwartym kilometrze podłoże zamienia się na płyty jumbo i właściwie od tego czasu profil trasy powoli pnie się w górę aż do 12 km. Nie jest to jednak jednostajne nachylenie terenu a liczne podbiegi i zbiegi. Na 7 mym kilometrze punkt z wodą, który mijam bez tankowania i trasa zakręca na polne drogi. Na tym etapie było już tak luźno, a trasa usiana była licznymi zakrętami,  że musiałem momentami polegać na oznakowaniu, bo nie widziałem nikogo przede mną. Szarpane tempo na podbiegach i zbiegach przywołało kryzys w okolicach 8-9km. Na tym etapie miałem najwolniejsze tempo (4:25) ale sumarycznie dzięki pierwszym kilometrom wciąż byłem w ustalonym limicie. Przed startem usłyszałem, że 3 ostatnie kilometry są szybkie i jeśli ma się siły to można na nich coś urwać. Ja już na 10-tym nie czułem zapasu sił. Leciałem na pograniczu własnych możliwości . Dziesiąty kilometr minąłem po 42minutach i 27 sekundach. Jak na takie warunki całkiem nieźle. Wybiegliśmy ponownie na asfalt, a trasa zaczęła jakby opadać. Punkt z wodą znów mijam, choć chwile wahałem się, czy nie skorzystać.

Ostatnie 4 kilometry to delikatny zbieg po asfalcie, na tym odcinku udało mi się złapać jeszcze dwie osoby, ale trzeciej już nie dogoniłem, była zbyt duża różnica między nami. Na mecie melduje się po 1h:02m:12s, co oznacza, że w trzymając takie tempo dałbym radę złamać 90min na półmaratonie.

12143211_733998180039459_6584774528235934879_n

Jechałem na ten bieg pełen obaw. Z jednej strony nie udało mi się przygotowywać do półmaratonu zgodnie z planem treningowym, który zakładał dużo więcej pracy niż włożyłem w treningi. Z drugiej strony obiektywnie patrząc zacząłem jakby mocniej biegać na trasie praca-dom. Wszystko się mogło wydarzyć, ale chciałem mieć świadomość przed startem w półmaratonie w Gdańsku gdzie właściwie się znajduję. Dzisiejszy bieg był taką nagrodą za ostanie kilka dni pracy, podniósł mnie na duchu i dał perspektywę na przyszłość, choć mogło być zupełnie inaczej.

Oczywiście wszystko to co opisałem w tym poście nie gwarantuje, że za tydzień się uda. (kciuki będą potrzebne!)

Dzisiejszy test pokazał także, że zbyt ciepło byłem ubrany. Jako pierwszy zaczął mi przeszkadzać buff na szyi, który zabrałem, aby zasłonić sobie twarz w razie zimna. Na połowie dystansu miałem ochotę zdjąć również czapkę i rękawiczki, ale zsunąłem tylko rękawki. Cała trasę leciałem na krótko (szorty, koszulka na ramiączkach) i bardzo się z tego wyboru cieszyłem, bo przy takiej intensywności jest naprawdę ciepło.

Na mecie oczywiście pĄpaski w liczbie równej ilości kilometrów na trasie. Fajna to jest tradycja, bo zmusza mnie do robienia pĄpek także w domu po treningach, żeby nie było wiochy na zawodach :)

Na koniec statystyki :

Dystans 15km (asfalt/drogi polne)

48 miejsce open, na 278 uczestników.

10 miejsce w kategorii M35-39 (fiju fiju), dwie dziewczyny przede mną.

Średnie tempo 4:09min/km, średnie tętno 172bpm (max 179)

Właściwie to sam nie jestem do końca przekonany czy ten post powinien powstać, bo właściwie nie ma o czym napisać, ale z drugiej strony udało się zrobić życiówkę na 10k, wiec chyba jest wystarczający powód.
W swojej biegowej karierze miałem okazję już trzy razy zaliczyć ten bieg. Za pierwszym razem meta biegu była na starówce w Gdańsku, a przebiegniecie dychy poniżej godziny było powodem do zadowolenia. Za drugim razem byłem tydzień po Biegu 7 Dolin, wiec o życiówce mogłem tylko pomarzyć. Pamiętam, ze było wtedy bardzo ciepło i obstawa medyczna miała pełne ręce roboty.
W tym roku trasa miała 10k a nie prawie 10 jak w poprzednim, kiedy to padło sporo życiówek. Na Westerplatte pojechałem, bo lubię te imprezę. Jest świetnie zorganizowana a poza tym to idealna okazja oby spotkać wielu znajomych i poplotkować. Trasa sama w sobie, nie jest ani zbyt urodziwa, ani specjalnie przyjazna biegaczom, bo momentami jest dość wąsko i ciasno, ale w tym roku zlikwidowano ostre nawroty. To na plus. Zadbano tez o okrycie dla finisherów, bo chłodno było, był też pyszny deser jogurtowy na mecie. Mniam.
Medal pamiątkowy jest elementem większej układanki, w skład której wchodzą medale z Półmaratonu i Maratonu Gdańskiego. W planach mam zdobyć wszystkie elementy.
A sam bieg, jak wiele innych ustawiłem się w środku stawki w strefie 40-45min. I potem juz jakoś poszło. Pierwszy kilometr spore przetasowania i 4:25 min/km. Później było już nieco lepiej. Pierwsze 5km pokonałem w czasie 20:07 min. Biegło mi się komfortowo, wiec postanowiłem, ze do 7km będę trzymał gardę, a potem zobaczę, czy dusić, czy odpuścić. Na 7km w/g wskazań garmina, leciałem na życiówkę, wiec decyzja mogła być tylko jedna. Zrobić to. Utrzymać tempo do końca. Ostatni kilometr poleciałem nawet poniżej 4 min/km, ale to tylko zasługa trójmiejskich biegowych mocarzy, którzy lecieli przede mną a ja miałem ich w zasięgu wzroku i bardzo chciałem ich dopaść jeszcze przed metą, co oczywiście się nie udało.

53 Bieg Westerplatte

Metę przekraczam na 204 pozycji z czasem 40m:48s , co oznacza że poprawiłem niechcący życiówkę o 23 sekundy.
Powstaje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy życiówka to wynik koszulki Smashing PĄpkins, w której debiutowałem czy może faktu zrobienia rozgrzewki przed biegiem ?

Gdańsk ma już swój maraton z wieloletnią tradycją. Właściwie to nie jest to gdański maraton, a maraton trójmiejski, gdyż jego trasa zaczyna sie w Gdyni a kończy w Gdańsku. Maraton ten ze względów różnych cieszy się średnimi opiniami, dla mnie największym minusem jest termin 15 sierpnia -  sam środek lata. To chyba jeden z najtrudniejszych maratonów jeśli chodzi o warunki pogodowe, dlatego dziwi fakt, że po ponad 20-tu latach organizacji na tym maratonie brakuje wody na punktach dla biegaczy.

Ktoś jednak dostrzegł problem i brak prawdziwego Gdańskiego maratonu i po dobrze ocenianym półmaratonie postanowił zorganizować imprezę na królewskim dystansie. Dla mnie bomba, jak tylko się dowiedziałem, ze ta impreza się odbędzie wiedziałem, że wezmę w niej udział.

Gdy wystartowałem z domu na tramwaj było chłodno, a nawet zimno, porywisty wiatr potęgował to uczucie. W sumie dobrze, nie lubię jak jest  zbyt ciepło. Plan był jak ostatnio zaatakować 3h:30min. Tym razem zachowawczo, do 35 km lecieć z pacemakerami (biegacze biegnący na konkretny wynik) a potem się zobaczy.

Przed startem pogaduchy i zdjęcia ze znajomymi, życzenia powodzenia i takie tam przedstartowe krzątanko. Punktualnie o 9:00 prawie 2,5 tyś biegaczy wyruszyło w trasę historycznego pierwszego Maratonu Gdańskiego, którego sponsorem tytularnym było PZU. Start i meta zlokalizowane w budynku Amber Expo to strzał w dziesiątkę. W środku nie brakuje atrakcji głównie dla dzieci, stoisk wystawców, relacja na żywo z trasy dla kibiców. Po prostu ochy i achy. Super.

Trasa zaplanowana również z atrakcjami, przebieganie przez Europejskie Centrum Solidarności, tereny Stoczni Gdańskiej, starówkę gdańską, nad morzem, stadion PGE . Nie można się nudzić, nawet jeśli jest się z Gdańska, a przyjezdni byli z pewnością zachwyceni, że podczas biegu pozwiedzali. Na trasie była cała masa zorganizowanych punktów kibica, byli DJ-e zagrzewający do walki a dobra pogoda przyciągnęła masę kibiców na ulice Gdańska.

_DSC3110
fot. Rafał Obłuski

Na początku trasy wszystko szło gładko i zgodnie z planem, jedyna rzecz, która mi osobiście przeszkadzała to tłok. Biegaczy podążających na 3:30 było naprawdę sporo i bieganie jednym pasem wydzielonym z ulicy było momentami niebezpieczne. Najbardziej ze względu na plastikowe ograniczniki rozdzielające pas przeznaczony dla biegaczy od pasa ruchu samochodowego. W tym tłoku ciągle ktoś na nie wpadał. Wiem, że zorganizowanie biegu przez miasto to nie jest taka prosta sprawa, ale boje się myśleć co było za nami, gdzie biegaczy było jeszcze więcej. Daje jednak mega plus dla organizatorów za butelkowana wodę na trasie. Lubie mieć wodę pod ręką i popijać kiedy mi się chce, a nie kiedy akurat jest, szczególnie ze przy pierwszych punktach żywieniowo nawodnieniowych panował chaos i ludzie zadeptywali się ( z powodu zbyt malej szerokości pasa przeznaczonego do biegu). Pierwszy żel wciągnąłem gdzie ok 15km trzymając się blisko baloników na 3:30. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, bez spinania się, do tego stopnia było dobrze, że przestawałem się koncentrować na biegu. Leciałem jak na autopilocie.

Na 19-tym kilometrze odbiliśmy z Al. Niepodległości w kierunku Ergo Areny i tam nareszcie zrobiło się luźniej. Zaczęły się tez niewielkie zbiegi i podbiegi. Na zbiegu rozpuściłem nogi, ale kiedy przeszedłem do podbiegu poczułem mięsień pośladkowy. Od razu mnie zmroziło, bo wiem co to oznacza - za kilka km pojawi się ból w okolicach kolana, który początkowo będzie dokuczał, a następnie uniemożliwi bieganie. Znamy się z ITBS-em bardzo dobrze. Na 22km zacząłem powoli czuć ból w kolanie, właściwie dla mnie było już po maratonie, wiedziałem o tym. Można się ratować rozciąganiem na trasie, ale jak zatrzymam się raz, to potem będę musiał robić to coraz częściej. 25 kilometr przyniósł kolejna atrakcję, ból w drugim kolanie, teraz z każdym krokiem rwało mnie po obu stronach. Tylko się nie zatrzymywać. Od 26-tego km pejsi zaczęli mi delikatnie uciekać. Nie zależało mi już na wyniku, bo tutaj sprawa była jasna - nie uda się. Powstaje pytanie co robić dalej. Biec, czy zejść? Klnąc pod nosem na sytuację postanowiłem, że decyzję podejmę w momencie gdzie po raz pierwszy zostanę zmuszony, aby się zatrzymać i zrobić naciągnięcie pasma.

32km, musiałem się zatrzymać i chwile ponaciągać. Zrobiłem to szybko, bo z każdą sekundą odpoczynku bardziej boli moment startu do dalszego biegu. Kolejny przystanek nieco ponad kilometr dalej. To samo. Do mety 10km. W tym stanie lekko godzina męki. To koniec. Przechodzę do marszu, co chwilę ktoś namawia, abym się nie poddawał i leciał dalej, a ja chciałbym, ale nie mogę. Ból kolan jest nie do zniesienia. Zaciskam zęby i truchtam kilkaset metrów, kilkanaście idę, znów trucht, słychać już spikera z mety, a nawet samą metę już widać. Wystarczy zejść z trasy i iść w tamtą stronę. Michał, który na rowerze podążał ze mną od jakiegoś czasu motywuje do walki, krzyczę do niego, ze zamierzam się poddać, ze to bez sensu. Mijający mnie biegacz mówi, że to tylko 8km, dojdę!

Tylko,że maraton się biega, a nie chodzi. Chodzony się nie liczy. Chyba powiedziałem to na głos, bo biegacz odkrzyknął - w takim razie dawaj !

_DSC4497
fot. Rafał Obłuski

I dałem, znów kilkaset metrów, kolejni kibice nie pozwalają mi odpocząć :) . Oddalam się od mety zmierzając ku ostatniemu nawrotowi w Nowym Porcie. Po nim nie ma już prostszej drogi na metę. Tak mi się wydawało, bo przecież została jeszcze PGE Arena do obiegnięcia. Od jakiegoś czasu wspólnie z innym kontuzjowanym biegaczem wzajemnie motywujemy się do truchtu. Cierpi jak ja.

Na metę wbiegam na 605 pozycji, tracąc na ostatnich 12 km około 20 minut. Jestem wrakiem, ledwo zginam nogi. Jestem szczęśliwy, ze to już koniec. Koniec męki. Siadam na jakimś krześle. Kontuzja mnie pokonała tym razem. Medal na szyi nie cieszy, bo po raz pierwszy zmuszony byłem iść na maratonie. Chodzony się nie liczy.

Chciałbym bardzo podziękować kibicom, ekipie z Akademii Biegania, z Aktywuj się w triathlonie, pozostałym biegaczom (Mariusz z ekipą na "specjalnym"  punktem żywieniowym wygrywają dzisiejsze internety), wszystkim głośnokrzyczącym, walącym w gary i bębny i cokolwiek - bez Was byłoby o wiele trudniej !

Specjal

Teraz czas na poprawę. Rolowanie, rozciąganie, wzmacnianie.

PS. Tę relację pisałem na gorąco, póki trzymały mnie emocje, ból nóg uniemożliwiał przemieszczanie po mieszkaniu. Już mi przeszło - kiedy znowu ? :)

http://app.endomondo.com/workouts/524224637/4936511

Wczoraj pobiegłem w drugim (z czterech) biegu w ramach Grand Prix Gdyni - w Biegu Europejskim. Start od początku traktowałem jako trening, bo tydzień temu pobiegłem półmaraton a w kolejny weekend biegnę maraton. Tak więc plan był polecieć mocno, ale nie przeskakiwać 175 bpm, szacunkowy czas 42-43 minuty (na 10 km). Zacząłem spokojnie, choć na 3km trochę mnie poniosło. Podbieg na Świętojańskiej poszedł gładko, a na zbiegu luźno rozpuszczone nogi (dawno nie zbiegałem, po maratonie wracam do lasu budować siłę). Linię mety przekroczyłem po 42m:19s (na 486 miejscu, 200 w kategorii M30), czyli kilkanaście sekund później niż na żyłowanym biegu w lutym. Albo strategia się opłaciła, albo mocy biomed bardziej korzystny :)

gpxgdynia

Teraz spokojne treningi, a od środy kompletny odpoczynek przed niedzielnym maratonem gdzie będę (znów) atakował 3h:30m

 

Po jesiennym gdańskim półmaratonie przyszedł czas na pobieganie w Sopocie. Patronem tytularnym zostało PKO, które jest tak że patronem GPX Gdyni oraz marka ALE, wiec zapowiadała się fajnie zorganizowana impreza. Dla mnie przede wszystkim to sprawdzian formy, czy przepracowanie zimy poszło w las, czy może są postępy, szczególnie, że biegam o wiele mniej niż w zeszłym sezonie. Miałem tez swoje oczekiwania co do wyniku.

Pogoda słoneczna i temperatura dobra do biegania, ale wietrzycho straszne na otwartych przestrzeniach.

_DSC5784-110

Generalnie to nie był udany bieg. Założenia miałem chyba zbyt wygórowane, za mocno zacząłem i pewnie dlatego od 17km przeżywałem straszną mękę, w której nie pomagał przeciwny wiatr. Przeciwności losu było więcej, między 4 a 7 km biegłem z kolką, ale jakoś przetrzymałem, potem dorobiłem się odcisków na stopach, to dla mnie nowość w bieganiu.

Życiówka niby padła, ale radości nie ma, bo wiem, że spartoliłem sprawę złym rozłożeniem sił. (1h:35m:31, 123 m-sce)

Jeśli chodzi o samą trasę i organizację to bieg bardzo mi się podobał. Trasa płaska, szybka, mało ostrych zakrętów, dobrze zabezpieczona i oznakowana. Sporo kibiców na trasie, bardzo dużo znajomych (dzięki !!) ale internety i tak wygrywa Zw Olo, który dopingował z misiem na patyku :) (jak znajdę foto to wrzucę).

Kochani organizatorzy - wyjechanie samochodem spod Ergo Areny zajęło niemal tyle czasu co bieg. Po tym względem słabiutko. Słabo też wypadła organizacja strefy dla kibiców oczekujących na mecie, szczególnie tych najmłodszych. Tutaj minus.

Linie mety mijam tak :

_DSC6334-538

Na koniec kilka słów o ALE. W pakiecie był żel, tym razem trafił mi się zielony (jabłkowy). Po raz kolejny muszę pochwalić tę markę. Żel wszedł bez popijania, nie zostawił zaklejonej gęby. Jeśli chodzi o iso rozdawane na trasie, to już nie jest tak dobrze, albo trafiłem na mega mocny albo miałem zbyt podrażnione gardło. Nie skreślam, bo zbyt mało wypiłem aby wydać opinie. Na mecie profilaktycznie wybrałem wodę.

3

Kiedy w mediach pojawiła się informacja, że będzie organizowany półmaraton w Gdańsku - ucieszyłem się. Brakowało w Gdańsku imprezy masowej z prawdziwego zdarzenia. Był od 20 lat organizowany Maraton Solidarności, ale miałem wrażenie, że duch tego maratonu zatrzymał się dwadzieścia lat temu. Zresztą strona internetowa jest reliktem lat 90-tych.

Zatem pojawił się nowy gracz na trójmiejskim rynku i od razu postanowił wejść w niszę biegową. Półmaraton. Tego jeszcze nie grali. Z czasem okazało się, że patronem będzie AmberExpo więc będzie "na bogato" i z rozmachem. I było. Ale cena za pakiet od razu wykreśliła tę imprezę z mojego kalendarza. W pierwszym terminie płatności wpisowe kosztowało 70 PLN. W tym samym terminie w Tczewie odbywał się kameralny półmaraton za sporo mniejsze pieniądze.

AEHM1

Na kilka tygodni przed półmaratonem okazało się, że mogę wziąć udział w biegu za darmo, bo koszty wpisowego pokrywała moja firma. Więc się zapisałem. Bez planów, bez celów, dla samego pobiegania bo to idealna okazja aby spotkać wielu znajomych.

Tak też było. Wiele znajomych twarzy stojących przed linia startu. Wszędzie ci sami wariaci - na ulicach, w górach i w lasach, ciągle oni :)

Przyjechałem na bieg po ciężkim sezonie. Półmaraton miał być ostatnim startem w tym roku. Nogi zryrane po H48 jeszcze nie doszły do siebie. Głowa mówi pobiegnij spokojnie, z drugiej strony ostatnio oficjalny półmaraton biegłem dokładnie rok temu (1h:53m) więc to idealna okazja, aby zrobić porównanie. Przed startem byłem zdecydowany, że polecę na złamanie 1h:40 min. A co wyjdzie zobaczymy.

Trasa sama w sobie fajna, miała kilka małych podbiegów, ale nie wpływało to jakoś na moje samopoczucie. Pejsi narzekali na niedokładne oznakowanie kilometrów na trasie. Szczerze mówiąc do 20km nie widziałem żadnego oznakowania i nawet mi przez głowę przeszło, ze mogłoby takie być. Punkty żywieniowe co 5 km były dla mnie wyznacznikiem położenia na trasie. Poza tym oznakowanie trasy na medal, choć momentami było wąsko (trasa przebiegała częścią jezdni).

sawicz

fot. Patrycja Sawicz, dziękuję !

2298    Miś Waldemar    BPH Runners Team    M35    55    260    00:24:38 (520)    00:47:40 (363)    01:10:08 (316)    01:30:46 (282)    01:36:03 (259)    01:37:01

Na metę wpadłem z czasem brutto 1h:37m :01s. (dziś pojawiły się wyniki netto : 01:36:03)

No właśnie, to jeden z największych minusów organizacyjnych tej imprezy. Po co strefy startowe, skoro klasyfikacja i nagradzanie po czasach brutto ?

No nic to, nie ma co narzekać, zrobiłem nową życiówkę, za darmochę. Dostałem w pakiecie koszulkę techniczną i bardzo ładny medal. Jeden z najładniejszych w mojej kolekcji.

Czy jestem zadowolony? Tak, raczej tak, choć mam świadomość, że można by coś urwać z wyniku, ale kosztem ostrej wyrypy, a na taką nie bylem przygotowany.

Organizator zapowiedział, że 17 maja 2015r odbędzie się Maraton Gdański - super wiadomość. Tę imprezę trzeba zapisać w kalendarzu, może nawet kosztem Orlenu.

I dobrze się w na przyszły sezon przygotować.

Jakościowo.

A teraz czas na odpoczynek. Sezon biegowy uważam za zamknięty.

Na XX Maraton Solidarności zapisałem się właściwie jakby przypadkowo. Plan treningowy zakładał na ten weekend dłuższe wybieganie lub udział treningowo w maratonie. Wiec dlaczego nie pobiegłem do lasu tylko na asfalt ? Ano częściowo dlatego, że chciałem porównać gdański mało znany maraton z potężną imprezą jakim był Orlen w Warszawie. Po drugie, w końcu to bieg na naszym podwórku. Im bliżej było do startu, tym częściej myślałem o przeprowadzeniu kolejnej próby na czas 3:30. Z drugiej jednak strony rozsądek nakazywał zachowanie zimnej krwi i oszczędzania sił na B7D, który odbędzie się za trzy tygodnie (100km).

DSC_4900x

Pogoda z rana wręcz wymarzona do biegania, chłodno, pochmurno.  Wielobarwny tłum, który z kolejki SKM kierował się na linię startu powodował uśmiech na mojej twarzy. Biegacze są inni. Przypadkowi przechodnie ze zdziwieniem się na nas patrzyli, zresztą już w SKM wiadomo było, że coś się na mieście kroi. Właściwie to nie wiem, dlaczego ten Maraton jest tak mało rozreklamowany w Trójmieście i poza nim, choć na liście startowej pojawili się przedstawiciele wielu krajów.

trasa_new_min

W tym roku maraton został poprowadzony nową trasą. Start ze Wzgórza, zbieg na Skwer, nawrót, potem już prosto do Gdańska. Za Zieleniakiem w lewo, na Marynarki Polskiej, potem w Żaglową obok stadionu, na nową Uczniowską, nawrót, powrót na Marynarki, ale tym razem do Nowego Portu, nawrót, a potem już prosta droga na Starówkę na metę przy Neptunie.

Pierwsza część poszła bardzo dobrze, nawet uciekłem zającom na 3:30, żeby mieć zapas na trudniejsze chwile. Na 13-tym km wyszło słońce i od razu zaczęło konkretnie przypiekać. Biegacze uciekali w cień kiedy tylko się dało.  Na trasie skrzydeł dodawali kibice a także lotna ekipa Akademii Biegania, którzy właściwie byli wszędzie :]

14935500112_9bd5950b7d_b

Na 24 km był nawrót przy Zieleniaku i wiedziałem, ze zabawa dopiero teraz się zaczyna. Nie dość , że zmęczenie już spore, żar z nieba coraz gorszy a przed nami liczne podbiegi.

Co mnie zaskoczyło, czołówkę maratonu minąłem na 27km. Byłem już 2h i 7min na trasie a oni mieli do mety dobre 4km. Wiedziałem, że coś się święci...
Na tym etapie trasy biegacze lecieli w obu kierunkach, zazdrościłem tym, którzy już wracali.  Podbiegi przy Stadionie to był już jakiś koszmar, ale wizja 30-tego km trasy jakoś mi pomagała. Potem tylko 5 i kolejne 5 i będę przy Trzech Krzyżach, a tam była tabliczka 40km ;)  Byle trzymać fason do 35km, potem już pójdzie.

14749217007_3855a41980_b

Niestety nie poszło, na 50m przed 30km wyprzedzili mnie zające na 3:30. Próbowałem się pod nich podpiąć, ale po kilometrze walki zrezygnowałem. Trudno. Nie tym razem. Problem w tym, że ten zryw naprawdę wiele mnie kosztował zarówno fizycznie jak i psychicznie. Jednakże, pocieszające było to, że chłopaki, którzy planowali lecieć tak jak ja na 3:30 też zostali w tyle. Sorry chłopaki, ale to na prawdę mnie cieszyło :)

Trasa od Stadionu do Nowego Portu była rozczarowaniem numer dwa. Z daleka widziałem nowo wybudowane rondo i myślałem, że na nim będziemy zawracać. Nic z tego. Na tym etapie (35km) moje tempo spadło poniżej 6min/km. Dramat. Sam nie mogłem w to uwierzyć. Banan, woda, izo. Kolejnego żelu nie dałbym rady. Zrywam się do walki, już bardzo dokuczała mi kostka, co nie pomagało nijak w mobilizacji resztek sił. Ale zacząłem urywać sekundy z każdym kilometrem. Byle do 40-tego km. Po drodze jeszcze jeden podbieg. Taaa, jasne. Nie jeden, a dwa. Ten drugi to już walka była, żeby nie maszerować jak wszyscy przede mną. Jakoś człapię, ale głowa myśli o czymś zupełnie innym, gonie kogoś w oddali, kto ucieka mi z pola widzenia, uczepiam się innego, byle do przodu. Marta, która mnie wyprzedziła na 39-tym km próbowała mnie ciągnąć, ale nawet nie próbowałem.

Po minięciu tabliczki "40km" zluzowałem, nie ma sensu walczyć o sekundy, trzeba przeć spokojnie przed siebie. Po bruku. Bez kitu ten bruk od razu zaczął wywoływać skurcze w stopach, a raczej tym co z nich zostało, bo te już od kilkunastu kilometrów domagały się kąpieli w zimnej wodzie. Ostatnie metry wśród jarmarcznych straganów, zapachy jedzenia dookoła, kibice, ktoś próbuje mnie przed samą meta wyprzedzić, ale nie daje się.

14912656766_157bffa43d_b

Na metę wpadam po 3h:39m:07s na 163 miejscu. Szczęśliwy, że to już koniec.

Czas na małe podsumowanie.

Trasa była bardzo wymagająca. Gdyby przebiegała w odwrotnym kierunku, byłoby lepiej, ale pewnie Świętojańska by wykańczała :) Sierpień to nie jest dobra pora na bieganie maratonów (mój drugi w tym miesiącu) i wykręcania życiówek. Organizacyjnie było całkiem spoko, ale trochę szukałem (i nie tylko ja) biura zawodów w Gdyni, w pobliżu teatru na koniec czekałem z 15 minut na odnalezienie mojego depozytu, bo zamiast 510 ktoś go opisał 504, a wystarczyłoby  do pakietu dołączać naklejkę z  numerem. Ilość toitoi na starcie też nieadekwatna do ilości nawodnionych biegaczy, ale na szczęście nie musiałem korzystać.

I na sam koniec podziękowania dla kibiców, dla kibiców i dla kibiców. Tych których znam i tych przypadkowych. Dziękuje i przepraszam, że na koniec niemrawo odburkiwałem lub tylko robiłem jakiś wymach ręką :) Tylko na tyle było mnie stać w tamtej chwili.  Podziękowania dla Akademii Biegania, z którą nie jestem może jakoś bardzo związany, ale poznałem kilka osób z tej pozytywnej ekipy przy okazji  biegów. Byliście mega i daliście dziś czadu ! Agacie dziękuję za zdjęcia :)

Specjalne podziękowania także w kierunku strażaków, którzy polewali biegaczy wodą. To było cudowne !