Przeskocz do treści

Wydawało się, że w tym sezonie nic już ciekawego się nie wydarzy w temacie triathlonu. A tu bam !! W środę wieczorem do internetu trafia wiadomość, że Jacek jest kontuzjowany i w Przechlewie na dystansie 122km nie wystartuje, w związku z tym szuka chętnego na pakiet. Nie było się nad czym zastanawiać.

Wstałem o 4:00 po 6 godzinach snu i kolejne dwie jechałem samochodem. Przechlewo przywitało mnie ziąbem, ale prognozy były obiecujące (słonecznie, 17st C).

W biurze, szybkie formalności związane z przepisaniem (bezproblemowym, wiec jednak da się !) pakietu na mnie. Podczas przygotowań w strefie zmian śniadanko - buły z nutellą, banany i kabanosy :)

Po odprawie udaje się na miejsce startu i oddaje depozyt. Stojąc boso czułem jaka zimna jest ziemia, na samą myśl, że mam wejść do wody miałem ochotę wracać do domu. A tu nagle niespodzianka. Woda była ciepła i przyjemna. Dawno nie pływałem w jeziorze. A w takim czystym to chyba nigdy :)

10655364_927324380668738_5884241932005298625_o

Blisko 200 śmiałków na linii startu, wiec umiarkowanie mało, ale asekuracyjnie ustawiam się gdzieś na boczku i płynąc robię swoje. Z wody wychodzę po 38 minutach (4 minuty szybciej niż w Gdyni), i lecę w kierunku strefy zmian. Oczywiście lecę to gruba przesada, bo jest ostro pod górę. Po niecałych 5-ciu minutach od wyjścia z wody wsiadam na rower. Jest chłodno. Po zawodach w  Gdyni wiem, że rower muszę zrobić spokojniej, bo znów będę umierał na bieganiu. W planie jest wykręcić średnią 32km/h. Organizatorzy zaplanowali trasę (90km) w czterech pętlach. Pierwsza poszła gładko, bo jechałem w nieznane. Na trasie trochę dokuczał wiatr, ale nie było dramatu. Trasa w porównaniu z Gdynią bardziej pofałdowana, Jacek ostrzegał, że tam jest sporo górek. Ale skoro jest pod górkę, a w drugą stronę jest z górki, prawda ? :D

Na drugiej pętli zrobiło się już całkiem szaro i ponuro. Cieszyłem się, że mam na sobie rękawki. Na trzeciej pętli zaczął padać deszcz, a wiatr był tak silny, że łatwiej jechało się pod górki z  wiatrem, niż z górki pod wiatr. Dłonie miałem zmarznięte do tego stopnia, że nie mogłem sobie poradzić z otwarciem butelki z izo i odklejeniem żela od ramy. Pojawiły się pierwsze złe duchy, szepcące po co Ci to, nie lepiej w domu na kanapie... w cieple. Ostatnia, czwarta pętla do już było na zasadzie oby do nawrotu, oby do mostku. Nawet kibice na trasie się pochowali. Nie dziwie się, w taka pogodę sam bym tak zrobił.

11947550_967358783323160_5850818965486583070_n

Z roweru schodzę po 2h i 52 minutach. Nie odważyłem się zsiąść z roweru "w biegu". Moje kolana były zamarznięte, a nogi drewniane jak u Pinokia. Po kilku krokach odzyskałem w nich czucie. Drugą zmianę załatwiam poniżej minuty i wyruszam na trasę biegową, która zaczyna się zbiegiem, a zamienia sie w delikatny podbieg. Na górze było ciężko, ale jakoś poszło. Potem długa prosta przez Szczytno i ostry zbieg na mostek nad Brdą i jakiś koszmarny podbieg na górkę. Daję radę, ale dyszę już jak parowóz. Asfalt zamienia się w drogę szutrową i robi się sielski klimat. Biegacze pędzą w dwie strony gdzieś pomiędzy polami...

Druga pętla zaczyna się od psychicznej walki na podbiegu. Błażej dopada mnie i chce ciągnąć, ale czuję że będzie coraz gorzej. Na płaskim odcinku przez Szczytno nieco się ogarniam, ale czuje, że to kompletna rezerwa. Tempo spada do 6min/km. Na najbliższym punkcie żywieniowym postanawiam się zatrzymać i ratować. Dużo wody, troszkę izo i banany, bo w brzuchu burczy od jakiegoś czasu. Pod język GT Enervita .

Nie wiem co do końca na mnie podziałało, ale odżyłem. Zbieg, podbieg, prosta, zakręt, prosta zbieg do Przechlewa, na zakręcie kibicują PĄkibice (dziękuję !!!) prosta do mety...

11924332_1668880986676085_5856592191687561864_o

Mimo trudniejszej trasy pokonałem dystans ponad 122km (1/2 IM) w czasie prawie 10minut lepszym niż w Gdyni. Zapewne byłoby lepiej, gdyby nie było takiego wiatru. Cóż, pozostaje to zweryfikować za rok :)

Podsumowanie na koniec :

Plus dla organizatorów za bezproblemowe zmiany na listach startowych (to nie tylko moja opinia). Organizacja punktów żywieniowych, depozytów, biura zawodów na najwyższym poziomie. Wolontariusze zagrzewający do walki i uśmiechnięci (dzięki!). Trasa bardzo malownicza i urozmaicona także przypadła mi do gustu mimo, ze wymagająca. Na mecie dostępne natryski, pyszne ciasto, lody, owoce, soki, browary hamburgery, hotdogi, o matko ile tego było. A wszystko takie pyszne...

Wracam za rok.

 

Statystyka :

84 miejsce na 197 (4 DNF)
41 msc w kategorii M35-39
Pływanie 1900m - 00:38:09 (95msc)
T1 - 00:04:51
Rower (90km) - 02:52:34 (91msc), średnia 31,1km/h
T2 - 00:00:56
Bieg (21km) - 01:50:59 (75msc) tempo 5:11min/km
Finish : 05:27:30 jako 79 facet.
5 kobiet mnie wyprzedziło :)

Zawsze najtrudniej zacząć. Tym razem podobnie. Zabieram się do pisania tej relacji i jakoś nie mogę pozbierać myśli i za bardzo nie wiem, co chciałbym napisać. Ten mętlik w głowie to przyczyna emocji jakie związane były z tym startem. To był dla mnie najważniejszy start w tym roku, a właściwie z założenia najtrudniejszy.

Kiedy pojawiła się możliwość zapisania się na zawody, po moich plecach przebiegł miły dreszczyk, taki sam gdy słyszycie ulubione solo w najlepszym kawałku lub czujecie pierwszy kęs ulubionego deseru. To by było coś ! Legendarny Ironman. Po raz pierwszy w Polsce, po raz pierwszy w życiu, na miejscu, lokalnie.

Taka okazja nie mogła mnie ominąć. I nie ominęła.

W niedzielny poranek przy zachmurzonym niebie stałem po pas w wodzie z zielonym czepkiem na głowie i oglądałem nisko przelatujący samolot z logiem imprezy na ogonie - ogromny pasażerski samolot lecący nisko nad wodą i machający skrzydłami do nas, zawodników - obraz nieco surrealistyczny. Na plaży było nas mniej więcej 2000, nie licząc kibiców. Dziwny widok jak na 7:50 w niedzielny poranek.

Start mojej grupy M35-39 (podobno najliczniejszej) zaczynał się o 8:30. Pluskałem się obok strefy czekając na swoją kolej. W głowie jeden wielki pętelek. Z jednej strony przedstartowe podenerwowanie, z drugiej strony rozsądek podpowiadał spokój i opanowanie. Dystans znany mi z treningów. Umiem przepłynąć 2km, umiem przejechać mocno 90km na rowerze, biegać półmaraton też umiem. Nie wiem tylko, czy umiem zrobić to wszystko razem na jednych zawodach. Jak rozłożyć siły, walczyć, czy robić swoje spokojnie ? W końcu to zawody, strefa komfortu powinna zostać w depozycie.

maratomania

fot. maratomania.pl

Przede mną woda płaska jak stół. Niewiarygodnie wręcz. Nie pływałem w takim morzu wcześniej. Jest okazja, aby popływać trochę kraulem, co pozwoli urwać kilka sekund, a może nawet minutkę albo dwie. Tylko ten statek tak daleko... Grupa w niebieskich czepkach jest już w 1/3 drogi. Odliczanie i wystrzał. Nie ma odwrotu, trzeba brać byka za rogi. Usuwam się na skraj, nie spiesząc się, bo czas i tak jest netto. W wodzie płynę najlepiej jak potrafię. Założenie jest wyjść po 45 minutach. Gdy wypełniałem formularz zgłoszeniowy do zawodów, bałem się o to, czy zmieszczę się w godzinnym limicie. Teraz byłem o to spokojny. W pobliżu czerwonej nawrotowej bojki ocknąłem się ze swoich rozmyślań. Dziwne, ale pływając zawsze się zamyślam i błądzę po zakamarkach swojej łepetyny. Pewnie dlatego nigdy na basenie nie umiałem dokładnie powiedzieć , która to długość basenu. Coś mi się nie zgadzało. Między czerwonymi bojami nawrotowymi miał stać statek, który mieliśmy opływać. Statek jest, bo na niego nawiguję, ale sporo dalej niż wspomniane bojki. Zawodnicy opływają boje , pozostawiając statek, który podobno zerwał się z kotwicy (?). Dołożyłem w ten sposób kilkadziesiąt metrów, ale przecież to nie ma żadnego znaczenia. Mijam drugą boję i wracam ku plaży. Kurde, nigdy nie byłem wpław tak daleko od brzegu. Wyjście na plażę był już na kopie adrenalinowym. Po pierwsze wylazłem z wody, która była moja zmorą treningową, ale już nie jest. To najprzyjemniejsza część triathlonu, ale będę na tym pracował, aby tak nie było. Po drugie wyszedłem 3 minuty wcześniej niż zakładałem. Po trzecie lecąc do strefy zmian oddalonej o 800 darli się do mnie ludzie, znajomi i nieznajomi. Bili brawo, poganiali, dopingowali. Morda moja przestawiła się w tryb "bananowy".

Strefa zmian możliwie szybko. Trochę motałem się z rękawkami, bo nie chciały wejść na mokre ręce, poza tym okazały się zupełnie zbędne, ale zapowiadali na cały dzień opady deszczu. Ulice mokre, trzeba uważać na zakrętach, żeby nie zrobić przecierki. Trasa rowerowa szybka i płaska, jakośc asfaltu wiadomo, ale nie ma dramatu. Już na początku swojej trasy rowerowej  miałem mijankę z czołówką, która na swoich kosmicznych rowerach kończyła pierwszą pętlę. Robili wrażenie !

Wziąłem sobie do serca rady Gosi, która powtarzała - rower to czas na jedzenie i picie. Początkowo piłem trochę na siłę. Nie byłem jakoś specjalnie spragniony, ale na koniec pierwszej pętli, czułem że idę grubo. A kto idzie grubo... tego będzie bolało. Ogólnie rower to właściwie było jednolite mocne napieranie. Nic specjalnego się nie wydarzyło - upaćkałem się klejącym żelem, przegapiłem nieco strefę zrzutu w centrum Gdyni zjadłem batona i jeszcze jednego żela, cały czas mocno kręcąc. Były małe pogawędki podczas wyprzedzania i tyle. W połowie drugiej pętli zaczął kapać mi pot spod kasku. Tego jeszcze nie grali. Albo zaczynałem się tak mocno grzać, albo zaczęło grzać. Właśnie, od jakiegoś czasu ładnie już smaliło słońce, ale wiatr zmniejszał uczucie gorąca. Do tego wszystkiego zaczął mnie nieco boleć tyłek. Sam jestem sobie winny, przestawiłem niedawno trochę siodło, nastawiony na jazdę w dolnych chwycie, ale dzisiaj zdecydowanie lepiej kręciło mi się w górnym. Do tego od czasu do czasu drętwiały mi nadgarstki. Zmiana ustawień przed takim dystansem, to nie był dobry pomysł.

W okolicach 60-tego kilometra przyszedł kryzys - że po co, a czemu, a może lepiej na spokojnie, dla zabawy.... Zostawiłem go gdzieś w Rumii, niech sie inni z nim męczą. Potem był wjazd, a raczej wlot do Gdyni. Pełna dzida, tłumy kibiców, wrzaski, krzyki, brawa, rondle, trąbki, gwizdki. Kompletny odlot. Tylko obsługa krzyczała "Wolniej, wolniej!".

11146323_443894122478996_3677514812357347953_oxxx

fot. Arek Kulewicz / poruszeni.pl

Zeskok z roweru, ale bardzo asekuracyjna prędkość, moje nogi na pewno działają jak nogi Pinokia. Nie myliłem się. Pierwsze kilka kroków musiało groteskowo wyglądać. Truchcikiem za innymi lece do swojego wieszaka - rower na hak, kask w dół, numer na przód. Buff w rękę i wypad. A dobra, łyknę jeszcze izo.

Bieganie, ostatnia dyscyplina. Teraz to już nic mnie nie zatrzyma. Ulubiona dyscyplina (czy aby na pewno?) w dzisiejszych zawodach. tempo asekuracyjne, zacząć powoli. Mariusz mija mnie tanecznym krokiem, pytając w locie "Jest moc?". Bo ja wiem ? Szczerze wątpię. Zaczynam spokojnie, ale zegarek i tak pokazuje 4:40. Takim tempem zrobię życiówkę na tym dystansie. Wokół kibice, tłumy szaleją. Jak tu nie biec, jak tu się nie uśmiechać, problem w tym, że mnie wcale do śmiechu nie jest. Od razu na pierwszym punkcie leje na siebie wodę, piję i przebiegam przez kurtynę wodną. Ale cudnie !! Z nieba żar, Świętojańska znana, psychicznie gotowy jestem na nią. Dziś po trzykroć przygotowany, a mimo to coś jest nie tak. Noga nie podaje. Pod górę nie walczę. Na szczycie ekipa ultrasów robi hałas, przybijam piątki, uśmiecham się, ale na ramieniu siedzi on i mówi, nie dasz rady...  nie dasz rady !

Nie ma takiej opcji, chocy nie wiem co, nie przejdę do marszu. Będę człapał, ale biegiem. Rafał ma taki napis na koszulce, lepiej biec powoli, niż nie biec. Prawda ! W mordę ale gorąco. Do tego stopnia, że nie założyłem swojego buffa na dynie w obawie, że się zagotuje. Jak tylko będzie lód - założę inaczej nie ma sensu. Za Urzędem Miasta kolejny punkt, picie... ale co ważniejsze znów leją wodą. Tak, tego mi teraz trzeba, nie picia, a schłodzenia. Pije mimo to. Na 4-tym kilometrze nieco rozpuszczam nogi, bo po pierwsze moja najlepsza kibicująca żona stoi i patrzy, a po drugie bo trasa nieco w cieniu. Za to piąty kilometr prawie mnie pokonał. Widziałem już od zakrętu ten wąż z wodą, który polewał zawodników, niedaleko, kilkaset metrów.... tylko ze polewał tych, którzy dokonali nawrotu na końcu bulwaru. Na taki cios moja głowa nie była gotowa. Dzizas, ale tam było gorąco. Może by tak przejść do marszu, jak co niektórzy? Podpowiadał ten duszek na ramieniu. Nigdy! Oczywiście, przez cały czas był niesamowity doping kibiców na trasie, że jesteśmy wspaniali, że dobre mamy tempo, że blisko już (taa jasne) i takie tam. To naprawdę podnosiło na  duchu. W końcu dotarłem do upragnionego punktu polewania zawodników. Co za zbawienny wynalazek - zimna woda z węża wylana na całe ciało. Tutaj też po raz pierwszy przeszedłem do marszu i zaliczyłem chyba wszystkie etapy punktu - woda, izo, gąbka, pomarańcze, znów izo i na koniec woda na banie, mimo, ze i tak bylem cały mokry. Cudnie, teraz najprzyjemniejsza część trasy bo w cieniu. Dzień wcześniej kibicowałem tam sprinterom, to wiedziałem, że tak będzie. I faktycznie, przyjemnie bo słońce nie pali, a na dodatek nawet delikatnie zawiewa. Noga jednak nie zapodaje jak należy. Wiem o tym, staram się nie wpaść w obłędne tempo 6min/km. Dawno tak nie człapałem, bo bieganiem tego nie można nazwać. Trudno, robię co w mojej mocy wiedząc ze mam jeszcze przed sobą ponad 2/3 drogi.

IM00431

fot. moja żona najlepsza osobista / kibic i fanka triathlonu :]

Drugie kółko było jeszcze gorsze. Po pierwsze wiedziałem co mnie czeka na Świętojańskiej. Tam powietrze stało w bezruchu i grzało niemiłosiernie. Całą trasę podzieliłem sobie na etapu, od polewaczki do polewaczki. Na pierwszym punkcie drugiej pętli capnąłem bidon z izotonikiem. To nieco podniosło mi morale, nie umiem pic na tych cholernych punktach, szybko łapczywie z papierowych kubków. Odkręcona butelka z wodą to też slaby pomysł dla osoby biegnącej. Albo pijesz, albo machasz ręką. Wybieraj.

Popijałem sobie z tego bidonika, kiedy tylko miałem ochotę, a na punktach uzupełniałem braki. Moje morale poszło w górę podobnie jak średnie tempo. O założonym wyniku mogę pomarzyć. No trudno, to nie koniec świata, będą kolejne okazje. Minąłem półmetek, teraz nie może się nie udać. Choć w krzakach widzę jegomościa leżącego w asyście ratowników medycznych.

Ostatnie kółko biegłem już głową, dziękując wszystkim znajomym za doping. Dla nich zrobiłbym jeszcze jedno kółko. Byliście wspaniali !!

Fragment od mariny do mety pamiętam właściwie bardzo słabo, bardzo dużo ludzi biegnących ze mną na rozwidleniu tras (okrążenie / meta) pobiegło w lewo na kolejne kółko, ja wpadłem na zielony dywan... z bidonem w ręce, pół drogi myślałem o tym, żeby go porzucić przed metą :]

IM00672

fot. moja żona osobista / fanka triathlonu :]

Cieszyłem się, że ten koszmar dobiegł końca. Z drugiej strony miałem poczucie, ze coś ważnego właśnie się skończyło. Takie samo uczucie miałem rok temu na mecie w Krynicy. Zamknąłem jakiś etap. Dziewięć długich miesięcy przygotowań, zarwanych nocy na basenie i biegania po Brzeźnie zimą. Miesięcy kręcenia pedałami na stacjonarnych rowerkach, a potem na szosie na Reja. Litrów potu i wielokrotnych zakwasów. Ale powiem Wam jedno: Warto było !! Ten trójkolorowy medal z "M" będzie mi o Was przypominał za każdym razem gdy na niego spojrzę, lub będę wycierał z niego kurz.

#aswt (Aktywuj się w triathlonie)  -  Dziękuję i do zobaczenia !

IM00675

Na koniec podsumowanie samej imprezy Herbalife Ironman 70.3 Gdynia

Było zajebiście mimo, że statek uciekł i trochę błądziliśmy w wodzie. Na ulicach było nieco ciasno i 3 metrowa strefa draftingu była niemożliwa do realizacji. Organizacyjnie rewelacja, za wyjątkiem wstawiania roweru do strefy po odprawie, byłem na szczęście na początku kolejki, ale tym na końcu współczułem.

Poza tym było kolorowo, głośno i z przepychem i samolotami na starcie. Impreza z pewnością zapadnie w pamięć i będę wnukom opowiadał o niej. :]

Kibice kibice i kibice. Mega moc ! Potęga i w ogóle odjazd. Dla takiego dopingu warto się męczyć kilka godzin. To samo wolontariusze, obsługi punktów - super, mili, motywujący i chcący za wszelka cenę pomóc i ulżyć wariatom na trasie.

Statystyki :

Finish 05:35:03 miejsce 919 na 1815 zawodników. Szału nie ma, ale tego się spodziewałem. Połowa stawki.

Pływanie 00:42:00 / msce 1160 (1900m)

T1 (wyjście) 00:06:22 / msce 1150

Rower 02:44:57 /msce 892 (90km, średnia 32,7 km/h)

T2 (wyjście) 00:02:32 / msce 936- podejrzanie długo, jak na kogoś, kto nie zmienia butów.

Bieg 01:59:13 / msce 959 (21km) , śr tempo 5:38 - słabo, ale więcej się nie dało.

strata do pierwszego miejsca : 01:40:50 :) - jest nad czym pracować :)

 

 

 

Zastanawiałem się, jak podejść do tego wpisu. Z jednej strony zwyczajne zawody, z drugiej strony coś znacznie więcej -  zakończenie pewnego etapu, który trwał osiem miesięcy i był czymś zupełnie nowym w moim życiu i wiele zmienił. To było zwieńczenie akcji "Aktywuj się w triathlonie".

Posumowaniu akcji poświęcę osobny wpis, bo jest co opowiedzieć, a ten przeznaczę na zwykłą relację z zawodów.

Niesamowite jest jak życie może nas zaskoczyć. "Nigdy nie mów nigdy" okazało się być czymś namacalnym, a nie tylko powtarzanym frazesem. Taka właśnie refleksja przyszła do mnie, kiedy w niedzielny poranek wyciągałem rzeczy z torby i organizowałem się w strefie zmian. Zapowiadał się piękny dzień. Za ogrodzeniem strefy zmian leniwie kręcili się spacerowicze i przyglądali się przygotowaniom zawodników. Od czasu do czasu, ktoś kogoś nawoływał, ktoś robił komuś zdjęcia. Jakbym się przeniósł w czasie. Rok temu to ja stałem z aparatem po drugiej stronie ogrodzenia i przyglądałem się z zaciekawieniem, jak zawodnicy przygotowują się do zawodów. Triathlon był dla mnie egzotycznym sportem, nie rozumiałem wszystkiego co widziałem. Nie wiedziałem, po co robi się niektóre rzeczy. Prawdę mówiąc nie znalem nawet za bardzo dystansów jakimi definiuje się zawody. 1/4 IM, doczytałem gdzieś ze to 950m pływania, 45 km jazdy rowerem a potem 10km z małym haczykiem biegania. Zresztą, historia tego dnia, gdy przyjechałem obejrzeć triathlon była tematem pracy konkursowej na łamach triathlonsport.pl. Gdzieś tam w głębi duszy tego dnia zostało zasiane ziarenko pod nazwą "a może by tak kiedyś...."

Wracając do zawodów. Pobudka o 6:00, procedura startowa, wszystko przygotowane dzień wcześniej, o 7:00 wyruszamy na miejsce. Słoneczko świeci, zapowiada się ładny dzień, ale prognozy straszyły dzień wczesniej deszczem od godziny 14:00. Nie martwi mnie to, do tego czasu powinno być już po wszystkim. Przed godzina ósmą byliśmy już w strefie odprawiając rytuały wizualizacyjno-przygotowawcze. Tym razem jest prościej, bo już raz to przerabiałem. Z racji dwukrotnie większego dystansu doszedł element, pod tytułem śniadanie. Dwa żele w pas z numerem, jeden na wszelki wypadek w kieszonkę stroju, ale dopiero po wodzie, wiec wkładam go kasku. Na ramę przyklejam tabletki GT. Reszta bez zmian, na kierownicę żółty ręcznik w celu oznakowania i gdyby okazało się, ze muszę płukać stopy z piasku, choć wybieg z wody jest długi i wyłożony sztuczną trawą. Ale wiadomo, lepiej mieć niż nie mieć. Pianka, oksy i czepek w garść, kask z numerem na rower, buty ze skarpetkami w koszyk. I buff. Tyle.

Reszta w torbę, fota na pamiątkę i graty do depozytu. Idziemy obejrzeć trasę pływacką. Na pierwszy rzut oka, wygląda na więcej niż 950m, ale to wina perspektywy. Do tej pory oglądaliśmy trasę z wody, a nie z molo. Wbijamy się w pianki i idziemy zgodnie z sugestiami trenera zobaczyć sytuacje z wody. Mnie przede wszystkim bardziej zależy na rozpływaniu się. W Suszu popełniłem błąd i do wody wszedłem zbyt późno i nie udało mi się rozpływać przed startem. Woda wydaje się być bardzo zimna, ale za to bardzo czysta i przejrzysta. Może to kwestia padającego światła - do tej pory pływaliśmy wieczorami.

1

fot. fot mosir.gda.pl

Chwilę później sędziowie zaczynają wywoływać zawodników na brzeg. Od tej pory obowiązuje zakaz wchodzenia do wody. Przechodzimy przez mate zliczająca zawodników i ustawiamy się w strefie startowej. Wąsko dosyć, ale nie ma żadnego znaczenia. Woda, to nie mój żywioł. Lekcje odrobione po Suszu -  wiem gdzie moje miejsce. Mam swoją strategię. Z dala od pralki, z dala od bojek nawrotowych. Tony nerwowo pyta co 20 sekund "Która godzina?" wywołując salwy śmiechu. Tylko Arkowi nie jest do śmiechu. Właśnie urwał się pasek przy jego okularach, ale jakoś go przyplątał. W tym całym zamieszaniu nie usłyszeliśmy odliczania i wystrzału do startu. Pierwsze rzędy ruszyły do wody a tylne pytają "to już ??" i lecą za nimi. Wchodzę spokojnie do wody, nie robię delfinków, nie rzucam się, przede mną i tak są ludzie. Uciekam na lewą stronę. Pierwsza boja do minięcia prawą ręką. Kilka osób ma podobna strategię. Nikt z nas nie chce aby mu przeszkadzać i nie chce nikomu przeszkadzać. Ruszamy, pierwsze metry rozdajemy sobie wspólnie lekkie kopniaki negocjując w ten sposób przestrzeń w wodzie. Po kilkunastu metrach, każdy znalazł swoje miejsce. Płynę swoje spokojnie -  szarpiąc się zyskam minutę albo dwie, ale stracę zbyt wiele sił. Miejsca mam sporo wiec robię mocne ruchy i długo wyleguję. Sytuacja w wodzie jest zupełnie odmienna od tego, co przezywałem w Suszu. Rozglądam się, przede mną sporo zawodników, do tyłu nie patrzę. Płynę prawie cały czas z lewej strony "peletonu" robiąc swoje. Boje nawrotową mijam szeroko, ale kolejną będzie trzeba minąć drugim ramieniem, postanawiam nie czekać do końca tylko zmieniać powoli stronę peletonu, żeby znów "zaliczyć" boję po zewnętrznej. Chwilowo wpadam w kocioł, zawodnik przede mną walczy w wodzie , ale z nawigacją słabo, bo płynie raz w lewo, raz w prawo, zacząłem go podejrzewać, ze robi to specjalnie, abym nie mógł go wyprzedzić. Trudno, uruchamiam tajną broń - przechodzę do kraula, siedem  solidnych machnięć i mam delikwenta za sobą, wracam do żaby. Spokojnie, płynę swoje. Ostatnią boje biorę łukiem i kraulem walę do brzegu. Wychodzę na 277 pozycji po niecałych 20min. (95% trasy zrobione żabką).

W strefie zmian błysk. Pianka, skarpetki, buty, żel w kieszeń, numer startowy, oksy i zapinam kask. Rower pod pachę i wio. T1 w 3minuty i 3 sekundy.

2

fot. argonaut.gda.pl

Za belką wymijam biegiem tych co zatrzymali się zaraz za nią a teraz walczą z zapinaniem butów i dopiero wtedy wskakuje na rower. Przerzutki ustawione na miękko wiec od razu jestem gotowy do jazdy. Pierwszy kilometr do droga dojazdowa, jest ciasno i gęsto wiec zupełnie spokojnie. Pierwsze okrążenie właściwie cały czas z lewej wyprzedzam. Nie znam trasy wiec lecę zachowawczo, szczególnie na ostrych zakrętach. Kolejne okrążenia dosyć mocno, ale w pamiętam cały czas, że czeka mnie ponad 10km biegu. Na rowerze śniadanie - żel (już drugi, pierwszy przed pływaniem) i staram się pić. Często i małymi łykami. Od trzeciego okrążenia lecieliśmy już bez większych przetasowań. Na dojazdówce do T2 na chwilę przestaje pedałować ... i łapie mnie skurcz w łydę. Pięknie! Zaczynam delikatnie kręcić, mięsien odpuszcza, a zeskakując z roweru uważam, żeby mnie znów nie chwycił. Po kilku krokach łyda się rozluźnia. Trochę się zakręciłem ze swoim miejscem w T2 i wyszukiwałem go wcześniej niż był. Nauczka, aby strefę zmian oglądać z dwóch stron - z wejścia i wyjścia. Rower kończę po 1h:14m:58s (121 m-sce)

Wieszam rower, kask w dół, buff w dłoń, numer startowy przekręcam już w biegu. T2 w 1m i 13 sek

3

fot. argonaut.gda.pl

Buff cały mokry, ociekająca pianka zmoczyła go dokumentnie. W sumie to nawet się ucieszyłem, że założę na głowę coś mokrego. Na początku trasy biegowej, a zarazem blisko mety ostro kibicuje mi rodzinka i znajomi, to niesie! Staram się złapać rytm, nie jest to łatwe po rowerze, po kilometrze zaczyna być dobrze, ale tempo 4:20 jest zbyt mocne. Trasa biegowa po Parku Regana kręta, betonowo szutrowa, ciepło, ale część trasy na szczęście w cieniu. Na pierwszej pętli biorę wodę z punktu i oblewam głowę. Zaczynam żałować tego, bo buff poprzednio zmoczony był morską wodą, która teraz zalewa mi twarz. Trudno, już raz znosiłem dzisiaj morską wodę. Na drugiej pętli wyszło zmęczenie. 7-my kilometr był najtrudniejszy. Niby do mety blisko, tak daleko jednocześnie. Staram się przez jakiś czas lecieć za Mariuszem, ale szybko mi przechodzi :) wola walki w takim tempie. Nie moja liga. Przed samą meta zbieram resztki sił i delikatnie przyspieszam.

Na metę wpadam po 2h:25m:45sek na 132 m-scu open. Bieg na dystansie 10.55km zajął mi niecałe 46 min (134m-sce)

Dziś przeglądając wyniki zdałem sobie sprawę, że wyprzedziła mnie tylko jedna dziewczyna i była nią Paulina Załucka, która była naszą trenerką podczas akcji Aktywuj się w triathlonie.  Ja zaś byłem 5-ty z "Aktywnych", co cieszy, ekipę mieliśmy naprawdę mocną i myślałem, że będzie więcej aktywnych przede mną na mecie.

4

fot. argonaut.gda.pl

Statystka :

Pływanie : (950m) - 00:19:35 (277)
T1: - 00:03:03
Rower (45km) : - 01:14:58 (121) - GPS naliczył 43,4 km; średnia prędkość 34.68 km/h
T2: - 00:01:13
Bieg (10,55km) : - 00:46:56 (134); tempo 4:28min/km
Finish : 02:25:45, 132msce open, 34m-sce w kategorii M35-39
Jeśli chodzi o organizację samej imprezy to właściwie nie mam żadnych uwag, poza drobnostkami  - nie słyszałem sygnału startu (podobno wystrzał), a po wybiegnięciu z T2 na ścieżkę biegową  następowało potknięcie na spowalniaczu na ścieżce rowerowej (chyba na głos zakląłem ratując się przed upadkiem).
Obsługa punktów, wolontariusze i kibice najlepsi na świecie ! Strefa regeneracji bardzo rozbudowana, bardzo podobały mi się baseny z lodowatą wodą.
Tak, będę startował tu za rok !
Bardzo obawiałem się tego startu, po tym co przeżyłem w wodzie w Suszu. Okazało się, że odpowiednia strategia, kosztem oczywiście większego dystansu i tak się opłaca. Jedyne czego mogę żałować, to to, że zbyt mało płynąłem kraulem. Etap pływacki w Gdańsku był bardzo przyjemny, to zapewne też zasługa oswojenia się ze środowiskiem i idealnych warunków pogodowych w dniu startu. Wiem, że woda to moja najsłabsza strona (wystarczy spojrzeć na miejsca), ale z drugiej strony nie czarujmy się - 8 miesięcy temu nie umiałem pływać.
A teraz spinam poślady i organizuję samodzielne treningi. Za trzy tygodnie 1/2 IM w Gdyni - najważniejszy start (i ostatni zaplanowany) na ten rok.

3

Budzik wyrwał mnie z głębokiego snu, i dobrze. Bo kompletnie zapomniałem wiersza, który miałem za chwilę recytować... co za sen !

W głowie szumi. A nie, to nie w głowie -  to za oknem. Leje. Ciepły czerwcowy deszcz. Ściana deszczu. Super.

Toaleta, szybka kawa (raz!) i kanapki, jedna na śniadanie - więcej nie wcisnę tak rano, dwie kolejne do plecaka na później. Kabanosy i banany. Prognoza pogody zapowiada deszcz. No trudno. Nie jestem z cukru przecież.

Adam już czeka pod blokiem. Cała droga do Susza w strugach deszczu ale z pozytywnym nastawieniem i w dobrych humorach. Co będzie to będzie.

Na miejscu spotykamy Jarka i Marcina, a później spotykamy chyba wszystkich :D

Ciągle pada. Odbieramy pakiety i wyruszamy na mały rekonesans strefy startowej , która zarazem jest strefą finiszowania. Deszcz ciągle pada nam na głowy.

Rozkminiamy jak będzie wyglądać trasa pływacka, jest niewyobrażalnie długa. Nie ma co ukrywać. W wodzie nie czuje się komfortowo. Mam na myśli oczywiście wody otwarte, takie gdzie nie zawsze, a właściwie nigdy nie widać dna. Zbyt mało czasu spędziłem w tym środowisku i chyba dlatego jestem taki zdystansowany. Przecież testy na basenie pokazały, ze spokojnie dam radę taki dystans przepłynąć. Nawet kraulem. Tylko, ze w wodach otwartych jest inaczej niż w basenie. Bardzo inaczej.

Wracamy do samochodu na śniadanie, mamy jeszcze sporo czasu, ledwo minęła 9-ta godzina a start mamy o 11:30. To dobra pora na ostatni posiłek przed zawodami. Ciągle pada.

Kilkanaście minut później deszcz ustaje, postanawiamy wykorzystać okazje i zrobić desant w kierunku biura zawodów i przygotować rzeczy w strefie zmian.

Tutaj tysiąc razy sprawdzam, czy aby na pewno wszystko mam ? Kask, w  nim okulary, do niego zamontowany pas z numerem. Buty w koszyku, skarpetki w butach, łyżka do butów. Bidony zalane. na kierownicę wieszam ręcznik, żeby szybciej namierzyć rower i mieć w co wytrzeć nogi. Ponadto na wszelki wypadek bluza z długim rękawem, buff, okulary i czapeczka. Chyba wszystko mam.

Idziemy się przebrać, zabieramy pianki, okularki i czepki i klapki a resztę sprzętów oddajemy do depozytu. Powoli zaczyna mnie dopadać stres przedstartowy. Wizualizuje sobie poszczególne strefy, rozmawiamy o trasie rowerowej, którą niektórzy objechali dzień wcześniej. Zapowiada się "mokra" rywalizacja, a bruk w centrum Susza wydaje się być bardzo niebezpieczny. Przestało co prawda już padać, ale ulice nadal są mokre.

Pół godziny przed odprawą wracamy na strefę zmian przebrać się w pianki i idziemy nad jezioro. Dobieg z jeziora jest dosyć długi wiec wiem, ze rozbieranie pianki można zrobić spokojnie. Musze pamiętać o zegarku, aby nie przeciągać przez niego pianki, bo się zaplączę :)

Wchodzimy na chwilę do wody aby się oswoić z woda, ale organizatorzy wywołują wszystkich na brzeg, na matę robiącą coś z chipami do pomiaru czasu.

bikelife_0

fot.bikelife.pl

Start odbywa się z wody, z linii pomostu. Wygląda to tak, ze zawodnicy są uczepieni pomostu a na znak sygnał startują od niego w kierunku najbliższej bojki. Niestety do pomostu dopływam na końcu stawki, wiec mam do niego dosyć daleko i muszę wyciągać rękę aby się przytrzymać. Ale to wcale nie jest najgorsze. Wiem co się będzie działo na starcie. Wszyscy będą chcieli mnie rozjechać. Ostatnie instrukcje od sędziów i poszli.

Co tam się działo, nie da się opisać słowami. Ponad 450 osób nagle startuje w wodzie przed siebie. Każdy walczy o dogodną pozycję i kilka metrów, tfu, centymetrów własnej przestrzeni. Szczęśliwie jakoś się odbiłem, wykonałem kilka mocnych wymachów i udało się uwolnić od tłumu, ale tłum ciągle napierał ze wszystkich stron. Głównie ze względu na słabą nawigacje płynących. Jedni na wprost, inni w prawo, jeszcze inni w lewo, jedni na drugich, drudzy na jednych. Kraularze przechodzą do żaby, aby się zorientować gdzie są, ci co się zorientowali przechodzą do kraula, wpadając na żabkarzy. W tym kotle jestem i ja, szukając sobie miejsca. Po  150m sytuacja się nieco normuje, widzę nawet znajome twarze, co napawa mnie optymizmem, ze nie jestem na szarym końcu pływackiego peletonu.

Staram się delikatnie przebić nieco na lewo od bojki, którą będziemy mijać (prawym ramieniem) ale jest za późno i wpadłem w pułapkę. Przy nawrocie przy bojce jest powtórka z rozrywki, ludzie na siebie wpadają, przepychają się. Ktoś się łapie bojki, która jest ogromna i bardzo lekka i przesuwa się na pływających. Dramat. Za wszelką cenę uciec z tego kotła, spinam się i robię zryw. Kosztuje mnie to wiele sił, ale udało się. Znalazłem sobie miejsce, teraz spokojnie na kolejną boję, tym razem dużo lepiej. Omijam ją szerszym łukiem. Teraz już tylko wrócić. Był czas rozmyślać w tej wodzie -  o górach, o bieganiu i o tym całym pływaniu, które na chwilę obecną jakoś nie sprawia mi mega frajdy. Z drugiej strony pół roku temu nie umiałem pływać a jestem raptem 6-ty raz na otwartych wodach i płynę, z tłumem innych...

Dopływając do brzegu wydawało mi się, ze spiker mówi coś o ostatniej grupie pływaków wychodzących z wody.... no trudno. Tak miało być. Woda na przetrwanie, rękawicę walki podniosę na lądzie. Na wszelki wypadek nie oglądam się za siebie.

Okularki na głowę, zdjąć zegarek, ściągnąć rękaw, zapiąć zegarek, zdjąć drugi rękaw, czepek i okulary w dłoń. Wszystko w truchcie. Kurde, ale jestem zmachany. Wpadam na strefę zmian -  pierwszy, drugi , trzeci teraz mój rzad. Jest. Znalazłem rumaka. Teraz szybko. Pianka w dół. Skarpetki i buty, ciach! Numer startowy na tył, ciach ! Okularki, kask. Zapiąć. Rower w dłoń i dzida. Widzę Jarka, jak pije izo. Jest i Adam. Kurde, skoro i oni w strefie zmian to nie jest źle.

Wybiegam poza strefę, mijam belkę hyc na rower. O kurde, kurde. przede mną stoją dwie osoby i walczą z zapięciami butów. Hamuje, omijam i ogień jest z górki, na końcu górki zakręt. No, teraz można jechać. Na rowerze odżyłem. Zacząłem walczyć, zacząłem wyprzedzać. Pierwsza pętla minęła błyskawicznie. Asfalt był suchy tylko w cieniu delikatnie mokry, pełna dzida. Pierwsze okrążenie zleciało zanim się zorientowałem co jest grane :) Po bruku do Susza wpadłem jak pocisk, kibice na trasie poganiali. Dajesz, dajesz ! To dawałem. Pij, pij, Musisz się napić. A co z żelem? Jeść, nie jeść. Zanim zacznie działać będzie po wszystkim. Nie jem. Piję. Dziduję. Pod górkę staje na pedałach, albo redukuję, na szczycie wzniesienia zrzucam biegi i pełna dzida w dół. Nie ma odpoczywania, kręcę cały czas. Zakręty biorę szeroko i mocno ścinam, wykładając się do wewnątrz. Banan na mordzie. Wpadam do Susza po raz kolejny, nie boje sie tego bruku, pełny ogień !

bikelife_1

fot.bikelife.pl

Dojeżdżam do belki i chyba wpędziłem w popłoch obsługę, bo krzyczą do mnie -  belka ! belka ! . Wiem, przecież, że belka zwalniam, hyc zeskakuje i biegiem do strefy. Raz, dwa, odwieszam rower. Kask do koszyka, okulary też. Buff w dłoń, okulary (inne) w rękę. Wybiegam. Na trasie się oporządzam. Buff na głowę, oksy na nos i lecę. Spokojnie, bo na więcej nie ma sił. Spokojnie, unormować tętno... Jakbym miał czujnik na sobie to pewnie bym wiedział jakie mam :)

Na trasie biegowe okazało się nagle i niespodziewanie że jest strasznie gorąco. I duszno. Wiatru zero, dziwne, na rowerze był. :)

bikelife_2

fot.bikelife.pl

Biegnę swoje, 5.8km, to jakby biec do pracy i połowa drogi do domu. Tylko spokojnie. Na drugim kilometrze niespodzianka. Pendolino przelatuje obok jeziora, pierwszy raz w ruchu widziałem ten cud techniki. W oddali słychać jakieś śpiewy, to pielęgniarki na 2km zagrzewają do boju ! Lepiej biec niż dostać zastrzyk . Zaczynam łapać rytm i swoje tempo. Dopadam kilku biegaczy, kilku dopada mnie. Marzy misie deszcz z rana. Nie sądziłem, że o tym pomyślę. Trasa nieco się ciągnie, bo jezioro ma takie zatoczki, a ścieżka jest blisko linii brzegowej i wydaje się ze to tuż tuż, a wcale tak nie jest. Powietrze jak w Wietnamie. Nigdy nie byłem, ale tak misie wydaje. Mokre, gęste i nie rusza się. Korzystam z wody na punkcie. Nie piję, ale wylewam na głowę. Ach ja miło. Już blisko, niecałe 2 km. Coraz więcej kibiców, coraz głośniej słychać spikera na mecie. Ostatni kilometr, biorę gąbkę z wodą na kark, cudnie chłodzi plecy. Widać metę, zrywam się, wyprzedzam jeszcze kilka osób. Godzina dwadzieścia dwie zero pięć. Jestę triathlonę.

bikelife_3

fot.bikelife.pl

Na koniec chciałbym wspomnieć, bo nie da się bez tego, o atmosferze jaka panuje podczas zawodów na całej trasie. Od razu widać, że Susz gościł nas już 24 raz. Organizacja tip-top, no może za wyjątkiem samego startu z wody - było strasznie. Na całej trasie pełno kibiców zdzierających gardła i walących w gary chochlami. Na wioskach całe rodziny przed posesjami, na trasie biegowej Panie Pielęgniarki (!!!) i mniejsze grupy i pojedyncze osoby. Każdemu z Was dziękuję za gorący doping !!

Na chłodno przyszła analiza i wnioski.

Założyć czujnik tętna :)

Woda : mam 3 tygodnie aby oswoić się z otwartymi wodami, na szczęście zaczynamy treningi z trenerami na morzu. Mobilizować się do płynięcia kraulem, jest szybciej, efektywniej, może i mniej komfortowo, ale w generalnym rachunku się opłaca. Po drugie, wejść przed zawodami do wody i popływać 10-15 minut. Po trzecie uciekać z kotła, nadrobić dystans, ale płynąc w spokoju. Po czwarte, ustawiać się w środku stawki. Omijać bojki szerokim łukiem.

Rower : Tu nie mam uwag, był max i tyle. Jedyne co może pomóc to buty SPD. No i plecy mnie trochę po pływaniu bolały, ale to od żabki.

Bieg: Tu zawsze można coś poprawić. :)

T1, T2. W strefie zmian nie było wtopy, można było urwać parę sekund, ale generalnie poszło gładko.

Suche dane :

129 msc open, 36 w kat M35-39 na 93 w kategorii.
750m pływania : 17:29 (251msc);
T1: 2:46;
Rower (20.2km) 35:10 92msc, średnia 34,5km/h;
T2: 1:25;
Bieg (5.8km) 25:15 99msc, tempo 4:19min/km

Wyprzedziło mnie 10 kobiet :)

Teraz 3 tygodnie pracy, core i bieganie. Dużo otwartej wody. 19 lipca w Gdańsku 1/4 IM samo się nie zrobi. Ogień!

 

Dawno mnie tu nie było, bo za bardzo nie ma o czym pisać. Cykl treningowy bez zmian, do tego stopnia, że zaczął się wtapiać w życie jako zwykły cykl dnia/tygodnia. Poniedziałki rower, w środy zakładki (rower + bieganie), dwa razy w tygodniu basen (wtorek, piątek), na którym pływamy ostatnio w piankach. Po pierwsze, aby się do nich przyzwyczaić, a po drugie aby nauczyć się z nich korzystać. Pamiętam, jak na początku nauki niektórzy bardziej doświadczeni pływacy opowiadali o super zaletach pływania w piance. Mieli rację, pianka naprawdę bardzo pomaga niewprawionym adeptom pływania. Właściwie mogę zaryzykować twierdzenie, że pianka ratuje mi tyłek. Tak, pływanie w piance daje mi +30 do pewności siebie w wodzie. Druga ogromna zaletą pianki jest fakt, że jest w niej po prostu ciepło. Na basenie to przeszkadza, ale na otwartych wodach...
No właśnie. W zeszłym tygodniu po raz pierwszy od kilku lat pływałem w jeziorze. Właściwie należałoby napisać prawdę. Po raz pierwszy w ogóle pływałem w jeziorze. Do tej pory za dzieciaka pluskało się w wodach pobliskich jezior, ale zawsze z gruntem pod nogami.
W zeszłym tygodniu przyszedł czas na zmierzenie się z nieznanym. Zrobiłem dobra minę do złej gry i zanurzyłem głowę w zimnej dosyć wodzie i popłynąłem wraz z innymi, którzy pod czujnym okiem trenerów z Complexsportu trenują do nadchodzącego sezonu.

openwater

Pierwsze wrażenie paraliżujące, ale kilka wymachów i okazuje się że płynę gdzieś... no właśnie. Pływanie w sterylnych warunkach na basenie ma ogromną zaletę. Można się do woli rozglądać. W jeziorze sprawa wygląda diametralnie inaczej. Można założyć, że pojecie "widoczność" w wodzie nie istnieje. Nie widać zupełnie nic.
Po pierwszym treningu cieszą mnie dwie rzeczy.
Po pierwsze nie boje się wypływać poza granicę gruntu pod nogami. To raz. Po raz pierwszy w życiu wypłynąłem tak daleko od brzegu !
Drugą sprawą jest nawigacja w wodzie, w której nic nie widać. Okazuje się, że całkiem prosto pływam. Nie muszę co chwilę kontrolować kierunku w jakim zmierzam, ale i tak od czasu do czasu zerkam i staram się orientować w wodzie. Ta umiejętność też przyszła naturalnie i nie sprawia mi kłopotów. Muszę tylko kontrolować tempo w jakim pływam, mam wrażenie ze płynę zbyt wolno i wszyscy mnie wyprzedzają, wiec przyspieszam i niepotrzebnie się męczę. Woda to nie jest środowisko, w którym będę chciał coś wywalczyć. Chciałbym wychodzić z wody w miarę świeży i mieć zapas sił na walkę na pozostałych dyscyplinach.

Trening na otwartych wodach dodał mi sporo pewności siebie. Potwory z głębin nie są mi już (tak) straszne. :) Treningi grupowe mają jeszcze jedną zaletę i uważam że warto brac w nich udział z tego powodu - można się oswoić z tłokiem w wodzie, przybrać odpowiednia strategie mijania boi czy wykonywania nawrotów. Czasem lepiej nadłożyć kilka metrów, ale nie wypadać z rytmu. Na basenie ma się dużo więcej swobody.

Do pierwszych zawodów zostały 3 tygodnie. Debiut będzie w Suszu na dystansie sprint (0,75km pływania – 20,24km jazdy rowerem – 5,750km biegu). Chciałbym się głównie skupić na logistyce podczas zawodów, co zabrać a co zbędne, jak się organizować na punktach zmian. Wynik będzie na drugim miejscu, ale wiadomo, nie będzie ziewania :)

A wcześniej 15km po TPK. Biegnę po rybę !

1

Sezon ogórkowy rozpoczęty - po wygranych wejściówkach na przedpremierowy pokaz filmu "Ze wszystkich sił" dzięki konkursowi sklepu Wysepka przyszła pora na coś naprawdę poważnego. Portal Triathlonsport.pl zorganizował dla uczestników akcji "Aktywuj się w Triathlonie" konkurs, w którym można było zgarnąć pięć pakietów suplementów dla sportowców od firmy PowerBar. Nagrodę niechcący udało się wygrać, a nawet zostałem wyróżniony, za co w nagrodę dostałem dodatkowo książkę "Ukryta Prawda" Colina Campbella. Aby wziąć udział w konkursie, wystarczyło na chwilkę się zatrzymać i napisać kilka słów. Jak wyszło możecie ocenić klikając na zdjęcie poniżej :]

(klik na foto, aby przeczytać )

Untitled-1 copy

Z wygranej cieszę się ogromnie. Po pierwsze mam zapas supli przynajmniej na najbliższe kilka miesięcy :) a po drugie mam okazję przetestować odżywki kolejnej firmy. Do tej pory zazwyczaj używałem gratisów, które załączane były do pakietów startowych przy okazji różnych biegów. Okazuje się, że niektóre można zajadać jak słodycze, a spożywanie  innych to kara za złe zachowanie, niektóre można spożywać bez popijania - przed, po i w trakcie innego posiłku, inne powodują odruch wiadomojaki na samą myśl, że trzeba je w siebie wcisnąć. Zazwyczaj staram się unikać tego typu rozwiązań, ale czasami podczas intensywnego wysiłku czy to na treningu, a tym bardziej na zawodach, okazują się one niezbędne jeśli myśli się o rywalizacji lub dobrym wyniku. O tym, że suplementy ratują z opresji i stawiają na nogi przypomniałem sobie na niedawnym treningu rowerowym. Będę miał więc okazje przetestowania przed zawodami co takiego proponuje PowerBar, a jest z czego wybierać.

IMG_4282 copy

Myślicie, że nie macie w życiu tyle szczęścia co ja ? Nie sądzę. Ilość wygranych jest wprost proporcjonalna do ilości konkursów w których bierzecie udział. Zatem namawiam, zachęcam bo  warto.

Organizatorom konkursu i sponsorom dziękuję, a wygranym koleżankom i kolegom gratuluję, życząc smacznego :]

Nie pozostaje nic innego jak zakasać rękawy, wziąć się (w końcu) do roboty, a gdy sił na treningach zabraknie - testować, aby na zawodach nic mnie nie zaskoczyło !

 

Bez kitu ostatnie tygodnie to była jakaś masakra. Jestem już tak zmęczony brakiem słońca, że zacząłem wracać  do zdjęć ze słonecznych wakacji. Ta ciągła szarówa potrafi nieźle wymęczyć człowieka. Niech sobie jest zimno, niech nawet czasem pada - ale bez przesady, trochę słońca to nam się chyba należy ?

Szybka weryfikacja prognoz pogody na nadchodzący weekend. W sobotę ma być 17 stopni i masa słońca, czaicie to ? Ja już wiem co będę robił z rana i nikt mnie nie zatrzyma.  Bardziej odpowiadałaby mi niedziela, ale ma być chłodniej.. no ale to może się pozmieniać.

No i się wybrałem na sobotnie pojeżdżenie jak ten ostatni osioł. Dokument ze zdjęciem, bidon picia, żel w kieszeni, telefon i takie tam. Pogoda w końcu się nad nami zlitowała i było bardzo przyjemnie. Do czasu. Na 50-tym kilometrze skończyło się picie w bidonie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mam ani gotówki, ani karty płatniczej ze sobą. Postanowiłem powoli wracać,  a słoneczko grzało coraz bardziej. 20km od domu zacząłem rozważać opcję czy nie podjechać do kogoś znajomego po wodę :), ale z drugiej strony to tylko 20 km od domu...

DCIM100GOPRO

10km później wpadłem na ścianę. Nie dosłownie, ale taką maratońską zwykła ścianę energetyczną. Tyle, że na rowerze. Było źle. Wciągam żel, ale nie popijany nie zadziała tak szybko jak powinien - w poszukiwaniu wody zaliczam hipermarket. Jestem energetycznym wrakiem. Wtedy jak na ironie przypomniały mi się słowa Gosi z ostatnich konsultacji : Pamiętajcie, rower to czas na to aby się napić i najeść :D

20 minut później już było dobrze. Przy okazji chciałem wspomnieć kilka słów o żelu jaki wciągnąłem. Był to truskawkowy Fitness Authority z kofeiną w saszetce. To drugi żel po ALE, który wchodzi bez popijania. Przyjemny smak, niezbyt słodki, bardzo owocowy - jestem nim zachwycony. I co najważniejsze - działa.

DCIM100GOPRO

Wczoraj mieliśmy pierwszy trening rowerowy w terenie. I w sumie nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, ze trasa na i z treningu + sam trening to moim przypadku prawie 70km.

A co na pozostałych frontach ?

Na basenie, jak sobie przez pierwsze 15 min rozgrzewki popływam żabą - to moje. Do końca treningu cały czas wałkujemy kraula. Ćwiczenia różne, najróżniejsze. Z deską, bez deski, na wodzie, pod wodą, na grzbiecie i normalnie z twarzą w wodzie. Cera moja nigdy nie była tak gładka :D a stopy tak wymoczone. No, ale widać także małe postępy.

Jeśli chodzi o bieganie, to wstyd się przyznać, ale zupełnie się zapuściłem w tej materii. Realizuje solidnie jeden trening w tygodniu, w środy. Staram się solidnie wykonać to, co trener każe :D,  czasem od święta idę na chwilkę pobiegać po osiedlu lub lecę jednego dnia do pracy na nogach.

DCIM100GOPRO

Nie wiem jak to się stało, ale zupełnie przypadkowo w maju jestem zapisany na 3 starty : 2 maja półmaraton - plan zrobić życiówkę [obecnie 1:36] i jeśli się nie zniszczę na treningach, to wydaje się to być całkiem realne. Tydzień później jest drugi bieg w cyklu GPX Gdyni. Teoretycznie w tym właśnie biegu powinienem złamać 40 min / 10 km. Ale to się nie uda, zdecydowanie nie jestem przygotowany, a 17 maja miałem zrobić coś, co brzmi jak ponury żart - pobiec maraton w czasie poniżej 3h:30m. Hahaha...

Do najważniejszego startu tego sezonu pozostało 120 dni. Dużo?

Mało. Bardzo mało. Im bliżej godziny zero tym większe strachy wyłażą.

Wygrałem ostatnio (a co !) wejściówkę na przedpremierowy pokaz filmu " Ze wszystkich sił". Fabuła filmu raczej przewidywalna, ale film broni się grą aktorów, muzyką i zdjęciami wykonanymi w bajecznych sceneriach. Ogólnie polecam, dam 6,5/10.

Zima, to taki czas, kiedy cala natura śpi. Śpi snem spokojnym otulona śnieżnym puchem, niczym ciepłą kołderką czekając na promienie słońca, które pobudza ją do życia.
Śpią lasy, łąki, rośliny i zwierzęta.
Zima to taki czas, w którym wszystko dzieje się wolniej. Dzień krótki, szary, zimny - więc i energii mniej.
Taka jest kolej rzeczy i taka jest natura.
Ale jest w tym systemie kilka jednostek, które nie idą z prądem, nie śpią i nie odpoczywają. Może troszkę zwolnili tempo, ale teraz, gdy zima ma się ku końcowi, zaczynają przyspieszać.
Jest też pewna grupa ludzi, która późną jesienią ostro zabrała się do pracy.

60 osób wytypowanych do udziału w akcji "Aktywuj się w Triathlonie" zorganizowanej przez Mosir i Radio Gdańsk, zmieniło swój dotychczasowy tryb życia i ruszyło w nieznane. Tak przynajmniej podejrzewam, bo sam mam okazję być w tej grupie.

O co chodzi w całej akcji pisałem na początku grudnia . Jednak od tego czasu upłynęło trochę potu i trochę wody zostało zmącone.

Treningi rowerowe bez zmian. Nadal na sali, nadal z Olą nadal na rowerkach do spinningu. Tylko intensywność jakby większa. Za każdym razem jak wybieram się na trening mam wyrzuty sumienia, że wsiadam w samochód aby dojechać do klubu. To około 4km. Idealny dystans, aby się rozgrzać biegiem przed pedałowaniem.

Po zajęciach rowerowych czuję radość i ulgę, ze samochód stoi na parkingu i czeka. Ale obiecuję, że jak się zmieni trochę aura to zadbam o środowisko ograniczając emisję spalin. Kręcenie na rowerze nie ogranicza się do usadowienia wygodnie tyłka na siodełku i mielenie w rytmie muzyki. O nie. Ola wie, jak wycisnąć z nas ostatnie soki. Jeśli wydaje mi się , że już więcej nie dam rady, Ola udowadnia, że to nieprawda. Coś co kilka tygodni temu wydawało się torturą, teraz jest odpoczynkiem -  ale pojawiły się nowe tortury :)

Trening z Olą jest za każdym razem niewiadomą. Nigdy nie wiadomo, czy nastąpi upragniona komenda :  "odkręć w lewo, luźniej, odpocznij", czy jednak częściej słyszane, "dokręć, będzie ciężej..." czy ostatnio bardzo popularne "jeszcze trochę, dasz radę!" :)

Treningi biegowe mamy podobnie jak zajęcia rowerowe raz w tygodniu. Odbywają się nad samym morzem, wiec jest przyjemnie a przy okazji mamy mozliwość zobaczenia ile będziemy musieli przepłynąć w lipcu. Myślę o tym za każdym razem, gdy jestem na molo w Brzeźnie.  Same treningi nie ograniczają się do jałowego klepania kilometrów, bo to można robić na osiedlu w samotności. Pojawiają się coraz mocniejsze ćwiczenia biegowe, a to przebieżki, a to interwały. Oczywiście dbamy o poprawność kroku poprzez skipy czy wieloskoki. Oczywiste jest, że jeden trening w tygodniu to mało, ale jest on na tyle inny od codziennych pobiegań, że organizm mocno go odczuwa przez następne dni.

Raz w miesiącu mamy zajęcia na hali sportowej. Tutaj wykonujemy ćwiczenia wzmacniające i ogólnorozwojowe. Bardzo je lubię. Są ciężkie, ale niestety zaniedbywane przeze mnie na co dzień. Nawet jeśli się zabiorę za ćwiczenie w domu, to nigdy nie robię tego z takim zaangażowaniem jak na wspólnych zajęciach.

Jeśli chodzi o pływanie, to tutaj mogę śmiało powiedzieć : tak, nauczyłem się pływać. Opuściliśmy już na stałe mały basen i trenujemy na dużym. To znak, że cała grupa początkujących, w której byłem, a która z czasem się rozrosła o tych, którzy trafili do nas na poprawę techniki - pływa poprawnie technicznie. Nie doskonale, ale bez rażących błędów. Obecne zajęcia mają nas oswoić z pokonaniem dystansu jaki czeka na grupę w lipcu. Mnie czeka dwukrotnie większy dystans w sierpniu. Czuje respekt i nie czuję się komfortowo. Ale z drugiej strony wiem, że się uda. Jestem w stanie pokonać dystans 2km w wodzie. Ale o ściganiu nie ma mowy. Trzeba pamiętać, że pływanie będzie pierwszą dyscypliną, i powinienem z wody wyjść w miarę świeży. Pływanie stylem klasycznym, tzw żabką jest dla mnie czymś przyjemnym i to będzie mój sposób na odpoczynek. Pływanie stylem dowolnym , czyli kraulem na chwilę obecną kosztuje mnie zbyt wiele wysiłku, ale na początku w żabie też tak miałem. Musze znaleźć swój rytm pracy i skorelować go z oddechem i wszystko będzie dobrze.

basen1

Przez te dwa miesiące nauczyłem się o wodzie czegoś jeszcze. To nie jest wrogie środowisko. Tylko nieznane. A ludzka natura jest taka, ze jak czegoś nie zna, to się boi. Pływanie pod wodą i wynurzanie tylko po oddech na pierwszych zajęciach wydawało się czymś niemożliwym do osiągnięcia. Teraz właściwie średnio się przejmuję wodą w nosie czy zatokach. Wiem jak się jej pozbyć nie przerywając pływania. Nie udało się nabrać powietrza ? Nie szkodzi, za kilka sekund będzie kolejna okazja. To są elementy, które przyszły same. Przyszły, bo obcowałem z wodnym środowiskiem przez ostanie dwa miesiące intensywniej niż kiedykolwiek przez ostanie 30 lat.

Treningi jakie mamy w ramach akcji "Aktywuj się w Triathlonie" zabierają mi 4 wieczory. Ponad to staram się w miarę możliwości biegać do/z pracy, a gdy brak snu lub ból nóg nie pozwala biec, przesiadam się na rower, jeśli aura pozwala. Czekam z niecierpliwością na wiosnę, aby rozpocząć nową przygodę z kolarstwem szosowym. Oczyma wyobraźni już przemierzam kaszubski wsie w niedzielne majowe poranki...

basen2

Zaniedbałem nieco długie wybiegania. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Powinienem, ale nie miałem ostatnio albo sił, albo możliwości, choć to drugie to raczej taka próba usprawiedliwienia samego siebie. Czy to oznacza, ze trenuje mniej ? Nie, nie sądzę. Inaczej, w moim odczuciu intensywniej, ale może to tylko taka percepcja, bo robię coś, czego wcześniej nie robiłem.

Wiosna zbliża się powoli, ja zaczynam czuć lekkie podenerwowaniem nadchodzącym sezonem... nadchodzi nieznane.

Ale nie samym triathlonem żyje człowiek, w lutym biegnę 10k w Gdyni, 28 marca III edycja TCU (ale pewnie zrobię tylko część), w kwietniu można by zaliczyć bieg z Rysiem Kałaczyńskim w Wituni (bije rekord Guinessa), w maju kolejne 10k w ramach GPX Gdyni a potem I PZU Gdańsk Maraton, w czerwcu ponownie GPX i Sprint w Suszu.... a od lipca to już pełen ogień, ale o tym później....

 

 

Mija drugi tydzień treningów akcji "Aktywuj się w Triathlonie".  To był dosyć ciężki okres, głownie organizacyjnie. Zajęcia odbywają się wieczorami / nocą cztery dni w tygodniu. Dwa treningi pływania,  jeden trening rowerowy i jeden biegowy. Obowiązki domowe, czas na odpoczynek i inne zajęcia należało nieco  przegrupować w kalendarzu.

Na treningach pływackich wylądowałem w grupie "początkujących", choć nasz trener określa nas mianem "pływaków ze sporymi błędami technicznymi", ale uważam, że bliżej jest, przynajmniej mi, do określenia, które opisuje mnie w wodzie jako "pływająca stara babcia". :)

Po czterech treningach nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przyznać trenerowi, że ma rację.  Moje samopoczucie w wodzie jest mało komfortowe, nie żebym się bał, ale nie współpracujemy (ja i woda). Technika "pływania" jaką posiadłem przez prawie 40 lat spędzonych na tym ziemskim padole można porównać do kontrolowanego przemieszczania się w okolicach powierzchni wody. Nigdy nie uważałem, że potrafię pływać. Nigdy nie czułem się w wodzie wystarczająco swobodnie pewnie z faktu słabych umiejętności pływackich. Dlatego cieszę się, ze zaczynam naukę od podstaw. Stare nawyki nieco mi przeszkadzają, ale pracujemy nad tym i nie wiem jak trener, ale ja widzę u siebie jakiś postęp.

Treningi rowerowe to zupełnie inna historia. Niby zwykłe kręcenie pedałami, ale Ola, która prowadzi naszą grupę potrafi spowodować, że po godzinie kręcenia mamy nogi jak z waty, a z organizmu ucieka tyle wody co podczas maratonu. A to dopiero podobno początek.

Na bieganiu miałem okazje być tylko raz, zimno było, pobiegaliśmy, porozciągaliśmy się. Ten trening , przynajmniej na razie jest dla mnie najbardziej naturalny i przychodzi z ogólną łatwością. Ale wiem, że schody dopiero się zaczną. I na to liczę.

Wydarzyło się w ostatnim tygodniu coś, o czym nawet nie miałem odwagi marzyć. W Gdyni po raz kolejny zostają organizowane zawody Herbalife Triathlon Gdynia, tym razem pod nadzorem World Triathlon Corporation, dlatego też impreza ta uzyskała w swoim logo znaczek M z kółeczkiem i nazywa sie Herbalife IronMan 70.3 Gdynia.

IM70.3

(fot. ze strony http://ironmangdynia.pl/pl/ )

I nie chodzi o prestiż imprezy. Chodzi o wyzwanie jakie niesie za sobą ta impreza. Oznaczenie 70.3 oznacza, że jest to tzw połówka Ironmana -  do przepłynięcia 1,9km , potem pościg na rowerze przez 90km i na koniec półmaraton (21km), z czterokrotnym podbiegiem pod ul. Świętojańską w Gdyni.  A wszystko to najprawdopodobniej w upalny dzień sierpnia.

Nie planowałem udziału w tej imprezie, a przynajmniej nie w nadchodzącym sezonie. Los jednak chciał inaczej, a ja postanowiłem skorzystać z okazji, kiedy taka sama do mnie przychodzi. Inaczej do końca życia bym żałował, że nie spróbowałem. Wiem, że poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko. Bardzo wysoko. Wiem, a przynajmniej wydaje mi się, ile pracy będę musiał w to wszystko włożyć. Ale zrobię wszystko, aby te zawody ukończyć na możliwie najlepszej pozycji.

A strach jaki mnie dopadł, nie pozwoli odpuścić w przygotowaniach.

Wkraczam w tereny, w których nie jestem dobry. Ba, nie jestem nawet przeciętny. Niektórzy pytają mnie, "Misiu, po co ?"

Bo taki stan rzeczy motywuje i uczy, głównie pokory :)

A mnie taki stan odpowiada. Bo mam kolejne wyzwanie przed sobą.

Triathlon.

Trzy dyscypliny sportu jedna po drugiej. Pływanie, jazda na rowerze, bieg. Prawie 4km w wodzie, 180km na rowerze, a potem już tylko maraton (42km) biegiem. Tak właśnie wygląda IronMan.

Kosmos.
Tak właśnie sobie to wszystko wyobrażałem i tak właśnie wyobraża sobie to część z Was. Albo nawet nie wyobraża, bo nie ma pojęcia o co właściwie w tym triathlonie chodzi.
Podobnie było i ze mną. Co więcej, wydawało mi się, że sama siła, wytrwałość i wola walki nie wystarcza, aby zmierzyć się z wyzwaniem. Trzeba posiadać rower, nie byle jaki, karbonowy z lemondką prosto z NASA, do tego kask w kształcie głowy "Obcego", pianka do pływania i szereg innych hipergadżetów, o których nie mam pojęcia do tej pory. Innymi słowy jakiś hipersport dla przeraźliwie bogatych snobów.

Okazuje się, że w biegowym światku całkiem spora ludzi miała do czynienia z tą dyscypliną sportową.

Tak moi drodzy, okazuje się, że można się świetnie bawić w triathlon bez walizki dolarów. Przekonałem się o tym osobiście podczas zeszłorocznej edycji Triathlon Gdańsk, który miałem okazję oglądać. Zresztą na zdjęciach widać pełen przekrój społeczny - kobiety i mężczyźni, młodzi i troszkę starsi, szczupli i Ci troszkę więksi, choć te różnice widać dopiero po wyjściu zawodników z wody, bo wcześniej wszyscy wyglądają tak samo.

IMG_0536 copy

Wiadomo, że byli tacy, którzy bili się o "złotą patelnię" i są profesjonalistami. Są też zaawansowani amatorzy, ale poważny odsetek zawodników, to ludzie tacy jak ja. W końcu 1/4 IM (950m pływania, 45km rowerem i 10km biegiem) to nie jest nie wiadomo co. Każdy może wziąć udział w zabawie, każdy kto choć trochę się rusza, pokona taki dystans...

... pod warunkiem, że umie pływać.

No właśnie. Pływanie. Moja pięta achillesowa triathlonu :] . Nie umiem i już. Nie idę na dno jak kamień od razu, ale po kilku minutach, kto wie, wole nie sprawdzać. Do tego dochodzi strach przed otwartymi wodami. Póki wiem, że mam muł w zasięgu stóp, to jest ok.

Gdy tak stałem na końcu molo w Brzeźnie i robiłem zdjęcia uświadomiłem sobie, ile to jest 950m w wodzie. W życiu nie odważyłbym się i nie dałbym rady. Wole biec w upale 100km w górach, bez kitu.

I wtedy kopa dał mi sam Dyrektor MK, Gudos. Pojechał do Kopenhagi i pierdyknął pełnego IM (patrz trzecie zdanie tego posta). Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, przecież setki ludzi kończy IM na całym świecie, gdyby nie jego słowa nad filmem z finishu :

Dyrektor

Nie marzy mi się IM, żeby nie było wątpliwości. Klucz tej wypowiedzi tkwi w cyfrze trzy.

Trzy.

Tyle lat potrzebował, aby nauczyć się pływać na tyle, żeby stanąć do IM i zrobić go na swoje 40 urodziny. Ten wpis naprawdę dał mi motywacyjnego kopa w dupę. Dupa bolała, ale nic z tego nie wynikało. Nie uczyłem się pływać, ba, latem zanurzyłem dupsko w wodzie kilka razy i to najczęściej z dziećmi.

Mam sentyment do Karkonoszy po debiucie w biegach górskich. Jest jeszcze coś, co przyciąga mnie w tamte rejony. To Karkonoszman. Triathlon w górach. (BTW, zapisy niebawem na drugą edycję). Czytałem z zapartym tchem każdą relację i obejrzałem każdy film z tej imprezy. Lokalizacja rywalizacji i ludzie, którzy się tam bawili spowodowali, że gdzieś tam, na dnie spoczęła myśl, że chciałbym...

Kiedyś, jak będę gotów.

Miesiąc temu temat sam z siebie ożył, a ja odrobinę spanikowałem. Kończący się rok był ciężko przepracowany, zrobiłem masę super rzeczy, o których kilka lat temu nawet nie śniłem.

Nagle pojawiła się niesamowita okazja aby zacząć przygodę z tri. "Aktywuj się w Triathlonie" - Akcja Radia Gdańsk i MOSiR.

Konkurs, do wygrania 8 miesięcy przygotowań do triathlonu pod okiem trenerów. Pojawiła się idealna okazja i tylko głupiec by nie skorzystał. Ja jednak wahałem się do ostatnich dni konkursu. Obłożenie treningowe przygotowujące do tri jest niewspółmierne do tego, które znam z biegania. Z drugiej strony wszystko jest kwestią organizacji - klik -wysłałem maila...

I oto jestem. Szczęśliwy, ale pełen obaw. Przerażony, ale w spokojny. Gotowy na wyzwanie. 1/4 IM w lipcu w Gdańsku. (950m pływania, 45 roweru i 10km biegiem).

Nadchodzące zmiany przeniknęły też do cyberprzestrzeni. Na blogu zmiany wyglądu (są niedociągnięcia, wiem), z fb znika "Miśja: Od Zerasa do Ultrasa".

Panie Prezesie, melduje wykonanie zadania - tak można by podsumować tę misję. To był wspaniały czas i dziękuje wszystkim za kibicowanie.

Czas na nowe, nowe wyzwania, które przyjmuję, a stare wyzwania pozostają wciąż  aktualne. Ciągle mam marzenie o BUGT a i do Krynicy wrócić chcę.

Ale nie da się wszystkiego. Nadchodzący sezon będzie nie tylko szybszy, ale zapowiada się na bardziej mokry.