Przeskocz do treści

Jak zapewne wiecie zaprzestalem pisania nudnych relacji z biegów, ciekawych nie umiem pisać, więc będą suche notatki.

Na 18 kilometrze w lewej nodze pojawił się ból w kolanie zwiastujący ITBS. Postanowiłem zejść z trasy.

Tak powinna wyglądać relacja z TUT2018, ale tak się nie stało.

W okolicach 40km nogi miałem juz tak spięte, że o żadnym bieganiu nie było mowy. Zatem zostały dwa wyjścia - iść (wtedy nie boli) lub zejść z trasy zawodów. Zgadnijcie co wybrałem.

Doszedłem do mety, zajęło mi to w sumie 9 godzin z małym hakiem, zniszczony fizycznie i mentalnie (wszyscy mnie wyprzedzali, ale nie na podejściach :D )

Faktem jest, że trzy tygodnie chorób, antybiotyków i braku treningów sponiewierało mnie okrutnie, ale co tam. Medal jest, będzie co opowiadać wnukom :)

Cieszę się, że wytrwałem do końca, moja głowa trochę potrenowała :)

OPEN 231, 9h:06m:00s

fot. Agata Masiulaniec / biegowyswiat.pl

Można by ten bieg opisać minuta po minucie, ale chyba nie ma po co. Ale o samym biegu trzeba wspomnieć, bo to impreza godna polecenia i Waszej uwagi. Gdy ktoś spoza światka biegowego pyta o ten bieg, odpowiadam ze jest z Gdyni do Gdańska. Po czym od razu dodaje, ze lasem i wcale nie najkrótszą drogą. Bo w tym biegu do pokonania jest prawie 65km i prawie 1500m przewyższeń.  A wszystko jest tak zaplanowane, żeby na ostatnim odcinku poczuć wściekłość i z całego serca znienawidzić osobę, która trasę planowała.

Znam trasę, więc zaskoczenia nie było, no może małe, gdy trasa nie poprowadziła nas jak rok temu na Matarnię (żółtym szlakiem), gdzie czekali na mnie osobiści kibice :)

fot. Paweł Marcinko

Oznakowanie trasy powinno być podawane jako przykład wszystkim organizatorom biegów. Mimo gapienia się cały czas pod nogi, bo błota, lodu nie brakowało nie udało mi się ani razu zawahać gdzie mam biec. Daje piątkę z plusem za znakowanie trasy.

Punkty żywieniowe i obsługa na tych punktach powoduje, że średnia z biegu drastycznie spada, bo nie da się szybko opuścić tych miejsc. I nie dlatego, że wolontariusze się nie wyrabiają z robotą, o nie!.

Tam jest po prostu tak przyjemnie, że nie chce się ruszać dalej.  A te wszystkie przysmaki, których chciałoby się skosztować. Zupki, herbatki, ciasteczka, drożdżówki, banany, pomarańcze... A wszystko to wśród uśmiechów i braw wolontariuszy, którzy tylko czekają, aby jakoś utrudzonych biegaczy wspomóc. Czapki z głów !

fot. Adam Obi

Chciałbym się do czegoś przyczepić (żeby nie było, że to że tamto) , ale po dłuższym zastanowieniu naprawdę  ciężko mi znaleźć jakiś sensowny pretekst. Za warunki na trasie trudno kogoś winić, bo przecież nogi miałem mokre i to było niefajne. Z drugiej strony jednak, jak na luty warunek był całkiem spoko, choć jedna gleba mi się przytrafiła (skończyło się na siniaku na kolanie i mokrej dupie)

Na koniec może kilka słów na temat samych założeń i wyniku. Generalnie jestem zadowolony, obstawiałem, że w tym roku będę godzinę później niż rok temu, a to ze względu na warunki pogodowe. No dobra, rok temu byłem w cugu treningowym, a w tym roku od jesieni nie robię prawie nic. Wiec nie ma co oczekiwać, że wynik będzie porównywalny. Ku mojemu zaskoczeniu różnica wyniosła tylko 30 minut, wiec jestem zadowolony. Kryzysy były w podobnych miejscach co rok temu, a ponadto na Karwinach nieco zmarzłem (jeśli się marznie na biegu, to znaczy że się biegnie zbyt wolno). Finalnie dobiegłem na metę na 57 pozycji, po 7h:04m:31s.

fot. Agata Masiulaniec

Podobnie jak rok temu mocno polecam TUTa, niech Was nie zmyli fakt, że bieg odbywa się nad morzem i nie będzie górek. U nas naprawdę można się styrać.

1

TUT, czyli Trójmiejski Ultra Track to impreza na dystansie ok 65km zorganizowana jak sama nazwa wskazuje w Trójmieście. Lokalesi wiedzą, że mamy tu ogromny park (TPK), w którym są piękne szlaki piesze i rowerowe. Wiedzą także, że są w tym parku miejsca, gdzie można potrenować do biegania w górach. Organizatorzy TUT-a projektując trasę wiedzieli co robią. Wiedzieli, że ostanie 6km będzie udręką jak Caryńska na Rzeźniku, tylko w mniejszej skali. W sumie na dystansie 65km udało się wygospodarować ok 1400m przewyższeń. Ale tego wszystkiego można się dowiedzieć ze strony organizatora. Zatem, jak było w rzeczywistości ?

Trasę biegu znalem dosyć dobrze, a w szczególności jej drugą część od 26-tego km. Pierwsze kilometry miałem okazję poznać zupełnie niedawno podczas weekendowego wybiegania. Zaczyna się mocno pod górę, a potem właściwie jest "autostrada". Szeroka droga z niewielkimi nachyleniami. Pierwsze kilometry trasy pozwalają na rozwinięcie sporych prędkości, ale trzeba mieć na uwadze, że to początek, a potem będzie coraz trudniej.

Przed biegiem miałem pewne założenia. Po pierwsze, nie dać się ponieść trasie i emocjom. Po drugie dać z siebie tyle ile będę w stanie - natomiast nie umiałem określić ile to w rzeczywistości jest. Nie biegałem takich dystansów już kilkanaście miesięcy, a dużo krótsze weekendowe wybiegania potrafiły mnie całkowicie wymęczyć już po 30 km.

6

Wybiegania w TPK (Trójmiejski Park Krajobrazowy) robiłem zazwyczaj w tempie 6:30-7:00 w zależności od profilu trasy i jej długości. Mając na uwadze długość dystansu zawodów oceniałem, że do mety dotrę ok po 7,5 godzinach uczciwego napierania. Kiedy dwa dni wcześniej na fanpejdzu akcji 18procent odpaliliśmy konkurs, w którym należało wytypować mój czas na mecie - widząc komentarze, że będę na niej po 6,5 godzinach pukałem się w głowę z myślą, że to zupełnie oderwany od rzeczywistości wynik, a typujący nie znają warunków jakie są w TPK.

Miałem też inne, oprócz planowanego czasu,  bardziej spersonalizowane cele. Warun na trasie miał być sprzyjający ściganiu wiec postanowiłem sobie, że tak właśnie zrobię - będę się ścigał. Nie tylko ze sobą, ale z prawdziwymi oponentami. Oczywiście, żadnemu z nich nic nie powiedziałem, ale gdzieś w głębi duszy cały czas przyświecała mi myśl, aby ich przegonić. Było ich czterech :)

Sprawa nieco się komplikowała, bo jeden z moich rywali biegł ze mną od samego początku. Co więcej miałem okazję przekonać się o tym, że jest on ode mnie dużo szybszy na zbiegach. Wygrać z nim mogłem tylko w dwóch przypadkach : zmęczyć po drodze, lub lecieć z nim do końca i w samym finiszu przeprowadzić atak rzucając wszystkie siły w ostatnich metrach. Nazwijmy go Nr. 1 (Jarek)

Oponent Nr.2 znalazł się w moich okolicach w rejonie nastego kilometra, co ciekawe w towarzystwie Agaty Matejczuk, która jest bardzo mocnym zawodnikiem i wiele o niej słyszałem - a osobiście poznałem w drodze na zawody, bo mieliśmy okazję jechać jednym samochodem (jeszcze raz dzięki Tomek za transport !). Okazało się, że na samym początku trasy źle zakręcili, bo faktycznie instrukcje od osoby z obsługi były nieprecyzyjne. Kiedy Grzegorz z Agatą mnie wyprzedzili, wiedziałem, że z tym gościem sobie nie poradzę, trzymał się tempa Agaty znikając mi powoli z pola widzenia. Co zresztą specjalnie mnie nie dziwiło, zawsze wpada na metę troszkę przede mną.

Panowie Nr.3 i Nr.4 byli w nieznanej mi lokalizacji, nie widziałem się z nimi przed startem, ale szacowałem, że są przede mną.

Początek trasy jak zawsze fajny, pogaduchy o wszystkim i o niczym, tylko na zbiegach milczenie, bo momentami lecieliśmy sporo poniżej 5min/km (dla niewtajemniczonych, na biegu ultra to bardzo szybkie tempo jak dla mnie). Czułem, że będę to szarżowanie wspominał za kilkanaście kilometrów. Próbowaliśmy też z Jarkiem ocenić, ile konkurentów jest przed nami. Obstawiałem, że ok 60-70 osób - ciężko to było ocenić w ciemnym lesie widząc tylko światła czołówek zaraz po starcie, a teraz przed nami było zaledwie kilka osób.

1

Grzegorza złapaliśmy w okolicach Małego Kacka i lecieliśmy razem, aż do Wielkiego Kacka. Tam było trochę zamieszania z oznakowaniem trasy, ale odnaleźliśmy kurs, zresztą, od tego miejsca były moje rejony - znałem dobrze prawie każdy fragment trasy. Na tym etapie Grzegorz biegł bardzo blisko za mną. Tam widziałem go po raz ostatni. Na wlocie do lasu złapałem mojego oponenta Nr.3 - Jaromira. Tam też postanowiłem przycisnąć, widząc że reszta nieco się rozprężyła.

Wiedziałem, że na trasie z Kacka do Gołębiewa zaliczę zgon (okolice 30km). Czułem, że  kryzys mnie dopada, wiedziałem tez też, że taki stan utrzyma się około godziny. Kryzys o jakim mowa, to pierwszy odruch organizmu, który zaczyna mieć dosyć. Bolą nogi, zmęczenie daje w kość, chce się jeść, pić, ale najgorsza jest świadomość tego, że to dopiero połowa drogi. I to łatwiejsza połowa. To nie pomaga. Ten głos w głowie coraz częściej namawia do rezygnacji ze ścigania, przecież zawody można skończyć "dla zabawy". Zbieram się jednak w sobie i po prostu biegnę. Krok za krokiem. Co chwilę oglądam się za siebie, czy ktoś z ekipy za mną mnie goni. Po kilku zakrętach biegnę samotnie. To taka trochę wojna psychologiczna, każdy z nas jest na podobnym etapie - jedni to przeczekują zwalniając i nabierając sił, inni kończą walczyć, jeszcze inni przechodzą do ataku. Różnie bywa. Ja robię swoje i smętnie drepce, muszę to zwyczajnie przeczekać. Wiem, że przejdzie. Trzymam się postanowienia - po płaskim i z górki biegnę. Pod górę maszeruję.

Po kilkunastu minutach dogania mnie mój Nr.1 :]

Z jednej strony ucieszyłem się, bo przynajmniej jest ktoś z kim można ponarzekać, ktoś kto holuje Cię i zmusza do walki. Z drugiej strony zdałem sobie sprawę, że mój atak nie był skuteczny. Przełom w mojej głowie nastąpił przed Pachołkiem (ok 37km). Nie wiem dlaczego, ale wkręciłem sobie, że tam będzie punkt żywieniowy i wreszcie napiję się coli. Punktu nie było... ale liczyłem, że będzie z pewnością po drugiej stronie ulicy Spacerowej...

3

Był, ale prawie na samej górze łagodnego bardzo długiego podbiegu. Na tym etapie bardzo pomogła mi znów Agata, która biegła kilkadziesiąt metrów przede mną, i miałem ją w zasięgu wzroku, ale finalnie musiałem odpuścić bieg i przejść do marszu. Agata uciekła do przodu, a mój Nr.1 został gdzieś w tyle. Zastanawiałem się, jak daleko przede mną jest Nr. 4 - świeżo upieczony ojciec - Biegacz z cholernej Północy. Na punkcie żywieniowym minutka na pogaduszki, wlanie w siebie masy coli, napełnienie obu bidonów płynnym cukrem, banany w garść i w drogę. Pod górę idę, ale ciągle oglądam się czy Jarek nie siedzi mi na ogonie. Nie było go.

Za niecałe 10km kolejny punkt, z niego już tylko 12 km do mety - szybko dzielę trasę na fragmenty, tak jest łatwiej dla głowy. 10 km - to trasa do pracy i z powrotem, biegam to prawie codziennie. Co najważniejsze znam tutaj doskonale każde wzniesienie, biegałem ten odcinek wielokrotnie, wiem za ile będzie podbieg i ile będę zbiegał. Pod górę marsz, na górze bieg. Włączyłem sobie muzyczkę. Moja głowa nieco się oderwała, cola postawiła mnie bardziej pionowo i zacząłem nawet myśleć o tym, aby dopaść tego gościa z przodu.

Dopadłem go, kiedy przechodząc przez strumyk walczył ze skurczem. Szybka wymiana uprzejmości i idę pod górę dalej. Ostatnie podejście przed punktem żywieniowym na Matarni. Zdejmuję czapkę (pokrytą szronem), bo strasznie jest gorąco i wymieniam na buff, czołówka ląduje w plecaku, dzwonie do domu -  "za dwie godziny będę na mecie", melduje. Mylę się.

Na Matarni wita mnie szeroka rzesza kibiców, których przepraszam za to, że nie byłem zbyt rozmowny / lub plotłem trzy po trzy (niepotrzebne skreślić). Pewnie nie było tego widać, ale na prawdę się na Wasz widok ucieszyłem. Uzupełniam płyny, jakieś owoce w garść  i lecę póki są siły bo teraz trasa głównie w dół. Nikogo nie ma za mną.

4

fot. SuchaSzosa

Na ostatnim mega podejściu (przed zielonym szlakiem, o którym starałem się nie myśleć) przyuważyłem na samej górze dwie osoby. Gdy ja bylem u szczytu tego wzniesienia, na dole też ktoś za mną szedł. W głowie od razu dwie sprawy - nie daj się złapać przez tego z tyłu i dopadnij tych dwóch z przodu :]

Ten odcinek był bardzo męczący... lekko z górki i płasko wiec musiałem biec, ale nogi już nie chciały. Jedynie myśl, że "Ci dwaj" są coraz bliżej i jest opcja, że jednak ich dopadnę. Udało się dopiero na zielonym szlaku - tym szlakiem prowadzi ostanie 6km trasy. To najgorsza, najtrudniejsza część całej trasy, to zemsta organizatorów, to ponury żart z ich strony. Strome, niemal pionowe podejścia wysysają siły, które sam nie wiem skąd się jeszcze biorą. Po wyprzedzeniu przeciwników nie oglądam się za siebie, bo boję się, że będą starali się mnie dopaść. Nie chce tego widzieć, nie chcę czuć żadnej presji. Jak tylko znajduje odrobinę płaskiego biegnę zaciskając zęby licząc, że oni tego nie robią. Po kilku minutach nieśmiało się oglądam za siebie. Nie ma ich !

2

Ale ale, na kolejnym podejściu kolejna para (zdjęcie powyżej). Jeden z nich widać, że mocno zmęczony, ale drugi radośnie podbieguje. Wymęczam (się) ponownie i dopadam ich, po czym staram się uciec, tutaj jednak przeczuwam kłopoty, bo do mety niecałe 3km. Oczami wyobraźni widzę scenkę z ich rozmową : "Ty leć i go dopadnij, a ja spokojnie dobiegnę". Napieram ile sił w nogach, nie oglądam się - dopiero na 300 m przed metą zerkam nieśmiało za siebie, ale nie ma ich w zasięgu wzroku.

Ostatni zbieg, widać między drzewami metę, oglądam się za siebie ostatni raz i padam na ziemie, robię 10 pĄpek (przynależność do Smashing PĄpkins zobowiązuje) po czym mijam linię mety z czasem 6h:33m:56s. Jestem 24-ty ! Jestem szczęśliwy, jestem wykończony !

5

Na mecie coś zjadam przebieram się i zawijamy się do domu. Obiecaliśmy dzieciom, że pojedziemy do dziadków po południu. Będąc w domu pijąc pyszną kawę i oczekując na obiad dowiaduję się od chłopaków z mety, że zająłem III miejsce w kategorii mieszkaniec Trójmiasta !! Kurde, pierwsze pudło w życiu i nie ma mnie na ceremonii. Ech...

Jadąc do dziadków zajeżdżamy jeszcze raz na metę po odbiór statuetki, którą wręczył mi osobiście zwycięzca i jednocześnie rekordzista trasy - Gediminas Grinius, absolutny światowy top biegaczy ultra na świecie. Z wrażenia nawet nie zrobiłem sobie z nim zdjęcia. Co za dzień !

Konkurent Nr.4 był cały czas za mną.

Kilka słów o samej imprezie. Co tu można napisać ? Otóż polecam, polecam i jeszcze raz polecam, mimo że mam dziś dzień "siadania na raty".

W lipcu letnia edycja !

IMG_8596

 

 

 

W tym roku nie będzie podsumowania w liczbach. Nie ma sensu. Nie będzie też rachunku sumienia.

Nowy rok biegowo powitaliśmy z Adamem dopiero drugiego stycznia. I dobrze, bez spiny, bez "spalania kaca". W obawie przed tłumami co maja noworoczne postanowienia ruszyliśmy skoro świt - jak zawsze. Zestaw morsowy w jednej torbie, rzeczy na trasę w plecakach. Zimno dziś było. W nocy temperatura miała spaść to minus 10 stopni, w dzień przewidywana minus osiem. Wyszedłem ubrany na lekko i w drodze do Adama zastanawiałem się czy aby nie przesadziłem.

Plan był jak zawsze, pobiegać a potem wejść do morza. Na samą myśl robiło się słabo. Wchodzenie do wody, kiedy jest nam "niekomfortowo" to jedno, ale kiedy jest Ci zimno, to ta perspektywa jest jeszcze mniej kusząca. Jedyna nadzieja w tym, że podczas biegania się odpowiednio zagrzejemy.

Trasa standardowa, z Brzeźna do Oliwy a potem do lasu. Nie było dziś mocy, przedświąteczne lenistwo, świąteczno-noworoczne nieróbstwo wyszło. Tak, dziś biegło mi się naprawdę źle. Sytuacja się zmieniła jak dotarliśmy do Pachołka.

G0012737

W lesie jakoś się rozkręciłem i biegło się przyjemnie. W połowie drogi chwila marszu na tzw popas, wyjąłem z plecaka zamarzniętego banana i zjadłem przypłacając to zamarznięciem ręki. Dawno mi tak dłoń nie zmarzła, lekkie biegowe rękawiczki nie dawały rady, pocieranie, zaciskanie, klaskanie też na zbyt wiele się nie przydawało. Z minuty na minute było coraz gorzej. Straciłem zupełnie czucie w lewej dłoni. Nie było mi do śmiechu, nie lubię jak jest mi zimno.

Po kilku kilometrach biegu sytuacja się unormowała, wróciło czucie do dłoni, a ja nawet solidnie się zagrzałem. Kiedy wybiegliśmy z lasu, w mieście odczuwało się silniej wiatr, ręce znów zaczęły marznąć, a ja ciągle miałem w głowie, że czeka mnie kąpiel w wodzie...

Dziś nie ogarnąłem się zupełnie z morsowaniem. Zbyt długo przygotowywałem się do wejścia i zdążyłem ostygnąć - zamarzł mi zamek w bluzie i miałem kłopoty z odpięciem. Linia brzegowa pokryta była lodem i bardzo śliska, sama woda była mokra i tak zimna, że zaczęła parzyć. Ale to nie było najgorsze. Po wyjściu z wody zaatakował mnie mroźny wiatr wbijając igły w skórę. W tym czasie stopy przymarzały do podłoża, a ja zorientowałem się, że nie mam suchych spodni (dresowych) na przebranie. Sytuacja zaczynała być dramatyczna. Stóp nie czułem, dłonie powoli przestawały reagować na polecenia :) a ja mordowałem się, aby założyć obcisłe leginsy, które były mokre, całe w piachu i częściowo zamarznięte, bo po wyjściu z wody stałem na nich.  Po raz pierwszy nie byłem w stanie z powodu przeraźliwego zimna założyć skarpet, a miałem na zmianę takie grube turystyczne w Himalaje, albo na Spitsbergen . Oczywiście butów nie dało się założyć na takie skarpety, a do parkingu kilkaset metrów. Zapomniałem też zdjąć pasek HR, który był mokry i oddawał wilgoć bawełnianej koszulce, którą miałem na sobie. Pasmo klęsk i niepowodzeń, a wszystko to ciągu dwóch minut, które wydawały się trwać wieczność.

G0032865

Dzisiejszy trening dał mi kilka lekcji i wyciągnąłem wnioski

  1. bylem nieodpowiednio ubrany na trening.
  2. należy dwukrotnie sprawdzić zawartość torby do morsowania
  3. wole jak jest mi za ciepło niż jak jest mi zimno
  4. morsowanie jest super !

Dzisiaj temperatura powietrza miała -7 st C ,a  wody 4 st C. Ale tak naprawdę mocny wiatr był winowajcą tego dramatu :)

Cały ten dyskomfort nie miał znaczenia, bo dziś wspieraliśmy gorąco akcję #zlotynakilometr. Idea była taka, aby każdy przebiegnięty / przechodzony / przejeżdżony noworoczny kilometr zamienić na złocisza i wpłacić na konto Hani.

Więcej o akcji pod adresem https://pomagam.pl/haniamielec  lub na fb : https://www.facebook.com/events/973584882715412/

Oczywiście akcję można wspierać bez biegania i nie tylko w dni noworoczne.

.. czyli jak dzień konia zmienił się w dzień osła.

Ostatnio w TPK biegałem.... dawno. Bardzo dawno. Obiecywałem sobie, że w weekend zrobię wybieganie, ale ostatnio jakoś zawsze wybierałem wypad na szosie.

Dzisiejszy start w 4 Biegu po Rybę na dystansie 15km powodował pewien dreszczyk. Cieszyłem się, bo w końcu będę mógł pobiegać po lesie. Kocham to i co pan mi zrobi ? Stęskniłem się. Z drugiej jednak strony wybrałem się na najdłuższy z  możliwych dystansów, co było nieco karkołomną decyzją biorąc po uwagę jakie treningi ostatnio biegam. Ale co mi tam, nastawiłem się na to, że będzie trudno, że będzie walka i że będzie bolało. Z drugiej strony obiecałem sobie ze nie będzie ziewania, a na mecie powiem sobie : zrobiłem co w mojej mocy. I będzie to prawda.

4BpR

fot. Patrycja Sawicz - dziękuję !

Start dosyć spokojnie, szukanie własnego miejsca w szeregu przetasowania, leki zbieg, rozpuszczam nogi. Tętno po 1.5km na poziomie 145 bpm. Kanapowo, spokojnie, lecę dalej. Na trzecim kilometrze wyprzedza mnie Błażej , nic dziwnego jest lepszym biegaczem ode mnie. Szybka wymiana pozdrowień - ale ciężko, że starość i takie tam. Poleciał. Potem oświeciło mnie, że leci na 10km, wiec jestem usprawiedliwiony, że łyknął mnie jak młodego. Znowu zbieg, rozpuszczam wici, przede mną kilkudziesięcioosobowa grupa biegaczy, nie byle jaka : Asia W , Kasia K i  Michał. W oddali widzę Piotra G... Jak to możliwe, że jestem w tak zacnym gronie ? Zerkam na zegarek, średnie tempo 4:37. O matko, lecę przynajmniej jedna minute na kilometr za szybko, to się źle skończy, mówię sobie. A to dopiero początek zabawy...

Z górki luźno, staram się nie hamować, pod górkę skracam krok, mocna praca ramion, głęboko oddycham. Doganiam Kasię , chwilę później Michała i Asię. Wiem, że biegali wczoraj na GrandPrix Zaspy, ale mimo to jakoś ciężko mi uwierzyć że trzymam ich tempo. Półmetek, szybko poszło, rozgrzałem się, nie mam zadyszki, tętno w pełni kontrolowane. Zaczyna się długi podbieg, dopadam biegacza w zielonej koszulce. Męczy się, ciężko dyszy, wiem że walczy żebym go nie dopadł. Poddaje się na początkowej fazie bardzo długiego podbiegu, wyprzedzam go bez słowa. Wiem jak to demotywuje , ale z mojego punktu widzenia to kop do dalszego napierania. Wiem, że konkurencja zaczyna się wykruszać. Pod górę robię swoje, przyszedłem zrobić mocny trening, a nie walczyć o "złote kalesony". Wbiegając na górę staram się przypomnieć sobie profil trasy, czy to ten największy / nadłuższy podbieg ? Chyba tak. A jeśli tak, to oznacza ze mam dziś tzw dzień konia, jest moc i nie zawaham się jej użyć. Wypatruje w oddali kolejny cel przede mną. Szybka kontrola sytuacji za mną. Słyszę tylko Michała, który krzyczy - "Waldek dajesz!". No to dałem. Cholera, naprawdę jest za mną, ale wiem, ze nie odpuści. Musze to dobrze rozegrać, aby mnie nie zajechał i nie dopadł. Przecież nie przyszedłem się tu ścigać :) , taaaa jasne :)

Wpadam pod górę, stoi ktoś i mówi : 12-ty. Że jak ? "Jesteś dwunasty" - odkrzykuje. Jak to dwunasty. Ogólnie dwunasty ?? O w mordę !

No to się zaczęło. Przypomniała mi się relacja BO na Maratonie Podkarpackim. Szybka kalkulacja - łyknę dwie osoby i będę po raz pierwszy w  pierwszej dziesiątce biegaczy. Niemożliwe, ale muszę dopaść dwóch. Jednego czasem widziałem, jak była dłuższa prosta, jakieś 200, może 300m przede mną. No dobra. Pod górę technicznie spokojnie. Powoli go dopadam, albo mnie nie słyszy, albo nie ma sił uciekać. Już bardzo dokładnie widzę napis " Kaszuby Biegają" na koszulce. Dopadam go przed samym szczytem wzniesienia. Szybko oddychał. Mijam go bez słowa, zerka na mnie jak lecimy równolegle. Nie odpowiadam. Na zbiegu rozpuszczam nogi, a co, niech wie, że zbieganie idzie mi lepiej niż podbiegi (tak nie jest, ale on o tym nie wie). Lecę w dół, szukam kolejnej ofiary przed sobą , ale takiej  nie widzę. Długa prosta, ktoś w oddali przede mną, dopadam dość szybko. Rodzinka jakaś, uskakują na bok, gdy mijam ich w pełnym galopie z góry w dół, stawiając 5-cio metrowe susy i dysząc jak parowóz. Mam nadzieję, że ten z tyłu został daleko. Nie oglądam się. Wyszukuję zawodników z przodu, ale nie ma nikogo. Nie ma też oznaczeń trasy. W sumie co tu oznaczać, autostrada jak się patrzy, to i kierunek biegu wiadomy. Dopadam spacerującego starszego jegomościa : "Biegł ktoś przede mną ?" - pytam w locie. "Tak, biegli".  No to ogień - rozpuszczam giczały w dół. Kiedy dobiegam do rozstaju dróg i nie ma oznaczenia trasy już wiem, że jestem w czarnej dupie. Zgubiłem się.  Zgubiłem trasę.

Prawo? Lewo ? Co robić. Gdzie słońce? W lewo będzie dobrze. Lecę dalej. Może nie jestem zbyt daleko, może jednak nie wszystko stracone. Zbiegam serpentyną w dół, nad sobą widzę gościa, którego łyknąłem wskakując na 11-tą pozycję. Krzyczę do niego, że źle biegniemy... Chwilę później wypadam na ul. Bytowską w Oliwie. No to se k*rwa wybiegłem ! Klnę na głos. Przechodzę do marszu. Co teraz? Jak powinna przebiegać trasa, którędy biec ? Postanawiam kierować się na mostek pod Słowackiego, co oznacza, że muszę asfaltem lecieć pod górkę. A tam napisy, ze "zaraz bufet", "czy boli" itp. Dzień wcześniej była Skandia i męczyli się na rowerach na tej trasie. W połowie drogi dopada mnie kryzys mentalny -  właściwie po co się spinać ? Już mam planowane 15km w nogach. Nie mam za to ani telefonu, ani picia. Nie ma się co mazać. Miał być mocny trening, to będzie. Wbiegam pod górę, krok za krokiem. Dobiegam do punktu żywieniowego, mam w nogach 17km. Czas napić się wody. "Chyba Pan trochę zabłądził ?" Pytają wolontariusze - "Trochę" odpowiadam, ale na szczęście Was znalazłem, popijam wodę i lecę.

Do końca trasy wyprzedzam jedną biegnącą osobę i samych piechurów idących pod górę. Cały czas trzymam gardę wysoko wbiegając na każde wzniesienie...

Na mecie melduję się po 1h:32m, na 85-tym miejscu ze 105 startujących. Na garminie ponad 19km ze średnim tempem 4:49. Cholera, ale zrobiłem dobry trening !

Track : https://www.endomondo.com/workouts/542428146/4936511

2

Mój ostatni wpis stricte biegowy związany był z poprzednią edycją tego biegu, który odbył się jesienią. Bieg dookoła Trójmiasta nie jest łatwym biegiem, mimo, że jest pozbawiony jakiejkolwiek rywalizacji. Dystans 80km, a szczególnie jego ostatnie 25km , które wiodą po betonowo-asfaltowym podłożu solidnie dają się we znaki mimo wycieczkowego tempa. Pięć miesięcy minęło jak z bicza strzelił, a mój organizm przez ten czas dostaje solidną dawkę jednostek treningowych ale w diametralnie innej formie niż dotychczas. Ten bieg miał być weryfikacją mojej biegowej formy.

Zbliżający się I PZU Maraton Gdańsk zbliża się wielkimi krokami, a ja niestety nie przygotowuję się do niego odpowiednio. Weekendowe długie wybiegania nie są długie. I nie są tez zbyt częste. A miała być życiówka.

III edycja biegu dookoła Trójmiasta zebrała sporą gromadkę chętnych i co ciekawe nie wszyscy byli z Trójmiasta. Większość uczestników poprzedniej edycji pojawiła się na starcie co także świadczy o klimacie jaki panuje na tej imprezie. Sam oczywiście nie planowałem przebiec całości, bo po pierwsze od pół roku nie wbiegam więcej niż 20km, a po drugie nie mogę sobie pozwolić na kilkudniową regenerację. Treningi czekają.

Plan był prosty, zrobić długie wybieganie. Minimum 35km, a potem się zobaczy. Taką lub podobną strategię przyjęli też inni uczestnicy, którzy postanowili gdzieś na trasie się odłączyć. Doleciałem do Skweru (49km) i cieszyłem się, że już koniec. Resztę trasy będę wałkował podczas przygotowań do maratonu, bo jeszcze nie wszystko stracone.

Organizatorzy zadbali jak zawsze o super atmosferę i mega pogodę. Piszę się na kolejną edycję, choć dziś czuje boleśnie każdy krok.

11080297_454039224752743_7710074667307946598_o

11077388_454039248086074_6639736416669592168_o

11103116_454039178086081_8690857043374091011_o

11038742_454039158086083_8870183477567469189_o

11080335_454039128086086_7091195851417746666_o

11096437_454039088086090_5170370960747107545_o

11084025_454039028086096_3873244153070285805_o

10857369_454038988086100_4557807735630968720_o

11067708_454038971419435_5724326765507630122_o

 

 

2

W miniony weekend pożegnałem się biegiem z bieganiem na ultra dystansach. W wyborowym towarzystwie, na wyborowej trasie. Porządnie się styrałem i dorobiłem odcisków na stopach :]

Trasa biegu zaliczała wszystkie ciekawe punkty biegowych ścieżek Trójmiejskich prze Górę Gradową, Matemblewo, Oliwę , Skwer w Gdyni, Klif w Orłowie, Molo w Sopocie, PGE Arenę, ECS i wiele innych z metą przy Złotej Bramie w Gdańsku

Więcej o biegu na stronie organizatora : TriCityUltra.pl (wstęp tylko z legitymacją PZLA :] )

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Polecam wszystkim taką wycieczkę biegową. Świetna zabawa, nawet, jeśli ktoś nie czuje się na siłach pokonania całej trasy, warto przebiec chociaż część.

Tylko ten postój w GreenWay-u zabija nogi.

 

 

Rano się nie zebrałem na pobieganie. Plan był na 4-5 rano, ale nie wyszło. Pobiegłem za to o 13:00. Trochę z premedytacją. Byłem ciekaw jak mój organizm zachowa się w takim cieple. Biegnąc przez betonowe blokowiska i otwarte przestrzenie marzyłem o cieniu lasu. W lesie, było troszkę lepiej, ale za to żadnego wiatru.
Muszę częściej biegać w takich temperaturach i zacząć się przyzwyczajać.sssssssss

GOPR2909 copy

GOPR2912 copy

GOPR2932 copy

GOPR2943 copy

GOPR2950 copy

GOPR2961 copy

GOPR2964 copy

GOPR2969 copy

GOPR2999 copy

GOPR3025 copy

GOPR3034 copy

Czas biegnie, pędzi na złamanie karku, jak to się potocznie mawia. Cieknie przez palce i nagle niespodziewanie okazuje się, że kolejna duża impreza z kalendarza biegowego będzie niebawem odliczana w tygodniach. Za niewiele ponad miesiąc z Łukaszem aka Zwolo będziemy lecieć "Rzeźnika" (78km w Bieszczadach). Tym tytułem na dziś zgadalismy sie na pobieganie po okolicach Trójmiasta. Przy okazji zaproponowaliśmy pobieganie znajomym i znajomym znajomych. Wiadomo w kupie radość :)

DCIM100GOPRO

Żółty Szlak Trójmiejski jest dosyć zaskakującym szlakiem, szczególnie w części pomiędzy Matemblewem a Górą Gradową. Dla wielu  bylo zaskoczeniem, że można całą tę trasę przelecieć lasem i co najważniejsze po górkach.

Szerszą relacje możecie przeczytać na stronie http://runaroundthelake.blogspot.com/2014/05/wycieczka-biegowa-szlakiem-trojmiejskim.html?spref=fb  , tamtejsza relacja właściwie wyczerpuje temat i nie ma nic do dodania ;]

GOPR2786x

GOPR2798x

GOPR2811x

GOPR2825x

GOPR2854x

GOPR2860x

 

Na trzy tygodnie przed maratonem wziąłem udział w wycieczce biegowej zorganizowanej przez Akademię Biegania  zielonym szlakiem TPK. Trasa została zaplanowana na 27km, które znajdowały się na trasie Otomin-Sopot kamienny Potok. Oczywiście znaleźli się tacy, którym to było mało i postanowili wyruszyć trochę wcześniej z Kolbud, czyli dołożyć kolejne 13 km. Tak jakos wyszło, że znalazłem się w tej grupie, bo dystans wydał mi się odpowiedni. W czerwcu czeka mnie 78km, wiec czas sie przyzwyczajać. Tempo iście wycieczkowe i bardzo dobrze. To nie miały być ściganki tylko wycieczka. Z Kolbud do Otomina polecieliśmy jak czterech pancernych i pies, bo biegła z nami Negra. Ten pies ma niesamowitą kondycję.

W Otominie dołączył do nas wesoły autobus wypełniony biegaczkami i biegaczami, a także kilka osób, które dobiegły z Żukowa. Droga z Otomina do Matemblewa zleciała jak z bicza strzelił, bo plotkowałem z Piotrem, którego nota bene nie widziałem już dłuższy czas. Będzie okazja się znów spotkać za trzy tygodnie w Warszawie na królewskim dystansie 42km.

Od Matemblewa zaczęły się schody, a właściwie podbiegi i zbiegi. Teren coraz bardziej pofałdowany. Na pachołku pamiątkowa obowiązkowa fota i dalej w kierunku Sopotu, gdzie dotarliśmy po prawie 6-ciu godzinach.

Poniżej kilka zdjęć perfidnie ukradzionych ze strony poruszeni.pl :]

P3230029

P3230032

P3230047

P3230061

Dzisiejsza trasa to połowa Zielonego Szlaku Skarszewskiego, który jak sama nazwa wskazuje zaczyna się (lub kończy) w Skarszewach. Może kiedyś porwiemy się na cały dystans ?

W przyszłym tygodniu spokojniej, a w weekend próba tempowa i ustalenie na ile lecieć w Warszawie.