Przeskocz do treści

fot. Jan Haręza / Ultrajanosik

Całkiem niedawno, zaledwie kilka dni temu, pisałem na blogu post o planowaniu startów i wyznaczaniu sobie celów. W tym roku plan startowy mam już bardzo precyzyjnie ułożony i raczej nic już do niego nie dołożę, ale kalendarz startów kończył się zawodami w Borównie na dystansie IM w połowie sierpnia. Naturalnie przyszło pytanie czy coś zrobić na jesień? Jeśli tak, to co? Jechać w góry, czy może idąc za planem treningowym pocisnąć jakiś uliczny maraton? W tym sezonie z biegami w terenie będę miał raczej niewiele wspólnego, oprócz TUT na dystansie 40 km w połowie lutego reszta startów odbywa się na betonach i w płaskich okolicznościach. W kontekście planowania długofalowego chciałbym troszkę wejść w triathlon extremalny (tak, marzy mi się Hardasuka) ale do tego potrzebuję jeszcze trochę czasu. Chciałbym w tak zwanym międzyczasie zrobić jeszcze coś pośredniego, może Karkonoszman, może Diablak - kto wie. Starty tego typu niosą za sobą konieczność przygotowania i trenowania w terenie górskim, wiec warto od czasu do czasu się tam pojawić i coś pobiegać.

W tym roku na jesień rozważałem start w Krynicy, ale odstęp czasu między Borównem a Festiwalem Biegowym nieco mnie studził. Były tez plany pojechać na Łemkowynę lub Ultramaraton Bieszczadzki, ale chyba jednak wolałbym pojechać w inne tereny. Pojawiła się tez opcja wyskoku w Tatry na weekend, rekreacyjnie, żeby pobiegać bez żadnych zawodów.

Wczoraj zupełnym przypadkiem natrafiłem na post na fb, że o 20:00 wystartują zapisy na kultowy, piękny, piekielnie trudny bieg w ramach Ultra Janosika - mianowicie Legenda. Kurde, kompletnie o tym biegu zapomniałem, choć w zeszłym roku ostrzyłem sobie zęby, a Artur, którego spotkałem na BUGT pisał mi, ze bieg z pewnością mi się spodoba. Zresztą wystarczy poczytać w necie relacje i morda sama się uśmiecha. Nastąpiła szybka konsultacja rodzinna, bo impreza wypada w ostatni weekend sierpnia i po uzyskaniu wszelakich zgód postanowiłem, że spróbuje się zapisać korzystając z zebranych wcześniej punktów kwalifikacyjnych, bo nie każdy może w takim biegu wystartować.

Organizatorzy przewidzieli 200 miejsc, z czego 20 jest zarezerwowanych na potrzeby organizatora, a na resztę można aplikować przez formularz internetowy. Rok temu zapisy trwały nieco ponad kwadrans. Odrobiłem zatem lekcje (1,5h trenażera), ogarnąłem domowe sprawy i zasiadłem z rozgrzanymi palcami do komputera, żeby możliwie najsprawniej uzupełnić wymagane pola. Przygotowałem tez sobie linki do wyników biegów, które dawały mi kwalifikacje, żeby już niczego nie szukać. Minutę po uruchomieniu zapisów otrzymałem maila, o poprawnej rejestracji w systemie zapisów oraz informację, że po zamknięciu zapisów nastąpi weryfikacja i potwierdzenie czy na imprezę udało się zapisać.

Zresztą co Wam będę opowiadał, zobaczcie sami.

Formularz zgłoszeniowy zniknął z sieci po 2 minutach i 15 sekundach. Tyle trwały zapisy na ten bieg (za rok pewnie będzie już losowanie). Teraz, kiedy piszę tego posta, wiem, że na bieg udało się zapisać i jadę w wakacje na imprezę, której kompletnie nie planowałem. I to właśnie nazywa się przygoda…

Minął blisko tydzień od dosyć ważnego wydarzenia sportowego, a ja nie mam za bardzo nawet ochoty o tym napisać, to chyba znak, że jednak blogowanie w moim przypadku ma się ku końcowi na dobre. Ale napisze Wam kilka słów o tym jak pojechałem na Łemkowynę po dwóch latach, pojechałem wyrównać rachunki.
Dwa lata temu zszedłem z trasy w Chyrowej, to mniej więcej połowa drogi. Strasznie wtedy lało, przez całe 15h przemierzaliśmy Beskid Niski w strugach deszczu, brnąc po kostki w grząskim błocie walcząc o utrzymanie równowagi.
Ciężko to znosiłem, ten dystans, pogodę, chłód, kryzys za kryzysem i w końcu decyzja aby zejść z trasy. To nie była trudna decyzja, a właściwie coś co przyniosło mi wtedy ulgę. Ale minęło troche czasu a moja ambicja cały czas przypominała mi, że poddałem się, kiedy można było walczyć. Dziś, kiedy wiem jak wyglądała dalsza część trasy wiem, że zejście wtedy było bardzo rozsądną decyzją i gdybym tego nie zrobił w Chyrowej, najprawdopodobniej gdzieś niewiele dalej i tak by się to wydarzyło.

Ale nie rozdrapujmy ran. Wracam do Krynicy po dwóch latach przerwy, nastawiony optymistycznie i zdeterminowany na ukończenie biegu. Przede wszystkim lepiej przygotowany. Nie fizycznie, bo trenowanie w tym roku to była jakaś kpina. Pojechałem przygotowany logistycznie, wyposażony w zestaw ubrań na każdą ewentualność, wiele rzeczy na wyrost. Wszystko po to aby nie dać się zaskoczyć.
No, ale jak to z przyrodą bywa, zawsze może nas czymś zaskoczyć. Tak też było w tym roku. Prognozy pogody zapowiadały, że Łemkowyna będzie wyjątkowo sucha i wyjątkowo ciepła.
Zdecydowałem się ubrać na tzw cebulę, aby po chłodnej nocy moc za dnia lecieć na krótko. Wiec ubrałem krótkie spodenki i tshirt z rękawkami, na wierzch spodnie Dobsom R90, na górę bluza Salomona, na głowie buff, na nogach Adidas Response boost TR. W plecaku dodatkowo kurtka przeciwwiatrowa, przeciwdeszczowa, kilka buffów, czapeczka z daszkiem i druga ciepła para rękawiczek. Do tego obowiązkowe graty jak zapasowa latarka, baterie, powerbank, apteczka z folią nrc , kubek, bidonu na 1 litr picia, dwie pary słuchawek i kamerę.


Pierwsza część trasy pokonana nocą minęła sprawnie i bez przeszkód, w porównaniu z warunkami na trasie sprzed dwóch lat to była przyjemna wycieczka. Suchy teren, tylko miejscami udekorowany błotem, w większości przez las, wycieczka miła i przyjemna. W okolicach 50 kilometra zrobiło się już jasno wiec głowa skierowana została z analizowania podłoża do chłonięcia otaczającej przyrody, a było na co popatrzeć. Zjawiskowy wschód z mgłami zalegającymi w dolinach a wszystko to wśród górek porośniętych różnokolorowymi drzewami. Złota Polska jesień jest zjawiskowa, morda się cieszyła, a słoneczko coraz bardziej przygrzewało. Zapowiadali ciepły dzień, ale kiedy w okolicach półmetka wyszliśmy z lasu na eksponowane pola poczuliśmy jak bardzo jesienne słońce piecze nasze ciała. Muszę tutaj wspomnieć o pewnym niedociągnięciu jakie popełniłem. Otóż regulamin wymagał, aby mieć przy sobie pojemniki na minimum 1l płynów. Punkty żywieniowe były oddalone od siebie o około 20km, co w terenie przekładało się na czas około 4 godzin. O ile w nocy nie stanowiło to problemu, to podczas biegania w okolicach południa już sprawiało pewne kłopoty. Momentami było tak źle, że wyliczałem sobie, że mogę pociągnąć łyczek picia co 10 minut. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, ze po minucie od łyknięcia picia odliczałem czas do kolejnego łyka. Dlatego w Chyrowej zabrałem ze sobą dodatkową butelkę z piciem. Oczywiście im bliżej końca dnia, tym zapotrzebowanie na picie malało, co miało związek ze spadkiem temperatury powietrza, wiec dodatkowa butelka właściwie się nie przydała, ale źródełko przy Kościele przed Cergową uratowało nas z opałów. Nie ma to jak kilka łyków lodowatej, źródlanej wody!


Wspominając już górę Cergową należy wspomnieć o dwóch rzeczach :
Po pierwsze żałuję, że nie poświęciłem 5 minut i nie wszedłem na wieżę widokową na szczycie góry. W tamtym momencie wydawało mi się to marnowaniem sił, ale z perspektywy czasu, kiedy nogi mnie już nie bolą, żałuję ze tego nie zrobiłem.
Druga sprawa to fakt, że podejście pod Cergową jest demonizowane. Nastawiałem się coś strasznego po przeczytaniu wszystkich relacji, na armagedon i jesień średniowiecza. Tak nie było. Mozolnie, powoli, systematycznie ale ciągle pod górę. Bardziej chyba cierpiałem na podejściu po miejscowości Ropki.
Także "Cergowa, ty suko", jest przereklamowane :)
Przed Chyrową spotkałem się na trasie z Jackiem, którego poznałem dwa lata temu w szkole, gdzie nocowaliśmy po DNF-ach. jacek rok temu zaliczył 70-tkę (drugą połowę trasy), wiec doskonale wiedział, co gdzie kiedy i ile czego będzie. Z Jackiem przemierzaliśmy wspólnie trasę przez większość czasu, dogoniłem go przed Chyrową a na metę wpadliśmy razem. Dobrze nam się razem milczało na trasie :D


Wracając do samego biegu, to niestety dałem ciała z butami. Zasugerowałem się sytuacją sprzed dwóch lat, gdzie biegłem w tych butach i o dziwo wyszedłem bez większych strat. Problem jednak polegał na tym , że dwa lata temu skończyłem bieg w połowie dystansu czyli na 80km. W tym roku moje stopy miały się "dobrze" do 90km. Potem zaczęły się kłopoty. Dobieg asfaltem do Iwonicza właściwie zakończył temat komfortowego biegania. Oprócz bólu "czwórek" od zbiegania zaczął mi dokuczać ból stóp. Buty przenosiły zbyt wiele bodźców z podłoża, noga puchła i ogólnie było nieprzyjemnie. Między innymi z tego też powodu ostatnie 50km pokonaliśmy właściwie marszem, po pierwsze dlatego, że nogi bolały, a po drugie zrobiło się ciemno, a i błota trochę więcej. Prawdę mówiąc, gdyby nie fakt, że postanowiłem sobie ze te zawody skończę za wszelką cenę, zdroworozsądkowo należało zejść w Iwonicz Zdroju. Te pierwsze 100km pokonane było w dosyć dobrym, no dobra w zadowalającym, stylu. Ostatnie 50 km to już tylko parcie krok za krokiem do przodu, a wierzcie mi, że perspektywa 10 godzin marszu przez ciemny las, drugą noc z rzędu bez snu nie jest miła. Ale nie rozpatrywaliśmy tego w ten sposób. Trasę podzieliliśmy na odcinki od punktu do punktu żywieniowego. Dojść na punkt, zjeść zupę, spić kawę i ruszyć na kolejny. Tak to działało.
Po niecałych 29-ciu godzinach docieramy do mety w Komańczy. Koniec. Koniec biegu, koniec sezonu, koniec z dotychczasowym podejściem do sportu.
Mam pewne przemyślenia po tym sezonie i wnioski, które zamierzam wdrożyć w życie.
Kończę, jak to mawia Adam, z turystyką sportową. Chcę znów zacząć walczyć o wyniki, ale walkę mogę podjąć na krótszych dystansach, na tych długich nie jestem za dobry. Dlatego zmiany, zmiany, zmiany...


Jeśli chodzi o samą Łemkowynę to po pierwsze, wiem że nie wrócę na trasę 150km już nigdy. Prędzej 70km, choć długie asfaltowe odcinki nieco mnie odstraszają. Kusi mnie natomiast obejrzenie drugiej części trasy, wiec optymalnie byłoby pojechać na 30 km i porządnie się pościgać. Ale jechać na drugi koniec polski na 30 km biegania? No nie wiem. Organizacyjnie bieg można ocenić w samych superlatywach, oznakowanie trasy, obsługa na punktach przez wolontariuszy naprawdę na mega poziomie, bardzo mi się podobało. Nie oczekiwałem niczego więcej ponad to co otrzymałem na Łemko, co więcej zostałem na punktach potraktowany naprawdę po królewsku, za co bardzo dziękuje wolontariuszom. Miło było przez Wasze punkty przechodzić !

Wszystkie zdjęcia użyte we wpisie pochodzą z oficjalnej galerii KRS Formoza.

Po dwóch latach wracam na trasę przygotowaną przez KRS Formoza. Tym razem jednak postanowiłem się zapisać na najdłuższy dystans, czyli 100 mil morskich (185km). Dlaczego właśnie na tak długi dystans? Plan był taki, że ten bieg miał mnie mentalnie przygotować do Łemkowyny, na która wybieram się na jesień, a której nie ukończyłem dwa lata temu. Sprawy nieco się skomplikowały, ponieważ miesiąc wcześniej pobiegłem ultra na Maderze i skutki tego biegu ciągle odczuwałem w swoim organiźmie. Przez pierwsze 20-30 kilometrów niby wszystko było ok, ale później...

Ale może po kolei. Start w sobotę w samo południe. Jest słonecznie, na słońcu ciepło, ale wiatr który zawiewa ma raczej chłodny charakter. Postanawiam przed starem jednak założyć długi rękaw. Trasa składa się z czterech pętli po ok 46 km. Trasę niby znam, ale mimo to udaje mi się dwa razy lekko z nie zboczyć choc oznakowana jest bardzo dobrze. To oznacza, ze nie byłem wystarczająco skoncentrowany na zadaniu jaki mnie czekało. Prawdę mówiąc ten bieg został potraktowany nieco po macoszemu, z jednej strony chciałem się z nim zmierzyć, ale z drugiej strony jakoś specjalnie mi nie zależało.

Trasa poprowadzona jest przez malownicze okolice wiec z radością chłonąłem obrazy jakie mnie mijały, starałem się rozpoznać i przypomnieć sobie tę trasę sprzed dwóch lat. Jednocześnie chciałem tez nagrać coś z czego dałoby się zmontować relację. I po raz kolejny okazało się, że jak się robi wszystko, to nie robi się nic porządnie. Chwila nieuwagi i zamiast pobiec prosto zgodnie z oznakowaniami zakręcam wraz z główną drogą w lewo. Częściowo przez gadanie do kamery a częściowo przez budowę nowej linii energetycznej, na której zawiesiłem wzrok. No i stało się. Po jakimś czasie zacząłem czuć niepokój ze nie ma oznaczeń trasy, niby na odprawie wpsominano, że jeśli nie będzie odnóg, to oznaczeń może nie być przez 2-3km, ale ja chyba biegłem juz ponad 3 km. Drugim sygnałem był fakt, że jakiś czas temu biegł za mną człowiek, którego od jakiegos czasu nie widzę, a przecież nie biegnę jakoś strasznie szybko... Na drzewach od czasu do czasu widzę stare wypłowiałe oznaczenie trasy, może to z zeszłego roku ? Choć dwa lata temu oznakowanie było podobne jak w tym roku, a nie są to taśmy na drzewach...

Dobiegam do skrzyżowania - mogę iść w prawo lub lewo, ale strzałki nie ma. No dobra, czas wrócić i poszukać trasy. W ten sposób nadrabiam ponad 7km i dzięki temu ląduję na ostatniej pozycji, ale widzę od czasu do czasu przed sobą biegacza. Puszczam się za nim w delikatny pościg i gdy jestem bliżej niego zastanawiam się dlaczego nie ma plecaka ? W sumie punkty żywieniowe co 14km, wiec może postanowił polecieć pierwsze kółko "na lekko" ? Sprawa się wyjaśnia kilka kilometrów dalej, kiedy człowiek zbiega z trasy zawodów, a gdy go wołam odpowiada, że on nie jest uczestnikiem zawodów :/

Docieram na drugi punkt w którym uzyskuję informację, że 5 minut przede mną wyszedł z niego ostatni zawodnik. Podjadłem, popiłem załadowałem elektrolity i puściłem się w pościg. Zły byłem na siebie, że nie realizuję swojego planu, ale myśl że jestem ostatni przez własną głupotę nie daje mi spokoju. Biegnę szybciej niż powinienem wypatrując przed sobą zawodnika. W końcu po 3 może 4 kilometrach mam go. Krótka gadka i lecę dalej. Już nie jestem ostatni, ta myśl nieco mnie ożywiła. Przed samym Przywidzem postanawiam jeszcze raz nieco zboczyć z trasy, tym razem już po kilkuset metrach zjarzyłem się że znów pomyliłem drogę. Na trzeci punkt wpadam i widzę na nim człowieka którego kilka km temu wyprzedziłem. Postanawiamy mała pętlę pobiec razem, czas mija jakoś lepiej głowa odciążona, ale tempo biegania jakoś nie moje. Nie czuję się zbyt dobrze, mam już pierwszy kryzys i fakt, ze ten bieg źle się zaczął odcisnął piętno na woli walki. Postanawiam zrobić jeszcze jedno kółko a potem podjąć decyzję co dalej.

Na drugiej pętli było różnie, wzloty i upadki, chwile napierania i wola walki, ale tez znużenie i zmęczenie. Wyprzedziłem kolejną osobę... ale gdy przyszła noc zniknęły też w ciemnościach siły i chęć do walki, przyszła senność i gdzieś w ciemnym lesie maszerując żwawo czułem, że przysypiam idąc. Zły znak. W głowie kłębiące się myśli po co mi to, po co taka męczarnia, bo o frajdzie z biegu już dawno temu zapomniałem. Przed Przywidzem postanawiam zejść z trasy nie zaliczając nawet pełnego drugiego kółka.

Nie żałuję tej decyzji. To była najlepsza rzecz jaką mogłem zrobić. Nie miałem tego dnia radości z pokonywania kolejnych kilometrów. Może kiedyś wrócę się skonfrontować...

 

( Wszystkie użyte zdjęcia pochodzą z albumu MIUT i zostały wykonane przez  João M. FariaPaulo AbreuMario Pereira )

Minął tydzień od biegu, emocje już opadły wiec wypadałoby napisać kilka słów dla potomnych i czytelników tego bloga ;) . Na MIUT zapisałem się dzięki mojej żonie. Marzyłem o pobieganiu na Maderze, ale nie sądziłem, że jest to realne, a z pewnością nie tak szybko. Pierwotnie chciałem pojechać na Lavaredo, ale Magda wolała coś bardziej atrakcyjnego na wakacje i znając nasze dzieci miała rację.

Aby zapisać się na MIUT wymagane są punkty ITRA, konkretnie 4 punkty zdobyte w pojedynczym biegu. Bieg Granią Tatr dawał mi minimum, wpisowe w sumie też nie najgorsze (110E) wiec decyzja zapadła i jak tylko odpalono zapisy, zarejestrowałem się. Wolne miejsca na imprezę na Maderze wyczerpały się po 3 dniach.

Ze względów logistycznych wybraliśmy się na wakacje korzystając z oferty Itaki.

MIUT jest biegiem na dystansie 115 km i po drodze na uczestników czeka ponad 7200 m przewyższeń. Takie dane podaje organizator.  Trasa przebiega przez cała wyspę, zaczynając na zachodzie wyspy w Porto Moniz, a kończąc na wschodzie w Machico. Trasa jest podzielona na 12 odcinków, czyli jest 11 punktów kontrolnych z pomiarem czasu i żywieniem, z czego jeden punkt (CP6) jest przepakiem, czyli miejscem gdzie można nadać bagaż w specjalnej torbie i skorzystać z tego, co sobie przed biegiem do torby spakujemy.

Temperatura na Maderze w kwietniu oscyluje w okolicach 18-20 st C, w nocy nieco chłodniej, jest raczej słonecznie, choć wysoko w górach z powodu chmur i wilgoci i w ciągu dnia potrafi być nieprzyjemnie. Organizator wymaga od uczestników kilku niezbędnych rzeczy : kurtki przeciwdeszczowej, bandaża elastycznego, koca ratunkowego (foria NRC), dwóch czołówek z zapasem baterii, czerwone mrugające światełko na plecak i pojemnik na min litr płynów. Oprócz tego zaleca zabrać długie spodnie, długi rękaw, kije trekingowe, czapkę i rękawiczki.

Wystartowałem ubrany na krótko na rękach naciągnięte rękawki, kurtka przeciwwiatrowa, czapeczka z daszkiem buff, w plecaku oprócz wyposażenia obowiązkowego wylądował termiczny długi rękaw Brugi.

Na przepak nadałem cywilne ciuchy na metę (jeansy, bluza z kapturem, gacie, skarpety itp - oczywiście nie zabrałem butów na zmianę) a ponadto na bieg dwie koszulki na zmianę, skarpetki i kilka buffów i żele z batonami.

Z miejsca zamieszkania w Funchal udałem się komunikacją publiczna na Metę do Machico. Stamtąd organizator zapewniał transport uczestników na start do Porto Moniz. W Machico spotykam kilku Polaków (min Olga, Sylwia, Jacek, Damian i Andrzej) zabijamy czas rozmową oczekując na transport i w czasie podróży. Na start docieramy na dwie godziny przed startem biegu, przygotowuję picie, jem zapasy bananów i postanawiam uciąć sobie drzemkę siedząc na schodach. Spałem tak ok trzech kwadransów i cieszę się, że udało się podładować trochę akumulatory, w końcu czekała mnie przynajmniej doba bez spania.

Start biegu jest punktualnie o północy, 28 kwietnia, bieg przewidziany jest na 900 osób, ale na liście startowej finalnie znajduje się 782 uczestników.

Pierwszy fragment trasy zaczyna się ulicami Porto Moniz i okolicznych mieścinek, po czym następuje wspinaczka do Fanal, na tym etapie jest do pokonania 14km, 1500m w górę, 360 w dół i limit czasu 3h15m. Przed startem nie sądziłem, że limit czasowy może być zagrożeniem i bardzo się zdziwiłem kiedy na punkt kontrolny docieram z 15-to minutowym zapasem. Szybkie uzupełnienie płynów i dzida dalej. Wiem, że muszę zbudować przewagę  czasową na kolejnych punktach, bo z biegiem czasu tempo spadnie i zapasy zaczną się kurczyć (691 pozycja).

Drugi punkt kontrolny (CP2) w Chao da Ribeira znajduje się po 5km i aż 850 metrów niżej, ale dzięki temu, że był długi zbieg udało się zbudować zapas czasu w stosunku do limitów (23 minuty zapasu, 609 pozycja).

Trzeci punkt (CP3) Estanquinhos znajdował się za kolejne 10 km oraz prawie 1270 metrów wyżej. Był to jeden z najtrudniejszych odcinków na trasie z powodu deszczu, który kompletnie mnie zaskoczył i przemoczył bo biegłem w kurtce przeciwwiatrowej a nie przeciwdeszczowej). Mocny wiatr dodatkowo wychładzał organizm, a nieprzespana noc powodowała spory dyskomfort psychiczny i fizyczny. Na CP3 docieram po niecałych 7-miu godzinach i mam 80minut zapasu do limitu, co uspokaja mnie ale spędzam na punkcie więcej czasu niż na poprzednich, bo przebieram się w suche ubrania (termiczna bielizna z długim i kurtka przeciwdeszczowa), na szyję zakładam buffa a wszystko co mokre ładuje do plecaka. Do bidona wlewam ciepłą herbatę i kurtkę zapinam na plecak, aby uniknąć przemoczenia sprzętów jakie mam w plecaku (powerbank, kamera, telefony itp). Nie grzeję się jak pozostali przy piecyku gazowym, tylko wyruszam w dalszą drogę. Widać ze pogoda zaskoczyła wielu uczestników, bo na punkcie jest sporo osób oczekujących na biegaczy i pomagających się przebrać w suche ciuchy tym, którzy już dotarli.

CP4 w Rosario znajduje się za kolejnych 9 km i jest 1025 metrów niżej niż CP3. Ten fragment trasy minął mi dosyć szybko i bez większych atrakcji, pomijając padąjacy deszcz i wszędobylskie błoto. (558 pozycja, 70 minut zapasu)

Na przełęcz Encumeada (CP5) docieramy we mgle , na szczęście temperatura jest już przyzwoita i zaczynają pojawiać się pierwsze oznaki zmęczenia i niewyspania. Posilam się "zmielonym psem wraz z budą" jak określamy coś co ma przypominać spaghetti bolognese. (531 pozycja, 105 minut zapasu). Na wylocie z punktu spotykam Damiana, którego spotkałem przed startem i chwilę po starcie, a że obaj mamy podobny cel na ten bieg - "ukończyć i porobić zdjęcia" - trzymamy się razem już do mety. Kompan, z którym można pogadać po kilku godzinach milczenia podczas taplania się w błocie to wielka ulga dla głowy, czas szybciej mija i weselej jest.

 

Do Curral das Freiras (CP6) docieramy już w pięknej patelni, słoneczko ładnie daje, punkt znajduje się w głębokiej dolinie wiec zaczynamy się gotować. Aby tu dotrzeć z poprzedniego punktu musieliśmy pokonać ponad 15km (najdłuższy odcinek), wspiąć się 900 m i zejść 1025 m. Ale była nagroda w postaci przepaku, gdzie zmieniłem ciuchy na suche, czyściutkie, pachnące, nowe skarpetki, buffy, nowe baterie do czołówki, pojedliśmy pyszności, uzupełniliśmy płyny i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Na wyjściu z punktu wyrywkowa kontrola sprzętu obowiązkowego przez organizatora. (503 pozycja, prawie 2h zapasu)

CP7, Casa do Pico Ruivo znajduje się na samym dachu wyspy Madera, aby się na niego dostać czeka nas 1370 m podejść i 300 m zejść. Organizator przewidział na ten fragment ponad 4 godziny i słusznie, bo podejście trwało wieki, po drodze były bajeczne widoki a temperatura popołudniowa dawała nam ostro w kość. Przez całą trasę modliłem się, aby na górze nie okazało się, ze widoczność jest zerowa i nic nie zobaczę.Podejście przez las figowy zmieniło się w wąską dróżkę na stromych górskich zboczach, z przepaściami za barierką i licznymi tunelami. Coś niesamowitego! Morda ucieszona mimo kilkunastu godzin przemieszczania się w tym dzikim i pięknym terenie. Na dach wyspy docieramy przed 18:00 i kontynuujemy wycieczkę w wysokich górach  (447 pozycja, 1,45h zapasu)

Po drodze mijamy "mały" punkt kontrolny, na którym tylko zostaje sczytany czas na Pico do Areeiro (drugi co wielkości szczyt Madery) - jest 19:33 a ja zaczynam schodzenie do CP8

Chao da Lagoa jest oddalone o niecałe 10 km od poprzedniego punktu i trzeba pokonać 500m w górę i prawie 800m w dół. Docieram do punktu już w całkowytych ciemnościach, jest 20:30 (444 pozycja, 2h zapasu). Przed nami zejście i ostatnie na trasie podejście do punktu Poiso - 700m w dół i 800 w górę.

Idziemy przez las, zataczając koło, chwile przemierzamy płaski odsłonięty teren, trochę wieje, jest chłodno. Gadka z Dominikiem też jakoś się klei, idziemy w milczeniu czasem tylko staramy sie ustalić czy światła przed nami to osoby, które nam uciekają czy nas gonią, bo ciężko się połapać w tej ciemnicy. Do Poiso (CP9) docieramy przed północą i wiemy już, kolejna noc przed nami będzie na trasie. Jak się sprężymy damy radę przed wschodem słońca. (439 pozycja, 1,5 h zapasu)

Portela, gdzie jest CP10 znajduje się 800 poniżej i niecałe 9km dalej. Na tym odcinku mamy już świadomość, ze teraz będzie już tylko w dół. Staramy się zbiegać, ale zmęczone stopy nie chcą za bardzo współpracować na wyboistej drodze, tam gdzie jest w miarę miękko lecimy w tempie konwersacyjnym. Zmęczone wspinaczką czwórki zaczynają się odzywać i nieco palić, widoczność też ograniczona - trzeba uważać, jeden błąd i może być nieszczęście.Sporo osób wyprzedzamy, większość zawodników idzie w milczeniu i nie podejmuje próby dołączenia do nas. Na punkt docieramy o 1:30 (422 pozycja, 1,5h zapasu)

Larano oddalone o 5 kilometrów jest 300m poniżej i droga do niego jest już całkiem przyjemna, gdzieniegdzie jeszcze truchtamy, ale głównie jest to bardzo żwawy marsz, tempo podobne, ale komfort większy. Część trasy położona jest na klifie, urwisku, które jest bezpośrednio nas brzegiem oceanu. Niewiele widzimy, ale doskonale słyszymy potężne faje w dole, podejrzanie blisko wątłej barierki, która odgradza ścieżkę od czarnej czeluści. Organizator zadbał o nasze bezpieczeństwo i na fragmencie trasy zawiesił oświetlenie. Szkoda, że nie widziałem tego pięknego widoku.  (411 pozycja, 2,5h zapasu).

Metę w Machico osiągamy przed wschodem słońca, na mieście spotykamy polaków, którzy nas dopingują przed metą. Jesteśmy zmęczeni ostatnim fragmentem, który trzeba wzdłuż niekończących się lewad (kanały nawadniające). Na samej mecie kilkanaście osób oczekujących na przybycie bliskich, senna atmosfera, ale nie ma się czemu dziwić jest 5:30 nad ranem w niedzielę, jeszcze ciemno... (meta, 29h23m:19s, 403 pozycja,2,5h zapasu)

Jedne akapit dotyczący samej organizacji biegu. MIUT jest biegiem wchodzącym w skład w cyklu Ultra Trail World Tour, więc organizacja jest na bardzo wysokim poziomie. Oznakowanie trasy widoczne było juz na kilka dni przed zawodami, jest doskonale widoczne w dzień i w nocy. Punkty żywieniowe bardzo bogate, urozmaicone, każdy coś dla siebie znajdzie, ja najmilej wspominam gorąca herbatę, suchy chleb i rosół na końcówce biegu. Na mecie każdy zawodnik mógł skorzystać z masażu, prysznica i dostał posiłek (z browarami włącznie). Trasa jest poprowadzona przez bardzo malownicze zakątki wyspy, przeciętny turysta zaliczający wycieczki fakultatywne tylko lekko zaznajamia się z pięknem Madery. Po biegu wiem, ze bardzo chciałbym tu wrócić na treking na kilkanaście dni, aby jeszcze raz móc nacieszyć oko i nos bogactwem tej wyspy. Zapierające dech w piersiach widoki warte są wysiłku jaki trzeba włożyć w poznanie wyspy, piękne lasy wawrzynowe, figowe, dzikie chaszcze i ogródki działkowe, skalne półki i tunele, wodospady, strumyczki, soczysta zieleń i kolorowe kwiaty...

Nic dziwnego, że to jeden z najpiękniejszych biegów na świecie. To prawdziwy MIUT dla duszy.

Na metę w limicie czasu dociera tylko 496 osób z 782, którzy startowali. Co trzeci zawodnik nie dociera na metę.

 

Tym biegiem zamknąłem pewien etap w swoim życiu. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z bieganiem, kiedy ledwo potrafiłem przetruchtać kilka kilometrów odkryłem, że istnieje pewien magiczny, bardzo odległy świat jakim jest bieganie ultra. To odkrycie na zawsze zmieniło mnie i mój sposób życia. A kiedy trafiłem po raz pierwszy na stronę BUGT wiedziałem, że ten bieg kiedyś pobiegnę. Wyobraźcie sobie jak bardzo odległy był to dla mnie temat, ale byłem zdeterminowany i mocno zmotywowany. Drogę do BUGT możecie przeczytać na tym blogu, bo powstał on właśnie z myślą o napisaniu historii, której finałem jest BUGT.

Finał został napisany w ubiegłą sobotę....

Do Zakopanego przyjechaliśmy już we wtorek, aby przy okazji biegu odpocząć i nawdychać się zdrowego górskiego powietrza. Pogoda była piękna i słoneczko ładnie przygrzewało, a ja snułem plany dotyczące biegu i przeplatałem je obawami  o odwodnieniu się na trasie. Im bliżej soboty tym bardziej niepokojące stawały się prognozy pogody, które przewidywały załamanie w popołudniowych godzinach w dniu startu. Piątkowa odprawa zawodników nie pozostawiała złudzeń. Prognozy są złe, a organizatorzy dorzucili kilka dodatkowych rzeczy od obowiązkowego ekwipunku - kurtka przeciwdeszczowa, druga warstwa i spodnie przeciwwiatrowe. Była to zła wiadomość, bo planowałem polecieć z moim ukochanym 6 litrowym plecakiem, który ma możliwość zamocowania bidonów z przodu. Załadowanie do niego bukłaka z piciem (zakładałem ze 1 litr to mało na odcinki między punktami), jedzenia w postaci batonów, żeli, suszonej wołowiny, dwóch kurtek, spodni i drugiej warstwy to zbyt wiele. Nie wspomnę o rękawkach, buffie, gopro, powerbanku, telefonu z muzyką, słuchawek, folii nrc, dokumentów, pakietu pierwszej pomocy...

To wszystko nie miało prawa zmieścić się w tym małym plecaku więc musiałem dokonać selekcji i z czegoś zrezygnować. Na pierwszy ogień poszło jedzenie. Zabrałem tylko 5 żeli, jednego batona i suszoną wołowinę, o której zapomniałem i przez cały bieg bylem przekonany, że została w domu. Aby się z tym wszystkim zapakować musiałem umocować drugą warstwę "na" plecaku za pomocą elastycznych sznurków - uprzednio pakując ją do worka, aby nie zamokła w czasie deszczu. Od razu napiszę ku przestrodze wszystkim, którzy to czytają : wszystkie ubrania i rzeczy, które mogą uleć zamoczeniu należy pakować w worki foliowe, nawet jeśli są wewnątrz plecaka.

Poranek w Dolinie Chochołowskiej był przyjemnie ciepły mimo bardzo wczesnych godzin "porannych". Start z Siwej polany rozpoczął się o godzinie 4:00 i pobiegliśmy początkowo asfaltem a następnie drogą szutrową do Polany Chochołowskiej skąd droga prowadziła przez Grzesia(1652), Rakoń(1876), Wołowiec(2064), Jarząbczy Wierch(2115) i Starorobociański Wierch(2172) a następnie Siwą Przełęcz, dalej przez Iwanicką (1459) aż do schroniska Ornak gdzie znajdował się pierwszy punkt żywieniowy. Jak tylko wyszliśmy nad linię lasu przywitał nas huraganowy wiatr, który wiał z prędkością 70 km/h i zabierał wszystko, co było zbyt delikatnie umocowane - kurtki, czapki a mnie osobiście słuchawki bezprzewodowe. Wiatr był momentami tak silny, że podczas biegania po szlaku nie zawsze lądowałem w miejscu, w którym się tego spodziewałem, a kije skutecznie plątały się pod nogami.

Wróćmy do punktu żywieniowego przy schronisku Ornak. Dotarłem tam na 240-tej pozycji po 5h:22m. Byłem zadowolony z uzyskanego czasu, bo opuszczając ten punkt miałem godzinę zapasu do limitu. Na samym punkcie niestety przeżyłem zawód. Nie było już dostępnych żeli, wiec skubnąłem nieco owoców, uzupełniłem bidony (na pierwszym etapie wypiłem litr picia), napiłem się colą , wypiłem elektrolity i ruszyłem w dalszą drogę. W sumie bojowo nastawiony, bo pierwszy etap całkiem dobrze mi poszedł i nie umierałem na trasie. Wejście na Tomanową przełęcz już pięknie oświetlało słonce, które powyżej konkretnie już przypiekało i wysysało resztki sił. Nie doceniłem tego podejścia, a ono nie miało zamiaru się skończyć. Ponad dwie godziny podchodzenia skutecznie zniszczyło mnie psychicznie. Fizycznie też nie było polotu, ale parłem naprzód, bo współtowarzysze sprawiali wrażenie zmęczonych tak samo jak ja. Z Ciemniaka bylo widać już Kasprowy wierch, daleko co prawda, ale był. Ale najważniejsze było dla mnie, że był poniżej mnie więc będzie z górki. takie własnie oszukiwanie samego siebie włącza się, kiedy człowiek jest zmęczony. Ale tak na poważnie na Małołączniaku (2096) zerknąłem na zegarek i zmroziło mnie. Mój wypracowany zapas z Ornaka znacznie wyszczuplał i złapanie limitu 10h na Murowańcu zostało zagrożone. Miotany wątpliwościami czy zdążę do Murowańca, a potem na Wodogrzmoty Mickiewicza, gdzie obowiązywał mnie limit 14h przemierzałem Kopę Kondracką (2005) w Kierunku Kasprowego Wierchu (1986).

Na punkt żywieniowo-kontrolny przy Murowańcu wpadłem po 9h:23m jako 228 zawodnik, co oznaczało, że mimo półgodzinnej straty zapasu do limitu przegoniłem o 12 pozycji konkurencję. Oczywiście tego nie wiedziałem, wiec postanowiłem tracić jak najmniej czasu i wyruszać w dalszą drogę. Tym razem postanowiłem się solidnie posilić, wybór padł na warzywa i owoce, nie skusiłem się na zupę ani ciastka. Uzupełniłem picie (kolejny litr), chwyciłem w rękę garść ogórków i wyruszyłem w dalszą drogę na przełęcz Krzyżne.

Zaraz za Murowańcem nastąpiło zapowiadane załamanie pogody, przez niebo przeszły trzy pomruki grzmotu i zaczęło lać. Rozpoczęliśmy wspinaczkę ku największemu przewyższeniu na tym odcinku. Mozolnie wspinaliśmy się na Krzyżne (2112), na którym przywitał nas zimny wiatr po stronie Doliny Pięciu Stawów, a jednocześnie widok na Dolinę spowitą w obłokach rozgrzewał serca. Pędziłem wiec w miarę możliwości w dół spokojny już o limit na Wodogrzomotach, bo tylko nieszczęście na trasie mogło mi zagrozić.

Punkt kontrolny osiągam po 13h:26m na 217 miejscu, uzupełniam picie i bez zwłoki wyruszam dalej, chcąc pokonać jak najwięcej trasy za widnego. Lejący permanentnie deszcz skutecznie utrudniał bieganie, było coraz więcej kałuży ale najbardziej przeszkadzał zapadający zmrok. Mgła i deszcz ograniczały skuteczność świecenia czołówki, więc tempo poruszania było niższe niż bym chciał. Ostatnią rzeczą jakiej bym  sobie życzył na tym ostatnim fragmencie trasy to kontuzja. Z Kuźnic dwa ostatnie kilometry trasy asfaltem pokonałem żwawym kłusem i na metę wpadłem po 16h:23m:55s na 199 pozycji, co oznacza, że na ostatnim odcinku wyprzedziłem kolejne 18 osób.

I tak zakończyła się przygoda rozpoczęta o 4:00 a właściwie kilka lat wcześniej kiedy zacząłem biegać po osiedlowych uliczkach.

Na koniec tego wpisu chciałbym się z wami pożegnać. To koniec bloga, przynajmniej w takiej postaci. Zauważyliście już zapewne , że wszystko już było, a powielanie w kółko tego samego nie ma sensu. Będę pewnie pisał posty, ale bardziej w formie pamiętnika biegowego, bez epickich relacji - raczej suche fakty, spostrzeżenia i uwagi.

Zacznę już w tym wpisie.

  • na bieg należy zabrać tyle suplementów ile będzie Wam potrzebne. Tym razem bardzo się zawiodłem brakiem obiecanych żeli na punktach. Wiem, że zamykałem stawkę, ale wszyscy powinni być obsługiwani na takim samym standardzie.
  • Zmienność pogody w Tatrach pokazała swoje możliwości w ciągu tego dnia. Wielu uczestnikom przydała się obowiązkowa dodatkowa odzież, a w przypadku kilkugodzinnego oczekiwania na pomoc mogłaby bardzo pomóc. Ważne, aby cieple ubrania pakować w nieprzemakalne worki, bo wewnątrz plecaka wszystko pływało. To samo tyczy się gotówki i elektroniki.
  • Należy pamiętać, ze w wielu miejscach w Tatrach nie ma zasięgu telefonia komórkowa i wezwanie pomocy może być utrudnione.

Na koniec podziękowania organizatorom za epicką przygodę. Było wyśmienicie poza małymi drobiazgami, wolontariuszom za dodawanie skrzydeł i kibicing czasem w bardzo nieprzyjemnych miejscach na trasie, w deszczu lub na huraganowym wietrze. Dziękuję też osobom znakującym trasę, szczególnie ostatni fragment który pokonywany był w ciemnościach. Zielone chorągiewki były doskonale widoczne. Specjalne podziękowania kieruje do mojej ukochanej żony, że to wszystko znosi i kibicuje. Buziaki. Ponadto bardzo dziękuje Robertowi Zabel wraz z ekipą na Kopie Kondrackiej za motywację, Arturowi, który towarzyszył mi z Czerwonych aż do Krzyżnego (sorki, że potem uciekłem, ale bardzo marzłem), Krasusowi, który był przy Wodogrzmotach w czadowej żółtej pelerynce z newsami co słychać na trasie, Magdzie, Łukaszowi i Olafowi że nas gościli i przyszły w strugach deszczu przywitać mnie na mecie.

Gratuluję wszystkim, którym się udało skończyć. A Ci którzy w tym roku nie mieli szczęścia życzę, aby za dwa lata znów ich wylosowano.

Sobie też tego życzę.

Tutaj link do galerii Piotra Dymusa, gdyby ktoś szukał natchnienia.

Pozycja :199. Numer startowy :311

Miś Waldemar M40-59( 83) Gdańsk POL Smashing PĄpkins,

Ornak 5:22:00,89 (240) ; Murowaniec 9:23:42,33 (228); Wodogrzmoty 13:26:05,16 (217) ; Meta 16:23:55,21

Zabierałem sie do tej relacji jak pies do jeża. Im więcej czsu mija od zawodów, tym mniej emocji mam do przekazania. Pisanie czegos na siłe nie ma wiekszego sensu, więc chyba ograniczę się do kilku zdań. Zakopiański Weekend Biegowy z Sokołem to trzydniowa impreza organizowana przez Towarzystwo Gimnastyczne Sokół w Zakopanem. W skład weekendu wchodzą trzy biegi : Bieg Sokoła rozgrywany w piatkowe popołudnie na dystansie 15,6 km (1013m góra dół), Bieg im dh. Franciszka Marduły, które jednocześnie są Mistrzostwami Polski w Skyrunning - ten bieg jest rozgrywany na dystansie 32 km (2218 m góra/dół) i Bieg Zamoyskiego do Morskiego Oka 10km (430 m w góre).

Do Zakopoanego przyjechałem juz w czwartek, aby odebrać pakiet na Bieg Sokoła, a przy okazji na pozostałe biegi. Nie zastanawiajac się wiele wybrałem sie na rekonesans trasy Biegu Sokoła, bo nie znałem za bardzo tych okolic. I dobrze zrobiłem.

Następnego dnia wybrałem sie z rana na Giewont, bo nigdy tam nie byłem i wydało mi się,że to dobry pomysł na spędzenie przedpołudnia. Zaiste trzygodzinna wycieczka była bardzo przyjemna, ale niepotrzebna i odbiła sie wieczorem na biegu Sokoła, gdzie na drodze pod reglami na płaskim odcinku odcięło mi prad, a właściwie strasznie się odwodniłem co objawiało się skurczmi na zbiegu do Kuźnic.

Nastepnego dnia z rana wystartowalismy na najwaznieszą cześć weekendu biegowego -  Bieg Marduły. Biegłem juz te trasę w 2014 roku. Piekny to jest bieg, wymagajacy ale widoki na trasie wynagradzają trudy. Pogoda była idealna do podziwiania widoków, ale pod koniec biegu słonce ładnie grzało i dokuczało mi już konkretnie. Na trasie nie miałem żadnych klopotów z odwodnieniem  czy zywieniowych, jedyne co mi dokuczało to kilometry nabite przez dwa poprzednie dni.

Gdyby meta była w tym samym miejscu co w 2014 roku to miałbym 15 minut gorszy czas, a zważywszy na to, że wtedy biegłem tylko Mardułe i byłem po tygodniowej aklimatyzacji jestem zadowolony z obecnego wyniku. Oczywiście stać mnie na wiecej, ale to wymagałoby włozenia większego wysiłku w przygotowania, które powinienenm robić pod BUGT.

 

Na bieg Zamoyskiego finalnie sie nie wybrałem, ale nie z powodu klopotów z aparatem ruchowym, ale z powodu własnego gapiostwa. Zakupiłem bilety kolejowe zbyt późno (tydzien przed wyjazdem) i nie załapałem sie na bezposrednie połaczenie Kraków-Gdańsk, ale na takie z przesiadka w Warszawie. Taka opcja oznaczała że o 10:45 musiałem już opuszczać Zakopane i bałem sie, że zwyczajnie sie nie wyrobię z Palenicy po biegu na czas. Szkoda trochę, ale i tak zrobiłem bardzo dobry trzydniowy trening w Tatrach, a co najważniejsze przetestowałem buty kupione specjalnie na Tatry (Adidas Terrex Boost).

 

 

Można by ten bieg opisać minuta po minucie, ale chyba nie ma po co. Ale o samym biegu trzeba wspomnieć, bo to impreza godna polecenia i Waszej uwagi. Gdy ktoś spoza światka biegowego pyta o ten bieg, odpowiadam ze jest z Gdyni do Gdańska. Po czym od razu dodaje, ze lasem i wcale nie najkrótszą drogą. Bo w tym biegu do pokonania jest prawie 65km i prawie 1500m przewyższeń.  A wszystko jest tak zaplanowane, żeby na ostatnim odcinku poczuć wściekłość i z całego serca znienawidzić osobę, która trasę planowała.

Znam trasę, więc zaskoczenia nie było, no może małe, gdy trasa nie poprowadziła nas jak rok temu na Matarnię (żółtym szlakiem), gdzie czekali na mnie osobiści kibice :)

fot. Paweł Marcinko

Oznakowanie trasy powinno być podawane jako przykład wszystkim organizatorom biegów. Mimo gapienia się cały czas pod nogi, bo błota, lodu nie brakowało nie udało mi się ani razu zawahać gdzie mam biec. Daje piątkę z plusem za znakowanie trasy.

Punkty żywieniowe i obsługa na tych punktach powoduje, że średnia z biegu drastycznie spada, bo nie da się szybko opuścić tych miejsc. I nie dlatego, że wolontariusze się nie wyrabiają z robotą, o nie!.

Tam jest po prostu tak przyjemnie, że nie chce się ruszać dalej.  A te wszystkie przysmaki, których chciałoby się skosztować. Zupki, herbatki, ciasteczka, drożdżówki, banany, pomarańcze... A wszystko to wśród uśmiechów i braw wolontariuszy, którzy tylko czekają, aby jakoś utrudzonych biegaczy wspomóc. Czapki z głów !

fot. Adam Obi

Chciałbym się do czegoś przyczepić (żeby nie było, że to że tamto) , ale po dłuższym zastanowieniu naprawdę  ciężko mi znaleźć jakiś sensowny pretekst. Za warunki na trasie trudno kogoś winić, bo przecież nogi miałem mokre i to było niefajne. Z drugiej strony jednak, jak na luty warunek był całkiem spoko, choć jedna gleba mi się przytrafiła (skończyło się na siniaku na kolanie i mokrej dupie)

Na koniec może kilka słów na temat samych założeń i wyniku. Generalnie jestem zadowolony, obstawiałem, że w tym roku będę godzinę później niż rok temu, a to ze względu na warunki pogodowe. No dobra, rok temu byłem w cugu treningowym, a w tym roku od jesieni nie robię prawie nic. Wiec nie ma co oczekiwać, że wynik będzie porównywalny. Ku mojemu zaskoczeniu różnica wyniosła tylko 30 minut, wiec jestem zadowolony. Kryzysy były w podobnych miejscach co rok temu, a ponadto na Karwinach nieco zmarzłem (jeśli się marznie na biegu, to znaczy że się biegnie zbyt wolno). Finalnie dobiegłem na metę na 57 pozycji, po 7h:04m:31s.

fot. Agata Masiulaniec

Podobnie jak rok temu mocno polecam TUTa, niech Was nie zmyli fakt, że bieg odbywa się nad morzem i nie będzie górek. U nas naprawdę można się styrać.

Nie pamiętam dokładnie kiedy się na ten bieg zapisałem. Wiem tylko, że miał być zwieńczeniem całego sezonu w którym porzucam nieco triathlon na rzecz biegów ultra. Wszystko po to aby w 2017 roku móc zapisać się na Bieg Grania Tatr i liczyć na "łut" szczęścia w losowaniu. Z tego też powodu triathlon ledwo liźnięty dwoma startami, ale i z tym powrotem do ultra jakos się nie składało. Na wiosnę TriCity Trail (słabo poszło), potem nie wyszło z TUTem (Staszek w szpitalu), na koniec 7 Dolin też odpuściłem z powodu badań przed oddaniem komórek macierzystych. Za to początek roku był z przytupem, ale potem jakbym nie umiał się zdecydować - zjeść ciastko, czy mieć ciastko.

G0152710

W tereny gdzie rozgrywany jest bieg Łemkowyny trafiłem w zeszłe wakacje, gdy zatrzymaliśmy się w okolicach Bartnego. Ze dwa, może 3 razy pobiegałem po okolicy i bardzo mnie urzekła swoim spokojem i dzikością. Wtedy bardzo chciałem pojechać tam na Maraton Magurski, ale sumarycznie nie wyszło i została Łemkowyna, która nazywana była przez wszystkich (trafnie) błotowyną. Opinie biegu były skrajnie różne, od zachwytów po zniechęcenie. Pewnie też z tego powodu chciałem bardzo na własnej skórze przekonać się jak to jest - biegać w takim ciężkim terenie o tej porze roku na takim dystansie. G0152708

Popełniłem wiele błędów przy realizacji planu "Łemkowyna".  Pierwszym, który popełniłem dawno temu był wybór dystansu na jaki się zapisałem. Warto tutaj zaznaczyć, że podczas Łemkowyny, najdłuższy bieg jest na dystansie 150km z Krynicy do Komańczy. Drugim flagowym biegiem był z Chyrowej do Komańczy, czyli na ostatnich 70 km trasy 150-cio kilometrowej. Był też Łemkomaraton i Trail odpowiednio na dystansie 48 i 30km. Dwa ostatnie dystansy nie interesowały ze względów logistycznych - jechać przez całą Polskę na 30 czy 48 km to trochę za daleko. W tym roku organizatorzy po raz pierwszy wypuścili biegaczy na pierwsze 80 km, czyli z Krynicy do Chyrowej, ale startowała tam garstka biegaczy w porównaniu z pozostałymi dystansami. Większość osób startujących na 80-tce miała już kiedyś zaliczony start na Łut70, wiec było to jakby dopełnienie dystansu. G0152706

Drugim błędem jaki popełniłem był brak odpowiedniego przygotowania do tak długiego dystansu. Powiedzmy sobie szczerze - żeby biegać ultra nie można polegać tylko na bieganiu 5km do i z pracy. To tak nie działa. Plany były nieco inne, ale w lipcu wszytko się posypało i nie było specjalnie okazji do trenowania "ultra". Trzecim, bardzo poważnym błędem było niedocenienie towaru przetargowego jakim jest Łemkowskie błoto. Czytałem wiele relacji, wszyscy opowiadali o panującym błocie na trasie, wiec spodziewałem się go i wydawało się, że byłem na nie przygotowany.

G0142699

Czwartym niedociągnięciem, ale tylko częściowym była logistyka transportowa. Wszystko zagrało, ale powinienem był się zjawić kilkanaście godzin wcześniej w Krynicy przed startem i złapać odrobinę luzu przedstartowego, a przede wszystkim kilka godzin snu. Przecież czekało mnie 35 godzin nieustannego napierania przez dzikie łemkowskie lasy...G0142696

Z trójmiasta wyjechaliśmy około południa w piątek w cztery osoby. Tomek z Ignacym planowali pokonać 80km, a Adam 70. Ja miałem w planie zrobić oba te dystanse za jednym razem. Pod Halę Lodową docieramy na 2,5 h przed startem, niby dużo i mało zarazem. Odebraliśmy pakiety, przebraliśmy się w plastikowe ciuchy, a resztę schowałem do worków. Jeden skierowałem na Chyrową (półmetek) a drugi pojechał na metę w Komańczy.

G0102640

Start o północy zaczął się niewinnie, nie padało, było stosunkowo ciepło, ale przezornie zabrałem ze sobą więcej rzeczy niż wydawało się konieczne. Po 30 minutach pierwszego podejścia zaczęły sie tasowania i roszady ubraniowe. Bluzę zdjąć, kurtke przeciwwiatrowa założyć. Po 30 minutach zaczyna się mgła, która zamienia się w mżawkę i deszcz. Jest w okolicach pierwszej godziny. Kurtka przeciwwiatrowa szybko przemaka, wiec znów roszada. Bluza na plecy, bo chłodno, na wierzch przeciwdeszczowa kurtka, której nieco się obawiam bo jej oddychalność wynosi zero. Jak się później okazało niepotrzebnie się martwiłem, spisała się wyśmienicie (Decathlon, 35PLN). Na pierwszym zbiegu poczuliśmy przedsmak tego co nasz czekało, strome zejście pokryte bardzo śliskim błotem. Jak się później okazało to było zaledwie preludium do tego co na nas czekało na dalszej trasie. Mgła gestniała tak, że światło czołówki ledwo docierało do podłoża, na głowę lała się woda, a nogi uciekały na boki jak na lodowisku.G0142691

Nie wiem kiedy dokładnie mżawka zmieniła się w deszcz, pamiętam tylko, ze ciągle musiałem kontrolować sytuacje pod stopami, bo robiło się zabawnie. Pierwszym poważnym "wow" była przeprawa przez rzeczkę po zwalonych betonowych słupach telefonicznych, takich o 30-to centymetrowej szerokości. Jeśli ktoś tam wpadł do wody, to nie zazdroszczę. Zresztą potem się okazało, że strumyczków jest więcej. Co gorsza, z czasem robiły się coraz szersze. Na pokonanie niektórych musiałem robić 6 kroków, po kolana w zimnej dosyć wodzie, a  przecież zimna woda jest mi znana z naszej zatoki, więc nie powinno to na mnie robić wrażenia, a jednak przyjemne nie było. Po takich przeprawach pozostawało tylko jedno - biec, żeby się rozgrzać. Z tym bieganiem, to też bym specjalnie nie przesadzał, bo podłoże było bardzo śliskie i nie umiałem za bardzo lecieć na pałę w obawie o własne życie. Na szczęście miałem ze sobą kije, które bardzo mi pomagały, nie tylko na podejściach, ale na zbiegach również.G0142685

Pierwszy kryzys przyszedł znienacka na 26-tym kilometrze. Było to już po pierwszym punkcie kontrolno-żywieniowym, na czwartym bardzo stromym podejściu. Tam zdecydowanie poczułem, że brakuje mi już pary. Piotr, z którym leciałem od początku zdecydowanie był w lepszej kondycji i musiałem się starać, aby za nim nadążać. Strasznie mnie tam zniszczyło mentalnie. Niekończące się podejście, wszystko mokre, zimno, ciemno. Do tego kryzys senny, było już przecież grubo po czwartej..

Zerkam na zegarek - 28ty kilometr. Kryzys już właściwie zgniata mnie jak walec we wszędobylskie błoto. Liczę i kalkuluje, jak daleko do mety - to najgorsze co mogę zrobić, uświadomić sobie jak daleko do końca tej męczarni. Przed nami najdłuższy odcinek jaki jest na całej trasie pomiędzy punktami. Kumulacja zmasakrowania. Podejmuje decyzję : "W Chyrowej kończę zabawę". Nie ma opcji, żebym dotarł na metę kiedy na 1/5 trasy jestem trupem. Proponuje Piotrowi, żeby leciał sam i nie czekał na mnie, wiem, że go spowalniam. Podnosi mnie na duchu, pociesza, choć wiem że to na nic. Ale przynajmniej zamykam się w sobie i napieram. Nie przyznaję się już więcej jak bardzo mi źle. Bardzo.G0132677

Niespodziewanie dziesięć kilometrów później, czyli po kolejnych dobrych 90-ciu minutach taplania się z wodzie okazuje się, że kryzys nagle minął i mogę dalej napierać. Niesamowite to jest - wstajesz jak feniks z popiołów. Już od bardzo dawna nie zwracam uwagi na kałuże, nogi są ciągle zatopione po kostki w maziowatej brei. Byle do przodu, nie patrzeć na nic, krok za krokiem, naprzód, do boju !! Ciężko właściwie ocenić czy mam na sobie coś suchego. Jedno jest pewne - gdy poruszam się zbyt wolno - marznę. Biegamy troszkę, trochę idziemy, jest lepiej bo zrobiło się jasno, a to zmienia wszystko. Cała percepcja otoczenia ulega gwałtownej poprawie. Stąd też pewnie biorą się dysproporcje w czasach uczestników trasy 80 i 70. Ci z krótszej biegną za dnia - to ogromna różnica. Docieramy do kolejnego punktu w Bartnem. Byłem tu ponad rok temu podczas samotnej wycieczki porannej - pamiętam napis "strzelnica". Wiem też, co jest przed nami, długie i mozolne podejście, ale ciepła zupa pomidorowa dodaje nam energii na jakiś czas...G0122671

Na 60-tym kilometrze, po 10ciu godzinach napierania wraca mój przyjaciel kryzys, przed nami ostatnie podejście przed punktem na Hali Hałbowskiej. Znów wracają demony, tylko że teraz coraz trudniej mi się zagrzać. Tempo pewnie nieco spadło, co przekłada się na ogólny komfort termiczny. Robię kalkulacje co mam na przepaku w Chyrowej i zdaje sobie sprawę, że to będzie zbyt mało na nadchodzącą noc. To nie ma prawa się udać, tym bardziej, że pewnie jeszcze bardziej zwolnię. Opowiadam Piotrowi o swoich dylematach i namawiam, żeby korzystał z dnia i leciał. Odmawia. Do Hali chce lecieć ze mną, tłumacząc, ze sam i tak nie poleci szybciej.G0122665

Na Hali szybkie jedzenie i w drogę, bo zimno. Na zbiegu do miejscowości Kąty się rozstajemy, Piotr powoli ale konsekwentnie się oddala. Mnie czeka jeszcze jedno podejście, staram się pokonać je w miarę żwawo w obawie przed zimnem. Myślami cały czas uciekam do Chyrowej, gdzie czeka na mnie wór suchych rzeczy.

G0092626 Kiedy już odespałem nieco trudy nocnego napierania przyszedł czas na refleksje i analizy tego, co właściwie się wydarzyło w tym lesie. Zatem, co zrobiłem dobrze, a co trzeba poprawić ? Zacznijmy od ubioru. Buty Adidas Boost Tr dały radę, jak na taka ilość błota. Szybko przyjmowały wodę, ale w miarę szybko ja oddawały. Zresztą nie miałem jakby wyboru. Spakowałem sobie na wyjazd także Salomony XR Mission, ale finalnie zostały w Gdańsku, bo ich bieżnik jest zbyt mało agresywny na taką nawierzchnię. To była dobra decyzja, zmiana obuwia nie miałaby najmniejszego sensu na trasie, a Salomony z pewnością nie dałyby rady w tym terenie. Na stopach skarpety CEP i to to była rewelacja. Kompresyjne właściwości skarpet powodowały, że nie ruszała się na stopie podczas biegania. Na trasie nie dorobiłem się ani jednego odcisku pomimo biegania przez 15 godziny z mokrymi butami! Na nogach Spodnie NewLine (leginsy) i na wierzch R90-tki. Początkowo bałem się, że będzie mi za ciepło, ale takie rozwiązanie całkiem dobrze się sprawdziło. Zresztą spodnie były cały czas mokre, bo cala woda z kurtki ściekała na nogi, ale dwie warstwy izolowały nieco nogi od otoczenia, przez co było w miarę komfortowo.G0092616Na górze koszulka termiczna z długim rękawem Brugi, PĄkoszulka, cieplejsza bluza z Lidla (chyba) i ortalion z Deca. Na głowie i szyi buffy.  Sprawdziło się takie rozwiązanie, ale tylko gdy żwawo się poruszałem, im wolniej mi szło, tym robiło się zimniej. To był zdecydowanie najsłabszy punkt mojej strategii. Miałem w Chyrowej na przepaku, termiczną bieliznę z długim rękawem, softshell i tshirt. Miałem też rękawiczki, których momentami brakowało mi na pierwszym etapie.   G0082584

Żywieniowo bez uwag, bardzo weszły mi daktyle, zabrakło solidnego posiłku przed startem i troszkę głodowałem przed pierwszym punktem. Z własnych zapasów zjadłem pół opakowania kabanosów i jednego żela. Reszta jedzenia pochodziła z punktów, ciasteczka sasanki (z lidla - uwielbiam), żelki, buła z serem (pycha, choć zatkała mnie nieco), zupy to wiadomo, że w taka pogodę robią robotę, banany, pomarańcze rodzynki. Nie jestem do końca przekonany czy mały termos, w który zabrałbym ciepłą herbatę by nie pomógł na trasie. G0082580Wyruszając na trasę Łemko trzeba zadbać bardzo o zawartość plecaka, aby nic nie zamokło - co się da popakować w łatwo dostępne worki, żeby potem nie myszkować i mieć wszystko w  miarę pod ręką. Kiedy leje się na ciebie deszcz, gmeranie w plecaku jest irytująca czynnością. Nie do końca byłem zadowolony z faktu, że skusiłem się na 12litrowy plecak, a nie 6 litrowy. Piłem z bidonów, a 12 litrowy jakoś nieprzystosowany jest do ich mocowania i trochę mnie to logistycznie irytowało. Wolę jednak mieć picie z przodu, z łatwym dostępem, ale Salomon tego nie umożliwia. Powinienem chyba powrócić do biegania z camelbakiem na plecach, choć jakoś nie lubię tego rozwiązania. Tutaj taka ciekawostka, sporo ludzi lało ciepła herbatę do bukłaków, żeby grzała w plecy :)

Reasumując, nie poszło strasznie źle jak na tak ciężki warun. Sporo rzeczy do poprawy, ale nie od dziś wiadomo, że Polak mądry po szkodzie. Bardzo cieszę się, że nie zdecydowałem się opuścić Chyrowej. Pewnie poleciałbym kilkanaście kilometrów i zaczął zastanawiać się, jak z wrócić z tego lasu do cywilizacji. Jednej rzeczy nie przewidziałem - że nie dotrę na metę i na przepaku w Chyrowej nie miałem suchych spodni i butów na zmianę (tylko wspomniane ciuchy "na górę"), wszystko czekało na mecie. Rada na przyszłość - spakować więcej ciuchów niż może się przydać. Warto też zadbać o jakieś sprzęty do spania, karimata i śpiwór. Nie planowałem noclegu po biegu, a jednak się przytrafił.

G0042532 A jak organizacyjnie ? Ogólnie bardzo dobrze, było kilka drobnostek do poprawy, np zbyt mała ilość namiotów na punktach żywieniowych, ludzie tłoczyli się przy stolikach uciekając przed deszczem, a przez to kolejni biegacze mieli utrudniony dostęp do bufetu. W szkole w Komańczy nie było czajnika, żeby zagotować wodę na kawę czy herbatę, ale fajnie że była szkoła, gdzie można było się umyć i pospać. Zapisując się na Łemko trzeba wziąć pod uwagę, że to bardzo surowy bieg, bez kolorowej oprawy, kibiców na trasie (3 osoby przed sama Chyrową, które biły brawo biegaczom), bez wrzawy, trąbek ale za to z ogromnym poświęceniem  wolontariuszy, którzy spędzali wiele godzin na zimnych, mokrych punktach, abyśmy my mogli się "bawić". Czy poleciłbym ten bieg ? Tak, zdecydowanie. W kategorii wyryp jest naprawdę zacny i myślę, że może starać się o miano najtrudniejszego biegu górskiego w Polsce (mam na myśli ŁUT150). Ale czy na pewno biegu ?

Następnego dnia byłem pewien, że nigdy tam nie wrócę. Że to jednak nie moja bajka...

Ale w końcu mamy rachunki do wyrównania, prawda?

 

1

O tym biegu przypomniałem sobie całkowicie przez przypadek, ponieważ na fb ktoś skomentował wygląd medalu, jaki KRS Formoza przygotowała dla uczestników I Kaszubskiego Ultramaratonu. Zaiste, medal był piękny i już na zdjęciu robił ogromne wrażenie (na żywo jeszcze lepszy). Zacząłem szperać w swojej pamięci i przypomniało mi się dlaczego tak szybko odłożyłem na bok plany w starcie w tym biegu - był oparty na bieganiu po pętli.
KRS Formoza wywodzi się ze środowiska morskiego więc przygotowali dla biegaczy bieg na dystansach 25, 50 i 100 mil morskich, co oznaczało, że najdłuższy dystans będzie miał ponad 185km (pięć osób skończyło). Najkrótszy, KRS25 to nieco więcej niż maraton - ponad 46km.
Kiedy trafiłem na stronę z zapisami pozostało 10 godzin do końca. Co ciekawe, najwięcej było osób zapisanych na najdłuższy dystans, a na dwa krótsze nieoczekiwanie nieco mniej. Ilość zapisanych zawodników gwarantowała bardzo kameralne zawody, takie jak lubię najbardziej. Zresztą jak sami organizatorzy mówili o sobie - nie zależało im na robieniu masowej imprezy, ale może po kolei...
Po pozytywnej akceptacji mojego zwariowanego pomysłu przez ukochaną, najlepszą żonę świata, nie zwlekając zapisałem się na bieg na trzy godziny przed końcem zapisów jako 20 uczestnik trasy KRS50 (92,6km). Miałem mieszane uczucia w kwestii biegania po pętli, bo z jednej strony wydawało mi się to bardzo męczące głowę, z drugiej zrobienie dwóch kółek nie może być takie straszne.
Start odbył się punktualnie o 7:00 rano po kilkuminutowej odprawie i rozpoczął się półtorakilometrowym delikatnym podbiegiem po brukowanej drodze. Ustawiłem się w środku stawki i dosyć szybko znalazłem się na piątej pozycji. Dwaj pierwsi zawodnicy ostro wystartowali i od razu było widać, że to nie moja liga. Na piątym kilometrze znalazłem się na czwartej pozycji i rozpoczął się mój koszmar, który miał trwać aż do 65 kilometra.

WP_20160503_11_44_54_Pro

Nigdy w życiu nie brałem udziału w zawodach, w których byłbym na początku stawki. Ta sytuacja była dla mnie nowa i cieszę się, że miałem okazję się w takiej sytuacji znaleźć. Biegliśmy z Pawłem dość żwawo ale w tempie konwersacyjnym. Czas mijał szybko , kilometry wraz z nim, przy okazji zrobiło się ciepło, a nocne zimne i nieprzyjemne powietrze zniknęło bezpowrotnie. Pierwszy raz zgubiłem Pawła na punkcie żywieniowym na 12km, nie miałem tam nic do załatwienia, tylko porwałem wodę i pobiegłem dalej. Paweł dogonił mnie kilkanaście minut później i od tego czasu mijaliśmy się - raz on prowadził, raz ja.
Kilka słów o sprawach organizacyjnych. Trasa składała się z dwóch pętli, jedna miała 35 km i prowadziła przez okoliczne wioski Katarynki, Huta Górna, Marszewo gdzie znajdował się pierwszy punkt żywieniowy następnie Marszewska Kolonia, gdzie wpadaliśmy do lasu w którym na 24-tym km był kolejny punkt kontrolno/żywieniowy. Dalej trasa biegła przez Nową Wieś Przywidzką do Michalina, gdzie obiegaliśmy jezioro Głębokie a następnie pokonywaliśmy największe wniesienie, które po drugiej stronie było stokiem narciarskim kierującym nas do bazy biegu, w którym był kolejny punkt (35km). Druga część pętli o długości 11km przebiegała dookoła jeziora Przywidzkiego i ponownie trafialiśmy do bazy gdzie był półmetek. Na trasie zostały ulokowane 3 punkty z depozytami, na 12, 24 i 35km. Oprócz tego na 31 i 41 były dodatkowo punkty kontrolne, które pełniły także funkcje wodopojów. W pakiecie startowym dostaliśmy zapas izotoników, które podzieliłem i ulokowałem w każdym z depozytów. Na trasę wyruszyłem z dwoma bidonami własnego izo.
Pierwszy kryzys dopadł mnie po minięciu punktu kontrolnego na 35km, kiedy wyruszyłem dookoła jeziora Przywidzkiego. Potrzebowałem oddechu, wiec przeszedłem do marszu i włączyłem sobie muzykę. Mój oponent  na trzecim miejscu zniknął mi z pola widzenia.
Pierwszą pętlę skończyłem na czwartej pozycji z czasem 4h:13m:35s byłem już mocno zmęczony, a słońce nas nie oszczędzało.

WP_20160503_11_15_23_Selfie

Tym razem podejście drogą brukowaną pokonałem marszem posilając się przy okazji. W zasięgu wzroku pojawił się Paweł, który był kilkaset metrów przede mną. Na szczycie podejścia stało się coś, to bardzo mnie zaniepokoiło - poczułem delikatne kłucie w lewym kolanie. Znam i nienawidzę to uczucie. ITBS. Zauważyłem, że pojawia się u mnie gdy po wielu kilometrach biegu przechodzę do intensywnego marszu, zazwyczaj pod górę. Martwiło mnie to, bo wiedziałem, że mi nie przejdzie, a co więcej - będzie coraz mocniej bolało. Przez chwilę przechodzi mi przez głowę myśl, aby wrócić do bazy i zakończyć bieg. Pokonanie 40 km z ITBSem to niezła mordęga i może bardzo źle się skończyć. Wszystko zależy jak bardzo kontuzja będzie się pogłębiać, zmuszając mnie go kuśtykania. Postanawiam jednak kontynuować rywalizację do kolejnego punktu żywieniowego (12km drugiej pętli). W okolicach 50-tego kilometra doganiam Pawła, który zalicza kryzys, a ja wskakuje na 3 pozycję. Dyskomfort psychiczny wzrasta, staram się zbudować przewagę i tak gdzie się da truchtam, jednocześnie nie przeciążając za bardzo nogi. Problem pojawia się na zbiegach, gdzie można wiele zyskać, ale z ITBSem nie da się zbiegać.
W okolicach 65tego kilometra sytuacja zmienia się diametralnie, bo dogania nas Hubert i wskakuje na trzecią pozycję. Paweł chyba odzyskał siły bo goni Huberta i spadam na piątą pozycję. Spotykamy się na punkcie (24km drugiej pętli) i dzielimy karty:
- Chłopaki, co robimy ?
- Ja biorę piąte miejsce w ciemno, a Wy się bijcie odpowiadam ;) - i zostawiam ich na punkcie w obawie przed zastygnięciem.
Wyprzedzili mnie przed Nową Wsią Przywidzką i miałem ich w zasięgu wzroku do 75tego kilometra. Moje kolano nie pozwalało mi już na jakąkolwiek walkę. Truchatłem kilkanaście kroków, ale potem przechodziłem do marszu. Pozostało mi walczyć o utrzymanie piątej pozycji, a pojęcia nie miałem jak daleko za mną jest pościg.

WP_20160503_14_36_29_Pro

Ostatni raz widziałem pomarańczową koszulkę Huberta przez taflę jeziora Głębokiego, miał  jakieś 1,5 km przewagi nade mną.
Wtedy po raz drugi sięgnąłem po zastrzyk motywacji i odpaliłem muzykę. Od razu lepiej zrobiło mi się na duchu.
Największe podejście na 80-tym kilometrze poszło bardzo sprawnie, ale zniszczyło mi kolano zupełnie. Nie oglądałem się za siebie, bałem się, że zobaczę coś, co nie do końca mi się spodoba. Ostatnie 11km dookoła jeziora Przywidzkiego poszło całkiem sprawnie choć już praktycznie marszem, tylko wkurzały mnie jeżdżące samochody. Jakby specjalnie chcieli na mnie kurzyć.
Przed samą metą robię trzy podejścia do rozbiegania kolana, bo końcówkę wypada pobiec. Zmieniam plan przed samą metą, kiedy upewniam się, że za mną nie ma nikogo, ściągam plecak, padam na ziemię i robię pĄpki przed metą.
Druga pętla zajęła mi prawie dwie godziny więcej niż pierwsza i choć moc była, to tym razem znów okazało się, że nie jestem odpowiednio przygotowany do trasy.
Kończę rywalizację na 5-tym miejscu (6,5 minuty przewagi na kolejnym zawodnikiem) z czasem 10h:07m:07s (średnie tempo 6:33min/km) . Hubert doleciał jako trzeci, a Pawła zniszczyło podejście przed stokiem dotarł na metę jako czwarty.
Jeśli to czytacie, to chciałem Wam powiedzieć, że to była czysta przyjemność z Wami rywalizować i mam nadzieję spotkamy się za rok (wtedy się odegram) ;]
No właśnie. Za rok.

WP_20160503_11_44_54_Pro

Powiem tak, mimo początkowego sceptycznego nastawienia do tej imprezy odwołuję wszystkie negatywne myśli na temat tego biegu. Bieganie w pętli ma swój urok. Fakt, że się zna trasę ma masę plusów i można je taktycznie wykorzystać i taktycznie podejść do rywalizacji.
Wielu znajomych pytało mnie dziś - "Misiu, jak było?". Odpowiedź "zajebiście" jest zbyt kolokwialna i płytka i nie oddaje nawet części pozytywnych emocji, jakie są we mnie do tej pory. Zacznijmy od pakietu startowego - piękny medal. Najładniejszy jaki mam (choć nie najcenniejszy jeśli chodzi o wartość sentymentalną), koszulka bawełniana (nie techniczna, które zapychają mi szafy), która będę chętnie nosił jako pamiątkę. Kubek, w którym dzisiejsza kawa smakowała pysznie, czapeczka z daszkiem i z logiem biegu, pamiątkowa moneta/talizman z logo Formozy, długopis, zapas izotoników na cały bieg, żele i inne staffy dla sportowców.
Ale nie to było w tym biegu najważniejsze. Szanowni Panowie organizatorzy na Waszym biegu czułem się jak ktoś wyjątkowy i śmiało mogę powiedzieć, że traktowaliście każdego z takim samym szacunkiem. Bardzo podobało mi się, że mimo trwania oficjalnego wręczania nagród rzucaliście wszystko, żeby na mecie powitać kolejnego zawodnika i uścisnąć mu dłoń i pogratulować, bez względu na to, z jakiej trasy wracał. Szacun!!

WP_20160503_15_33_05_Pro
Druga sprawa to logistyka całego biegu. Widać, że wszystko zostało dokładnie przemyślane, przebieg trasy, ilość punktów żywieniowych i kontrolnych, choć na początku dziwił mnie (biegacza) fakt, że na punktach będzie tylko woda. Przy sensownym rozłożeniu izotoników z pakietu wystarczało na cały bieg z zapasem, a mało tego dnia nie wypiłem. Obsługa na punktach wzorowa, woda w przyjeziornych punktach pysznie schłodzona, oznaczenie trasy (dla tych w nocy także) wykonane wzorowo, choć za pomocą kartek i białej farby, ale także markerów fluorescencyjnych, dla nocnych marków.
Możliwość wykąpania się po 10 godzinach i przebrania się w cieple ciuchy to luksus, o który ciężko w polowych warunkach jakie mieliście do dyspozycji, a i tak daliście radę. Kiełbaski z grilla, kaszanki i inne grilowane frykasy po całym dniu żarcia słodkiego to strzał w dziesiątkę. Nawet browary były dla chętnych. Dla samego afterparty warto było wystartować ;)

WP_20160503_15_41_35_Pro
Choć nie ukrywam, przez ostatnie 30 km marzyłem o grochówce z chlebem, może za rok ? :]
Wiem, że to był Wasz debiut organizacyjny jeśli chodzi o bieg ultra, zdaliście go na piątkę z małym minusikiem - kobiety powinny być nagrodzone w osobnej klasyfikacji. Tego zabrakło. Za rok, kiedy frekwencja będzie dużo większa, bo dobre opinie przyciągną do Was wielu nowych chętnych, będziecie musieli pomyśleć także o kategoriach wiekowych.
krs50_mapa

1

TUT, czyli Trójmiejski Ultra Track to impreza na dystansie ok 65km zorganizowana jak sama nazwa wskazuje w Trójmieście. Lokalesi wiedzą, że mamy tu ogromny park (TPK), w którym są piękne szlaki piesze i rowerowe. Wiedzą także, że są w tym parku miejsca, gdzie można potrenować do biegania w górach. Organizatorzy TUT-a projektując trasę wiedzieli co robią. Wiedzieli, że ostanie 6km będzie udręką jak Caryńska na Rzeźniku, tylko w mniejszej skali. W sumie na dystansie 65km udało się wygospodarować ok 1400m przewyższeń. Ale tego wszystkiego można się dowiedzieć ze strony organizatora. Zatem, jak było w rzeczywistości ?

Trasę biegu znalem dosyć dobrze, a w szczególności jej drugą część od 26-tego km. Pierwsze kilometry miałem okazję poznać zupełnie niedawno podczas weekendowego wybiegania. Zaczyna się mocno pod górę, a potem właściwie jest "autostrada". Szeroka droga z niewielkimi nachyleniami. Pierwsze kilometry trasy pozwalają na rozwinięcie sporych prędkości, ale trzeba mieć na uwadze, że to początek, a potem będzie coraz trudniej.

Przed biegiem miałem pewne założenia. Po pierwsze, nie dać się ponieść trasie i emocjom. Po drugie dać z siebie tyle ile będę w stanie - natomiast nie umiałem określić ile to w rzeczywistości jest. Nie biegałem takich dystansów już kilkanaście miesięcy, a dużo krótsze weekendowe wybiegania potrafiły mnie całkowicie wymęczyć już po 30 km.

6

Wybiegania w TPK (Trójmiejski Park Krajobrazowy) robiłem zazwyczaj w tempie 6:30-7:00 w zależności od profilu trasy i jej długości. Mając na uwadze długość dystansu zawodów oceniałem, że do mety dotrę ok po 7,5 godzinach uczciwego napierania. Kiedy dwa dni wcześniej na fanpejdzu akcji 18procent odpaliliśmy konkurs, w którym należało wytypować mój czas na mecie - widząc komentarze, że będę na niej po 6,5 godzinach pukałem się w głowę z myślą, że to zupełnie oderwany od rzeczywistości wynik, a typujący nie znają warunków jakie są w TPK.

Miałem też inne, oprócz planowanego czasu,  bardziej spersonalizowane cele. Warun na trasie miał być sprzyjający ściganiu wiec postanowiłem sobie, że tak właśnie zrobię - będę się ścigał. Nie tylko ze sobą, ale z prawdziwymi oponentami. Oczywiście, żadnemu z nich nic nie powiedziałem, ale gdzieś w głębi duszy cały czas przyświecała mi myśl, aby ich przegonić. Było ich czterech :)

Sprawa nieco się komplikowała, bo jeden z moich rywali biegł ze mną od samego początku. Co więcej miałem okazję przekonać się o tym, że jest on ode mnie dużo szybszy na zbiegach. Wygrać z nim mogłem tylko w dwóch przypadkach : zmęczyć po drodze, lub lecieć z nim do końca i w samym finiszu przeprowadzić atak rzucając wszystkie siły w ostatnich metrach. Nazwijmy go Nr. 1 (Jarek)

Oponent Nr.2 znalazł się w moich okolicach w rejonie nastego kilometra, co ciekawe w towarzystwie Agaty Matejczuk, która jest bardzo mocnym zawodnikiem i wiele o niej słyszałem - a osobiście poznałem w drodze na zawody, bo mieliśmy okazję jechać jednym samochodem (jeszcze raz dzięki Tomek za transport !). Okazało się, że na samym początku trasy źle zakręcili, bo faktycznie instrukcje od osoby z obsługi były nieprecyzyjne. Kiedy Grzegorz z Agatą mnie wyprzedzili, wiedziałem, że z tym gościem sobie nie poradzę, trzymał się tempa Agaty znikając mi powoli z pola widzenia. Co zresztą specjalnie mnie nie dziwiło, zawsze wpada na metę troszkę przede mną.

Panowie Nr.3 i Nr.4 byli w nieznanej mi lokalizacji, nie widziałem się z nimi przed startem, ale szacowałem, że są przede mną.

Początek trasy jak zawsze fajny, pogaduchy o wszystkim i o niczym, tylko na zbiegach milczenie, bo momentami lecieliśmy sporo poniżej 5min/km (dla niewtajemniczonych, na biegu ultra to bardzo szybkie tempo jak dla mnie). Czułem, że będę to szarżowanie wspominał za kilkanaście kilometrów. Próbowaliśmy też z Jarkiem ocenić, ile konkurentów jest przed nami. Obstawiałem, że ok 60-70 osób - ciężko to było ocenić w ciemnym lesie widząc tylko światła czołówek zaraz po starcie, a teraz przed nami było zaledwie kilka osób.

1

Grzegorza złapaliśmy w okolicach Małego Kacka i lecieliśmy razem, aż do Wielkiego Kacka. Tam było trochę zamieszania z oznakowaniem trasy, ale odnaleźliśmy kurs, zresztą, od tego miejsca były moje rejony - znałem dobrze prawie każdy fragment trasy. Na tym etapie Grzegorz biegł bardzo blisko za mną. Tam widziałem go po raz ostatni. Na wlocie do lasu złapałem mojego oponenta Nr.3 - Jaromira. Tam też postanowiłem przycisnąć, widząc że reszta nieco się rozprężyła.

Wiedziałem, że na trasie z Kacka do Gołębiewa zaliczę zgon (okolice 30km). Czułem, że  kryzys mnie dopada, wiedziałem tez też, że taki stan utrzyma się około godziny. Kryzys o jakim mowa, to pierwszy odruch organizmu, który zaczyna mieć dosyć. Bolą nogi, zmęczenie daje w kość, chce się jeść, pić, ale najgorsza jest świadomość tego, że to dopiero połowa drogi. I to łatwiejsza połowa. To nie pomaga. Ten głos w głowie coraz częściej namawia do rezygnacji ze ścigania, przecież zawody można skończyć "dla zabawy". Zbieram się jednak w sobie i po prostu biegnę. Krok za krokiem. Co chwilę oglądam się za siebie, czy ktoś z ekipy za mną mnie goni. Po kilku zakrętach biegnę samotnie. To taka trochę wojna psychologiczna, każdy z nas jest na podobnym etapie - jedni to przeczekują zwalniając i nabierając sił, inni kończą walczyć, jeszcze inni przechodzą do ataku. Różnie bywa. Ja robię swoje i smętnie drepce, muszę to zwyczajnie przeczekać. Wiem, że przejdzie. Trzymam się postanowienia - po płaskim i z górki biegnę. Pod górę maszeruję.

Po kilkunastu minutach dogania mnie mój Nr.1 :]

Z jednej strony ucieszyłem się, bo przynajmniej jest ktoś z kim można ponarzekać, ktoś kto holuje Cię i zmusza do walki. Z drugiej strony zdałem sobie sprawę, że mój atak nie był skuteczny. Przełom w mojej głowie nastąpił przed Pachołkiem (ok 37km). Nie wiem dlaczego, ale wkręciłem sobie, że tam będzie punkt żywieniowy i wreszcie napiję się coli. Punktu nie było... ale liczyłem, że będzie z pewnością po drugiej stronie ulicy Spacerowej...

3

Był, ale prawie na samej górze łagodnego bardzo długiego podbiegu. Na tym etapie bardzo pomogła mi znów Agata, która biegła kilkadziesiąt metrów przede mną, i miałem ją w zasięgu wzroku, ale finalnie musiałem odpuścić bieg i przejść do marszu. Agata uciekła do przodu, a mój Nr.1 został gdzieś w tyle. Zastanawiałem się, jak daleko przede mną jest Nr. 4 - świeżo upieczony ojciec - Biegacz z cholernej Północy. Na punkcie żywieniowym minutka na pogaduszki, wlanie w siebie masy coli, napełnienie obu bidonów płynnym cukrem, banany w garść i w drogę. Pod górę idę, ale ciągle oglądam się czy Jarek nie siedzi mi na ogonie. Nie było go.

Za niecałe 10km kolejny punkt, z niego już tylko 12 km do mety - szybko dzielę trasę na fragmenty, tak jest łatwiej dla głowy. 10 km - to trasa do pracy i z powrotem, biegam to prawie codziennie. Co najważniejsze znam tutaj doskonale każde wzniesienie, biegałem ten odcinek wielokrotnie, wiem za ile będzie podbieg i ile będę zbiegał. Pod górę marsz, na górze bieg. Włączyłem sobie muzyczkę. Moja głowa nieco się oderwała, cola postawiła mnie bardziej pionowo i zacząłem nawet myśleć o tym, aby dopaść tego gościa z przodu.

Dopadłem go, kiedy przechodząc przez strumyk walczył ze skurczem. Szybka wymiana uprzejmości i idę pod górę dalej. Ostatnie podejście przed punktem żywieniowym na Matarni. Zdejmuję czapkę (pokrytą szronem), bo strasznie jest gorąco i wymieniam na buff, czołówka ląduje w plecaku, dzwonie do domu -  "za dwie godziny będę na mecie", melduje. Mylę się.

Na Matarni wita mnie szeroka rzesza kibiców, których przepraszam za to, że nie byłem zbyt rozmowny / lub plotłem trzy po trzy (niepotrzebne skreślić). Pewnie nie było tego widać, ale na prawdę się na Wasz widok ucieszyłem. Uzupełniam płyny, jakieś owoce w garść  i lecę póki są siły bo teraz trasa głównie w dół. Nikogo nie ma za mną.

4

fot. SuchaSzosa

Na ostatnim mega podejściu (przed zielonym szlakiem, o którym starałem się nie myśleć) przyuważyłem na samej górze dwie osoby. Gdy ja bylem u szczytu tego wzniesienia, na dole też ktoś za mną szedł. W głowie od razu dwie sprawy - nie daj się złapać przez tego z tyłu i dopadnij tych dwóch z przodu :]

Ten odcinek był bardzo męczący... lekko z górki i płasko wiec musiałem biec, ale nogi już nie chciały. Jedynie myśl, że "Ci dwaj" są coraz bliżej i jest opcja, że jednak ich dopadnę. Udało się dopiero na zielonym szlaku - tym szlakiem prowadzi ostanie 6km trasy. To najgorsza, najtrudniejsza część całej trasy, to zemsta organizatorów, to ponury żart z ich strony. Strome, niemal pionowe podejścia wysysają siły, które sam nie wiem skąd się jeszcze biorą. Po wyprzedzeniu przeciwników nie oglądam się za siebie, bo boję się, że będą starali się mnie dopaść. Nie chce tego widzieć, nie chcę czuć żadnej presji. Jak tylko znajduje odrobinę płaskiego biegnę zaciskając zęby licząc, że oni tego nie robią. Po kilku minutach nieśmiało się oglądam za siebie. Nie ma ich !

2

Ale ale, na kolejnym podejściu kolejna para (zdjęcie powyżej). Jeden z nich widać, że mocno zmęczony, ale drugi radośnie podbieguje. Wymęczam (się) ponownie i dopadam ich, po czym staram się uciec, tutaj jednak przeczuwam kłopoty, bo do mety niecałe 3km. Oczami wyobraźni widzę scenkę z ich rozmową : "Ty leć i go dopadnij, a ja spokojnie dobiegnę". Napieram ile sił w nogach, nie oglądam się - dopiero na 300 m przed metą zerkam nieśmiało za siebie, ale nie ma ich w zasięgu wzroku.

Ostatni zbieg, widać między drzewami metę, oglądam się za siebie ostatni raz i padam na ziemie, robię 10 pĄpek (przynależność do Smashing PĄpkins zobowiązuje) po czym mijam linię mety z czasem 6h:33m:56s. Jestem 24-ty ! Jestem szczęśliwy, jestem wykończony !

5

Na mecie coś zjadam przebieram się i zawijamy się do domu. Obiecaliśmy dzieciom, że pojedziemy do dziadków po południu. Będąc w domu pijąc pyszną kawę i oczekując na obiad dowiaduję się od chłopaków z mety, że zająłem III miejsce w kategorii mieszkaniec Trójmiasta !! Kurde, pierwsze pudło w życiu i nie ma mnie na ceremonii. Ech...

Jadąc do dziadków zajeżdżamy jeszcze raz na metę po odbiór statuetki, którą wręczył mi osobiście zwycięzca i jednocześnie rekordzista trasy - Gediminas Grinius, absolutny światowy top biegaczy ultra na świecie. Z wrażenia nawet nie zrobiłem sobie z nim zdjęcia. Co za dzień !

Konkurent Nr.4 był cały czas za mną.

Kilka słów o samej imprezie. Co tu można napisać ? Otóż polecam, polecam i jeszcze raz polecam, mimo że mam dziś dzień "siadania na raty".

W lipcu letnia edycja !

IMG_8596