Harpagan 46 cz.2

 

PK6 -> PK7

Z punktu 6-tego na 7-my szedłem przez większość drogi sam. Od czasu do czasu mijali mnie rowerzyści i z radosnym pozdrowieniem szybko oddalali się i znikali za zakrętem. Noga dokuczała mi coraz bardziej, po tym jak niefortunnie wpadła mi w dziurę i resztką sił ratowałem się przed upadkiem. To bolało i to nawet bardzo. Idąc tak sam, podziwiałem widoki i dałem się zaskoczyć kryzysowi. Coraz większe wątpliwości po co to wszystko, ale druga strona mnie wiedziała, że zły duszek przyjdzie wcześniej czy później i usiądzie mi na ramieniu i będzie zatruwał umysł. Postanowiłem go przeczekać. Nawigacyjnie odcinek bardzo prosty, tak prosty, że w pewnym momencie zdałem sobie sprawę ze przestałem kontrolować okolicę. Odbiłem w prawo z myślą, ze polecę trochę na azymut, ale wątpliwości i rozsądek kazały wracać. Sytuacja była pod kontrolą do momentu w którym wyszedłem na asfalt. I tu nic się nie zgadzało. Wiec idę dalej w poszukiwaniu czegoś charakterystycznego i szczęśliwie trafiam w punkt.

Końcówka kosztowała mnie sporo nerwów, zły byłem, że się rozproszyłem. I wtedy popełniłem kolejny fatalny błąd….

6-7

IMG_20131019_211129

PK7 -> PK8

Nie wiem o czym ja myślałem ale wypadając z 7-mki zamiast prosto na Bronno zakręciłem w lewo…. Jak zdałem sobie sprawę że coś jest nie tak, nie do końca umiałem się odnaleźć na mapie gdzie ja właściwie jestem, dopiero jak dotarłem do lasku na środku pola to wiedziałem na 100% gdzie sie znajduję. Już wiedziałem, że Szwagra nie zobaczę. A szkoda, bo przydałoby się towarzystwo w tułaczce. Na pocieszenie samego siebie w Bronnie wstąpiłem do sklepu, kupiłem banana, colę w puszce i wodę, bo w bukłaku zaczynało się robić pusto. Rozsiadłem się na przystanku, posiliłem, zatankowałem plecak i w drogę. To była jedyna przerwa w ciągu całego marszu. Bardzo mi pomogła. Przed samym PK8 przegapiłem trochę drogę i musiałem wracać. Normalnie nie specjalnie by mi to przeszkadzało, ale moje kolano już miało dosyć. Na PK8 natrafiłem chłopaków, którzy przed PK3 gonili szwagra. Morale mieli wysokie, ale z siłami słabiej. Zamieniliśmy kilka słów i ruszyłem w drogę. Pozwoliłem się jednak dogonić i na PK9 ruszyliśmy w 4 osoby. Wesoło było. Szwagier okazało się, że gdzieś zabłądził… i jest z tyłu. Moje morale wzrosło o 10 pkt.

7-8

 

PK8 -> PK9

Wyruszyliśmy pogrążeni w dyskusji i żartach do miejscowości Pawlice gdzie za drogą, za mostkiem powinna być droga. Kiedyś pewnie była i tak dotarliśmy do Rakowic. Namierzyliśmy drogę, która powinniśmy iść, ale prowadziła ona wprost na podwórze gospodarza, który na nasz widok zamknął bramę. W obawie przed psami postanowiliśmy minąć posesję delikwenta szerokim łukiem, nie brnąc przy okazji w błotnistym polu. Przeprawiając się miedzą z tyłu za sobą zobaczyłem pomarańczowy polar ! Szwagier nadciąga :) Ale ale, kilka słów później, szwagier hyc w krzaki i tyle go widzieli. Wiec ja za nim, patrze na mapę i porzucam grupę. Udaje się za instynktem, trafiam na drogę i do punktu. Odbijam się i pędzę gonić szwagra.

8-9

 

PK9 -> PK10.

Wypadam z 9-tki i idę, nagle z prawej burty szum, trzask krzaczorów, z górki pędzi szwagier :) Ha ! Wskazuje mu drogę do punktu i w nogi ! :)

Szybko staram się iść, ale kolano nie pozwala, nie chcąc pogarszać swojego stanu odpuszczam i spokojnie idę, Chce dojść cało do mety. Nie chce kontuzji, która unieruchomi mnie na kilka tygodni. Wiem, ze ITBS jutro puści, jak tylko mięśnie się rozluźnią. Dogania mnie czeteroosobowa grupa i razem zmierzamy do 10-tki. Wszyscy już widzą metę oczami wyobraźni i nikomu już ściganie nie w głowie. Przed samym PK spotykam szwagra. Postanawiamy iść do mety spokojnie razem.

PK10 -> META

Na tym odcinku nic specjalnego się nie działo. Wyprzedził mnie Andrzej, którego znam a Akademii Biegania. Widziałem się z  nim przy pierwszym punkcie.

meta

Kilka słów podsumowania. Kolano bolało od kontuzji. nauczka, aby oszczędzać sie na takich dystansach. Żywieniowo było dobrze, dwie galaretki węglowodanowe + żel energetyczny Enervita dały mocy na cały dzień. Sił miałem, aż nadto. Tylko ten ból w kolanie. Z piciem brak problemów, sklepów co niemiara na trasie.

Po raz pierwszy leciałem w Dobsomach. Prawda jest co ludzie o nich mówią. Bez względu na rodzaj krzaczorów, nic się ich nie ima. Lekkie , chronią od wiatru i maja kieszeń. Polecam.

Reasumując, bardzo się cieszę, ze skończyłem. Na trasie mówiłem sobie „nigdy więcej”. Tych słów nie potwierdzam. :) Nawigacyjnie średnio, dobrze, ze całość umiałem poprowadzić sam i w razie kłopotów odnajdywałem się. Ale sporo trzeba poprawić.

Do zobaczenia na H47 :]

PS. W poniedziałek już mogłem wchodzić po schodach. :))