Harpagan 46 cz.1

W końcu przyszedł. Od dawna oczekiwany. Ten, z którym miałem do wyrównania rachunki.

Ekstremalny Rajd na Orientacje Harpagan. Ten, który na wiosnę strasznie mnie sponiewierał. Tym razem zorganizowany w okolicach Kwidzyna.

Założenia miałem trzy : 1. Ukończyć. 2. Celowałem na 8-8,5h. 3. Być w pierwszej 50-tce.(na 179 startujących).

W tej edycji chciałem też sprawdzić swoje zdolności nawigacyjne. Liczyć tylko i wyłącznie na samego siebie. Obiecałem sobie, zenie będę słuchał ani polegał na innych. Psychologia tłumu to zły pomysł. Wiedziałem o tym. Szwagier mój (klik klik do jego relacji) , który również zdecydował się wziąć udział dodawał mi ducha walki. W końcu to on gania całymi dniami po polach z mapami i to on nawigacyjnie nie będzie miał problemów. Musiałem te braki nadrobić…. szybkością. Szwagier szedł, gdy ja miałem w planie biec jak najwięcej.

Na start dotarłem gdy mapy juz były rozdawane.Zanim ogranąłem sie z ekwipunkiem prawie wszyscy byli juz w drodze, ale nie zraziło mnie to. Potruchtałem za innymi doganiając szwagra. Dziarsko szedł długim sprężystym krokiem a pozostali truchtając ledwo za nim nadążali. Z takim tempem i znajomością mapy miał szansę zakończyć bieg jak się odgrażał w 7,5h.

Pierwszy punkt lecąc troche przez pola i krzaczory pod torami kolejowymi osiągnąłem dosyć sprawnie zostawiając szwagra z tyłu.

Start – PK1 (4km)

start-1

 

Szybkie odbicie karty, podanie numeru startowego i w drogę. bardzo rześki poranek, mgła, chłodno, trzeba się ruszać, inaczej będzie mi zimno. wiec spokojnie napieram korygując kurs z mapą. Biegne, biegnę, az tu nagle spora grupka biegnie za mna ale w kursie przecinającym mój kurs. Zawracam zwiedziony przez tłum. Dałem sie porwać, wątpliwości w mojej głowie, może ja się pomyliłem w nawigacji ? Po kilku chwilach okazało się, ze grupka za  którą popędziłem nie ma pojęcia gdzie jest. Pięknie. Zakląłem na swoja głupotę i postanowiłem szukać po swojemu drogi błądząc po okolicy. W końcu sie odnalazłem i okazło się, ze jestem za punktem i czeka mnie powrót jakieś 1,5 km. Biegnę wściekły na siebie pod prąd tłumowi który już zmierza na trzeci punkt, a wśród nich – on, pomarańczowy polar. Szwagier !!. Tego już za wiele. Postanowiłem, że do końca będę szedł po swojemu.

Drugi punkt spowodował, że chciałem nadrobić stratę i przypłaciłem to dwadziescia kilometrów dalej.

PK1 -> PK2 (3,5)

1-2

Zniesmaczony niepowodzeniem, postanowiłem nie ryzykować bieganiem na azymut, tylko przebieżnymi odcinkami. Przeleciałem przez pole, co upewniło mnie, ze ganianie na szagę nie jest najlepszym pomysłem, bylo mokro, a świezo zaorane pole kleiło sie do butów, robiąc z nich kilkukilogramowe odważniki. Wpadam na tory kolejowe i nimi lecę do Licze a potem odbijam na Ośno. Doganiam szwagra, który „ciągnie” za sobą truchtającą gromadkę. Kilka słów w trasie i lecę dalej. Szwagier prosi mnie o sygnał jak dotrę na 4-kę.

PK2 -> PK3

2-3

Z trójki wybiegam na Wola Sosenka potem na Ośno i Szadowski Młyn, nie ryzykując przeprawy przez rzeczkę. To był prosty nawigacyjnie odcinek. Ale powoli zacząłem czuć moje kolano. ITBS powrócił. Zrobiłem przerwę na opaskę stabilizująca i w drogę.

PK3 -> PK4

3-4

Na czwartym punkcie kontrolnym żarty o grillu z rowerzystami, ale czas w drogę. Na samą myśl o kiełbasce ślina kapała mi na buty.

Droga z czwórki na piątke była bardzo prosta i przyjemna. Słoneczko już ładnie świeciło, a mgły kompletnie się rozwiały. Tylko, że coraz bardziej dokuczało mi kolano. Miałem już 25km w nogach, choć 4-ty punkt powinien byc na 18. Czyli 7km miałem już ponadplanowo. postanowiłem, że dam nodze odpocząć i przeszedłem do szybkiego marszu, zbiegając tylko z górki. A takie oto widoki mialem po drodze. Wtedy żałowałem, że nie miałem aparatu przy sobie.

IMG_20131019_210352

PK4 -> PK5

4-5

Wychodząc z piątki kierując się z powrotem na Laskowice, spotkałem szwagra. Zamienilismy kilka słów i poinformowałem go, żeby wyciagał nogi to mnie dopadnie, bo mam kontuzje i dalej biec nie będę. Z Laskowic czekał mnie długi marsz asfaltem, przez pola na którym okrutnie wiało. Zmarzłem tam, zły, że nie moge biec aby sie rozgrzać. Wymieniłem czapkę na wełnianą napierałem samotnie naprzód oglądając sie za pomarańczowym polarem… którego nie było.

IMG_20131019_210720

Asfalt szybko zamienił się w drogę brukową, która prowadziła do torów, za którymi miała być droga, której nie było.

IMG_20131019_210928

Chwila szukania i błądzenia i w końcu decyzja – idę na szagę, przedzierając się przez krzaczory. Dosyć szybko namierzyłem punkt 6.

Mimo bólu kolana moje morale było na wysokim poziomie. Nawigacją szła całkiem sprawnie. Punkt 6-ty był na 30tym kilometrze, a ja miałem w nogach prawie maraton, bo juz 41km i byłem 4,5 godziny w trasie.

5-6

cdn.