O Harpaganie i nie tylko

W miniony weekend wzięliśmy z Adamem udział w 51-szej edycji Harpagana. Po półmaratonie w Gdyni Adam nabawił się kontuzji rozcięgna podeszwowego i ma zakaz biegania. W związku z tym postanowiliśmy trasę Harpagana pokonać marszem, bez spiny na wynik, byle dotrzeć do mety w limicie 24 godzin.
W piątek trafiłem na drugą część badań, tym razem do Akademii Medycznej na Wydział Kardiologii gdzie pobrano mi krew, zrobiono EKG i echo serca. Wyszedłem z badań o 15:00 głodny jak wilk, bo miałem się na badania stawić na czczo. Ucieszyłem się na słowa, że z moim sercem jest wszystko dobrze.
O godzinie 17:00 startowaliśmy już z Gdańska do Bytowa, gdzie dotarliśmy przed 19:00. Odebraliśmy pakiety, zrobiliśmy ostatnie zakupy i udaliśmy się na start na dziedziniec zamku. Całkiem zwariowane popołudnie. Na koniec dnia zaczął padać deszcz.
Start o 21:00 i wyruszyliśmy żwawym marszem w ciemność. Do pierwszego punktu trafiliśmy bez większych problemów, ale im dalej w las tym większe wątpliwości. Ale przy trzecim punkcie już całkiem sprawnie odnajdowaliśmy się w terenie i w sumie tylko raz jezioro znalazło się nie z tej strony drogi :)
Na piątym punkcie Adam usiadł i zaczął analizować możliwe warianty drogi. Od jakiegoś czasu noga bardzo mu dokuczała. Postanawiamy zakończyć zabawę i wracać najprostszym wariantem do bazy.
big
Szczerze mówiąc jestem zły. Na siebie.
Wiedziałem, że Adam ma kontuzję, która wyklucza go z majowego maratonu, a jego fizjoterapeuta będzie chciał go wyciągnąć na połówkę w Suszu. Powinienem mu kategorycznie odradzić udział w Harpaganie, aby nie pogłębiał kontuzji i jak najszybciej wrócił do treningów.
Po drugie myślę, że popełniliśmy inny błąd. Błąd logicznego myślenia. Wybierając się na pieszą wycieczkę o długości przynajmniej 100km trzeba być wprawionym piechurem, a nie biegaczem. Przecież bieg i marsz to dwie zupełnie inne techniki przemieszczania się. I żeby pokonać taki dystans którąkolwiek z technik, trzeba się odpowiednio przygotować do takiego „występu”.
Tak więc, biegaczu – biegnij, a nie maszeruj. Te 42 kilometry przebyte marszem przypomniały mi o mięśniach, o których dawno zapomniałem.
Traktuję to jako wartość dodaną – na biegach ultra , szczególnie tych w górach przydaje się umiejętność maszerowania.
Czy Adam da się namówić za rok na kolejną edycję Harpagana? Zapytam za rok. Ja prawdopodobnie będę znów próbował.
Tym razem biegiem.
A teraz czas przygotować się do maratonu…. mentalnie, bo fizycznie jest już za późno.