Czas wziąć byka za rogi.

No i stało się. Nagle i niespodziewanie nadszedł ten czas kiedy trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i uczciwie postawić samemu sobie pytanie. Czy jesteś gotów?

Uważam, że nie. Nie jestem gotów. Mimo miesięcy zaniedbanego biegania na rzecz jeżdżenia na rowerze. Widać mocno po wpisach na blogu, że nastąpiła zmiana środka ciężkości w uprawianych dyscyplinach sportowych. Nie trzeba śledzić moich treningów w mediach społecznościowo-sportowych aby to zauważyć. Bardzo polubiłem się z moim nowym rowerem.

Kiedy pandemia pokrzyżowała nam wszystkim sportowe plany i wiele startów zostało odwołanych nie przejmowałem się tym zbytnio, bo w tym roku zapisałem się tylko na 3 imprezy.

Pierwsza z nich za niecałe dwa tygodnie. Ultramaraton rowerowy Pomorska500. Bez wsparcia, zdany sam na siebie, mam 80 godzin aby wytyczonym szlakiem dotrzeć ze Szczecina do Gdańska. To 539 km jazdy polnymi drogami, lasami, szutrami a czasem w ramach wytchnienia asfaltem.

Nigdy w życiu nie zrobiłem na rowerze dystansu w połowie tak długiego. Nie jestem pewien czy kiedykolwiek pojechałem więcej niż 180 km – takie dystanse robiłem już na zawodach triathlonowych. Ale nie porównujmy 180 km na gładkim asfalcie ze 180 km polnymi drogami. To zupełnie inna para kaloszy.

Nie jestem odpowiednio przygotowany w sensie treningowym, ale mam głęboką wiarę, że do mety dotrę. O ile nie stanie się coś, co mnie wyeliminuje, coś na co nie będę miał wpływu, jak np. awaria roweru, której nie będę w stanie naprawić na trasie.

Jestem mentalnie gotów na niewygody i wysiłek jaki będę musiał włożyć w to zadanie. Mam jasny i klarowny plan, ułożony w głowie na wygodnej kanapie i będę go realizował w siodle mojego CX-a.

Plan jest genialny w swojej prostocie. Jechać pierwszego dnia tak długo jak się da. Drugiego dnia wstać bardzo wcześnie i ruszyć w trasę. Na drugą noc chce wrócić do domu.

Taki ten plan genialny, prawda? Napoleon by tego lepiej nie wymyślił. Startuje o godzinie 7:05 (start falowy) i spokojnie, na luzie, beż żadnego ścigania jadę przed siebie. Nie interesuje mnie nic, oprócz spokojnej jazdy. Nikogo nie gonię (np. Marka, który rusza ponad godzinę przede mną, albo Jarsona z Różakiem), o nie! Nie ma głupich, żadnego ścigania, no chyba że na ostatnich 20-tu kilometrach :D. Pierwszego dnia będzie spokój, opanowanie i sukcesywne pokonywanie kilometrów.

Wyliczyłem sobie, że w trasie jadąc spędzę ok 36 godzin. Pierwszego dnia, do zmroku pewnie jakieś 14 godzin, wiec drugiego będę musiał jechać 22 godziny. Marnie to wygląda. No, ale nie ma co gdybać, zobaczymy jak będzie ;) Najwyżej przyjadę na metę w nocy…

Leave a Reply

Your email address will not be published.Required fields are marked *