DNF na Wanoga Gravel

łKilka dni minęło, kurz opadł, błoto na ramie na dobre przyschło, kolano przestało boleć a opuchlizna z kostki też powoli znika. Czas więc bez zbędnego owijania w bawełnę napisać kilka słów o tym dlaczego nie pykło na Wanoga Gravel.

Początkowo chciałem Wanogę zaatakować jak Pomorską500 w zeszłym sezonie czyli kolokwialnie mówiac – jechać w trupa. Na przestrzeni przygotowań koncepcja uległa zmianie i ustaliłem, że jadę Wanogę rekreacyjnie w 3 dni (dwa noclegi). Ale warunkiem koniecznym, który ma być spełniony to pokonanie dziennie minimum 200 km.

Pierwszego dnia jakoś poszło, ale tempo było jak dla mnie zbyt wolne. Jednak poczułem zew zawodów i na widok innych wyprzedzających mnie zawodników włączył się we mnie pies gończy. Ale umowa, to umowa. Jedziemy razem. Pierwszego dnia zrobiliśmy wymagane minimum, ale niewiele ponad to. Już wtedy czułem, że zawody będę kończył solo.

Drugiego dnia nie robiliśmy w grupie minimum i postanowiłem się odłączyć od stada i lecieć swoje. Perspektywa jazdy do nocy następnego dnia do mnie nie przemawiała i wolałem zarwać noc , ale skończyć w okolica południa.

Niestety kontuzja kolana, która podczas jazdy nie przeszkadzała mi na tyle, aby przerwać jazdę nasiliła się, kiedy się zatrzymałem, żeby naprawić przerzutki. Przykucnięcie, a potem próba wstania powodowała ból, który spowodował, że zrezygnowałem z dalszej rywalizacji za Orłowem.

Ból w kolanie minął, ale niespodziewanie następnego dnia spuchła mi kostka od ścięgna achillesa, który boli jeszcze dziś, kilka dni po zawodach.

Następnym razem jadę na zawody “na lekko”, a nie jak teraz na wyprawę do Uzbekistanu ;)

Z sakwami to na wycieczkę nad jezioro i piwko przy ognisku. Na zawody ścigać się.

A teraz zapraszam do oglądania ;)

Leave a Reply

Your email address will not be published.Required fields are marked *