Stówka Pomorskiej pięćsety

Wstałem skoro świt w sobotni poranek, zjadłem tosta, spiłem kawę i wyszedłem z domu. Wszystko czego potrzebowałem na wyprawę przygotowałem dzień wcześniej, żeby zaoszczędzić cenny poranny czas. Pół godziny później byłem już na przystanku kolei oddalonym o 7 km i czekałem na pierwszy pociąg w kierunku Kościerzyny.

W pociągu, ku mojemu zdziwieniu cały przedział rowerowy był zajęty (5 stanowisk), ustawiłem się wiec grzecznie na uboczu i przez kolejna godzinę podróżowałem podziwiając widoki za oknem – dawno nie jechałem pociągiem :D

wylot z Kościerzyny

W Kościerzynie byłem kilka minut po 9-tej, skąd czekało mnie 17 km dojazdu przez Gostomie do Zdunowic, gdzie miałem wbić się na trasę rowerowego ultramaratonu “Pomorska Pięćseta”. Było rześko, około jednego, może dwóch stopni powyżej zera, ale w lesie całkiem spokojnie i przyjemnie. Przygotowałem się na taka temperaturę, a nawet miałem dodatkowe ciuchy na wypadek wychłodzenia.

100 km do domu


Gdy dojechałem do wyznaczonego szlaku, okazało się, że do mety mam równiutko 100 km. Plan na wycieczkę był prosty, przejechać spokojnie, w przyzwoitym komforcie. Cieszyć się wyprawą i robić zdjęcia. O ile pierwszej części planu nie udało się za bardzo wykonać, to drugiego również nie :D

początek szklaku

Po czterech kilometrach trasy docieram do wsi Węsiory, gdzie w lesie znajdują się tajemnicze kręgi kamienne, cmentarzysko na skraju Jeziora Długiego, cmentarzysko Gotów i Gepidów datowane na 70-80 r n.e.

Kamienne kręgi w Węsiorach


Dalsza trasa wiedzie drogami szutrowymi wśród pól i malowniczo położonymi jeziorami, gdzieniegdzie tylko przecina się asfaltowe drogi i mija małe wsie i miasteczka. Nie brakuje też płyt typu Yomb (chyba tak się to pisze).

Trasa prowadzi przez takie miejscowości jak wspomniane Węsiory, Borzestowska Huta, Łapalice, Prokowo, potem trasa odbija na Kielno, Bojano na Górę Donas, gdzie znajduje się wieża telekomunikacyjna z tarasami widokowymi, a następnie przez Kacze Buki, Osowę i Matarnię. Meta trasy znajduje się w Brzeźnie, ale nie zjeżdżałem już do morza, tylko wróciłem z Matarni bezpośrednio do domu.

Na trasie udało się nie zabłądzić dzięki uprzejmości Grzesia, który użyczył mi swoją nawigację MioCyclo215. Urządzenie sprawdziło się o niebo lepiej niż track zapisany na zegarku i przez całą trasę współpracowało prawie idealnie.

Jezioro w Chmielnie

Mimo paskudnej pogody, odmarzniętej twarzy – wycieczkę zaliczam do bardzo udanych, z chęcią powrócę na trasę na wiosnę. Mam tez pewne obawy co do strategii jaką powinienem obrać na tę imprezę. Przejechanie 540 km bez przerwy może się okazać wręcz niemożliwe..

Leave a Reply

Your email address will not be published.Required fields are marked *