Poland Gravel Race 2021

Na zawody PGR zapisałem się dawno temu po namowie przez Marka, a ja sam namówiłem Grzesia na trzydniową wycieczkę przez Bieszczady, Beskid Niski aż po Tatry. Taki właśnie był plan, podzielić trasę na trzy dni i zrobić sobie jak to mówią moje dzieci epicką imprezę. PGR to ultramaraton rowerowy z Przemyśla do Bukowiny Tatrzańskiej poprowadzony tak, że na trasie liczącej 550 km zbiera się ponad 10 tyś metrów pod górę w pionie. Impreza na samych wykresach i po samych liczbach robi wrażenie. Obejrzenie relacji filmowych na YT z poprzedniego roku tylko upewniło mnie, że będzie to bardzo ciekawa i wymagająca przygoda.

Niestety kilka miesięcy po zapisach okazało się, że pojadę na imprezę sam. Taka postać rzeczy zmieniła moje podejście do samego startu. Postanowiłem, że imprezę potraktuję “na sportowo”, czyli pojadę najszybciej jak się da. Celowałem w okolice 60 godzin (przy 80 godzinach limitu) – innymi słowy w sobotę miałem być na mecie.

Tak też zaplanowałem sobie logistykę – przyjazd we wtorek na start, do Przemyśla. Tutaj miałem zostawić rower i rzeczy potrzebne na start, a następnego dnia odstawić auto na metę (do Bukowiny Tatrzańskiej) i wrócić do Przemyśla transportem publicznym.

W międzyczasie odezwał się do mnie Artur i Agata, którzy chcieli zabrać się ze mną z Trójmiasta. Agata finalnie dotarła na start własnym transportem, a ja z Arturem pojechaliśmy razem.

Podróż we wtorek minęła sprawnie i dojechaliśmy wieczorem do Przemyśla, gdzie dane nam było obejrzeć zmagania kolarskie Tour de Pologne, taka atrakcja.

Obejrzałem prognozy pogody na najbliższe dni i przygotowałem sobie niezbędne rzeczy na start, a pozostałe, które nadmiarowo przywiozłem ze sobą spakowałem w torbę, wsadziłem do bagażnika auta. W środę o 6:00 ruszyłem samochodem na metę, czekała mnie ponad 400 km trasa i powrót przez Kraków do Przemyśla. Szacowałem ze będę z powrotem około 16:00. Cała podróż trwała o wiele dłużej niż planowałem i finalnie ląduję w Przemyślu po 20:00 – a i tak miałem ogromne szczęście bo załapałem się w Krakowie na spóźniony pociąg o 15:00. Następny miał być za godzinę ale w tym czasie już był opóźniony o 1,5 godziny….

Tak wiec po dwóch dniach podróżowania ląduje w hotelu, aby strzelić kimę w zbyt krótkim i trzeszczącym łóżku.

Start mialem wyznaczony na 7:55 (starty falowe w małych grupach), ale wyruszam z hotelu nieco wcześniej, głównie dlatego, że nie miałem nic do jedzenia na rano. Z samego rana spotkała mnie niemiła niespodzianka, która początkowo przyprawiła mnie o mikrozawał serca – w rzeczach przygotowanych na start brakowało… spodenek kolarskich z pampersem.

Chwilowa panika która mnie ogarnęła została przygaszona wewnętrznym głosem wołającym o spokój i racjonalne myślenie. Byłem bez szans, żeby nabyć jakiekolwiek spodenki o 7:00 w Przemyślu, a na dalszej trasie z pewnością nie byłoby łatwiej. Co ma być to będzie, wskoczyłem w bawełniane gacie i bawełniane cywilne spodenki i postanowiłem jakoś sobie z tym poradzić. Na szczęście na koniec pierwszego dnia zawodów, w Cisnej był czynny sklep gdzie nabyłem na zmianę bokserki z delikatniejszymi szwami które nie ciorały mi tak tyłka.

O samym wyścigu i przygodach można by napisać wiele. Piękne widoki, strasznie szybkie zjazdy i ciągnące się w nieskończoność podjazdy umilały podróż i pierwszy dzień zleciał mi jak z bicza. Na koniec dnia w Cisnej spotykam Artura i postanawiamy jechać wspólnie w nocy aż do Dukli, gdzie była szansa na uzupełnienie zapasów po całej nocy. A w nocy moc wrażeń, wiele spotkanych osób, które jak my postanowiły jechać w nocy lub tylko przez pierwsze godziny ciemności, aby potem zatrzymać się gdzieś i szukać noclegu.

Świt zastaje nas w Dukli, gdzie odbijamy nieco z trasy na wspomnianą stację paliw. Gorąca herbata i hotdogi stawiają nas trochę w pionie po zimnej nocy. W Magurskim Parku Narodowym Artur postanawia jechać dalej swoim tempem, bo moje mocno spadło. Od tego czasu jadę sam ze swoimi myślami, jestem już za połową trasy a bardzo ambitny scenariusz złamania 48 godzin jest cały czas w realnym zasięgu.

Z drugiego dnia najbardziej zapamiętałem asfalty Beskidu Niskiego oraz żar jaki lał się z nieba. Zrobiło się też nieco bardziej cywilizowanie, coraz częściej bywały sklepy, wiec można było na bieżąco się zaopatrywać. Plan o poranku był taki, aby podzielić pozostałe 240 km na dwie części i do końca dnia przejechać kolejne 120. A jeśli się da to więcej. Potem nagle wjechałem do Krynicy Zdrój, gdzie zrobiłem sobie dłuższą przerwę i zjadłem normalny obiad, bez pośpiechu. Trochę mi to naładowało akumulatory i ruszyłem dalej.

W Rytrze przyszedł kryzys. Była już wczesno wieczorna godzina i po raz pierwszy pomyślałem o tym, aby się zatrzymać i położyć się spać. Rozważałem nawet kwaterę (bo do spania miałem tylko bivibag i dmuchany materac). Skontaktowałem się z Arturem, który napisał mi, że będzie jechał aż do mety bez postoju. Podjazd za Rytrem na przełęcz za którą znajdowała się Szczawnica to był jakiś dramat. Ten podjazd / podejście wydawał się nie mieć końca. Na szczycie zastaje mnie ciemna noc, postanawiam zjechać w dół do Szczawnicy i tam poszukać dogodnego miejsca do spania, np jakiejś wiaty przystankowej.

Niestety w Szczawnicy tłumy ludzi i nie było szans na spokojną wiatę, jadę dalej coraz bardziej zmęczony. W okolicach 23:00 rozkładam się na polance do spania, niestety jakieś psy mnie usłyszały i po kilku chwilach cała wioska szczekała. Postanawiam pojechać kawałek dalej w poszukiwaniu spokojnego miejsca. W dolinkach zalegała mgła i ziąb, wiec szukam czegoś na wzniesieniach. Trafia się po jakimś czasie łąka, na której postanawiam się rozłożyć. Niestety po kilku minutach podjeżdża jakiś samochód i jakaś para z zainteresowaniem przygląda się co robię. Znów zwijam bivy i ruszam dalej. Na kolejnym wzniesieniu zatrzymuje tuż przy drodze, stawiam rower i kładę się na trawie. Jest północ, śpię przez półtorej godziny, co chwile budzony przez szum kół innych zawodników przejeżdzających obok. Budzę się zmarznięty, do mety lekko ponad 50 km wiec szkoda mi czasu, jest 1:30 w nocy. Ruszam dalej.

Ścieżka rowerowa nad jeziorem Czorsztyńskim poprawia mi humor, bo kilometry uciekają szybko a trasa przyjemna… Ale im bliżej mety tym większe schody, a raczej podjazdy. Przed sama metę trzykrotnie trzeba się jeszcze wspinać…

Na metę przyjeżdżam około 5:00. Nie wiem tak naprawdę, która to była godzina, ale juz było widno. Wiem tylko, że najbardziej ambitny plan został zrealizowany i złamałem 48 godzin.

Na mecie byłem po 45 godzinach i 45 minutach od startu. Na 42 pozycji na 293 które wystartowały. Ponad 50 osób nie dojechało do mety.

Rower generalnie wytrzymał. Tylna opona poszła po zawodach na śmietnik, bo na tych kamlotach straciła bieżnik. Tylne klocki skończyły się przed Rytrem i końcówkę jechałem na przednim :)

Hałasująca piasta, która zaczęła dawać oznaki juz w Bieszczadach też została wymieniona. Kulki łożysk zmieniły się w sześciany i zmasakrowały bieżnie na konusach. Łańcuch i kaseta jeszcze żyją.

Na koniec kilka słów od siebie. Czy się podobało ? Ależ tak, bardzo ! Po czasie żałuje jedynie, że nie było możliwości obejrzenia całości trasy. No ale albo się jedzie w nocy, albo się śpi. Może tak właśnie miało być ? Żeby była motywacja do ponownego przejechania tej trasy ? Kto wie, kto wie….

https://www.strava.com/activities/5788887048

Leave a Reply

Your email address will not be published.Required fields are marked *