Przeskocz do treści

Tym biegiem zamknąłem pewien etap w swoim życiu. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z bieganiem, kiedy ledwo potrafiłem przetruchtać kilka kilometrów odkryłem, że istnieje pewien magiczny, bardzo odległy świat jakim jest bieganie ultra. To odkrycie na zawsze zmieniło mnie i mój sposób życia. A kiedy trafiłem po raz pierwszy na stronę BUGT wiedziałem, że ten bieg kiedyś pobiegnę. Wyobraźcie sobie jak bardzo odległy był to dla mnie temat, ale byłem zdeterminowany i mocno zmotywowany. Drogę do BUGT możecie przeczytać na tym blogu, bo powstał on właśnie z myślą o napisaniu historii, której finałem jest BUGT.

Finał został napisany w ubiegłą sobotę....

Do Zakopanego przyjechaliśmy już we wtorek, aby przy okazji biegu odpocząć i nawdychać się zdrowego górskiego powietrza. Pogoda była piękna i słoneczko ładnie przygrzewało, a ja snułem plany dotyczące biegu i przeplatałem je obawami  o odwodnieniu się na trasie. Im bliżej soboty tym bardziej niepokojące stawały się prognozy pogody, które przewidywały załamanie w popołudniowych godzinach w dniu startu. Piątkowa odprawa zawodników nie pozostawiała złudzeń. Prognozy są złe, a organizatorzy dorzucili kilka dodatkowych rzeczy od obowiązkowego ekwipunku - kurtka przeciwdeszczowa, druga warstwa i spodnie przeciwwiatrowe. Była to zła wiadomość, bo planowałem polecieć z moim ukochanym 6 litrowym plecakiem, który ma możliwość zamocowania bidonów z przodu. Załadowanie do niego bukłaka z piciem (zakładałem ze 1 litr to mało na odcinki między punktami), jedzenia w postaci batonów, żeli, suszonej wołowiny, dwóch kurtek, spodni i drugiej warstwy to zbyt wiele. Nie wspomnę o rękawkach, buffie, gopro, powerbanku, telefonu z muzyką, słuchawek, folii nrc, dokumentów, pakietu pierwszej pomocy...

To wszystko nie miało prawa zmieścić się w tym małym plecaku więc musiałem dokonać selekcji i z czegoś zrezygnować. Na pierwszy ogień poszło jedzenie. Zabrałem tylko 5 żeli, jednego batona i suszoną wołowinę, o której zapomniałem i przez cały bieg bylem przekonany, że została w domu. Aby się z tym wszystkim zapakować musiałem umocować drugą warstwę "na" plecaku za pomocą elastycznych sznurków - uprzednio pakując ją do worka, aby nie zamokła w czasie deszczu. Od razu napiszę ku przestrodze wszystkim, którzy to czytają : wszystkie ubrania i rzeczy, które mogą uleć zamoczeniu należy pakować w worki foliowe, nawet jeśli są wewnątrz plecaka.

Poranek w Dolinie Chochołowskiej był przyjemnie ciepły mimo bardzo wczesnych godzin "porannych". Start z Siwej polany rozpoczął się o godzinie 4:00 i pobiegliśmy początkowo asfaltem a następnie drogą szutrową do Polany Chochołowskiej skąd droga prowadziła przez Grzesia(1652), Rakoń(1876), Wołowiec(2064), Jarząbczy Wierch(2115) i Starorobociański Wierch(2172) a następnie Siwą Przełęcz, dalej przez Iwanicką (1459) aż do schroniska Ornak gdzie znajdował się pierwszy punkt żywieniowy. Jak tylko wyszliśmy nad linię lasu przywitał nas huraganowy wiatr, który wiał z prędkością 70 km/h i zabierał wszystko, co było zbyt delikatnie umocowane - kurtki, czapki a mnie osobiście słuchawki bezprzewodowe. Wiatr był momentami tak silny, że podczas biegania po szlaku nie zawsze lądowałem w miejscu, w którym się tego spodziewałem, a kije skutecznie plątały się pod nogami.

Wróćmy do punktu żywieniowego przy schronisku Ornak. Dotarłem tam na 240-tej pozycji po 5h:22m. Byłem zadowolony z uzyskanego czasu, bo opuszczając ten punkt miałem godzinę zapasu do limitu. Na samym punkcie niestety przeżyłem zawód. Nie było już dostępnych żeli, wiec skubnąłem nieco owoców, uzupełniłem bidony (na pierwszym etapie wypiłem litr picia), napiłem się colą , wypiłem elektrolity i ruszyłem w dalszą drogę. W sumie bojowo nastawiony, bo pierwszy etap całkiem dobrze mi poszedł i nie umierałem na trasie. Wejście na Tomanową przełęcz już pięknie oświetlało słonce, które powyżej konkretnie już przypiekało i wysysało resztki sił. Nie doceniłem tego podejścia, a ono nie miało zamiaru się skończyć. Ponad dwie godziny podchodzenia skutecznie zniszczyło mnie psychicznie. Fizycznie też nie było polotu, ale parłem naprzód, bo współtowarzysze sprawiali wrażenie zmęczonych tak samo jak ja. Z Ciemniaka bylo widać już Kasprowy wierch, daleko co prawda, ale był. Ale najważniejsze było dla mnie, że był poniżej mnie więc będzie z górki. takie własnie oszukiwanie samego siebie włącza się, kiedy człowiek jest zmęczony. Ale tak na poważnie na Małołączniaku (2096) zerknąłem na zegarek i zmroziło mnie. Mój wypracowany zapas z Ornaka znacznie wyszczuplał i złapanie limitu 10h na Murowańcu zostało zagrożone. Miotany wątpliwościami czy zdążę do Murowańca, a potem na Wodogrzmoty Mickiewicza, gdzie obowiązywał mnie limit 14h przemierzałem Kopę Kondracką (2005) w Kierunku Kasprowego Wierchu (1986).

Na punkt żywieniowo-kontrolny przy Murowańcu wpadłem po 9h:23m jako 228 zawodnik, co oznaczało, że mimo półgodzinnej straty zapasu do limitu przegoniłem o 12 pozycji konkurencję. Oczywiście tego nie wiedziałem, wiec postanowiłem tracić jak najmniej czasu i wyruszać w dalszą drogę. Tym razem postanowiłem się solidnie posilić, wybór padł na warzywa i owoce, nie skusiłem się na zupę ani ciastka. Uzupełniłem picie (kolejny litr), chwyciłem w rękę garść ogórków i wyruszyłem w dalszą drogę na przełęcz Krzyżne.

Zaraz za Murowańcem nastąpiło zapowiadane załamanie pogody, przez niebo przeszły trzy pomruki grzmotu i zaczęło lać. Rozpoczęliśmy wspinaczkę ku największemu przewyższeniu na tym odcinku. Mozolnie wspinaliśmy się na Krzyżne (2112), na którym przywitał nas zimny wiatr po stronie Doliny Pięciu Stawów, a jednocześnie widok na Dolinę spowitą w obłokach rozgrzewał serca. Pędziłem wiec w miarę możliwości w dół spokojny już o limit na Wodogrzomotach, bo tylko nieszczęście na trasie mogło mi zagrozić.

Punkt kontrolny osiągam po 13h:26m na 217 miejscu, uzupełniam picie i bez zwłoki wyruszam dalej, chcąc pokonać jak najwięcej trasy za widnego. Lejący permanentnie deszcz skutecznie utrudniał bieganie, było coraz więcej kałuży ale najbardziej przeszkadzał zapadający zmrok. Mgła i deszcz ograniczały skuteczność świecenia czołówki, więc tempo poruszania było niższe niż bym chciał. Ostatnią rzeczą jakiej bym  sobie życzył na tym ostatnim fragmencie trasy to kontuzja. Z Kuźnic dwa ostatnie kilometry trasy asfaltem pokonałem żwawym kłusem i na metę wpadłem po 16h:23m:55s na 199 pozycji, co oznacza, że na ostatnim odcinku wyprzedziłem kolejne 18 osób.

I tak zakończyła się przygoda rozpoczęta o 4:00 a właściwie kilka lat wcześniej kiedy zacząłem biegać po osiedlowych uliczkach.

Na koniec tego wpisu chciałbym się z wami pożegnać. To koniec bloga, przynajmniej w takiej postaci. Zauważyliście już zapewne , że wszystko już było, a powielanie w kółko tego samego nie ma sensu. Będę pewnie pisał posty, ale bardziej w formie pamiętnika biegowego, bez epickich relacji - raczej suche fakty, spostrzeżenia i uwagi.

Zacznę już w tym wpisie.

  • na bieg należy zabrać tyle suplementów ile będzie Wam potrzebne. Tym razem bardzo się zawiodłem brakiem obiecanych żeli na punktach. Wiem, że zamykałem stawkę, ale wszyscy powinni być obsługiwani na takim samym standardzie.
  • Zmienność pogody w Tatrach pokazała swoje możliwości w ciągu tego dnia. Wielu uczestnikom przydała się obowiązkowa dodatkowa odzież, a w przypadku kilkugodzinnego oczekiwania na pomoc mogłaby bardzo pomóc. Ważne, aby cieple ubrania pakować w nieprzemakalne worki, bo wewnątrz plecaka wszystko pływało. To samo tyczy się gotówki i elektroniki.
  • Należy pamiętać, ze w wielu miejscach w Tatrach nie ma zasięgu telefonia komórkowa i wezwanie pomocy może być utrudnione.

Na koniec podziękowania organizatorom za epicką przygodę. Było wyśmienicie poza małymi drobiazgami, wolontariuszom za dodawanie skrzydeł i kibicing czasem w bardzo nieprzyjemnych miejscach na trasie, w deszczu lub na huraganowym wietrze. Dziękuję też osobom znakującym trasę, szczególnie ostatni fragment który pokonywany był w ciemnościach. Zielone chorągiewki były doskonale widoczne. Specjalne podziękowania kieruje do mojej ukochanej żony, że to wszystko znosi i kibicuje. Buziaki. Ponadto bardzo dziękuje Robertowi Zabel wraz z ekipą na Kopie Kondrackiej za motywację, Arturowi, który towarzyszył mi z Czerwonych aż do Krzyżnego (sorki, że potem uciekłem, ale bardzo marzłem), Krasusowi, który był przy Wodogrzmotach w czadowej żółtej pelerynce z newsami co słychać na trasie, Magdzie, Łukaszowi i Olafowi że nas gościli i przyszły w strugach deszczu przywitać mnie na mecie.

Gratuluję wszystkim, którym się udało skończyć. A Ci którzy w tym roku nie mieli szczęścia życzę, aby za dwa lata znów ich wylosowano.

Sobie też tego życzę.

Tutaj link do galerii Piotra Dymusa, gdyby ktoś szukał natchnienia.

Pozycja :199. Numer startowy :311

Miś Waldemar M40-59( 83) Gdańsk POL Smashing PĄpkins,

Ornak 5:22:00,89 (240) ; Murowaniec 9:23:42,33 (228); Wodogrzmoty 13:26:05,16 (217) ; Meta 16:23:55,21

3

To miał być super dzień. Dzień spędzony na bieganiu, dzień, w którym debiutowałem na trasie płaskiego maratonu. Dzień radości z biegania i endorfin. Taki miał być.
I był !
Ale po kolei.
W sobotę rano wybrałem sie Polskim Busem do stolicy, po odbiór pakietu startowego. Miasteczko biegacza przy stadionie było.. imponujące. Mimo swoich rozmiarów, było fantastycznie oznaczone i z nawigacja nie bylo problemu. Na samym miasteczku kręciła sie masa biegaczy, którzy podobnie jak ja mieli zamiar następnego dnia sie dobrze bawić na ulicach Warszawy. Jedni na trasie 10km inni na 42km.
Na godzine 17:00 przewidziany był marszobieg z Placu Zamkowego na linie mety, wiec zbyt długo sie nie kreciłem po miasteczku tylko udałem sie do hostelu przebrać i zostawić bagaże. Na placu zamkowym tysiące biegaczy, kolorowo i pozytywnie. każdy, kto wziął udział przyczynił sie do pomocy rodzinnym domom dziecka. Choćby dlatego warto było sie pojawić. Po marszobiegu pasta party na Narodowym. Nasz stadion ładniejszy :)

Następnego dnia wczesna pobudka,  kawa i śniadanie, które składało się głównie z bananów. Idąc na start przez most Świętokrzyski zwróciłem uwagę na oznaczenie 40-tego kilometra. Stad to już właściwie bardzo dwa zakręty i meta.

Przed startem spotkaliśmy sie na pamiątkowe zdjęcie z ludzikami z Akademii Biegania .

Stadion

Po zdjęciu życzylismy sobie powodzenia i każdy udał sie we własnym kierunku.

Zdałem depozyt, podłaczyłem sie do muzyki i udałem w kierunku startu. Nagle, przed moimi oczami pojawił się jakiś brodacz i zaczął klepać mnie po ramieniu, wyciągam słuchawki a on do mnie " O, góral, zabi*sie, będziemy walczyć, powodzenia". Przez chwile zastanawiałem się o co chodzi, a potem mnie oświeciło, miałem na sobie koszulkę z Maratonu Karkonoskiego. Ciekawe jakby zareagował, gdyby dowiedział ze jestem góral z Gdańska..... :)

Robiąc zapisy do OWM zapisałem się na czas 3:45-4:00, bo taki wydawał się realny do zrobienia. No, ale trochę czasu minęło i trochę biegałem, wiec pomyślałem, że może podejdę ambitnie i przepuszczę atak na 3:30. Start dosyć ciasny, ale na drugim kilometrze znalazłem sobie miejsce w grupce, która nie wyprzedzała ani nie była wyprzedzana i leciałem w tempie leciutko poniżej 5min. Baloniki pejsów na 3:30 były dosyć daleko, ale widziałem je bez okularów :). Na 10 kilometrze miałem je juz bardzo blisko i widziałem wyraźnie. W takim tempie leciałem w okolice 20km. Na połowie dystansu zacząłem czuć, ze to tempo nie będzie możliwe do utrzymania przez kolejne 20km. Odpuszczam. To debiut, nie będę porywał się z motyką na słońce. Zacząłem powoli zwalniać, a w okolicach 28km zaczęły sie delikatne kłopoty. Juz od jakiegoś czasu pobolewała mnie stopa. Nie jakoś strasznie, ale drążyła mój umysł. Na 30-tym kilometrze zaczęło brakować mi sił. Nie miałem energii, żeby podnosić nogi tak wysoko i tak szybko jak do tej pory. Kończyło się paliwo z porannych bananów. :)

Do tej pory zaliczałem wszystkie pić stopy w biegu, aby nie wypaść z rytmu. Wiedziałem, ze muszę sie ratować bo będzie niedobrze. Na 32km zjadłem dwa kawałki banana, jedzenie zmusiło mnie do kilkumetrowego marszu. Przełknąłem banana, zapiłem wodą potem izo i ruszyłem dalej. Oj, jaka to była męka zmusić ponownie nogi do biegu. W marszu było tak przyjemnie....

Od tego pitstopu było już naprawdę źle. Zjedzone banany wciąż leżały w żołądku, a mnie brakowało paliwa. Każdy mięsień bolał z osobna a w głowie kołatała myśl: Odpuść. Przejdź do marszu. Odpocznij. Zrezygnuj, nie dasz rady, jeszcze ponad 10km to godzina czasu... godzina takiej męki.

Czytałem o niej przed maratonem. Jeszcze dzień wcześniej twierdziłem, że nie istnieje. Otóż nieprawda. Istnieje. Atakuje znienacka i jest masakrycznie nieprzyjemna. Biegacze nazywają ją ścianą. Ścianą, która można pokonać tylko głową (paradoksalnie do powiedzenia " Głową muru nie przebijesz"). Kiedy zdałem sobie sprawę z czym mam do czynienia wiedziałem jak ją pokonać. Czytałem o tym. Ścianę trzeba przeczekać. Podobno potrafi trwać przez kilka kilometrów. Biegłem więc starając się odwrócić myśli od kryzysu, wsłuchiwałem sie w piosenkę Poparzeni kawą trzy - Jarosław Ka, która słowami bardzo mnie bawi, a i rytm na nogę zapodaje fajny. Co jakiś czas temat kryzysu wraca, staram sie zmienić technikę biegu, dać odpocząć zmęczonym nogom. Pomaga na chwile, na kilkaset metrów. Zamyśliłem się ... z letargu wyrwał mnie kolejny pit stop. Banan, dużo banana. Woda na głowę, bo ciepło. Orzeźwienie na chwilę, biegnę... zaraz to już 35km, teraz tylko 5 i jestem na moście, za nim tylko dwa zakręty i meta . Pięć kilometrów, to dwa okrążenia na moim osiedlu.... to trasa z domu do pracy. Banał. 5km, przebiegnę bez problemów. Myśl o rychłym końcu dodaje skrzydeł. Wokół dzieją sie dantejskie sceny, ktoś walczy ze skurczem, inny naciąga nogę opierając sie o drzewo, dużo ludzi maszeruje. Wyprzedzam ich, dziesiątki... nie są moimi rywalami, współczuje im. Wiem co czują. Biegnę. podnoszę głowę, kibice z trąbkami i bębenkami wszelkiej maści, dzieci... Mam wyrzuty sumienia, przyszli tu dla nas, biegaczy wspierać nas w tym trudnym biegu. A my nie mamy nawet siły żeby im podziękować. Obok mnie stoją dzieci wyciągają rękę, żeby przybijać piątki, skręcam ze środka jezdni i biegnę na prawą stronę. Zaczynam przybijać piątki dzieciakom, które stoją wzdłóż ulicy. To już zupełnie powoduje, ze zapominam o zmęczeniu, kibice żywiołowo reagują na moje zachowanie, to dodaje mi skrzydeł. Tak miało być. Radość !

Na 37 kilometrze zaczęły się skurcze w stopie. Staram się rozluźniać ją podczas biegu. Odpuszczają, ale za chwilę znów wracają. Modle się, aby nie zaczęły chwytać łydek albo ud. To byłby koniec. Musze być solidnie odwodniony, a przecież piłem cały czas. Ostanie zakręty pomiędzy budynkami, wbiegamy na most Świętokrzyski. Podbieg. Dla wielu to zbyt dużo, przechodzą do marszu, zmieniam długość kroku i biegnę dalej. Na końcu mostu oznaczenie 40-tego kilometra. Teraz to juz dwa zakręty i jestem na mecie. Przerzedziło się, biegnę 6-7 metrów za trzyosobową grupką, kibice odczytują moje imię i krzyczą : Waldek, biegnij, już blisko, jesteś zwycięzcą. Jeden zakręt, prosta, drugi... zaczyna sie. Endorfiny zaczynają działać. Jest euforia radość, widać metę, ostania prosta. Tłumy kibiców dopingują, jest cudnie. Kilka metrów przed metą robię samolot i biegnę. Udało się. Udało. Udało ! Wpadam na metę....

Krasus (gratuluje złamania 3h w Rotterdamie !) miał rację pisząc, że maraton uczy pokory. Że negative split biegnie tylko 10% biegaczy (pierwsza połowa wolniej, druga szybciej). Że maraton, to walka, walka o wszystko, o przetrwanie, walka z samym sobą. Było ciężko, ale było warto. To cudowne uczucie na mecie jest warte każdego poświęcenia.

Chciałem bardzo podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie i trzymali kciuki. Znajomym i tym anonimowym, którzy na trasie przybijali piątki, walili w co popadło i bili brawo. Na trasie było też sporo zespołów, które zagrzewały do walki i nadawały rytm na nogę. Ogromne podziękowania dla obsługi, szczególnie pićstopów.

To była super impreza, najtrudniejszy bieg w moim życiu. Dałem z siebie wszytko i więcej nie byłem w stanie. Na metę przybiegłem po 3h:42m:32s.

Gratuluje wszystkim, którzy dobiegli. Z życiówkami i bez nich.

OWM_13042014_fot.L.Nazdraczew_LIVE__DDS8585

Dla tych, którzy nie śledzą mojego biegowego profilu na FB, wklejam kilka fotek (5km, 35km, 40km, meta)

kkkkkkk1

kkkkkkk2

kkkkkkk3

kkkkkkk4

 

Orlen Warsaw Marathon

Od kilkunastu dni w rozmowach ze znajomymi przewija sie temat płaskiego maratonu. Większość znajomych biegaczy chce, planuje lub chciałaby maraton w nadchodzącym roku zaliczyć. Prawdę mówiąc i ja o maratonie po płaskim czasem sobie myślałem, ze wypadałoby coś takiego w życiu zrobić :)

Wymyśliłem sobie, ze ograniczając koszty przeznaczone na biegi zrobie co najwyżej podejście do Maratonu Solidarności, który organizowany jest lokalnie w Trójmieście. Już w zeszłym roku tam zaglądałem, ale tylko z ciekawości, bo byłem dopiero co po maratonie w Karkonoszach więc o starcie nawet nie myślałem.

Wymyśliłem sobie, że pobiegnę sobie lokalnie, żona zbierze moje obolałe ciało, spakuje w bagażnik  i wieczorem będę już leżał na leżaku w ogródku.

Jako, że na tapecie mam bieg Rzeźnika w czerwcu (jeśli uda się nam zapisać) innymi startami jakoś się nie przejmuję. W kwietniu Harpagan 47, który ma być takim wybieganiem przed czerwcem. Tymczasem zupełnie nieoczekiwanie na FB zagaił mnie Kolejarz,  w sprawie jakiegoś biegu i dosyć szybko rozmowa przeniosła się na maratony, ze moze koszaliński, ze może solidarnosci, bo na miejscu. Dla Kolejarza (jak i dla mnie) maraton to nowość. Nastąpiła chwila refleksji w jakim Maratonie ja chciałbym wziąć udział ? Na pewno w takim, w którym organizacja byłaby na medal, w biegu z rozmachem, w fajnym miejscu, żeby się mile wspominało ten pierwszy raz. Od razu wróciły wspomnienia leśnych wiosennych wybiegań z Matim, który opowiadał w samych superlatywach o Orlen Warsaw Marathon.

Tak, taki właśnie powinien być pierwszy maraton. Mile wspominany. Pewnie każdy ukończony jest mile wspominany.

W ramach retrospekcji odpaliłem sobie stronę Maratonu Solidarności. Nie będę jej linkował, bo to wstyd jest. Strona chyba celowo nawiązuje stylem do Solidarności, tej z lat 80-tych. Jak można w dzisiejszych czasach mieć komercyjną stronę w takim stanie ? :/

Opinie o biegu tez niezbyt zachęcające, łącznie z takimi, ze trzeba uważać na tramwaje podczas biegania :DNo i termin. : Sierpień. Żar z nieba, asfalt się topi, a ty 42 km przez miasto jak w dolinie śmierci. (Badwater). Nie nie, może jednak nie na debiut. W ramach ekstremalnych wyzwań może kiedyś.

Kolejarz wiele się nie zastanawiając zapisał się na OWM i zaczął treningi. :)

Tym samym zasiał we mnie ziarnko niepewności. Czy dam rade przebiec 42km po płaskim? A gdyby tak odpuścić Harpagana a przygotować się i pobiec w OWM ? Taki trening na pewno nie przeszkodzi w przygotowaniach do OTK Rzeźnik. Zresztą, Zwolo, który leci ze mna na Rzeźniku jedzie też na OWM. Kilka dni miotałem się z decyzją...

Szwagier ! Tym razem Ci odpuszczę z Harpaganem. Będę biegł w tym czasie po ulicach stolicy przeklinając zapewne swą decyzję. Zapisany.

Dziś pojawiło się oficjalne info od organizatorów Biegu ultra Granią Tatr, które potwierdziło słuchy, jakie krążyły w cyberprzestrzeni. W 2014 r biegu nie będzie. Umowa pomiędzy organizatorami a Tatrzańskim Parkiem Narodowym mówi, że bieg będzie organizowany nie częściej niż co dwa lata.

Mnie akurat to pasuje. I tak w 2014 roku nie czułbym sie na siłach aby pokonać dystans 70km po Tatrach.

W związku z dużym zainteresowaniem zostaje wprowadzona zmiana w zapisach na bieg. Aby wziąć udział należy zdobyć 3 punkty w dwóch biegach w latach 2013-2014. Jeden punkt juz mam za Maraton Karkonoski, dwa pozostałe muszę zatem zdobyć w jednym biegu. To oznacza, że albo zaliczę Bieg Rzeźnika (70km w Bieszczadach) albo któryś z biegów na dystansie 100km. Prawdą jest, że mam w planach Bieg 7 Dolin (100km) we wrześniu, ale nie chciałbym, aby to była moja jedyna szansa na zdobycie brakujących 2 punktów.

Stawka jest zbyt wielka :) żeby tak ryzykować.

Wszystkie znaki na niebie wskazują, że będę miał okazję pobiegać w Bieszczadach, ale tę informacje potwierdzę dopiero w lutym, kiedy zostaną uruchomione zapisy.

Trasa BUGT zostanie bez zmian za wyjątkiem mety, która prawdopodobnie zostanie przesunięta o dwa kilometry (dalej) w miejsce bardziej dostępne i cywilizowane :)

Cudnie.

W ostatnim czasie dosyć intensywnie biorę udział w biegach różnego rodzaju. Okazuje się, ze jest sporo zapaleńców, którzy nie pobierając wpisowego organizują biegi, w formie, która najbardziej mi odpowiada, czyli bieganie po lasach.

W ubiegły weekend po sobotnim wybieganiu pojechałem na II Bieg Oliwski. Trasa miała ok 11km, moze troszkę więcej, może mniej, prowadziła troszkę asfaltem, troszkę przez pola, trochę lasem i terenami Oliwskiego Ogrodu Zoologicznego. Było po górkę i z górki, był elektroniczny pomiar czasu, medale, słodkie prezenty od sponsorów (Dr. Oetker), balony, piłki dla najmłodszych. Akcja miała przede wszystkim na celu nagłośnienie sprawy poszukiwania dawców szpiku dla Kamila, wiec można było zgłosić się do DKMS.

Bieg całkiem wymagający, szczególnie ten niekończący się podbieg, ale wiadomo, jak się wbiegnie, to trzeba zbiec, wiec z górki już było przyjemniej.

Coraz bardziej lubię nasz Trójmiejski Park, można się solidnie tam wyhasać. :]

2bo

Zapis trasy pod linkiem : http://www.endomondo.com/workouts/257668595/4936511

A za tydzień 50km w okolicach Kwidzynia. H46 i bieganie na orientację z mapą i kompasem. A tydzień później połmaraton w okolicach Tczewa. Pierwszy bieg z serii Grand Prix z Biegiem Natury odpada, bo następnego dnia po harpaganie raczej nie będę w stanie sie ganiać po lasach  :]