Przeskocz do treści

1

Rachu ciachu i po strachu ! :)

Pisałem już o planach na start, oczekiwaniach i strategii jaką chciałem przyjąć na kilka dni przed maratonem. Nic nie uległo zmianie za wyjątkiem pogody, która w dniu startu zdecydowanie się poprawiła i pozwoliła wystartować w tzw stroju na krótko. Plan na bieg był stosunkowo prosty, trzymać się za pejsami biegnącymi na 3h:15, a potem się zobaczy.

Nigdy wcześniej nie biegłem tak długo za pejsami (raz przytrafiło misie kilka km), więc było to dla mnie stosunkowo nowe doświadczenie. Zdecydowałem się na bieg w takiej formule bo są pewne plusy - bo nie trzeba patrzeć na zegarek, bo to do nich należy pilnowanie zadanego tempa. Po drugie biegniemy w grupie, więc można się schować wewnątrz i nie wystawiać się na działanie wiatru, podobnie jak robią to kolarze w peletonie. Są też oczywiście minusy, które pojawiały się w trakcie biegu. Pierwszy z nich jest bieg w grupie, która jest stosunkowo ciasna i gęsta, szczególnie na początku biegu - potem z czasem ludzie się wykruszają. Bieganie w takiej grupie wymusza czasami zmianę kroku, trzeba pilnować co się dzieję przed tobą, ponieważ widoczność tego co jest pod nogami jest ograniczona. Drugim minusem biegania w grupie jest zamieszanie na punktach wodopojowych. Każdy chce chwycić kubeczek z wodą bez zwalniania, a to szczególnie na początku biegu powodowało sytuacje gdzie biegacze zabiegują sobie drogę, dochodzi do potknięć. Z czasem sytuacja się unormowała i zaczęliśmy współpracować - jedni chwytali picie na początku strefy przemieszczali się na zewnątrz grupy, w tym czasie kolejni mieli okazję złapać coś do picia. Niektórzy brali po dwa kubki i oferowali innym, którym się nie udało chwycić , lub potrzebowali więcej picia.

Niektórzy biegacze radzą sobie sprytniej - jak Tomek, bądź jak Tomek - przed samym punktem wybiegają na czoło grupy, wyprzedzając ich i wtedy bez problemów mogą skorzystać z bufetu.

No dobra, ale jak było na samym biegu ? Jak zawsze na maratonie - ciężko.

Z pejsami trzymałem się do 32 km, jedząc żel co 7 km i pijąc przynajmniej łyk wody na każdym punkcie. (były rozmieszczone co 2,5 km). Od 26 km zacząłem czuć, że tempo jest zbyt mocne, a właściwie, że straciłem tzw "świeżość w kroku" :) . Nogi zaczęły być jakby ociężałe, mięśnie przykurczone, co przekładało się na swobodny krok, a raczej jego brak. Taka sytuacja pogłębiała się od 30 km - tam już zaczynałem biec siłowo, zła technika tylko pogłębiała mój stan.

Po 32 km musiałem dać za wygraną. Zatrzymałem się i ze smutkiem popatrzyłem na baloniki pejsów, które oddalały się ode mnie. Wtedy pomyślałem, że strasznie szybko biegną, jak rozpędzony dyszący pociąg.

Po kilkunastu sekundach mięśnie nóg zluzowały, a ja zacząłem pościg za balonami, nie liczyłem że je dogonię, ale nie chciałem aby jakoś mocno mi uciekły. Do marszu musiałem przejść jeszcze kilka razy, zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje i czy to nie jest kwestia odwodnienia, jak przy skurczach. Na każdym wodopoju zatrzymywałem się i piłem po 2-3 kubeczki, ale nie zdało się to na wiele.

Zaraz za rondem na Marynarki Polskiej poczułem silny ból i pieczenie w prawej stopie, już kiedyś tak miałem na TUT. Wiedziałem co się stało. Mega dyskomfort podczas biegania, ale staram się kuśtykać przed siebie. Po kilku minutach głowa przestaje zwracać uwagi na ból w stopie, a staram się za wszelką cenę zakończyć ten występ. Chce się po prostu zatrzymać.

Na ostatnim odcinku przy AmberExpo, gdzie jest meta ostateczna mobilizacja, jest Magda z chłopakami, a Grześ podbieguję razem ze mną kilkanaście metrów zagrzewając do walki. Chyba nic nie odpowiadałem, chciałem tylko móc się zatrzymać. Przy budynku z metą stał zaparkowany samochód z zegarem, który odliczał czas maratonu - jak się zmobilizuję to złamię 3h:20 minut - przyspieszam ostatkiem sił i wbiegam na halę, gdzie jest meta....

Na mecie wisi dzwonek, którym można oddzwonić życiówkę. Dzwonię ... i serce dzwonka spada na ziemię....

1

Dzisiaj będzie kilka słów o moich ulicznych maratonach. Osoby zaglądające na mojego bloga (jest tu ktoś taki? ) mają okazję poczytać najczęściej o zawodach które już się odbyły, ale tym razem będzie inaczej - wyleję na ekran swoje myśli, które kłębią mi się w głowie jeszcze przed zawodami.
Już za 3 dni wystartuje ponownie w biegu maratońskim. Maraton to taki bieg na niewdzięcznym dystansie 42 km, tym razem ponownie wystąpię u siebie, w Gdańsku, na swoim podwórku. Z Gdańskim Maratonem łączy mnie dziwna więź, więź gorzko-słodka podobna do sosu azjatyckiego. Więź przeplatana jak warstwy w makowcu. Moja historia z maratonem ulicznym zaczęła się w 2014 roku na Orlen Warsaw Marathon, gdzie nabiegałem wynik 3h:42m. To wynik, który bardzo mnie zadowalał i właściwie nie miałbym się czego wstydzić gdybym taki wynik nabiegał w najbliższą niedzielę. Moim drugim maratonem był Maraton Solidarności (2014), który odbywa się w sierpniu :D również w Trójmieście - trudne sierpniowo upalne warunki do biegania, zazwyczaj bardzo ciepło, a mimo to urwałem 3 minuty. Pomijam fakt, że dwa maratony w tak krótkim czasie dla amatora to głupota, ale co zrobić. W 2015 roku pojawił Gdańsk Maraton i nie mogłem nie wziąć w nim udziału. Tym razem było dramatycznie i zapłaciłem za ambitny wynik, jaki chciałem uzyskać. W roku 2016 przystąpiłem do rewanżu i zrobiłem obecną życiówkę na poziomie 3h:23m. Rok później znów było źle i skończyło się dużo poniżej oczekiwań. Jak sami zauważacie w maratonie przeplata mi się, dobry wynik, ze złym i wypadałoby, aby w tym roku nabiegać dobry wynik, ale układankę te psuje Tczewski Maraton, który uważam za "udany" mimo najgorszego wyniku w historii (3h:49m), ale należy pamiętać ze biegliśmy podczas orkanu o nazwie Grzegorz, który chciał nas zdmuchnąć do przyległej do trasy Wisły.

fot. Błażej Zabieglik

W tym roku przygotowania idą od listopada pełną parą i wynik z półmaratonu w Gdyni wskazuje, że jest całkiem dobrze, bo w okolicach wyniku życiowego (zabrakło 30 sekund na 21 km). Przekładając to wszystko matematycznie na wynik w maratonie też powinno być blisko życiówki. Tak też sobie to wszystko poukładałem w głowie, że pobiegnę na 3h30m i zerwę się pejsom jeśli nogi i głowa pozwolą. Z drugiej strony ambitna deklaracja Tomka, że będzie atakował czas 3h15m w oparciu o pejsów każe mi się zastanowić nad moimi założeniami. Do tego wszystkiego dochodzą wyniki osób, które biegały w ubiegły weekend w Łodzi, gdzie o ile do Piotrka nie mam się co porównywać, mimo, że na metę połówki wpadliśmy razem a czas mieliśmy "porównywalny", ale Piotr to inna liga, za to Asia trochę mi wjechała na ambicje z wynikiem 3h:11m.
Może jednak powinienem powalczyć o nową życiówkę? Moja głowa za bardzo tego nie kupuje, ale gdyby się nastawić na umieranie od 10-tego kilometra, to sprawa w sumie nie wygląda beznadziejnie. Matematyka i kalkulatory prognozowanego wyniku także nie działają na moja korzyść, na podstawie wyniku z półmaratonu wszystkie jakie znalazłem wskazują ze czas 3h:15 jest w zasięgu.

Kluczowe w tym wszystkim jest to to jak sobie poradzę z kryzysem (kryzysami) na trasie, o ile zdychać przez 45 minut na trasie półmaratonu jest stosunkowo łatwo, to umieranie przez dwie godziny i więcej to już zupełnie inna para kaloszy. Trochę w swoim życiu zaliczyłem "bomb" z różnymi skutkami, niektóre przetrwane, na innych niestety podkuliłem ogon, posypałem głowę popiołem i obiecałem nie ośmieszać się ponownie.
Ale, ale, czyż nie jestem sportowcem (amatorem co prawda)? Czyż nie trenuje po to, aby walczyć z samym sobą? Czy nie chodzi o to, aby przełamywać swoje bariery, opuszczać swoją strefę komfortu? Przecież jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam, a do końca życia będę się zastanawiał, co by się stało gdyby..
Na sam koniec należy do dyskusji dopuścić głos najważniejszy, głos trenerski, który jak pokazał półmaraton w Gdyni wie z samych cyferek co we mnie siedzi. I głos ten nakazuje mi zacisnąć poślady, nastawić głowę na kryzysy cisnąć w tempie 4:30 min/km, co przełożyć się ma na czas 3h:10min na mecie. Wiara tego człowieka (Damiana, trenera) w moje możliwości zadziwia mnie bardzo, ale w końcu to trener, on wie najlepiej co należy robić.

Prognozowana pogoda na niedzielę jest korzystna do bicia rekordu, ma być stosunkowo ładnie, ale chłodno. Zatem uprasza się o trzymanie kciukasów z numer startowy 1379 !

10 września 2017 r.

Start na Westeplatte, meta pod ECS (Europejskie Centrum Solidarności). Nowa trasa, która okazała się moim zdaniem trudniejszą od poprzedniej. Niewielkie podbiegi i spora ilość ostrych zakrętów miała wpływ na wynik (bo przecież wiadomo, że się nie przygotowałem), podobnie jak nawierzchnia brukowa w części starego miasta. Trasa poprowadzona ciekawymi ulicami (na wielu nigdy nie byłem), przez kładkę na Motławie (tez nigdy wcześniej nie byłem).

Cel : złamać 42min, być w pierwszych 10% uczestników

Do 3-ego kilometra wyśmienite samopoczucie i bardzo dobre tempo (jak na mnie), od 7-mego kłopoty i walka. Finalnie meta na 216 miejscu z czasem 41:17 (6,26%) z 3448, którzy ukończyli bieg.

Na samej mecie spore zamieszanie. Autobusy z depozytami oddalone od strefy finishera, aby się do nich dostać musiałem przeskakiwać przez barierki (?), a wracając do strefy deptać trawniki... słabo. Sporo błota, dobrze że nie padało :)

 

W tym roku to drugi i ostatni start w triathlonie. Tym razem po raz pierwszy miałem okazję sprawdzić się na dystansie olimpijskim, czyli 1,5 km pływania, 40 km jazdy rowerem i na koniec 10 km biegu. W zeszłym roku nie startowałem z powodu udziału w TriCity Trail i bardzo żałowałem, kiedy udałem się na zawody triathlonowe jako kibic. Przynajmniej połowa startujących tam to znajomi, przynajmniej tak mi się wydawało. To super okazja, żeby się spotkać z ekipą, z którą trenowaliśmy podczas akcji #aktywujsiewtriathlonie, a także wszystkich tych, którzy przez te 3 sezony "triathlonowania" gdzieś tam się przewinęli przez moje życie. W tym roku nie było innej opcji, jak wystartować. Żal oczywiście TriCity Trail, ale nie można mieć wszystkiego. O samych zawodach można napisać wiele dobrego - pływanie w zatoce, meduzy między palcami,  rolling start na który niektórzy narzekali, piękna trasa rowerowa poprowadzona przez tunel pod Martwą Wisłą, wiatr który skutecznie spowalniał, upał na trasie biegowej, ale dla równowagi był lód na punktach odżywczych (zabrakło go na punkcie w głębi Parku), niesamowici kibice. Po prostu cud, miód malina. To były naprawdę fajne zawody.

A jeśli chodzi o wyniki, to w sumie jestem zadowolony, 2h:37min to wynik na miarę moich przygotowań. Jest z czego urwać w przyszłym roku, jednak w tym jestem głównie myślami w Tatrach, gdzie za miesiąc spełniam swoje biegowe marzenie.

Przeżyłem 3-cią edycję Maratonu Gdańskiego. I właściwie na tym powinienem zakończyć pisanie tej relacji, ale wywołany niedawno do tablicy gdzie słusznie zarzucono mi , że ostatnio mało piszę dodam od siebie kilka słów. Zrobiłem drugi najgorszy wynik na dystansie maratonu w swojej historii biegowej, ale zważywszy na fakt, że na 30 km chciałem zejść z trasy i tak jest w sumie nieźle. Ale od początku.

Wystartowałem z pacemakerami na 3:15 z myślą, że będę się za nimi wiózł ile się da (najlepiej do samego końca, ale do sam nie wierzyłem, że to się może udać). I to był błąd numer jeden. Błędem numer dwa było trzymanie się ich mimo, że początkowo pace leciał w tempie na 3h:10m (wg Garmina) i doskonale o tym wiedziałem, ale że nogi były świeże i moc była, głowa gorąca to jakoś szło... do 15-tego kilometra (to nie prawda, pacemaker biegł w idealnym tempie 4:37). Tam złapała mnie straszna kolka i trochę mnie wygięło na lewo :) dzięki temu baloniki na 3:15 zaczęły się powoli oddalać i wiedziałem, że ich nie dogonię. Rozpocząłem samotna walkę. Właściwie to trochę mi ulżyło, bo wyśrubowane tempo dosyć mocno dało mi już w kość, a ja nie byłem nawet w połowie trasy. Pocieszające było to, że na 21 kilometrze prognozowany czas dotarcia na metę był na 3h:18 minut.

Niestety samotna walka przyniosła też ze sobą spadek tempa i na 25 kilometrze prognozowany czas był już na 3h:20min (co i tak byłoby życiówką) i wtedy nagle w okolicach 30 kilometra coś się stało. Moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Obie na raz strasznie się spięły i przestały przebierać. Dziwne uczucie, bo nie był to taki zwykły skurcz, tylko jakby paraliż. To chyba właśnie jest określane mianem "mieć betonowe nogi" w bieganiu. To było coś z czym nie umiałem sobie poradzić. Prawdopodobnie przyczyna takiego stanu rzeczy spowodowana była przeziębieniem i znacznym odwodnieniem organizmu jeszcze przed zawodami, mimo, że na trasie sporo jak na siebie piłem, a warunki pogodowe sprzyjały bieganiu. No dobra, powiedzmy sobie szczerze, nie wytrenowałem tego. Biegam zbyt małe objętości, zbyt mało kilometrów..

Miałem prawie 12 kilometrów do mety, a nogi nie chciały pracować i co kilkaset metrów musiałem przechodzić na kilkanaście sekund do marszu, aby rozluźnić mięśnie. Zacząłem zastanawiać się, którędy najprościej będzie dotrzeć do mety, ale jakbym nie kombinował i tak musiałbym podążać wzdłuż trasy biegu, wiec motywowany przez biegaczy i kibiców kontynuowałem swój groteskowy występ.

Wymęczyłem Gallowayem 3 Maraton Gdańsk i z jednej strony się cieszę, że głowa się nie poddała i walczyłem do końca. Z drugiej strony ryzykowałem kontuzję i kontynuowanie biegu w takim stanie to głupota. A przyczyna jest tylko jedna -  brak odpowiednich treningów, słabo przepracowana zima, brak długich wybiegań, nogi nie są przyzwyczajone do takiego obciążenia. Zacząłem się bardzo martwić o siebie, bo w sierpniu mam trudną przeprawę. Wiec wiem już, co mam robić.

Oczywiście nie wypada zakończyć tej nędznej relacji bez wspomnieniu kilkoma słowami o samej imprezie. Bardzo cieszy mnie fakt, że na trasie Maratonu w Gdańsku z roku na rok wzrasta ilość kibiców, choć przeciwników imprezy pewnie nie brakuje, bo nie mogli gdzieś swobodnie wyjechać. ;) Coraz więcej instytucji w tym szkoły angażują się w organizacje punktów kibicowania, a wymyślne stroje i hasła wielokrotnie wywoływały uśmiech na twarzy, choć może nie zawsze było to widać.

Osobny wpis należy poświęcić wolontariuszom na trasie, szczególnie tym na punktach żywieniowych, którzy uwijali się jak w ukropie, ale także wszystkim tym, którzy zabezpieczali trasę, przejścia, wyjazdy. Dobra robota !

Dziękuję tez wszystkim znajomym, którzy od samego początku, a nawet przed startem zagrzewali do walki, którzy wyskoczyli skoro świt z łóżek i przyszli na trasę przybić piątkę lub powalić w garnek. Dziękuję, to napędza do dalszego napierania. Specjalne podziękowania kieruje do biegaczy, którzy na ostatnich metrach zagrzewali mnie do walki, oraz pozdrawiam wszystkich tych, którzy walczyli z podobnymi dolegliwościami w koncówce biegu.

Do zobaczenia za rok :D

Pisałem już, że jadę w Tatry ? :D No dobra, dziś nie będzie o tym.

Przyszedł weekend, większość moich znajomych przygotowuje się do Połmaratonu w Gdyni, gdzie w zeszłym roku wykręciłem życiówkę. W tym roku nie startuję. I właściwie bardzo się z tego powodu cieszę, a dlaczego wyjaśnię za kilka akapitów.
Pewnie za bardzo Was to nie interesuje, ale mam już bardzo mocno zarysowany plan startowy na nadchodzący rok. Jeden duży start (TUT) i jeden spontaniczny (Chwaszczyńska 10) już za mną. Kolejnym zaplanowanym startem jest Maraton w Gdańsku, który już za 3 tygodnie. Generalnie nie ma się co łudzić i oszukiwać. Przez najbliższe trzy tygodnie to ja już niczego nie wypracuję, mogę jedynie powalczyć o utrzymanie obecnej formy. Zeszłoroczna połówka w Gdyni bardzo mi pomogła psychicznie przed maratonem, utwierdziła mnie w przekonaniu że jestem dobrze przygotowany i mogę powalczyć o dobry wynik.
W tym roku jest inaczej. Wiem o tym, czuje to, ale moja głowa uważa, albo bardzo chce uważać, że jest inaczej. Postanowiłem dzisiaj, na 3 tygodnie przed maratonem wyłożyć jej (głowie) kawę na ławę. Plan był prosty - pobiec przynajmniej 25 a najlepiej 30km w planowanym tempie maratońskim. No dobra zapytacie, ale co to za tempo? Wiec plan jest prosty, zrobić życiówkę, czy pobiec szybciej niż 3h23m (4m:48s/km). Z braku przygotowań wiem, że będzie mi potrzebne wsparcie mentalne, wiec idealnie byłoby podpiąć się do pacemakerów. Ale oni biegną na 3h15m (4m37s/km), wiec z takim, albo bardzo zbliżonym tempie chciałem pobiec dzisiejszy trening. Wiem, że treningi powinny być odrobinę szybsze niż tempo na zawodach, ale to na chwilę obecną nie wchodzi w rachubę. Powiedzmy sobie uczciwie - 4m40s/km będzie bardzo dobrym wynikiem. Dla nie biegaczy małe wyjaśnienie, jeśli pobiegnę każdy kilometr o 8 sekund szybciej niż rok temu to na mecie maratonu zyskam 5 minut.
Pojechałem wiec nad morze, gdzie nie ma świateł i mogę ciągiem po płaskim lecieć odcinki 7km (potem nawrót). Zrobiłem 15 km w planowanym tempie i wysiadła mi głowa. Na samą myśl, że muszę pętlę powtórzyć wymiękłem. Poważnie. Zniszczyło mnie dziś 15km w tempie 4:38. Czułem się okropnie, podkuliłem ogon, łyknąłem wody i postanowiłem, że dokręcę jeszcze 10 km w luźnym tempie. Nie udało się. Dokręciłem tylko 6.
Przez te 6 kilometrów cały czas uświadamiałem mojemu móżdżkowi, że życiówka w maratonie jest poza zasięgiem.
Nie ma dramatu, oszukuje się dalej, bo przecież maraton nie jest moim najważniejszym startem w tym roku. Właściwie bardziej nastawiam się na maj, gdzie w biegu Wings For Life chciałbym nabiegać przynajmniej 35 km, a to oznacza, że będę musiał biec znów w tempie maratońskim (poniżej 4:40min/km). Ale już nie 42 a 35km. Albo więcej. :)
Dzisiejszy trening pokazał mi jasno gdzie jest moje miejsce w szeregu w tym sezonie. Fatalnie się z tym czułem. Wróciłem do auta i odpaliłem radio, a tam przywitały mnie słowa :

Nie czas wątpić, gdy się wali
Silniejsza ma być wiara,
A przeciwności z bara rozwalać jak taran.
Trza spalać granice starań i przekraczać słabości ciała
W każdym moim zwycięstwie jest pot i krew poświęceń

Kurde, Luxtorpeda w AntyRadio naprawdę dała mi kopa tym kawałkiem. Nie poddam się bez walki! Odsuwam od siebie czarne myśli, nie nastawiam się na porażkę, bo jak się na nią nastawię, to nie mam szans na sukces. Walka do końca, a przegrana bitwa, to nie koniec wojny !

1

Kiedy przebudziłem się o 4:26 wiedziałem, że to już koniec spania. Budzik był co prawda nastawiony na 5:20, ale tego ranka emocje wzięły górą. Umówiłem się dzień wcześniej, że zjawie się przed biegiem na badanie usg ścięgna achillesa na godzinę 7:10. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że aby dotrzeć do biura zawodów będę musiał wyruszyć nieco więcej niż godzinę wcześniej...
Poleżałem jeszcze trochę, ale o 5:10 definitywnie wstałem i zacząłem się organizować niewyspany jak przysłowiowy niedźwiedź. Wafle ryżowe z nutellą i herbata. Tak, tak, wiem, nutella jest niezdrowa. Tak samo, jak żarcie z "maka", które już chyba tradycyjnie zjadłem dzień wcześniej. Lubię i nic na to nie poradzę, a co najważniejsze jest dla mnie bezpieczne, przecież nie ma nic gorszego niż nagła potrzeba na trasie ;] . Ale nie o tym miałem pisać.
Wcisnąłem w uszy słuchawki i przy skocznych dźwiękach RATM poszedłem na tramwaj układając siebie w głowie całą strategię na bieg. W Gdańsku Głównym miałem 12 minut czasu na kolejny tramwaj, kupuję w tym czasie drożdżówki z serem i paczkę chusteczek higienicznych, bo wyruszyłem bez takowych z domu. Lepiej mieć, niż nie mieć :)
Badanie ścięgna trwało w sumie może z kwadrans, wiec miałem kolejne 90 minut do startu. Posnułem się leniwie po hali, w której kręcili się podobnie zaspani jak ja biegacze. Finalnie zasiadam przy stoliku i zjadam na śniadanie drożdżówki.
Podszedł do mnie człowiek i zagaduje na temat wspólnego zdjęcia "PĄpkinsów" przed startem. (?!) Plotka głosi, że sam Krasus jest w Gdańsku. Taa, jasne. "Nic nie wiem na ten temat" - odpowiadam. Kilkanaście minut później okazało się, że Krasus był (!!) i Sucha Szosa i Rav też był, ale czasu nie było na pogaduchy, bo spotkaliśmy się dosłownie 4 minuty przed startem.

2016-05-15 08.55.31
fot. sam Krasus

W ogóle to fajne jest, muszę Wam napisać, kiedy zagadują Cię osoby, które znają mnie, bo czytają te blogowe wypociny. Mega miłe to jest i serdecznie Was wszystkich pozdrawiam!! Muszę się przyznać, że miałem nawet taki plan, jakiś czas temu, aby tego bloga zamknąć, bo w sumie ile można pisać o tym samym w kółko, ale po takich akcjach chce się usiąść i napisać kilka słów i zaśmiecić wciąż cyberprzestrzeń. Przy okazji przepraszam od razu z tego miejsca, że czasem nie wiem z kim rozmawiam, stary już jestem i musicie mi wybaczyć.

Maraton to taka zdradliwa bestia, która nie wybacza najmniejszych nawet błędów i rządzi się swoimi regułami. Często słyszę : "misiek, przecież biegasz ultra, poza tym codziennie do pracy - takie 40km to dla Ciebie spacer." Chciałbym, żeby tak było. Maraton to ogromy wysiłek, który trwa bardzo długo, a im dłużej trwa, tym czas wolniej leci...
Maraton wymaga precyzyjnego oszacowania własnych możliwości. Tu nie ma miejsca na szarże, wariactwa, fisiowanie i inne takie. każdy, kto staje na linii startu i ma na celu osiągniecie wyniku na miarą swoich możliwości musi mieć opracowaną strategię na bieg, plan którego będzie się trzymał mimo przeciwności jakie czekają go na trasie.
Prawdę mówiąc miałem tremę przed tym startem. Rzadko miewam takie lęki przed biegiem, ale ten jakoś szczególnie mi uwierał na kopułę. Od rana na chłodno kalkulowałem swoje możliwości, swoje samopoczucie, swoje ambicje. Do tego dodawałem szczyptę zdrowego rozsądku i w końcu wymyśliłem z grubsza zarysowany plan na niedzielny bieg. Stanęło, że ambitnie zacznę w tempie 4:41 min/km, co teoretycznie da wynik poniżej 3h20 minut na mecie. (dla niebiegaczy czytających tego bloga małe wyjaśnienie – biegacze nie podają prędkości w km/h tylko tempo, czyli ile czasu potrzeba na przebycie 1km – dziwnie, ale można się przyzwyczaić.)
W okolicach 3 kilometra wiedziałem już, że utrzymanie takiego tempa będzie wiązało się z delikatnym forsowaniem się już od samego początku, co oczywiście jest bardzo złą strategią wiec czas na modyfikację założeń.
Tempo 4:50 min/km pozwala na zrobienie nowej życiówki, złamanie 3h:30minut, a tempo biegu wydało mi się komfortowe (hattrick!). Pierwsze kilometry to zazwyczaj jest gruby „lot”, bo jest siła, są endorfiny, adrenalina i inne rzeczy, który powodują, że nie myśli się racjonalnie, a potem trzeba za to zapłacić słoną cenę na ostatnich kilometrach, albo i nieco wcześniej. Tym razem chciałem inaczej, miało nie być niespodzianek i to było najważniejsze kryterium biegu.
Pierwsze 5km to było jak zwykle tasowanie się i szukanie swojego miejsca w szpalerze biegaczy. W tym czasie przebiegliśmy przez stadion i ECS. Na Gdańskiej Starówce postanawiam wyprzedzić pacemakerów na 3:30 (skąd oni się tam w ogóle wzięli ?), bo grupa, która się ich trzymała była liczna i przy punktach żywieniowych było spore zamieszanie. Pierwsze 5km zrobione w tempie 4:51min/km. Nie jest najgorzej, liczę troszkę na to, że teraz bieg się uspokoi i nie pomyliłem się. Biegłem ze sporym luzem w nogach i co ważniejsze luzem wokół siebie.
13234956_10156793599705315_237093086_o
fot. Błażej Zabieglik
We Wrzeszczu jak zwykle nieco powiało, ale nie było dramatu. Ogólnie pogoda tego dnia była bardzo zmienna. Chłodny poranek, który momentami zmieniał się w słoneczny dzionek, który chyba przeszkadzał prawie tak jak porywisty wiatr na ostatnim odcinku. Od czasu do czasu trochę popadał deszcz, gdzieniegdzie strażacy rozstawili kurtyny wodne dla ochłody. Generalnie, mix pogodowy. Śniegu tylko brakowało :)
Największy kryzys przyszedł w okolicach 28 kilometra, ale nie złomotał mnie jak wszystkie inne do tej pory. To zapewne zasługa tempa w jakim biegłem, które było stosunkowo komfortowe. Ponadto postanowiłem wziąć sobie do serca zasadę - pij na każdym punkcie, choćby dwa łyki, ale pij. Na pierwszym punkcie nie zrobiłem tego, ale to ze względu na zamieszanie jakie panowało w tej wąskiej uliczce. W każdym kolejnym mijanym punkcie, za wyjątkiem specjalnego punktu przygotowanego przez organizatorów Kaszubskiej Poniewierki, tankowałem kilka łyczków izo lub wody. Nie lubię tej czynności, bo nie umiem jej wykonać (choć muszę siępochwalić, że teraz już idzie mi całkiem nieźle). Bieganie i jednoczesne picie z papierowego kubeczka, starając sie przy tym nie zachłysnąć, to nie lada wyzwanie. Fajnie jest też nie wylać na siebie słodkiego izotonika.
Żele wciągnięte na 10, 20 i 30km. W tak zwanym międzyczasie tabletki enervit GT. Taka strategia uchroniła mnie przed odwodnieniem, skurczami i kryzysami energetycznymi. Trochę mi burczało w brzuchu, ale ten temat załatwiłem bananami.
26449206714_3ccbeb4543_b
fot. Agata Masiulaniec / biegowyswiat.pl
Kiedy wybiegaliśmy z Parku Regana wiedziałem, że jest nieźle. Że jeśli nie wydarzy się nic specjalnie niespodziewanego zrobię to. Przybiegnę na metę z nowym rekordem życiowym i będzie to wynik poniżej 3h:30m. Podczas wbiegania na most przy stadionie przypomniałem sobie, jakie dramaty przezywałem tam rok temu. Niemoc, złość, ból. W tym roku mijałem innych, których ten podbieg wykańczał, starałem się dodać im sił i wesprzeć w walce. To jeden z najtrudniejszych momentów na trasie. Meta wydaje się tuz tuż, ale nagle trzeba zmienić kierunek biegu i oddalić się od niej, aby pod Nowym Portem wykonać nawrót w kierunku mety, to już ostatnia prosta. Tutaj należy wspomnieć, że organizator dobrze zadecydował, aby przez stadion biec na początku, a nie na końcu biegu. fakt, że przebiega się w pobliżu mety, ale nie zmierza się na nią jest bardzo frustrujący - szczególnie w końcówce.
Nie wiem jak inni biegacze, ale ja lubię kiedy biegniemy w przeciwne strony obok siebie. Oczywiście, lubię to kiedy ja już zmierzam do mety, a oni się od niej oddalają, ale to moment, w którym można nieźle się naładować motywacją, albo kompletnie ją stracić. Wszystko zależy od tego w jakim się znajdujemy stanie. Jeśli są jeszcze pokłady energii, to wyprzedzanie innych jest mega motywujące, ale jak jest się wrakiem, a ktoś cię wyprzedza z zapasem energii - to już nie jest takie miłe.
G0500943
fot. Marek Mróz / pasjaczyniwolnym.pl
Czy jestem zadowolony z tego biegu?
Tak, zdecydowanie tak. Biorąc pod uwagę fakt, ze niecałe dwa tygodnie wcześniej pokonałem 92km, że nie przygotowywałem się do dystansu maratonu przez ostatnie tygodnie, tylko podszedłem do niego jakby z marszu wykonując jedyne treningi na trasie dom | praca | dom - tak. Zdecydowanie jestem zadowolony. Urwałem z dotychczasowego rekordu prawie 15 minut, ale co najważniejsze zrobiłem to na trasie, która rok temu pokazała mi swój pazur. Czy można było to zrobić lepiej ? Oczywiście że tak. Gdybać teraz można to woli.
Co ciekawe, po tym biegu moje nogi nie są jakoś strasznie wyeksploatowane. Czuję trochę prawe kolano, ale odeszło mi całkowicie rozcięgno podeszwowe. Nogi nieco ciężkie, ale swobodnie wstaje i siadam. To wszystko pozwala mi wyciągnąć wniosek, że mogłem ugrać nieco więcej. Mogłem też bardzo wiele stracić. Wybrałem bezpieczny wariant, który się opłacił. Podniósł bardzo moje morale jeśli chodzi o bieganie maratonów, zarysował wizję, ze można więcej, jeśli się odpowiednio na tym skoncentruje.
Przy okazji PZU Maratonu Gdańskiego zostałem objęty programem badawczym, który am na celu wykonie badań na grupie zawodników, którzy przygotowywali się i zmierzyli z dystansem maratońskim. Dlatego też, zaraz po wbiegnięciu (wejściu właściwie) na metę poszedłem położyć się na kozetkę, gdzie upuszczono mi troszkę krwi, zbadano serce, mięśnie łydek i ścięgno Achillesa (po raz drugi tego dnia). Cieszę się, ze moja pompa pracuje normalnie i lekarz nie miał żadnych powodów do niepokoju podczas badania.
IMG_9056
fot. Zuzanna Lewicka-Potocka
Na koniec oczywiście muszę wspomnieć i bardzo, bardzo podziękować wszystkim, którzy osobiście pofatygowali się na trasę maratonu i zdzierali gardła zagrzewając mnie do boju. Energia jak płynie od kibiców jest niewyobrażanie duża, a tym razem była jeszcze większa, bo nie miałem słuchawek w uszach :]
Dziękuję tym, którzy przyszli specjalnie dla mnie i zwlekli się z wyra o tak nieludzkiej porze jak 9:00 :], tym, którzy przemarzli na trasie, tym, którzy ze mną biegli czy jechali na rowerze, którzy walili w bębny, garnki i inne wynalazki generujące hałas, tym ubranym na rURZowo i na czarno, tym najmniejszym, którzy cierpliwie wyciągali rękę, aby przybić piątkę i tym najgłośniejszym! Tym, którzy bili brawo, trąbili w trąbki, i tym, którzy się pieklili w samochodach na skrzyżowaniach. Wszystkim, którzy przed monitorami ściskali kciuki, albo sami biegli, ale gdzieś w myślach zastanawiali się jak mi idzie (ja też o Was, debiutantach myślałem)! Także tym, którzy na bieg przyszli do pracy - wolontariuszom (mega!!) i tym co zabezpieczali trasę czy dbali o nasze bezpieczeństwo.
Wszystkim jeszcze raz dziękuję!
c_DSC_0178
Dla zainteresowanych statystyki z biegu : http://live.sts-timing.pl/gm2016/person.php?n=519
i wideo relacja (wypatrujcie, bo gdzieś tam jestem)
http://trojmiasto.tv/Maratonczycy-przebiegli-przez-Gdansk-15420.html

1

Ten wpis powstał nieco inaczej niż wszystkie inne, jakie poczyniłem na ramach tego bloga. Otóż, został on  napisany na dwa dni przed startem. Pierwsza edycja Maratonu Gdańskiego była dla mnie bardzo dużą lekcją. Przybywając na start byłem solidnie przygotowany do udziału w tym biegu, pozytywnie nastawiony. Z drugiej strony dystans 42 kilometrów do najprzyjemniejszych nie należy. Ci, którzy maja za sobą udział  w takim biegu zgodzą się, że do 30-tego kilometra wszystko odbywa się w miarę normalnie. Po przekroczeniu 30 kilometra biegacze spotkają się z tzw ścianą. Dla niektórych jest to dyskomfort ledwo odczuwalny, a dla innych jest to najgorsza rzecz z możliwych - demon z piekła rodem. Historie, że pierwszą połowę "biegło się lekko, a potem coś się zesrało" można usłyszeć z ust wielu biegaczy. Nie będę tutaj rozwodził się na temat odpowiedniego przygotowania lub bezsensowności startu w maratonie z tzw "bomby", czyli "ja nie dam rady ? To patrz !"

Generalnie staram się nie wierzyć we wszystko, co przeczytam w szeroko pojętych internetach. Lubie natomiast wiedzieć o czym mowa. W przypadku maratonu także chciałem. Po roku biegania debiutowałem w Orlen Warsaw Marathon z czasem 3h:42m. To był (jest) całkiem przyzwoity czas jak na debiut. Większość maratończyków w debiucie chce złamać 4 godziny. Przed startem miałem poczucie na ile mnie stać - i starałem się to zrobić jak najlepiej. Wyszło klasycznie - pierwsza połowa niespodziewanie lekko, a od 28km jaki koszmar, trwający kolejne 6km, z ostatnich kilometrów  niewiele się pamięta. :) Dziś wiem, że to wynika z tego, że biegłem na granicy swoich możliwości. Na mecie była ogromna radość i satysfakcja - fakt, że się udało (tak, czasem się nie udaje), z bardzo dobrym wynikiem, ale co najważniejsze, nie przeszedłem do marszu. Wyznaję zasadę, że maraton (uliczny), na którym się idzie - jest niezaliczony. Oczywiście kilka kroków przy punkcie żywieniowym, w czasie których jemy i pijemy są jak najbardziej dozwolone. Mówię o pokonywaniu setek metrów, kilometrów marszem. W takim przypadku - maraton można ukończyć, ale w mojej opinii to jakby oszustwo.

 

pzumg2

Kolejny maraton zrobiłem u siebie, w sierpniu, w totalnym piekle... i urwałem 5 minut do rekordu. Przybiegłem na metę z krwawymi śladami na koszulce, bardzo zmęczony. Ale była satysfakcja. Na trasie było wiele chwil zwątpienia i myśli w jakim celu to wszystko. Znów poszedłem po bandzie.

Mój trzeci uliczny maraton miał być tym, w którym łamię mityczną granice 3h:30minut. Była to pierwsza edycja Maratonu Gdańskiego. Wymarzony start, miejsce, kibice.. wszystko na plus. Tylko, że zawodnik zawiódł. Kłopoty zaczęły się ponownie po przekroczeniu połowy dystansu. Tym razem kontuzja, ale skutecznie pogrzebała moje marzenia o 3:29:XX. Był to zarazem maraton, na którym musiałem kilkukrotnie przejść do marszu. Było mi najnormalniej wstyd. . Z drugiej strony mimo maszerowania dotarłem na metę w 3h:52m. Przyzwoicie, ale czułem się jakbym oszukiwał.

pzumg1

Ukończyłem, ale starałem się szybko zapomnieć o tej porażce, choć możecie powiedzieć, że to nie z mojej winy, że wypadek losowy, że kontuzja. Tak, ale wynikająca z zaniedbań, których się dopuściłem podczas przygotowań. To tylko i wyłącznie moja wina. To była lekcja...

Rok później mam wziąć się z demonami za bary, czy też rogi, jak kto woli. Bardzo dobre przygotowanie przez jesień i zimę - dwie życiówki w półmaratonie, na jesień i wiosnę poprawka. Wyniki z tych biegów pozwalają szacować wynik przynajmniej, zachowawczo 3h:15m na maratonie. Jeśli nie dam plamy.

Jednak, zmęczyło mnie to latanie po betonach i odpuściłem. Ciągnie mnie w teren, a treningi na kostce brukowej nie dają i takiej radochy, jak te z lasu. Plusem był sezon morsowania, który podczas katowania sie na betonach uskutecznialiśmy. W przyszłym roku będę kontynuował.

pzumg3

Na niecałe dwa tygodnie przed maratonem definitywnie zaprzepaszaczam szanse na wynik w maratonie startując w biegu ultra. Organizm tego nie wytrzyma i nie dam rady pobiec tak szybko 42km. Ale robię to z premedytacją i nie żałuję. Cieszę się, ze wróciłem w teren.

Za dwa dni wracam na uliczny maraton. Przygotowany w 80%, ale przemęczony. Bez szans na 3:15. Ale nie byłbym sobą, gdybym poddał się bez walki. W niedzielę rano stanę na linii startu i pobiegnę najlepiej jak się da. Dam z siebie 110%, jestem zmotywowany i pełen wiary, że to może się udać, że nowa życiówka jest nadal w zasięgu. Nie tak dobra, na jaką byłem przygotowany dwa miesiące temu, ale nie mam jakoś parcia na super wynik w maratonie ulicznym.

Odnoszę takie dziwne wrażenie, że żegnam się z bieganiem po ulicy tym startem. Przynajmniej na jakiś czas. Trzymcie za mnie kciuki w niedzielny poranek.

Korzystając z okazji zapraszam serdecznie do wsparcia naszej akcji, w której zbieramy kasę na Fundację Dorotkowo. Finał tej zabawy już niebawem...

 

 

Właściwie to sam nie jestem do końca przekonany czy ten post powinien powstać, bo właściwie nie ma o czym napisać, ale z drugiej strony udało się zrobić życiówkę na 10k, wiec chyba jest wystarczający powód.
W swojej biegowej karierze miałem okazję już trzy razy zaliczyć ten bieg. Za pierwszym razem meta biegu była na starówce w Gdańsku, a przebiegniecie dychy poniżej godziny było powodem do zadowolenia. Za drugim razem byłem tydzień po Biegu 7 Dolin, wiec o życiówce mogłem tylko pomarzyć. Pamiętam, ze było wtedy bardzo ciepło i obstawa medyczna miała pełne ręce roboty.
W tym roku trasa miała 10k a nie prawie 10 jak w poprzednim, kiedy to padło sporo życiówek. Na Westerplatte pojechałem, bo lubię te imprezę. Jest świetnie zorganizowana a poza tym to idealna okazja oby spotkać wielu znajomych i poplotkować. Trasa sama w sobie, nie jest ani zbyt urodziwa, ani specjalnie przyjazna biegaczom, bo momentami jest dość wąsko i ciasno, ale w tym roku zlikwidowano ostre nawroty. To na plus. Zadbano tez o okrycie dla finisherów, bo chłodno było, był też pyszny deser jogurtowy na mecie. Mniam.
Medal pamiątkowy jest elementem większej układanki, w skład której wchodzą medale z Półmaratonu i Maratonu Gdańskiego. W planach mam zdobyć wszystkie elementy.
A sam bieg, jak wiele innych ustawiłem się w środku stawki w strefie 40-45min. I potem juz jakoś poszło. Pierwszy kilometr spore przetasowania i 4:25 min/km. Później było już nieco lepiej. Pierwsze 5km pokonałem w czasie 20:07 min. Biegło mi się komfortowo, wiec postanowiłem, ze do 7km będę trzymał gardę, a potem zobaczę, czy dusić, czy odpuścić. Na 7km w/g wskazań garmina, leciałem na życiówkę, wiec decyzja mogła być tylko jedna. Zrobić to. Utrzymać tempo do końca. Ostatni kilometr poleciałem nawet poniżej 4 min/km, ale to tylko zasługa trójmiejskich biegowych mocarzy, którzy lecieli przede mną a ja miałem ich w zasięgu wzroku i bardzo chciałem ich dopaść jeszcze przed metą, co oczywiście się nie udało.

53 Bieg Westerplatte

Metę przekraczam na 204 pozycji z czasem 40m:48s , co oznacza że poprawiłem niechcący życiówkę o 23 sekundy.
Powstaje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy życiówka to wynik koszulki Smashing PĄpkins, w której debiutowałem czy może faktu zrobienia rozgrzewki przed biegiem ?

Zastanawiałem się, jak podejść do tego wpisu. Z jednej strony zwyczajne zawody, z drugiej strony coś znacznie więcej -  zakończenie pewnego etapu, który trwał osiem miesięcy i był czymś zupełnie nowym w moim życiu i wiele zmienił. To było zwieńczenie akcji "Aktywuj się w triathlonie".

Posumowaniu akcji poświęcę osobny wpis, bo jest co opowiedzieć, a ten przeznaczę na zwykłą relację z zawodów.

Niesamowite jest jak życie może nas zaskoczyć. "Nigdy nie mów nigdy" okazało się być czymś namacalnym, a nie tylko powtarzanym frazesem. Taka właśnie refleksja przyszła do mnie, kiedy w niedzielny poranek wyciągałem rzeczy z torby i organizowałem się w strefie zmian. Zapowiadał się piękny dzień. Za ogrodzeniem strefy zmian leniwie kręcili się spacerowicze i przyglądali się przygotowaniom zawodników. Od czasu do czasu, ktoś kogoś nawoływał, ktoś robił komuś zdjęcia. Jakbym się przeniósł w czasie. Rok temu to ja stałem z aparatem po drugiej stronie ogrodzenia i przyglądałem się z zaciekawieniem, jak zawodnicy przygotowują się do zawodów. Triathlon był dla mnie egzotycznym sportem, nie rozumiałem wszystkiego co widziałem. Nie wiedziałem, po co robi się niektóre rzeczy. Prawdę mówiąc nie znalem nawet za bardzo dystansów jakimi definiuje się zawody. 1/4 IM, doczytałem gdzieś ze to 950m pływania, 45 km jazdy rowerem a potem 10km z małym haczykiem biegania. Zresztą, historia tego dnia, gdy przyjechałem obejrzeć triathlon była tematem pracy konkursowej na łamach triathlonsport.pl. Gdzieś tam w głębi duszy tego dnia zostało zasiane ziarenko pod nazwą "a może by tak kiedyś...."

Wracając do zawodów. Pobudka o 6:00, procedura startowa, wszystko przygotowane dzień wcześniej, o 7:00 wyruszamy na miejsce. Słoneczko świeci, zapowiada się ładny dzień, ale prognozy straszyły dzień wczesniej deszczem od godziny 14:00. Nie martwi mnie to, do tego czasu powinno być już po wszystkim. Przed godzina ósmą byliśmy już w strefie odprawiając rytuały wizualizacyjno-przygotowawcze. Tym razem jest prościej, bo już raz to przerabiałem. Z racji dwukrotnie większego dystansu doszedł element, pod tytułem śniadanie. Dwa żele w pas z numerem, jeden na wszelki wypadek w kieszonkę stroju, ale dopiero po wodzie, wiec wkładam go kasku. Na ramę przyklejam tabletki GT. Reszta bez zmian, na kierownicę żółty ręcznik w celu oznakowania i gdyby okazało się, ze muszę płukać stopy z piasku, choć wybieg z wody jest długi i wyłożony sztuczną trawą. Ale wiadomo, lepiej mieć niż nie mieć. Pianka, oksy i czepek w garść, kask z numerem na rower, buty ze skarpetkami w koszyk. I buff. Tyle.

Reszta w torbę, fota na pamiątkę i graty do depozytu. Idziemy obejrzeć trasę pływacką. Na pierwszy rzut oka, wygląda na więcej niż 950m, ale to wina perspektywy. Do tej pory oglądaliśmy trasę z wody, a nie z molo. Wbijamy się w pianki i idziemy zgodnie z sugestiami trenera zobaczyć sytuacje z wody. Mnie przede wszystkim bardziej zależy na rozpływaniu się. W Suszu popełniłem błąd i do wody wszedłem zbyt późno i nie udało mi się rozpływać przed startem. Woda wydaje się być bardzo zimna, ale za to bardzo czysta i przejrzysta. Może to kwestia padającego światła - do tej pory pływaliśmy wieczorami.

1

fot. fot mosir.gda.pl

Chwilę później sędziowie zaczynają wywoływać zawodników na brzeg. Od tej pory obowiązuje zakaz wchodzenia do wody. Przechodzimy przez mate zliczająca zawodników i ustawiamy się w strefie startowej. Wąsko dosyć, ale nie ma żadnego znaczenia. Woda, to nie mój żywioł. Lekcje odrobione po Suszu -  wiem gdzie moje miejsce. Mam swoją strategię. Z dala od pralki, z dala od bojek nawrotowych. Tony nerwowo pyta co 20 sekund "Która godzina?" wywołując salwy śmiechu. Tylko Arkowi nie jest do śmiechu. Właśnie urwał się pasek przy jego okularach, ale jakoś go przyplątał. W tym całym zamieszaniu nie usłyszeliśmy odliczania i wystrzału do startu. Pierwsze rzędy ruszyły do wody a tylne pytają "to już ??" i lecą za nimi. Wchodzę spokojnie do wody, nie robię delfinków, nie rzucam się, przede mną i tak są ludzie. Uciekam na lewą stronę. Pierwsza boja do minięcia prawą ręką. Kilka osób ma podobna strategię. Nikt z nas nie chce aby mu przeszkadzać i nie chce nikomu przeszkadzać. Ruszamy, pierwsze metry rozdajemy sobie wspólnie lekkie kopniaki negocjując w ten sposób przestrzeń w wodzie. Po kilkunastu metrach, każdy znalazł swoje miejsce. Płynę swoje spokojnie -  szarpiąc się zyskam minutę albo dwie, ale stracę zbyt wiele sił. Miejsca mam sporo wiec robię mocne ruchy i długo wyleguję. Sytuacja w wodzie jest zupełnie odmienna od tego, co przezywałem w Suszu. Rozglądam się, przede mną sporo zawodników, do tyłu nie patrzę. Płynę prawie cały czas z lewej strony "peletonu" robiąc swoje. Boje nawrotową mijam szeroko, ale kolejną będzie trzeba minąć drugim ramieniem, postanawiam nie czekać do końca tylko zmieniać powoli stronę peletonu, żeby znów "zaliczyć" boję po zewnętrznej. Chwilowo wpadam w kocioł, zawodnik przede mną walczy w wodzie , ale z nawigacją słabo, bo płynie raz w lewo, raz w prawo, zacząłem go podejrzewać, ze robi to specjalnie, abym nie mógł go wyprzedzić. Trudno, uruchamiam tajną broń - przechodzę do kraula, siedem  solidnych machnięć i mam delikwenta za sobą, wracam do żaby. Spokojnie, płynę swoje. Ostatnią boje biorę łukiem i kraulem walę do brzegu. Wychodzę na 277 pozycji po niecałych 20min. (95% trasy zrobione żabką).

W strefie zmian błysk. Pianka, skarpetki, buty, żel w kieszeń, numer startowy, oksy i zapinam kask. Rower pod pachę i wio. T1 w 3minuty i 3 sekundy.

2

fot. argonaut.gda.pl

Za belką wymijam biegiem tych co zatrzymali się zaraz za nią a teraz walczą z zapinaniem butów i dopiero wtedy wskakuje na rower. Przerzutki ustawione na miękko wiec od razu jestem gotowy do jazdy. Pierwszy kilometr do droga dojazdowa, jest ciasno i gęsto wiec zupełnie spokojnie. Pierwsze okrążenie właściwie cały czas z lewej wyprzedzam. Nie znam trasy wiec lecę zachowawczo, szczególnie na ostrych zakrętach. Kolejne okrążenia dosyć mocno, ale w pamiętam cały czas, że czeka mnie ponad 10km biegu. Na rowerze śniadanie - żel (już drugi, pierwszy przed pływaniem) i staram się pić. Często i małymi łykami. Od trzeciego okrążenia lecieliśmy już bez większych przetasowań. Na dojazdówce do T2 na chwilę przestaje pedałować ... i łapie mnie skurcz w łydę. Pięknie! Zaczynam delikatnie kręcić, mięsien odpuszcza, a zeskakując z roweru uważam, żeby mnie znów nie chwycił. Po kilku krokach łyda się rozluźnia. Trochę się zakręciłem ze swoim miejscem w T2 i wyszukiwałem go wcześniej niż był. Nauczka, aby strefę zmian oglądać z dwóch stron - z wejścia i wyjścia. Rower kończę po 1h:14m:58s (121 m-sce)

Wieszam rower, kask w dół, buff w dłoń, numer startowy przekręcam już w biegu. T2 w 1m i 13 sek

3

fot. argonaut.gda.pl

Buff cały mokry, ociekająca pianka zmoczyła go dokumentnie. W sumie to nawet się ucieszyłem, że założę na głowę coś mokrego. Na początku trasy biegowej, a zarazem blisko mety ostro kibicuje mi rodzinka i znajomi, to niesie! Staram się złapać rytm, nie jest to łatwe po rowerze, po kilometrze zaczyna być dobrze, ale tempo 4:20 jest zbyt mocne. Trasa biegowa po Parku Regana kręta, betonowo szutrowa, ciepło, ale część trasy na szczęście w cieniu. Na pierwszej pętli biorę wodę z punktu i oblewam głowę. Zaczynam żałować tego, bo buff poprzednio zmoczony był morską wodą, która teraz zalewa mi twarz. Trudno, już raz znosiłem dzisiaj morską wodę. Na drugiej pętli wyszło zmęczenie. 7-my kilometr był najtrudniejszy. Niby do mety blisko, tak daleko jednocześnie. Staram się przez jakiś czas lecieć za Mariuszem, ale szybko mi przechodzi :) wola walki w takim tempie. Nie moja liga. Przed samą meta zbieram resztki sił i delikatnie przyspieszam.

Na metę wpadam po 2h:25m:45sek na 132 m-scu open. Bieg na dystansie 10.55km zajął mi niecałe 46 min (134m-sce)

Dziś przeglądając wyniki zdałem sobie sprawę, że wyprzedziła mnie tylko jedna dziewczyna i była nią Paulina Załucka, która była naszą trenerką podczas akcji Aktywuj się w triathlonie.  Ja zaś byłem 5-ty z "Aktywnych", co cieszy, ekipę mieliśmy naprawdę mocną i myślałem, że będzie więcej aktywnych przede mną na mecie.

4

fot. argonaut.gda.pl

Statystka :

Pływanie : (950m) - 00:19:35 (277)
T1: - 00:03:03
Rower (45km) : - 01:14:58 (121) - GPS naliczył 43,4 km; średnia prędkość 34.68 km/h
T2: - 00:01:13
Bieg (10,55km) : - 00:46:56 (134); tempo 4:28min/km
Finish : 02:25:45, 132msce open, 34m-sce w kategorii M35-39
Jeśli chodzi o organizację samej imprezy to właściwie nie mam żadnych uwag, poza drobnostkami  - nie słyszałem sygnału startu (podobno wystrzał), a po wybiegnięciu z T2 na ścieżkę biegową  następowało potknięcie na spowalniaczu na ścieżce rowerowej (chyba na głos zakląłem ratując się przed upadkiem).
Obsługa punktów, wolontariusze i kibice najlepsi na świecie ! Strefa regeneracji bardzo rozbudowana, bardzo podobały mi się baseny z lodowatą wodą.
Tak, będę startował tu za rok !
Bardzo obawiałem się tego startu, po tym co przeżyłem w wodzie w Suszu. Okazało się, że odpowiednia strategia, kosztem oczywiście większego dystansu i tak się opłaca. Jedyne czego mogę żałować, to to, że zbyt mało płynąłem kraulem. Etap pływacki w Gdańsku był bardzo przyjemny, to zapewne też zasługa oswojenia się ze środowiskiem i idealnych warunków pogodowych w dniu startu. Wiem, że woda to moja najsłabsza strona (wystarczy spojrzeć na miejsca), ale z drugiej strony nie czarujmy się - 8 miesięcy temu nie umiałem pływać.
A teraz spinam poślady i organizuję samodzielne treningi. Za trzy tygodnie 1/2 IM w Gdyni - najważniejszy start (i ostatni zaplanowany) na ten rok.