Bieg Rzeźnika, czyli jak zostałem ultrasem.

Obiecałem sobie, że recenzje o Rzeźniku napisze zanim przeczytam jakąkolwiek relacje z tego roku. Chciałem, aby ta relacja była moja od samego początku do końca.
Pomysł udziału w tym biegu urodził się baaardzo dawno temu, a mianowicie po tym jak zaliczyłem Maraton karkonoski. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to naprawdę jest możliwe. Dlaczego akurat Rzeźnik? Bo to bieg z historią, owiany legendami i opowieściami snutymi przez bardów przy ogniskach. Są to opowieści o niedźwiedziach i wilkach, błocie po kolana, krwi w butach i morderczej walce samych ze sobą. Chciałem na własnej skórze dowiedzieć się czy tak jest…2

„Biegniemy parami, bo samemu żal
cieszyć się urodą tych bieszczadzkich hal”

Bieg Rzeźnika to blisko 80km Czerwonym Szlakiem Bieszczadzkim, z Komańczy do Ustrzyk Górnych (dla hardcorów do Wołosatego) przez takie szczyty jak Chryszczata, Wołosań, Jasło, Smerek i Połonina Caryńska. Bieg odbywa się zawsze dzień po Bożym Ciele i zaczyna o 3:30, o wschodzie słońca. Dystans i przewyższenia to nie jedyna trudność tego biegu. Wymogiem jest bieganie w parach, co ma swoje uzasadnienie w bezpieczeństwie, ale moim zdaniem podnosi znacząco poprzeczkę dla biegaczy. Aby wystartować w biegu, trzeba znaleźć kogoś równie szalonego, zdeterminowanego i co najważniejsze kogoś, kto wytrwa kilkanaście godzin w naszym towarzystwie, przemieszczając się w podobnym tempie. Regulamin biegu zabrania rozdzielania się partnerów biegu na dystans większy niż 100m, a wszystkie punkty kontrolne muszą być zaliczane wspólnie.
Kiedy zdecydowałem się na udział w Rzeźniku plan był jasny : zaliczyć. Dotrwać do mety w limicie czasu, który wynosi 16h. To miała być długa wycieczka biegowa.
Podobny cel postawił sobie Łukasz Z, aka Zwo Lo. Też chciał zaliczyć ten bieg podobnie jak ja w limicie. W ten sposób zaczęła się przygoda.
Zapisy na bieg, to zupełnie inna historia. Pierwsza tura zapisów trwała całe 12 minut. Ale Łukasz jakoś nas zapisał. :]

W Cisnej pojawilismy się większą ekipą, która miała sie zmierzyć z bieszczadzką legendą. Przed biegiem trwała nerwowa krzątanina i dyskusje co zabrać, co sie przyda, a co jest zbędne na trasie. Pomysłów na pokonanie trasy tyle, ile biegaczy. Sam osobiście postanowiłem nie kombinować, nie stosować nowych niesprawdzonych rozwiązań. Jeść i pic tylko co co mi znane, nie uśmiechało mi sie biec bólem brzucha takiego dystansu, a takich zawodników nie brakowało. Chetenie natomaiast słuchałem tego, co mówili inni, którzy trasę już pokonywali. Największą niewiadomą jest teren. Niby jest profil wysokościowy trasy dostępny w necie, ale to tylko grafika, rzeczywistość jest odmienna. Tego się najbardziej bałem. Że się spalę na początku i do końca będę się męczył. To miało być 16 spokojnych godzin. Na luzie. Będzie krócej – dobrze, nie bedzie tez dobrze. Co będzie to bedzie. Bez nerwowych ruchów.
Na odprawie miałem okazję poznac Ewę, która jest wprawioną ultrabiegaczką. Obdarowała nas radą, radą dla debiutantów : Do Smereka zachować spokój. A potem ile sił, można zacząć ściganie. Problem w tym, że nie wiedziałem, czy chodziło o przepak w Smereku (590m npm), czy szczyt Smereka (1222m npm). Asekuracyjnie załozyłem gorszy wariant. Do szczytu spokój. A potem sie zobaczy ;]

bieg_rzeznika_profil_trasy

Dystans 80km może Was nieco przerażać. Mnie również, dlatego nalezy trasę sobie podzielić na etapy i w takich kategoriach go przebiegać. Do Przełęczy Żebrak, a potem do Cisnej, do Smereka i Berehów. A potem juz tylko 10km do mety. Oj jak bardzo miałem sie pomylić. Ale po kolei.

Rzeźnicy
fot. Katarzyna Rzeszuto

Boli ręka, boli głowa, bolą plecy, boli noga, ale wyścig nadal trwa.
Bo z Komańczy na Żebraka i przez Cisną…

Pobudka o 1:00 w nocy. Nastawionych chyba 6 budzików, zeby nie zaspać, bo poszliśmy spać ok 22:00. Osobiście zasnąłem bez kłopotów i na dzwięk budzika od razu byłem na nogach. Nie tylko ja zresztą. Domek ożył w ciągu kilkunastu sekund. Wskok w ubranie, które było przygotowane już wcześniej. Szybka owsianka, bo przecież kto by miał ochotę an jedzenie o 1:00. Pół godziny pozniej wychodzimy w ciemną noc do autokarów, które miały nas zawieźć do Komańczy. To prawie godzina drogi, bedzie można pospać. Przy autobusach spora kolejka do kawy serwowanej biegaczom. Ziąb. Wilgotno w powietrzu. Kawa w dłoni rozgrzewa nieco. Czym predzej pakujemy sie do autokarów, aby sie nie wychładzać. O spaniu nie ma mowy.
Po drodze na przedniej szybie autokaru pojawiają sie krople deszczu, na poczatku leniwe, ale potem coraz wiecej, az wycieraczki zaczęły rytmicznie pracować. No cóż, Rzeźnik. Błoto musi być. W Komańczy przy dzwiękach bębnów nerwowo kręcimy się bez celu stając gdzieś w połowie stawki. Czeka nas 8km asfaltem, kilka osób z czołowkami na głowach, choc wiekszosc mowiła, ze to bez sensu, bo bedzie widno. Wystrzał i 1200 osób ryczac, puszczając bąki i bekając ruszyło przed siebie. NA początku spore tasowanie. Pilnuje się, aby nie dac ponieśc sie emocjom i nie lecieć przed siebie. Mam 80km przed soba i jeszcze sie zmęczę. Hamuje Łukasza powtarzając jak mantre co kilkaset metrów „Do Smereka Spokój!” Wiem, że Zwolo ma ochotę na złamanie 12h i wycieczkę do Wołosatego. Moj plan pozostaje niezmienny. W Cisnej na 32km chcę być „świeży”, bez objawów zmęczenia.
Tłum prze do przodu, żarty śmiechy-hihy i takie tam. Na piątym kilometrze oglądam się za siebie, a tam grupka moze 30 osób. naprawdę zostaliśmy na szarym końcu. Zwola nosi, zdecydowanie nie chce byc na koncu stawki. Ja uparcie trzymam sie swego planu. Rozpadało się i to calkiem solidnie. Trochę jestem zły, bo to początek, a ja juz mokry. Wpadamy do lasu, czołówka jednak sie przydała i spokojnie lecimy przed siebie gęsiego. Wyprzedzać nie ma jak a tempo emeryckie. Momentami przechodzimy do marszu. cały czas powtarzam sobie,z e przyjdzie czas na wyprzedzanie i pobieganie, ale z drugiej strony wiem, ze profil tego odcinka pozwala na rozpuszczenie nóg i wykręcenie dobrego czasu. Delikatnie przyspieszamy, bo marszowe tempo jest uciązliwe. Zaczynamy wyprzedzać, ale ja wciąż powtarzam „Do Smereka spokój”.
W lesie magiczna aura, mgła, zapach błota, a my w górę i w dół i znów w góre i w dół. Zaczynam byc głodny. Oby do Żebraka, to coś zjemy i dzida dalej. Na 15-tym kilometrze zaliczyłem pierwszy skórcz łydki. Nieźle sie zaczyna, wlałem w siebie magnez, potas, sód i wszystko co trzeba popijajac to hektolitrami wody. O odwodnieniu nie ma mowy, bo az dwa razy robilem postój. Nieźle się zaczyna, zmieniam technikę stawiania stopy, aby sie rozluźnić. Pomaga na jakis czas. Biegne w rytm poburkiwania brzucha. Kurcze, zaczynam byc głodny. Proszę kogoś, aby wyjął mi babana z plecaka, którego zabrałem do autobusu, ale nie zjadłem. Strzał w dziesiątkę. Ale an długo nie wystarczyło. Łukasz podobnie, głodny jak ja. Postanawiamy wciagnąć po żelu i lecimy dalej. Wpadamy na Żebraka a tam….. tylko woda i izo. Dramat. połowa drogi so Cisnej, a my głodni i bez żąrcia. Kubek izo, mała pogadanka z Piotrem i Michałem i lecimy dalej. Powolutku wyprzedzamy kolejne pary. Zworo narzuca tempo, ja ciągle wołam „Do Smereka spokój” powołując się na autorytet Ewy. Przypominam soebie ze w plecaku mam opakowanie kabanosów. pochłaniamy ostroznie podczas biegu. Góra dół, góra dół.

PK2, Cisna
fot. Katarzyna Rzeszuto

Na zbiegu przed asfaltem w Cisnej, pod wyciągiem jest bardzo stromo i bardzo ślisko. Łapię równowagę, po dłuższym uslizgu i… łapie mnie skurcz w łydę. Dramat. Poczatek, a ja juz zaczynam miec niepokojące symptomy. Trucht asfaltem pozwala mi na rozluźnienie nóg. Pojawiają sie kibice, wpadamy an przepak w Cisnej, głodni jak wilki. A na przepaku tylko picie. Pijemy, bo co nam pozostalo. W camelbaku jeszcze mam swoje picie wiec wyciągam kije z depozytu i wylatujemy. Po drodze zawijamy po batonie/żelu od sponsora, swój baton pochłaniam od razu, zagryzając musem owocowym :) Zjadłoby się jajecznicę…
Na wylocie z Cisnej spotykamy Adama, kilka słów i zostawiamy ich za sobą. Przed nami kolejny, III etap biegu o dystansie 25km. Czuję się dobrze, kije pomagaja przy ostrym wejsciu na Małe Jasło. Z łatwością wyprzedzamy konkurencję, wielu z nich już ma jakieś kłopoty. Albo sił brak przy podejściu, albo kogoś zemdliło, albo sapie jak lokomotywa. To nie wróży dobrze. Współczuję im i przypominam sobie o łydce. Uwalniam ją od skarpety kompresyjnej i wspinam się do przodu, powtarzając co chwilę „Do Smereka spokój”.
Droga przez małe Jasło (1102m npm), Jasło (1153m npm) na Okrąglik (1101m npm) mija dosyć szybko. Mozolne podejścia i trucht na płaskim i zbiegach. Nogi zaczynają być zmęczone i trzeba być bardzo czujnym, żeby nie zaliczyć potknięcia. Przez cały czas jesteśmy otoczeni przez niesamowitą zieleń drzew, która opleciona jest mgłą. Od czasu do czasu przecinamy jakąś mała polanę. Coraz cześciej pośród drzew widać panoramę na Bieszczady, ale czasu na podziwianie widoków nie ma. Powoli, mozolnie przebijamy się z Łukaszem do przodu wyprzedzając kolejne pary. Las nagle się kończy i widać niewielkie podejście na Fereczatą, z której rozpościera sie piekny widok. Ta odmiana powoduje, ze nabieramy nowych sił i lecimy dalej. Z Fereczatej juz tylko chwila i będziemy na kolejnym przepaku w Smereku.
Ale ale, po stromym zbiegu, na którym znów zaczęła odzywać się moja łydka. To jeszcze nie skurcz, ale czuję żę w każdej chwili może zaatakować. Boję się, że stracę kontrole nad nogą i zaliczę upadek. Zbieg nagle sie konczy i wpadamy na słynną Drogę Mirka. Ta owiana legendą i strasznymi opowieściami droga biegnie lekko w dół i jest wytchnieniem dla nóg. Wiele druzyn idzie, regenerując siły. My jednak wiemy, ze mozna odpoczać w truchcie i zaczynamy zbieg. Po kilku minutach musze przejśc do marszu. Moja łydka cały czas gotowa na skurcz. Musze na chwilę dac jej odpoczać. Maszerujemy kilkaset metrów i ruszamy dalej truchtem zagadując po drodze współtowarzyszy niedoli. Ośmiokilometrowy odcinek minął nadspodziewanie szybko. Nie wiem skąd tak zła sława tej drogi, ze niby wiele ma zakrętów, że końca nie ma…

10501630_319719494851384_7423121848516463584_n

Za jednym z zakrętów pojawiają sie pierwsi kibice przd Smerekiem. Jaką oni dają moc. Moje nogi rwa sie do biegu, usmiech na twarzy jakby przyklejony. Zaraz będzie przepak, zmienie skarpetki, wyjmę ten kamyk, który od kilkunatu kilometrów telepie sie w prawym bucie. Zjem coś. W końcu coś zjem. Awaryjnie na przepaku mam opakowanie kabanosów.
Trzeci punkt kontrolny usytuowany na 56-tym kilometrze trasy osiągamy po 8 godzinach biegu. O dziwo, czuje się nieźle, stopy nieco obolałe, ale bez większych dolegliwości. Zmieniam skarpety, pozbywam sie błota z butów, uzupełniam camelbag, spijam 2 kubki coli i puszkę pepsi chwytam bułę w reke i ruszamy. Szkoda czasu. Zjem po drodze. Po wyjściu z przepaka szlak skręcaw las i ostro pod górę. Na samym poczatku podejscia w cieniu drzew stoi elegancko ubrany Pan (garniak, muszka) i przygrywa na kontrabasie. Mega. Pozdrawiamy i dziekujemy. Chciałoby sie posłuchać, ale czasu nie ma. Przed nami strome podejście na Smerek (1222m npm) czyli jakies 600m w górę na kilku kilometrach. Próbuję zemlec bułę idąc pod górę. W połowie sie poddaje. Buła wędruje do plecaka „na czarną godzinę”. Wciągam troche musu owocowego i zmierzamy w kierunku pierwszej połoniny – Połoniny Wetlińskiej.
Ze Smereka zbieg 200m w dół aby za chwilę znów wdrapywać sie do góry. Na szlaku robi się tłocznie, ale turyści cierpliwie ustępują miejsca truchatającym biegaczom. bardzo często dopingują bijąc brawo albo gratulując. niektórzy nawet kłamią, ze nie wyglądamy na takich, co przebiegli 60km. My kłamiemy, że im wierzymy :)
W oddali widac Schronisko „Chatka Puchatka”, za którym zacznie sie trudny technicznie zbieg, zbieg na którym Łukasz zalicza upadek. Wyglądało bardzo groźnie, na szczęscie niewiele sie stało. Łukasz obejrzal się, poruszał głową, nogą i ręką i dał komendę do dalszego biegu. Od jakiegoś czasu biegł ze słuchawkami w uszach, wiec nie bardzo miałem z nim kontakt. Biegł za mną i meldował swoją obecność. Walczył ze sobą. Na dole nachylenie złagodniało i można było bezpiecznie rozpuścić nogi. Przed nami ostatni punkt zywieniowy w Berehach Górnych. Łyk Tigera i w drogę na ostatnie 10km.
10km, godzinka drogi. Nie zupełnie. Po drodze Połonina Caryńska. Co oznacza 5km pod górę, tylko po to aby potem biec 5km w dół. Nachylenie stoku na Caryńskiej potrafy wyssać resztki sił, których i tak zostało bardzo mało. Pic sie chce, ale ale strach się zatrzymać. Nie da sie sapać i pić. Krok po kroku do góry, schodek za schodkiem. Masakra. Nie patrzę pod górę. Nie chce wiedzieć ile jeszcze. Krok za krokiem, krok za krokiem…. Mijamy wielu ludzi, kilka par mija nas. Wyprzedza nas Ewa, która na mete dociera 10 minut przed nami. Nawet nie starałem się dotrzymać im kroku. To bez sensu. Iść swoim tempem, byle do przodu.
Kończy się las wychodzimy na połoninę. Słońce sie pojawiło i jest nadzieja, że nie zmarzniemy jak na Wetlińskiej. A i popatrzeć przyjemniej, bo cos widać. Widać na dole autokary na mecie. Tak blisko, a my musimy w górę, aby zejść potem w dół. Patrzę w górę i natychmiast tego żałuję. Ilośc metrów jakie dzieli mnie od szczytu jest… ogromna. A już wydawało się, ze jesteśmy prawie na górce. A to może połowa wspinaczki. Widoki cudne, niebo niebieskie, lasy zielone. Cud miód malina. Żebym jeszcze miał siły to podziwiać. A może by sie tak położyc na chwilę w tej szumiącej trawie… cieszyc sie widokiem….

Caryńska

U góry nieco sie wypłaszczyło i truchtamy po wąskim szlaku, na dół zbiegamy bardzo ostrożnie, bo o pomyłkę nietrudno. Meta jest tuz tuż.. Schody skonczyły sie i wbiegamy do lasu, tutaj mozna troche pobrykac, ale wciąz biegniemy asekuracyjnie. Kilka par nas wyprzedza, ale nie matrwimy sie tym. My tez wyprzedzamy wielu, którzy maja kłopoty z kolanami i kuśtykają w dół.
Gdzie ta meta, gdzie meta… ktos mówi : jeszcze tylko 400m. Biegnę, 400, 500, 600 mety nie ma. Pamietam z filmików, ze na mete wbiega sie po mostku. Żadnego mostka, ale od czasu do czasu biegniemy po kladkach. Słychac kibiców gdzies w oddali. To już blisko… Rozpuszczam nogi… Montuje usmiech na twarz…

Ostanie 9km pokonaliśmy w blisko dwie godziny. Caryńska. Ostrzegano nas przed nią…

Po 12 godzinach 36 minutach i 1 sekundzie biegu zostałem ultramaratończykiem. 15 miesięcy temu zaczynałem biegać.
Zajęliśmy 201 miejsce na blisko 600 par, które startowały.