Wysokogórski Bieg im dh Franciszka Marduły…

…lub III Mistrzostwa Polski w Skyrunning, czyli jak przebiec 25km w górach gapiąc się ciągle pod nogi.

Ten bieg nie miał być w kalendarzu tegorocznych występów. To, że mogłem wziąć w nim udział było wynikiem wielu przypadkowych wydarzeń, która ja osobiście wole nazwać przeznaczeniem. Tak po prostu miało być. Miałem to zapisane w gwiazdach. To nagroda za coś, ale dokładnie wiem za co. Nie wypadało nie brać. Wziąłem.

Lista 350-ciu biegaczy, bo na taki limit zgodził się Tatrzański Park Narodowy zapełniła się w 9 minut. Tyle trwały internetowe zapisy na ten bieg. Można zapytac czym jest skurunning i dlaczego takie zainteresowanie własnie tym biegiem? Otóż skyrunning to taki bieg, który charakteryzuje się stromymi wbiegami i zbiegami z dużych wysokości. Nachylenie terenu wynosi ok 30% a wspina się na blisko 2000 m n.p.m. Bieg im dh Franciszka Marduły, to jeden z takich biegów. Jego trasa wynosi ok 25km a przewyższenia to 1900 m w górę i ok 1600m w dół. Ale o tym później.

Do Zakopanego przyjechaliśmy rodzinnie już tydzień wcześniej. Pogoda, jakby to powiedzieć była taka sobie. Właściwie od soboty do środy padało, ale nie przeszkadzało nam to w wycieczkach, a mnie na wykonanie kilku wycieczek rekonesansowych na trasie biegu. Na pierwszy ogień poszła trasa do Murowańca przez Dolinę Jaworzynki. Kiedyś tędy wędrowałem raz, może dwa. Dawno temu.

GOPR3048 copy

Dolina Jaworzynki jest bardzo urokliwą trasą, ale chyba nielubianą ze względu na stromą końcówkę. Też ją jakoś inaczej zapamiętałem. Tym razem wydała mi się dużo trudniejsza. A przecież ten fragment trasy to dopiero początek. Przemierzając samotnie drogę do Murowańca, człowiek czuje się … wspaniale. Jest zmęczony, sam we mgle. W biegu.

Przed samym Murowańcem wbijam się w mleko. To już nawet nie jest mgła. Czuję, że oddycham chmurami. Biegnę dysząc jak parowóz. Przed samym Czarnym Stawem Gąsienicowym już solidnie leje. Jestem tutaj sam. Niesamowite wrażenie. Szybka fota i wracam, bo robi się zimno.

GOPR3073 copy

Drugi rekonesans  zrobiłem dwa dni później. W planie miałem wbiec na Kasprowy Wierch i wrócić tą samą trasą, ale myślałem o dupie Maryni i znów pobiegłem w Dolinę Jaworzynki. No trudno, tak miało najwidoczniej być. Tym razem było już nieco lepiej z pogodą i nawet momentami było coś widać.

GOPR3188 copy

Na murowańcu śniadanie (banany, żel, mus owocowy) i miła pogawędka z Panem Pijącym Kawę i w drogę bo zimno. Tym razem postanowiłem polecieć na Kasprowy Wierch, aby zobaczyć trasę zbiegu. Muszę się uczciwie przyznać, ze szlak na Kasprowy od strony  Murowańca, dał mi nieźle popalić. Nie zaprzyjaźniliśmy się. Na Kasprowym woda, chwila odsapu i pędem na dół. na samej górze szalk miejscami był pokryty śniegiem, co nie było fajne w butach biegowych. Musiałem się ostro starać, aby nie pojechać jak na nartach bóg wie dokąd. Na samej górze zbieg po dużych stopniach, im niżej tym lepiej, aż do drogi bez uskoków szutrem.

GOPR3221 copy

Ten odcinek trasy polubiłem. Techniczny zbieg, ale całkiem dobrze mi szło. Do Kuźnic zbiegałem niecałe 35 min z przerwami na fotki/film.  Plan na bieg ustalony : Oby do Kasprowego :)

Od środy nie biegałem, tylko piesze wycieczki z dziećmi na plecach w ramach treningu :)

W piątek odbiór pakietów.

W sobotę wstałem o kilka minut po 5:00. Stasiu zafundował mi pobudkę. Zresztą i tak spałem jak pchla. Pewnie trochę przez ekscytację, ale bardziej chyba przez ciepło i duchotę w pokoju. Od kilku dni pogoda się poprawiała, a na sam bieg organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Bezchmurne niebo. Dwadzieścia kilka stopni w cieniu. U góry będzie zimno czy ciepło? (dzień wcześniej byliśmy na Kasprowym i momentami było chłodno). W co się ubrać, na krótko czy długo ? Chwila zastanowienia, dół krótko, a góra długo. Ryzyk fizyk.

Na śniadanie owsianka z rodzynkami i bananami. Wszyscy śpią, wiec się ewakuuję z mieszkania, mimo że jest ponad godzina do startu. Docieram do biura zawodów, gdzie jest już kilka osób, a ciągle pojawiają się ze wszystkich stron kolejne. Wszyscy poubierani w biegowe stroje, kompresyjne skarpety, opaski, na głowach buffy, czapki, na plecach zapasy picia. Też biegam z camelbakiem, ale tym razem zdałem się na organizatorów i zabrałem ze sobą tylko dwie butelki izo. Jedną wypiłem przed startem, a drugą miałem na drogę. Przed Kinem Sokół zebrał się kolorowy tłum ludzi, dobrym pomysłem było założenie koszulki, która mam z akcji pomorze biega. Niewielu było ubranych na pomarańczowo, co ułatwi odszukiwanie się na zdjęciach. Była też para, która brała udział w akcji Pomorze Biega i pozowałem im do zdjęcia (kurde, jak celebryta prawie ;) ) .

Przed startem okazało się, że trasa biegu zostaje zmieniona ze względu na zalegający śnieg na Przełęczy Świnickiej. Trasa zostaje poprowadzona przez Przełęcz Liliowe. Szkoda, ale miałem doświadczenie ze śniegiem na Kasprowym kilka dni temu i doskonale rozumiałem organizatorów. Przed samym startem krótkie przemowy, błogosławieństwo zakonnika i …. poszły konie po betonie na Krupówki, gdzie zaplanowany był start ostry. Kibiców spora garstka, ale nie zapominajmy, że jest sobota 7:00. Ustawiłem się na końcu peletonu, bo nie zależało mi na „zrobieniu wyniku” tylko na zdobyciu kolejnego doświadczenia, a bieg Marduły miał być długim weekendowym wybieganiem przed Biegiem Rzeźnika (20 czerwca).

Jak wiecie droga z Zakopanego do Kuźnic jest pod górę i dosyć szybko okazało się, że ogon w którym sie znajduję porusza się trochę zbyt wolno. Zaczynam się przebijać pod górę zastanawiając się, czy aby nie lecę za szybko, czy euforia startowa mnie nie niesie i czy nie zapłacę za to za kilka kilometrów. Pierwszą przeszkodą na trasie jest Nosal (1206m n.p.m.), na podejściu którego zrobiła się niezła kolejka. Zbiegając wyprzedziłem grupę biegaczy, trochę leciałem ponad swobodny bieg wiedząc, ze to jedna z niewielu okazji na wyprzedzenie konkurencji (przecież nie jestem tu po to, aby sie ścigać :] ) . Czuje na łydach i udach błoto, jakim chlapią podeszwy moich butów, mijam tych, którzy próbują omijać kałuże, oraz tych, którzy biegną gęsiego obok kamienistego szlaku wąską ścieżynką. Pędzę na zabój przebierając nogami po brukowanej drodze. Lubie to, ale  jestem czujny. jedne błąd może mnie kosztować koniec wyścigu już na początku zabawy. Z Nosala wpadamy na szlak Doliną Jaworzynki, znam tę trasę, robiłem ja dwa razy w ciągu ostatniego tygodnia. Wciągam żel i napieram, wiem, że tylko na początku będzie okazja pobiegać. Potem już tylko schody, na których ciężko będzie wyprzedzić kogokolwiek. Okazało się, że się myliłem. Końcówka Jaworzynki dała się niektórym we znaki, że przepuszczali tych, którzy mieli jeszcze siły, w tym mnie.

Zbieg do Murowańca to była przyjemność po męczącej wspinaczce, piękne widoki na dolinę i krótka rozmowa z osoba w buffie BUGT (Bieg Ultra Granią Tatr), wbieg na Murowaniec (1500m n.p.m), mijam punkt kontrolny z czasem 1h:24m  i lecę dalej, izo nie ruszone praktycznie, do Czarnego Stawu da się pobiegać, a potem już koniec. Będzie wspinaczka.

Pod górę powoli, spokojnie, uspokoić oddech i złapać rytm. Lubie wchodzenie jeśli robię to w swoim tempie. Wyprzedzam kolejne osoby. Robi się naprawdę ciepło. Liczę na chłodny wiaterek na górze. Nic z tego, na górze cisza i pełna lampa. Zbiegamy na dół, znów wyprzedzam. Przełęcz Karb (1853m n.p.m) za nami, stromy zbieg nieco łagodnieje i przecina strumyki lodowatej wody, ulga dla stóp, które napierają o twarde kamienie. Wracamy w kierunku Murowańca a nastepnie na Przełęcz Liliowe (1952m n.p.m) i kierujemy sie w kierunku Kasprowego Wierchu. Słońce już ostro pali, zaczynam żałować, że mam długi rękaw, butelka zaczyna świecić pustkami po tym jak solidnie musiałem popić drugi żel na początku podejścia.  Po wdrapaniu się na Przełęcz okazuje się, że to nie koniec, po prawej u góry majaczy Beskid (2012m n.p.m), z którego dochodzą głosy kibiców.

GOPR3377 copy

Chwilę później (lata świetlne, jak ktoś woli)  mijam grupę kibiców i turystów, którzy dodają otuchy i biegnę w stronę Kasprowego. Wody, wody :)

Na Kasprowym cud miód malina. Banany, czekolada, cola, woda, woda…. :) Na szybko kubeczek coli i butelka wody w garść, trzeci żel popijam i lecę. Teraz to już czysta przyjemność. Z górki na pazurki. Punkt kontrolny (2h:46m) , ktoś robi zdjęcia i pogania – „dajesz, dajesz”. Zatrzymuję się. kilka łyków wody, bo potem nie bedzie jak i zaczynam zbieg. karkołomny zbieg na łeb na szyję. Znam trasę, wiem czego się spodziewać, gdzie zwolnić a gdzie cisnąć, Jeśli chodzi o konkurencję to rozrzedziło się . Widzę dwie, czasem trzy osoby przed sobą, za siebie się nie oglądam. Nie kręcę już filmu – bateria padła na Kasprowym. O czym to ja myślałem, nie wiem. Ale cokolwiek to było uleciało błyskawicznie kiedy się potknąłem. To trwało wieczność. Szlak, nie upadnę na szlak, tylko z niego spadnę jakieś 40 cm niżej na zbocze. Lewa ręka trzyma kamerę i nie ratuje ciała. Cały impet na prawą. Wszystkie mięśnie napięte. Prawy nadgarstek przesuwa sie po kamieniu po czym spada poza szklak, za nim lewe żebra i lewa noga przeciera ostry kant szlaku . Prawe kolano też delikatnie zahacza o kamienie. Ląduję a w gardle połowa „O kur*wa”. Leżę. Ile to trwało ? Sekundę, może dwie. Ktoś pyta –  Wszytko dobrze ? Tak, tak, nic mi nie jest, dzięki. Wskakuje na szlak, oceniam straty. Najbardziej dokucza nadgarstek, ale to nic poważnego, reszta to klasyczna przecierka. Adrenalina w zenicie. Żyję, właściwie nic mi nie jest, mogło być gorzej, znacznie gorzej. Zły na siebie lecę na dół.  Uważniej, ale chyba jeszcze szybciej, bo znów zaczynam wyprzedzać, jedna , dwie trzy osoby….

Kuźnice, już koniec, tylko dojść na Kalatówki. Na nawrocie wolontariusze z bananami, czekoladą i wodą. Dziękuję, mam swoją… przechodzę do marszu. Uspokoić oddech, przygotować się na finish. Przecież na metę trzeba wbiec.  na drodze spotykam kamerzystę, jakieś głupoty robię. Kilka metrów dalej widzę jakiegoś biegacza schodzącego w dół. To Marcin Świerc – „O Pomorze Biega” i przybija piątkę, nadgarstek ma zabandażowany. Pokazuje mu mój i mówię, ja też zaliczyłem glebę. „Najlepsi tak mają” odpowiada Marcin i żegnamy się.

Mijam tabliczkę 1000m (do mety) ciągle pod górę brukowana drogą, sporo turystów. Na pierwszy rzut oka widać, kto turysta, a kto biegacz. Biegacze sapią jak lokomotywy i są ubłoceni co najmniej do pasa. 500m, sporo… jeszcze trochę. Z dala widzę tabliczkę 200m, ktoś zaczyna wbiegać za mną, słyszę go… Przechodzę do biegu, endorfiny we krwi, wybiegam zza zakrętu . Meta, od strony mety nadbiega Franek, z którym wspólnie mijamy metę…. ja po czasie 3h:34m:44s na 105 pozycji. Na szyi zawisa medal. Na szyi Frania. :)

IMG_0309 copy

Jak było, pytacie?

Petarda, tyle można powiedzieć. Organizacyjnie żadnych uwag. Wszystko jak należy. Za rok nie będę zaczynał z końca stawki. Ustawię się w połowie.