Karnawałowy Trail Półmaraton Zdrowotel w Łebie

Miałem w tym roku ograniczyć się do kilku dużych startów i odpuścić trochę lokalnych startów. Tak tez się stało. Świadomie zrezygnowałem a Grand Prix w Gdyni w tym roku. Troszkę zaczynam myśleć o biegach z serii Kaszuby biegają, bo są bliższe memu sercu. Zdecydowanie wole biegać w terenie niż po mieście. Nic na to nie poradzę. Dlatego też nie trzeba było mnie jakoś specjalnie namawiać na bieg typu trail tym bardziej, że dystans zacny, po półmaraton.

Gdy rano wstałem mina mi zrzedła. Z nieba się lało. Gęsto. To nie było dobre. Ale spakowałem się i wyruszyłem w kierunku Łeby. Łeba jaka jest każdy wie. W marcu Łeba jest….. zamknięta. Całkowicie. No dobra dwa sklepy były otwarte. Na tym koniec. Ale nie pojechaliśmy na zakupy :)

Zdrowotel Łeba, który organizował dzisiejszy bieg może dawać przykład, jak organizować biegaczom imprezy. Przed biegiem rejestracja i odbiór numeru wraz z chipem. Szybko i sprawnie. Do dyspozycji kawiarnia z herbata i kawa. Kto chce i ile chce. Super, bo trochę zmarzliśmy szukając sklepu.

Sam bieg nie zapowiadał sie lekko. Raz, że dystans całkiem spory. Dwa że w terenie. Trzy, że podbieg na półmetku przy Latarni Stilo.

To, że będę leciał przez las bylo jasne, wiec korzenie każdy biegacz brał pod uwagę. Ale te długie odcinki grząskiego piachu na trasie… naprawdę wielu potrafiło wyprowadzić z równowagi. Bez tego piachu byłoby wystarczająco trudno :)

Do jednej rzeczy muszę się przyznać. Punkt nawrotu. Latarnia Stilo. Nie wiem jak inni biegacze, ale ja zapamiętałem z niej tylko, że dookoła niej był bruk. :))

Sorry, ale po tym podbiegu to na rozglądanie się to ja nie miałem już specjalnie ochoty. Obiecuje latem zabrać dzieci i latarnie obejrzeć.

Droga powrotna wiadomo. Cieżko już, ale mam na oku przed sobą dwóch gagatków, którzy mnie wyprzedzili gdzieś w okolicach 7-mego km. Trzymam ich w zasięgu wzroku. Obiecalem sobie, że będę leciał swoje tempo. Na samym finishu powalcze. Tak sie stalo, ostatnie 1500m przyspieszam delikatnie zmniejszając dystans, kiedy wypadam na asfalt przechodze do ataku. Przeciez za zakrętem jest meta. Łykam jednego, drugiego… na jakimś strasznym tempie wpadam na zakręt… a tam prosta – nie ma mety. Zabrali. Nie ma.

Dotarłem jednak do niej szczęśliwie zostawiając obu konkurentów za mną. Meta była za kolejnym zakrętem.

Ale nie o tym chciałem. Zdrowotel i organizacja. Po biegu medal i woda. potem dwudaniowy obiad na zasadzie szwedzkiego stołu. Pyszny gorący rosół (znów zmarzliśmy czekając na resztę ekipy), drugie danie , surówki, kompoty, drożdżówki. Bez kitu, królewskie przyjęcie. Ponadto zawodnikom zostało udostępnione kilka/nascie pokoi, gdzie można było się przebrać i wykąpać.

Bieg zakończony na 43 miejscu (152 startujących, 143 ukończyło) z czasem 1h:42m:28s. Oficjalnie poprawiłem czas o 10 min (porównując do Biegu Nadwiślańskiego, który był w całości na asfalcie). Jestem zadowolony z wyniku bo wiem, ze dałem z siebie prawie 100%

zdrwtl2

zdrwtl

Na koniec chciałem wspomnieć jeszcze jedną rzecz. Wczoraj byłem na spotkaniu z Jerzym Skarżyńskim. Opowiadał przez 3 godziny o bieganiu. Opowiadałby dalej, ale sale nam zamykali. Nie ze wszystkim sie zgadzam, co mówił, ale jak to wielokrotnie pokreślał : to jego opinia a Ty rób jak chcesz. Ale chciałem wspomnieć jedno. Może i dziś nie miałem superkompensacji, ale te ćwiartki, o których Pan wspominał to.. to to naprawdę działa. Na podbiegach w piachu dziś miałem okazję przetestować. Muszę się tego nauczyć.