Szybka 40-tka

Od kilku lat tradycyjnie zaczynam sezon od lokalnej imprezie jaką jest Trójmiejski Ultra Track, zwany popularnie TUTem. W tym w roku plan startowy nie wpisywało się długie bieganie na koronnym dystansie 68 km, więc wstępny plan był na ściganie się na dystansie towarzyszącym – 17 km (tzw Gruba Piętnastka). Organizatorzy jednak zaskoczyli uczestników wprowadzając nowy dystans – “Szybka 40-tka” jak nazwa wskazuje trasa ma długość niewiele ponad 40 km. To była w sumie bardzo dobra alternatywa, bo ani za długo, co spowodowałoby długą regenerację i powrót do treningów, a jednocześnie daje możliwość solidnego sponiewierania się na trasie Trójmiejskiego Parku.

Plan na bieg był prosty – wykręcić jak najlepszy wynik. Nie jest to takie proste, bo dystans jest całkiem spory, trasa znana tylko częściowo, a plan treningowy częściej realizuje na płaskich asfaltowych odcinkach i nie udało się zrobić pełnego rekonesansu trasy. Jednak znam trochę nasze lasy i wiedziałem przed biegiem czego się spodziewać i jak ustawić tempo na bieg.

Oczywiście, aby tradycji stało się zadość, na kilka dni przed zawodami załapałem infekcję, która całkowicie zatkała mi zatoki – ratowałem się trochę lekami, ale z mizernym skutkiem. Definitywnie stanęło na tym, że przed biegiem wpuściłem sobie krople udrażniające nos i pobiegłem.

Ale zanim przejdziemy do samego biegu warto wspomnieć, że podczas odbioru pakietów startowych była możliwość spotkania się, porozmawiania oraz zakupu książki Marcina Świerca – Czas na ultra. To doskonała okazja, aby zdobyć autograf i przybić piątkę z najbardziej rozpoznawalnym polskim ultrasem, zwycięzcą trasy TDS w ramach UTMB, a jednocześnie pierwszym Polakiem, który stanął na podium tych elitarnych zawodów.

fot. Wojciech Zwierzyński

W tym roku otrzymałem numer startowy 1014 – odbierając pakiet zażartowałem, że miło byłoby mieć taką pozycję na mecie, na co oczywiście nie liczyłem na poważnie, ale za to byłem 14-ty w kategorii “mieszkaniec Trójmiasta”, więc potwierdza się reguła, że w każdym żarcie jest odrobina prawdy. Oczywiście Grzegorz nie przepuścił okazji i dołożył mi do pieca, bo on miał numer 1010 :)

Z Grzegorzem w tym roku spotykam się na kilku zawodach sportowych, co dodatkowo napędza nas na wynik, bo Grześ jest mniej więcej na moim poziomie sportowym, więc przed każdymi zawodami rywalizujemy, który z nas będzie pierwszy na mecie – a to jest do końca niewiadomą. W formie żartu zwycięzca czeka na przegranego z kubeczkiem wody na mecie. Na koniec roku podsumujemy, kto komu więcej razy wodę na mecie podawał :D

Do naszej rywalizacji “kto komu poda kubek wody na mecie”na Szybkiej 40-tce dołączył Adam, a wiadomość ta tylko podkręciła rywalizację, bo to kolejny zawodnik na podobnym poziomie. Jak widzicie, przed samymi zawodami już byliśmy nastawieni na wynik, każdy kalkulował, jak rozegrać rywalizację na swoją korzyść. Ja postanowiłem zrobić jak podpowiadał mi trener Damian – rozłożyć siły równomiernie, zacząć nieco wolniej a potem w miarę możliwości trzymać tempo lub przyspieszać :D

Tak też się stało, początek na spokojnie, pierwsze kilometry na rozgrzanie organizmu, pogoda sprzyjająca szybkiemu bieganiu, w lesie sucho, kilka stopni powyżej zera, chwilami przebija się zza chmur słońce. NIestety mimo spokojnego tempa na pierwszych kilometrach tętno utrzymuje dosyć wysoko jak na mnie, co troszkę mnie martwi, ale liczę na to, że z czasem nieco spadnie. Na starcie Adam wystrzelił gdzieś do przodu i straciłem go z oczu, a Grzegorz trzymał się blisko mnie. Nie przejmowałem się tym, rywalizacja miała się zacząć po punkcie żywieniowym “Auchan” w połowie trasy, a jeśli zajdzie potrzeba, będę zamęczał Grzesia na ostatnich górkach, a szczególnie na podejściach.

fot. Jacek Deneka Ultralovers

Adama doganiamy jeszcze przed pierwszym punktem żywieniowym i aż do Rybakówki biegniemy razem, trochę gadamy, trochę napieramy, mnie ciągle niepokoi wysokie tętno, kalkuluję co zrobić, bo wiem że nie dowiozę się w dobrym stanie do mety jeśli tętno się nie uspokoi. Za Rybakówką na podeściu zostawiłem niedaleko za sobą Grzegorza, niezbyt daleko, widzę go kiedy się oglądam, ale jest to dla mnie sygnał, że mam szansę urwać się od niego na końcowych podejściach, o ile dotrzymam mu kroku do końcówki biegu. Trzymam w miarę komfortowe tempo, nie forsuje się zbytnio, oszczędzam siły na drugą połowę i niespodziewanie kawałek za polaną na podejściu dogania mnie Grzegorz i co więcej melduje, że ma Adama w zasięgu wzroku. Znów więc jesteśmy w komplecie, zaczynamy zbiegać, zastanawiam się w jakiej kondycji są, ale ich nie słyszę, bo mam muzykę, która trochę odciąga głowę od wysiłku. Sam wsłuchuję się we własny oddech i trochę się uspokajam, bo jest nieźle jak na tętno 160 uderzeń na minutę. Na podbiegu wzdłóż spacerowej staram się jak najwięcej biec, na tym odcinku mieszamy się z ludźmi z koronnego dystansu 68km, którzy wystartowali trzy godziny przed nami. Zbliżamy się do półmetku, w zasięgu wzroku nie widzę Grzegorza ani Adama. Nie cieszę się, bo do końca biegu jeszcze dużo drogi i wszystko może się wydarzyć. Na drugim punkcie szybkie tankowanie picia, żółwiki z ludzikami z Kaszubskiej Poniewierki i lecę dalej. Od teraz zaczyna się ściganie, z góry na dół luźno nogi i grawitacyjnie zbigam. Na podejściach, gdzie nie mam mocy na podbieganie – energicznie wchodzę, czasem się pod kogoś podczepiam, czasem upatruje kogoś z przodu i go gonię. Jest coraz trudniej, ale wiem że chłopaki cisną i lada moment pojawią się za moimi plecami.

Przez ostatnie 10 kilometrów tasuje się z człowiekiem, raz on prowadzi, raz ja. Nie wiem z jakiej jest trasy, bo nie widzę jego numeru, z drugiej strony nie chcę wiedzieć, bo jeśli potwierdzi się, że z mojej, to będę się z nim ciął do samego końca, a sprawiał wrażenie na takiego, co ma więcej siły niż ja.

Przez Rybakówkę (po raz kolejny) przemykam sprawnie, tankując picie i chwytając kilka żelków w garść. Przybiegłem niestety na końcówce picia, które przez ostatnie kilometry oszczędzałem. Teraz przyszedł czas na prawdziwą zabawę, bo trasa w swojej końcówce prowadzi przez największe wzniesienia na zielonym szlaku. Ten odcinek pokonuje w tak zwanego trupa, pod górę ostro wchodzę, na samym szczycie od razu przechodzę do biegu. Ostatnie dwa kilometry zaczynają się przykurcze w łydkach i stopach, to efekt niewystarczającej ilości picia na trasie, odwodnienia chorobowego i braku trenowania w leśnym pagórkowatym terenie.

Na metę wpadam po 4h:08m:25s na 39-tej (na 216, którzy dotarli do mety) pozycji finalnie na ostatnim podejściu pokonując człowieka, z którym tasowałem się na ostatnich kilometrach. Pierwsze 20% to zadowalający wynik, strata do pierwszego zawodnika to 56 minut.

W rywalizacji “kubka wody” uplasowałem się na pierwszej pozycji i trochę się na chłopaków naczekałem (wpadli na metę w 3 minutowym odstępie, na 64 i 69 pozycji)

fot. Wojciech Zwierzyński

1 Comment on Szybka 40-tka

  1. :) :) :)

Leave a comment

Your email address will not be published.


*