TriCity Trail

O pierwszej edycji tego biegu sporo się plotkowało w środowisku biegaczy w zeszłym roku, wiele opinii przelało się przez cyberprzestrzeń. Niestety oprócz zachwytów były też niepokojące informacje, że trasa była oznaczona zielonymi taśmami, że niedokładnie, że ludzie się gubili, że pierwotna nazwa biegu podkradziona…
Nie mnie oceniać, nie byłem, nie wiem. Z nazwą może i faktycznie, nie do końca przemyślana sprawa, ale na szczęście wszystko się ułożyło i TriCity Trail i TriCity Ultra pozostały dwoma zupełnie niezależnymi bytami..
Zapisując się na bieg, byłem przekonany, że tym razem wszystko będzie zapięte na ostatni guzik, bo wtopy ze znakowaniem trasy po raz drugi biegacze nie przepuszczą (pamiętliwe bestie).
W piątek poprzedzający bieg była okazja do spotkania z Piorkiem Dymusem i Krzysiem Zaniewskim, którzy poopowiadali o dokumentacji fotograficznej i filmowej biegów ultra. Spotkanie zostało  zorganizowane przez ekipę, która w tym roku debiutuje z imprezą „Kaszubska Poniewierka” i na biegu TriCity Trail (i nie tylko) ogarniała punkt żywieniowy na trasie.

TCT80_2
W sobotę pojechałem odebrać pakiet startowy do Wejherowa, gdzie mieściło się biuro zawodów i troszkę błądziliśmy, bo numeracja budynków sugerowała inny kompleks szkolny. Sam odbiór pakietów bezproblemowy. W pakiecie chip do pomiaru czasu, chusta pamiątkowa, numer startowy, mapa i batonik. Bez szału. Należy dodać, że chętni mogli za dodatkową opłatą dokupić pamiątkowe koszulki. Osobiście jestem zwolennikiem rozwiązania, w którym biegacz decyduje ile i za ile chce kupić.
Wstałem przed kurami o 4:oo w niedziele i zastanawiałem się przez chwilę, co ja właściwie robię? Dwa tygodnie wcześniej zostałem strasznie sponiewierany na zawodach triathlonowych, a teraz wybierałem się na kolejne, kto wie czy z racji tego, że mało ostatnio biegam – jeszcze trudniejsze zawody, a z pewnością na dłużej trwające.
Wstawiłem wodę na herbatę , zjadłem bułę z nutellą i stanęło na tym, że nic więcej w siebie nie wcisnę rano. Zabrałem w garść 3 banany i pojechałem na start, który mieścił się na Matarni, na obrzeżach TPK.
Zastanawiałem się, jaką strategie przyjąć na bieg ? Jakim tempem biec, nie wiedziałem czego się spodziewać, bo trasę znam częściowo. Obejrzalem sobie tez zeszłoroczne wyniki i porównałem z wynikami jakie miałem na TUT na wiosnę. Nałożyłem poprawkę w postaci pogody i panujących temperatur i wymyśliłem, że będę łamał 10 godzin.
To było uczciwe postawienie sprawy, bez chorych ambicji, ale też bez zbytniego ociągania.
Jak postanowiłem, tak nie zrobiłem. Kilka chwil po starcie zmodyfikowałem nieco plan – nie pozwolę uciec Sławkowi, który wygrał KRS Formozę na dystansie 100 mil morskich (185km), a na TUT-cie był zaraz po mnie. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że Sławek jest biegaczem, który biega ultra regularnie w przeciwieństwie do mnie, który kończy wybiegania po 20 km :) ale jak spadać to z wysokiego konia czy jakoś tak.
Mógłbym w tym momencie opisywać trasę, pokonywane kilometry etap po etapie, ale tym razem tego nie zrobię. Wystarczy, że napisze i trasa jest z gatunku szybkich i przebieżnych. Jest oczywiście kilka fragmentów, które zmuszają najtwardszego biegacza do przejścia do marszu, ale były też i dwa takie, na widok których pomyślałem „że to są chyba jakieś jaja”. Podejście w okolicach 60-tego kilometra naprawdę zniszczyło mi psychę, tym bardziej, że już miałem potężne kłopoty z pracą prawej łydki, która była w stanie permanentnego skurczu. Próbowaliście biec nie używając łydki ? Nie polecam, po jakimś czasie odezwie się ból w pachwinie drugiej nogi albo w mięśniach pośladkowych. Tak, to podejście niektórzy pokonywali na czworaka i z pewnością każdy je pamięta.

TCT80_1
Jeśli chodzi o wywołane do tablicy na wstępie tej relacji oznakowanie trasy, to z całym przekonaniem mogę potwierdzić – organizatorzy odrobili zadanie domowe. Po pierwsze trasa została oznaczona czerwonymi taśmami, a po drugie wystarczająco gęsto, aby nie mieć wątpliwości, w którą stronę podążać. No dobra przyznaję się – dwa razy udało mi się zejść ze szlaku, ale tylko i wyłącznie z powodu gadulstwa lub innego zamyślenia. Ale na szczęście zegarek, albo inni biegacze od razu reagowali.
W miejscach, gdzie potencjalnie można by oszukać, lub trasa biegu zbaczała ze ścieżki stał wolontariusz i kierował w odpowiednią stronę. W newralgicznych punktach były dodatkowe oznaczenia, o zachowaniu ostrożności lub zmianie kierunku biegu. Ostatnie kilometry, gdzie stawka była rozciągnięta tak, że w zasięgu wzroku zazwyczaj nie było nikogo były szczególnie dobrze oznakowane. Moim zdaniem oznakowanie trasy wzorowe !

1626078

Sama trasa w ogromnej większości prowadziła przez las, choć zdarzały się odcinki asfaltowe czy brukowane (tfu tfu, bieganie ze skurczem po bruku to zła kombinacja). Momentami wybiegaliśmy też na otwartą przestrzeń, na pola i między innymi  w tym czasie właśnie deszcz postanowił mnie zlać. Nie narzekam, fajny był, przyniósł orzeźwienie, a chwilę później niezłą parówę w lesie, gdy zza chmur wyszło słońce.
Skoro już robię podsumowanie to dwa słowa na temat punktów odżywczych i tego co tam się znajdowało. Przede wszystkim mega życzliwi i pomocni wolontariusze. Oprócz dobrego słowa, gratulacji po dotarciu na punkt odbierali moje bidony i pytali czym zalać, a ja w tym czasie mogłem zająć się pałaszowaniem dobroci – pomarańcze (pycha), arbuzy (też pycha), żelki, ciasteczka, woda, izotonik, rodzynki i nawet batony etixxa (też zapewne pycha, ale nie kosztowałem). Oprócz standardowych czynności na ostatnim punkcie Władca Wszystkich Klopsów – Kamil Leśniak – chciał nawet ratować masażem łydek ;] , ale skończyło się posmarowaniem tajemniczą maścią (dziękuję osobie, która się podzieliła, chętnie się dowiem, co to za maść, bo pomogła na kolejne 3 kilometry). Na mecie życzliwe powitanie  – dobrze, że na metę wbiegałem z moimi chłopakami, przynajmniej nie było widać, że ledwo biegnę :] . Przy okazji należy wspomnieć, ze umiejscowienie mety w pobliżu placu zabaw, to strzał w dziesiątkę. Rodziny oczekujące na biegaczy, którzy nierzadko mają poślizg względem założeń, nie nudzą się i mają co zrobić z pociechami.
Od czasu do czasu z krzaków wyłaniał się Piotr Dymus, który pstrykał zdjęcia, oczywiście zazwyczaj w takich miejscach, w których sam osobiście umierałem, albo przynajmniej miałem wiszące gile z nosa. Bardzo miłe przywitanie miałem też na punkcie na 55km, który obstawiała ekipa Kaszubskiej Poniewierki ;] , żałuje tylko, że nie skosztowałem bułki, bo Tomek zachwalał, że pyszne ;]. Wojtek jak zawsze, kilka metrów przed punktem z aparatem zapowiadał swą obecnością rychłą wyżerkę (dzięki za fotki!)
13653264_1813820452186438_2325549359341237527_oDo mety dotarłem w założonym czasie, złamałem 10 godzin, ale niedosyt pozostał. Mogło być lepiej, tym razem jednak nie umiałem sobie poradzić z dolegliwościami.
Miałem też w butach podejrzanie dużo piachu, który przedostał się do skarpetek i zrobił tam mały pogrom.
Czy zdecyduję się za rok na ponowny udział? Na chwilę obecną mogę powiedzieć, że tak. Podobało mi się i będę polecał.