Długość ma znaczenie

[ Wszystkie zdjęcia pochodzą z serwisu maratomania.pl lub z fb TriathlonPolska. ]

Minął już tydzień, dupsko przestało boleć wiec czas zabrać się za pisanie relacji. Jak zawsze mam kłopot z początkiem więc zacznę od zakończenia, udało się, stałem się oficjalnie człowiekiem z żelaza lub inaczej ironmanem. Ale ale, ironmanem zostaje się na imprezie organizowanym przez korporację,która ma kropkę nad M, wiec może pozostańmy przy terminie człowieka z żelaza, bo tak zostałem powitany na mecie. Ale po kolei.

Na zawody w Borównie zapisałem się na tyle dawno temu, że nie pamiętam kiedy to było, ale otrzymałem numer startowy 12, a przydzielane były chyba zgodnie z terminem zapisów na imprezę. Dlaczego Borówno? Rozważałem dwie imprezy organizowane w Polsce, Malbork, albo Borówno (zwane Bydgoszczą) ale finalnie zapisałem się wraz z Adamem na Borówno. Czy dobrze? Tego nie wiem i nie powiem Wam do czasu startu w Malborku, który może nigdy nie nastąpić.

Czy właściwie są zawody na dystansie ironman? To triathlon, czyli trzy następujące po sobie (od razu, bez przerwy, bez spania itp) dyscypliny sportu  : pływanie na dystansie 3,8km, następnie jazda rowerem przez 180km i na koniec maraton, czyli bieg na dystansie 42km. Wydaje się być dużo i faktycznie tak jest, to długi wyścig bez wątpienia. I nie czarujmy się, aby się z mierzyć z nim trzeba trochę czasu poświęcić na treningi. I tutaj przechodzimy do sedna sprawy – czy stając na linii startu byłem przygotowany ? Zdecydowanie, z całą odpowiedzialnością i świadomością – nie. Nie byłem.  I nie oszukiwałem się, że jestem. Stojąc po kolana w wodzie przed startem patrząc na oddalone bojki czułem, że to będzie ważny dzień. Pełen obaw, nawet bardziej niż przed ultra stałem wśród atletów bojowo nastawionych. Stałem tam z pokorą a nawet czymś co można określić strachem. Nie takim jak przy debiucie w Suszu, ale respekt dystansu był.

Pocieszała mnie myśl, że jest kilku debiutantów jak ja, min innymi Adam, który to właściwie namówił mnie na triathlony w tym roku, bo miałem już nie startować, tylko powrócić do biegania w terenie. Z perspektywy czasu oceniam, że to była dobra decyzja. Wracając do tematu przygotowań to nie czarujmy się, nie było takich przygotowań. Kilka wypadów rowerowych, dwie maleńkie zakładki i to tyle jeśli chodzi o przygotowania. Zdecydowanie za mało, ale na tyle dużo, że dawało mi szanse na powodzenie. Jak mi t napisał Piotr – „skończysz, kwestia tylko w jakim stylu”. Tak też się czułem, powinno się udać, ale liczyłem na sielankę.Miałem też swoje oczekiwania i szacunki – celowałem w 12,5-13 godzin. Z takim czasem powinno się dać to zrobić, wszystko poniżej będzie dobrą formą dnia, wszystko powyżej będzie poniżej oczekiwań. Swoje szacunki oceniałem na podstawie pojedynczych jednostek treningowych jakie robiłem przed startem. A wiadomo, że co innego biec na świeżo, a co innego po 180 km roweru. Ale o tym miałem się dopiero przekonać.

Przed startem zawodów został odśpiewany Hymn Polski, bo to Mistrzostwa Polski na tym dystansie. Ten moment kiedy wszyscy stoją w ciszy potęguje powagę chwili i zadania do wykonania.

Trasa pływacka składała się z czterech pętli po 950m , z trzema bojami (trasa po trójkącie) z czego jedna boja znajdowała się na brzegu. Oznaczało to, że po każdym okrążeniu musieliśmy wyjść z wody, przebiec po macie odczytującej czas zawodników i ruszyć na kolejną pętlę. Start prawie 257 zawodników zawsze powoduje tzw pralkę, wszyscy się kotłują szukając sobie dogodnego miejsca i odrobiny przestrzeni, nikt przecież nie lubi gdy ktoś na niego wpływa, smyra za stopy lub wpływa w kurs kolizyjny. Pływając kraulem ma się głowę zanurzoną w wodzie, wynurza się tylko w celu zaczerpnięcia powietrza, a co jakiś czas zerka się przed siebie czy obrany kurs na boję jest prawidłowy. To powoduje liczne kolizje, na szczęście po pierwszej bojce nawrotowej sytuacja się normuje, znajduje swój rytm i płynę swoje. Taki też jest plan na te zawody, robić swoje, nie oglądać się na innych, trzeba bardzo rozważnie dysponować siłami, bo rywalizacja jest długa i będzie trwała cały dzień. W wodzie nie jestem rekinem, wiec nawet nie staram się robić wyniku, płynę spokojnie, starając się trzymać dobrą technikę oszczędzając siły. Wychodzę z wody na 201 pozycji z czasem 1h:31m, co jest delikatnie poniżej oczekiwań, ale zupełnie się tym nie przejmuję, bo czeka mnie etap rowerowy, którego paradoksalnie boje się najbardziej (większość boi się biegania po rowerze).

Rower to moja pięta achillesowa, ale na własne życzenie. Mało jeżdżę, słabo jakościowo i to wszystko przekłada się na frajdę z tej dyscypliny sportowej. Może gdybym wkładał więcej wysiłku w trening rowerowy moja percepcja jazdy na szosie uległa by zmianie na bardziej pozytywną. Bo nie czarujmy się,w tym sezonie jazda była dla mnie jakby na za karę, nie wiem dlaczego takie nastawienie w tym sezonie. Jeszcze wypady na Kaszuby były spoko, bo trochę górek, trochę zakrętów, ale latanie po Żuławach to męka. Ja chyba po prostu nie lubię kiedy wysiłek jest jednostajny, podobnie jak nie lubię biegania płaskich maratonów. Oczywiście to nie powinno mnie usprawiedliwiać i zwalniać z treningów. Skoro zapisałem się na płaskie zawody, to trzeba trenować na płaskim terenie. Nie ma wymówek. Z drugiej strony trzeba bardzo uważać, bo można się zniechęcić i nabrać obrzydzenia do uprawiania sportu.

Trasa rowerowa składała się z czterech pełnych pętli na trasie Borówno – Bydgoszcz oraz jednej połówki, bo strefa zmian T2 znajduję się w Bydgoszczy. Na trasie mamy dwa punkty żywieniowe, jeden w Bydgoszczy a drugi w Borównie. Ten w Bydgoszczy jest lepiej zaopatrzony (woda, izo, żele, banany, cola) natomiast ten w Borównie dostarcza tylko wodę. Na pętli są też nawroty w ilości sztuk czterech, co może się nie podobać bo trzeba wytracać prędkość, jest też mały podjazd / zjazd w samej Bydgoszczy, ale po Radkowie nie robił na mnie większego wrażenia (przynajmniej przez trzy pierwsze pętle). Trasa płaska , szybka, pomiędzy łąkami, lasami i częściowo przez miasto.

O jeździe na rowerze przez pierwsze 100km nie mam nic ciekawego do powiedzenia, ot kręcenie w w miarę komfortowych warunkach. Mam na myśli samo zmęczenie jak i temperaturę. Pierwsze kółeczko to taki rekonesans, gdzie trzeba uważać, gdzie dają picie, jak długa jest strefa żywieniowa. I tak mijają trzy pętle, staram się jeść w miarę regularnie, choć nie jest to łatwie, szczególnie mam kłopoty z przyjmowaniem stałych produktów jakim są batony. Nie wchodzą, jem na siłę, ratuje się żelami i tutaj jest dobrze, mam kilka różnych smaków wiec dieta urozmaicona :)

W okolicach wspomnianego setnego kilometra coś się stało. Ja podejrzewam temperaturę, był już środek dnia, zaczynam się schładzać polewaniem wodą, zresztą widzę że inni zawodnicy też tak robią. Tempo nieco spada, a i jazda w dolnym chwycie jest coraz mniej komfortowa ze względu na żołądek. Tego boję się najbardziej, że przerwę zawody przez kłopoty żywieniowe. Jak to mawiają kto nie smaruje, ten nie jedzie. Przede mną jeszcze prawie połowa drogi rowerowej a o bieganiu nawet nie myślę. Tak też rozmontowałem sobie ten dystans, na cztery pętle pływackie, cztery rowerowe i 6 biegowych. Nie myślałem w kategoriach 226 km do pokonania. To by mnie zmęczyło psychicznie.

Na 123 km stało się coś czego kompletnie się nie spodziewałem i czego nie przewidziałem. W prawej nodze w połowie uda, po wewnętrznej stronie głęboko przy kości chwycił mnie skurcz podczas podciągania korby do góry. Szybko wyprostowałem nogę, aby naciągnąć mięśnie i ból odpuścił, Wykonuje kolejny ruch nogą i bach! Znowu. Cholera, ale boli. Co to jest? Nigdy czegoś takiego nie miałem. Sytuacja powtarza się kilka razy. Co robić ? Zejść z roweru? Ponaciągać, uciskać? Nic nie działa. Masakra, to koniec myślę. Moja przygoda z ironmanem kończy się na jakiejś wsi, z dala od cywilizacji. Tylko czekać na sępy :) Polewam się wodą i czuję jak przebiega mi po plecach przyjemny dreszcz chłodziwa. Polewam się dalej, wszędzie na klatę, nogi… i nagle ból ustępuje. Zaczynam ostrożnie kręcić nogą, nie ma. Przeszło, minęło. Wylewam na nogę jeszcze trochę wody i temat bólu nie wraca już do końca zawodów. Dziwna sprawa, ale to schłodzenie i zwolnienie tempa jazdy uświadomiło mi jak bardzo jest gorąco. Nie czuć tego w pędzie.

Na ostatnim okrążeniu mam już dość tego roweru. Właściwie pisząc szczerze nienawidziłem go. Z każdym ruchem korbą powtarzałem sobie, że już nigdy więcej, że mam dość, że to był zły pomysł, że jada na szosie to beznadzieja i dramat. Byłem tak ujechany, że najlepsza ściana maratońska może się schować ze wstydu. To było upodlenie w czystej postaci, przestało się liczyć cokolwiek, tylko ten pieprzony rower mógłby się już skończyć. W tym samym momencie postanowiłem sobie, że choćbym miał iść cały maraton, to skończę tego ironmana i już nigdy, przenigdy nie stanę na starcie na tym dystansie.

Kulając się tak do mety rzuciłem tylko Adamowi, którego mijałem że mam dość. On też miał i doskonale go rozumiałem. Rower zakończyłem po 6h:24m, co było sporo poniżej oczekiwań, ale lepiej niż pływanie, bo na 170 pozycji.

Kiedy dotarłem do strefy zmian T2, usiadłem na spokojnie na ziemi i przebrałem się. Nie przyjechałem się tu ścigać, :) Teraz czekało mnie tylko 42km biegania. Dobrze że trasa jest podzielona na pętle, można rozbić dystans na etapy. Wyruszyłem na trasę biegową, pierwsza rzecz jaka do mnie dotarła to fakt, że jest bardzo głośno. Przez ostatnie kilka godzin słyszałem tylko szum w uszach, a teraz zostałem zaatakowany przez kakofonię dźwięków. Drugim bodźcem, który zaatakował z potężną  siłą była wysoka temperatura. Oszsz ty jak było gorąco. Na słońcu nie do wytrzymania, normalnie alergia na słońce. Pierwsze metry to kompletny nieogar jeśli chodzi o bieganie. Głowa chce, ale nogi nie za bardzo wiedzą jak to robić, poza tym mózg wysyła ciągły sygnał – pić !!

Mam ze sobą przygotowany softflask, ale picie w nim ma temperaturę otaczającego powietrza i nie da się tego pić. Wypatruje punktu żywieniowego, żeby wymienić płyn na chłodniejszy, niestety na pierwszym kilometrze go nie widać. Przemykam truchtem przeplatanym bieganiem, moje nogi nie chcą wystartować, z zazdrością patrzę na tych, którzy truchtają. I wcale jakoś specjalnie mi nie uciekają, ale morale osłabione. Staram się możliwie przemieszczać się w cieniu bo słońce nie daje żyć. Wypijam swoje ciepłe picie, rozglądając sie po okolicy, staram się zapamiętam miejsca gdzie warto biec, bo jest płasko, cień, a gdzie nie warto się przepalać ze względu na podbiegi. Po około 2,5 km jest w końcu punkt żywieniowy, pije co maja, choć temperatura picia jest zbliżona do mojego zagotowanego picia w softflasku, chwytam na drogę kawałek banana i ruszam w dalszą drogę. Ten odcinek jest zdecydowanie przyjemniejszy bo prowadzi przez zacieniony park i jest stosunkowo płasko. Minęło już też pól godziny i moje nogi odzyskały mobilność, zacząłem pokonywać spore odcinki biegiem, tzn truchtem. W tym czasie w głowie cały czas kalkuluję, ze nawet jak będę szedł to skończę w limicie. Należy pamiętać jak bardzo nienawidziłem tej imprezy, mordęga jaką przeżyłem na rowerze cały czas siedziała mi w głowie i powtarzałem sobie, że muszę to skończy, aby już nigdy, przenigdy nie mierzyć się z tym dystansem. Poważnie, skończyłem te zawody tylko dzięki tej myśli – skończ to i zapomnij, bo jak nie skończysz, to będziesz musiał kiedyś znów do tego podejść. Tak to prawda, nie lubię nie zakończonych tematów.

Ale wracając do biegania, po dość przyjemnym odcinku w zacienionym parku znów wypadamy na odsłoniętą przestrzeń i znów smaży mnie słońce i znów mam wszystkiego po stokroć dość. Zbliżam się w kierunku mety, gdzie jest nagromadzenie kibiców, którzy jak zawsze dodają skrzydeł, nawet taka padlina jak ja uśmiecha się i stara się robić z godnością swoją robotę. W bezpośrednim sąsiedztwie mety jest rozwidlenie, Ci którzy przebiegli już sześć okrążeń mogą wpaść na metę i świętować sukces. Pozostali biegną dalej na stadion, na którym obiegają go po bieżni i ruszają na kolejną pętle. Trzy rzeczy dotyczące stadionu są warte odnotowania : Jest gorąco i nie ma żadnej cyrkulacji powietrza, a nagrzany tartan oddaje temperaturę, wiec jest jak w piecu. Druga sprawa to jest rozstawiona kurtyna wodna – matulu jakie to było przyjemne stanąć w strumieniu lodowatej wody i być zlanym od czubka głowy po same skarpetki. Dlaczego na trasie była tylko jedna kurtyna? W taki upał na półmaratonie Stolema strażacy w lesie mieli rozstawione trzy. Trzecia sprawa, to punkt żywieniowy na wylocie ze stadionu, więc można znó na chwile naładować akumulatory.

Cały czas w głowie kalkuluję  – pierwsze kółko zrobione w okolicach 45 minut , czyli po pokonaniu sześciu będą 4,5 godziny. W sumie wydawało się, że tempo biegania jest bardzo słabe, ale jeśli uda się je utrzymać, to etap biegowy zostanie zakończony zgodnie z oczekiwaniami. To było dla mnie dosyć miłe zaskoczenie. Z drugiej strony przebiegłem dopiero 8km a trzeba pokonać ponad 42, czeka mnie jeszcze kilka godzin biegania i wszystko może się wydarzyć. I z taką kołomyją przemyśleniową wyruszam na drugą pętlę. Co ciekawe przez cały etap biegowy nie myślałem o nim jak o maratonie, czy 42 km (no chyba ze podczas liczenia czasu). Dla mnie było to 8 kółek do pokonania, i z takim wyzwaniem się mierzyłem. Nie z dystansem a ilością okrążeń, to taka gra psychologiczna którą rozgrywam sam ze sobą.

Kolejne kółka właściwie wyglądają podobnie z jedną małą zmianą , przy pierwszym punkcie żywieniowym odpalono szlauch z wodą, którą polewani byli zawodnicy. Na trzecim okrążeniu doszło przełomu, zacząłem o dziwo czuć flow biegowe, nie było może jakoś wybitnie, ale biegłem ze zdecydowaną lekkością w porównaniu z poprzednimi dwoma, tutaj dopatruje się dóch przyczyn takiego stanu rzeczy, spadek temperatury powietrza, oraz regularne żywienie. Na punktach zjadam zawsze banana, pije 3-4 kubki picia,zabieram na trasę pełen softflask i jem żela.

Ostatnie okrążenie to już typowy haj biegacza na endorfinach, cudowne uczucie, że już koniec, że się udało mimo potężnego kryzysu na rowerze, mimo niespodziewanego skurczu w nodze. Czysta radość i szczęście. Co ciekawe już  pod koniec biegania percepcja zawodów ulega zmianie, że w sumie to bieganie poszło nie najgorzej (a obawy po rowerze były ogromne), że w sumie ten ironman nie jest taki zły…

Na metę wpadam po 4h:32m biegania – daje mi to 112 pozycję na bieganiu, z łącznym czasem 12h:39m:29s. Zadowolony i szczęśliwy, koniec, finito. Nigdy więcej !

Na koniec, tej przydługawej relacji jeszcze tylko garść przemyśleń. Bydgoszcz-Borówno to zdecydowanie impreza godna polecenia. Impreza niema takiego nadęcia jak Gdynia, co niesie za sobą pewne dyskusyjne elementy, ale dla mnie takie zawody to przede wszystkim próba sił z samym sobą. Na trasie rowerowej kręcili się sędziowie al osobiście nie widziałem, aby kogoś karali, poza tym nie widywałem pociągów (zawody w formule non-drafting zabraniają jeżdżenia w grupie na rowerze). Na trasie biegowej dozwolony był support „przyjaciół” co dawałosporą przewagę tym, którzy taki support posiadali (chłodne napoje to chyba kluczowy temat). Trasa biegowa fajna, szybko mija, na trasie wielu kibiców, choć zdarzały się sytuacje, gdy spacerowicze wchodzili na trasę biegu,dla mnie nie miało to najmniejszego znaczenia, tym bardziej ze spacerowicze kibicowali biegaczom. Moim zdaniem na trasie biegowej zabrakło chłodnego picia, punkty żywieniowe wystarczyłoby zrobić w zacienionej strefie, a przygotowane baniaki trzymać w dmuchanych basenach wypełnionych wodą, to z pewnością pomogłoby chłodzić biegaczy. Oczywiscie można narzekać, że było za ciepło, że cola rozrobiona, ale na punktach nie brakowało jedzenia w postaci bananów i żeli, mnie nic więcej nie potrzeba.

Jeśli chodzi o mój występ to co tu można napisać? Przede wszystkim wystartowałem na tzw partyzanta. Kilka wycieczek rowerowych, dwie zakładki to mało. Faktem jest ze od kilku lat jestem w reżimie trenigowym nieco mnie uratowało, ale brak wyjeżdżenia na rowerze zebrał żniwo. Jeśli wiec chcecie startować na dystansie ironman – trenujcie rower. Zabrakło mi też umiejętności jedzenia na rowerze, jadłem za mało i właściwie cały wyścig leciałem na żelach i bananach na trasie biegowej. To oczywiście przełożyło się na wynik etapu rowerowego.

Na sam koniec oczywiście wielkie podziękowania dla kibiców – Werze z Gosią, Wojtkowi, (to osoby, które znam osobiście) za pytania czy wszystko ok, jak się czuje i czy coś mi trzeba. Za kibicowanie krupie ludzi z czapeczką „Maraton Gdańsk”, za okrzyki „Dajesz Gdańsk” oraz za doping kolegi w koszulce HardejSuki. Podziękowania oczywiście dla wolontariuszy, którzy cały dzień walczyli z nami ze słońcem i wszystkich, którzy krzyczeli, walili w gary, dzwonili dzwoneczkami i kibicowali na trasie.

Statystyki :

Czas/ Time: 12:39:29
Drużyna: Smashing PĄpkins / TeamDKMS
Miejsce / Place: 140
Kategoria/ Category: M40-44
Miejsce w kategorii/ Category place:  34
Miejsce wśród mężczyzn/ Place M:  128
Pływanie/ Swimming:   01:31:25   pozycja : 201
Rower/ Bike:   06:24:24   pozycja: 170
Bieg/ Running:   04:32:37   pozycja : 112
T1: 00:06:57
T2: 00:04:06