Herbalife Ironman 70.3 Gdynia

Zawsze najtrudniej zacząć. Tym razem podobnie. Zabieram się do pisania tej relacji i jakoś nie mogę pozbierać myśli i za bardzo nie wiem, co chciałbym napisać. Ten mętlik w głowie to przyczyna emocji jakie związane były z tym startem. To był dla mnie najważniejszy start w tym roku, a właściwie z założenia najtrudniejszy.

Kiedy pojawiła się możliwość zapisania się na zawody, po moich plecach przebiegł miły dreszczyk, taki sam gdy słyszycie ulubione solo w najlepszym kawałku lub czujecie pierwszy kęs ulubionego deseru. To by było coś ! Legendarny Ironman. Po raz pierwszy w Polsce, po raz pierwszy w życiu, na miejscu, lokalnie.

Taka okazja nie mogła mnie ominąć. I nie ominęła.

W niedzielny poranek przy zachmurzonym niebie stałem po pas w wodzie z zielonym czepkiem na głowie i oglądałem nisko przelatujący samolot z logiem imprezy na ogonie – ogromny pasażerski samolot lecący nisko nad wodą i machający skrzydłami do nas, zawodników – obraz nieco surrealistyczny. Na plaży było nas mniej więcej 2000, nie licząc kibiców. Dziwny widok jak na 7:50 w niedzielny poranek.

Start mojej grupy M35-39 (podobno najliczniejszej) zaczynał się o 8:30. Pluskałem się obok strefy czekając na swoją kolej. W głowie jeden wielki pętelek. Z jednej strony przedstartowe podenerwowanie, z drugiej strony rozsądek podpowiadał spokój i opanowanie. Dystans znany mi z treningów. Umiem przepłynąć 2km, umiem przejechać mocno 90km na rowerze, biegać półmaraton też umiem. Nie wiem tylko, czy umiem zrobić to wszystko razem na jednych zawodach. Jak rozłożyć siły, walczyć, czy robić swoje spokojnie ? W końcu to zawody, strefa komfortu powinna zostać w depozycie.

maratomania

fot. maratomania.pl

Przede mną woda płaska jak stół. Niewiarygodnie wręcz. Nie pływałem w takim morzu wcześniej. Jest okazja, aby popływać trochę kraulem, co pozwoli urwać kilka sekund, a może nawet minutkę albo dwie. Tylko ten statek tak daleko… Grupa w niebieskich czepkach jest już w 1/3 drogi. Odliczanie i wystrzał. Nie ma odwrotu, trzeba brać byka za rogi. Usuwam się na skraj, nie spiesząc się, bo czas i tak jest netto. W wodzie płynę najlepiej jak potrafię. Założenie jest wyjść po 45 minutach. Gdy wypełniałem formularz zgłoszeniowy do zawodów, bałem się o to, czy zmieszczę się w godzinnym limicie. Teraz byłem o to spokojny. W pobliżu czerwonej nawrotowej bojki ocknąłem się ze swoich rozmyślań. Dziwne, ale pływając zawsze się zamyślam i błądzę po zakamarkach swojej łepetyny. Pewnie dlatego nigdy na basenie nie umiałem dokładnie powiedzieć , która to długość basenu. Coś mi się nie zgadzało. Między czerwonymi bojami nawrotowymi miał stać statek, który mieliśmy opływać. Statek jest, bo na niego nawiguję, ale sporo dalej niż wspomniane bojki. Zawodnicy opływają boje , pozostawiając statek, który podobno zerwał się z kotwicy (?). Dołożyłem w ten sposób kilkadziesiąt metrów, ale przecież to nie ma żadnego znaczenia. Mijam drugą boję i wracam ku plaży. Kurde, nigdy nie byłem wpław tak daleko od brzegu. Wyjście na plażę był już na kopie adrenalinowym. Po pierwsze wylazłem z wody, która była moja zmorą treningową, ale już nie jest. To najprzyjemniejsza część triathlonu, ale będę na tym pracował, aby tak nie było. Po drugie wyszedłem 3 minuty wcześniej niż zakładałem. Po trzecie lecąc do strefy zmian oddalonej o 800 darli się do mnie ludzie, znajomi i nieznajomi. Bili brawo, poganiali, dopingowali. Morda moja przestawiła się w tryb „bananowy”.

Strefa zmian możliwie szybko. Trochę motałem się z rękawkami, bo nie chciały wejść na mokre ręce, poza tym okazały się zupełnie zbędne, ale zapowiadali na cały dzień opady deszczu. Ulice mokre, trzeba uważać na zakrętach, żeby nie zrobić przecierki. Trasa rowerowa szybka i płaska, jakośc asfaltu wiadomo, ale nie ma dramatu. Już na początku swojej trasy rowerowej  miałem mijankę z czołówką, która na swoich kosmicznych rowerach kończyła pierwszą pętlę. Robili wrażenie !

Wziąłem sobie do serca rady Gosi, która powtarzała – rower to czas na jedzenie i picie. Początkowo piłem trochę na siłę. Nie byłem jakoś specjalnie spragniony, ale na koniec pierwszej pętli, czułem że idę grubo. A kto idzie grubo… tego będzie bolało. Ogólnie rower to właściwie było jednolite mocne napieranie. Nic specjalnego się nie wydarzyło – upaćkałem się klejącym żelem, przegapiłem nieco strefę zrzutu w centrum Gdyni zjadłem batona i jeszcze jednego żela, cały czas mocno kręcąc. Były małe pogawędki podczas wyprzedzania i tyle. W połowie drugiej pętli zaczął kapać mi pot spod kasku. Tego jeszcze nie grali. Albo zaczynałem się tak mocno grzać, albo zaczęło grzać. Właśnie, od jakiegoś czasu ładnie już smaliło słońce, ale wiatr zmniejszał uczucie gorąca. Do tego wszystkiego zaczął mnie nieco boleć tyłek. Sam jestem sobie winny, przestawiłem niedawno trochę siodło, nastawiony na jazdę w dolnych chwycie, ale dzisiaj zdecydowanie lepiej kręciło mi się w górnym. Do tego od czasu do czasu drętwiały mi nadgarstki. Zmiana ustawień przed takim dystansem, to nie był dobry pomysł.

W okolicach 60-tego kilometra przyszedł kryzys – że po co, a czemu, a może lepiej na spokojnie, dla zabawy…. Zostawiłem go gdzieś w Rumii, niech sie inni z nim męczą. Potem był wjazd, a raczej wlot do Gdyni. Pełna dzida, tłumy kibiców, wrzaski, krzyki, brawa, rondle, trąbki, gwizdki. Kompletny odlot. Tylko obsługa krzyczała „Wolniej, wolniej!”.

11146323_443894122478996_3677514812357347953_oxxx

fot. Arek Kulewicz / poruszeni.pl

Zeskok z roweru, ale bardzo asekuracyjna prędkość, moje nogi na pewno działają jak nogi Pinokia. Nie myliłem się. Pierwsze kilka kroków musiało groteskowo wyglądać. Truchcikiem za innymi lece do swojego wieszaka – rower na hak, kask w dół, numer na przód. Buff w rękę i wypad. A dobra, łyknę jeszcze izo.

Bieganie, ostatnia dyscyplina. Teraz to już nic mnie nie zatrzyma. Ulubiona dyscyplina (czy aby na pewno?) w dzisiejszych zawodach. tempo asekuracyjne, zacząć powoli. Mariusz mija mnie tanecznym krokiem, pytając w locie „Jest moc?”. Bo ja wiem ? Szczerze wątpię. Zaczynam spokojnie, ale zegarek i tak pokazuje 4:40. Takim tempem zrobię życiówkę na tym dystansie. Wokół kibice, tłumy szaleją. Jak tu nie biec, jak tu się nie uśmiechać, problem w tym, że mnie wcale do śmiechu nie jest. Od razu na pierwszym punkcie leje na siebie wodę, piję i przebiegam przez kurtynę wodną. Ale cudnie !! Z nieba żar, Świętojańska znana, psychicznie gotowy jestem na nią. Dziś po trzykroć przygotowany, a mimo to coś jest nie tak. Noga nie podaje. Pod górę nie walczę. Na szczycie ekipa ultrasów robi hałas, przybijam piątki, uśmiecham się, ale na ramieniu siedzi on i mówi, nie dasz rady…  nie dasz rady !

Nie ma takiej opcji, chocy nie wiem co, nie przejdę do marszu. Będę człapał, ale biegiem. Rafał ma taki napis na koszulce, lepiej biec powoli, niż nie biec. Prawda ! W mordę ale gorąco. Do tego stopnia, że nie założyłem swojego buffa na dynie w obawie, że się zagotuje. Jak tylko będzie lód – założę inaczej nie ma sensu. Za Urzędem Miasta kolejny punkt, picie… ale co ważniejsze znów leją wodą. Tak, tego mi teraz trzeba, nie picia, a schłodzenia. Pije mimo to. Na 4-tym kilometrze nieco rozpuszczam nogi, bo po pierwsze moja najlepsza kibicująca żona stoi i patrzy, a po drugie bo trasa nieco w cieniu. Za to piąty kilometr prawie mnie pokonał. Widziałem już od zakrętu ten wąż z wodą, który polewał zawodników, niedaleko, kilkaset metrów…. tylko ze polewał tych, którzy dokonali nawrotu na końcu bulwaru. Na taki cios moja głowa nie była gotowa. Dzizas, ale tam było gorąco. Może by tak przejść do marszu, jak co niektórzy? Podpowiadał ten duszek na ramieniu. Nigdy! Oczywiście, przez cały czas był niesamowity doping kibiców na trasie, że jesteśmy wspaniali, że dobre mamy tempo, że blisko już (taa jasne) i takie tam. To naprawdę podnosiło na  duchu. W końcu dotarłem do upragnionego punktu polewania zawodników. Co za zbawienny wynalazek – zimna woda z węża wylana na całe ciało. Tutaj też po raz pierwszy przeszedłem do marszu i zaliczyłem chyba wszystkie etapy punktu – woda, izo, gąbka, pomarańcze, znów izo i na koniec woda na banie, mimo, ze i tak bylem cały mokry. Cudnie, teraz najprzyjemniejsza część trasy bo w cieniu. Dzień wcześniej kibicowałem tam sprinterom, to wiedziałem, że tak będzie. I faktycznie, przyjemnie bo słońce nie pali, a na dodatek nawet delikatnie zawiewa. Noga jednak nie zapodaje jak należy. Wiem o tym, staram się nie wpaść w obłędne tempo 6min/km. Dawno tak nie człapałem, bo bieganiem tego nie można nazwać. Trudno, robię co w mojej mocy wiedząc ze mam jeszcze przed sobą ponad 2/3 drogi.

IM00431

fot. moja żona najlepsza osobista / kibic i fanka triathlonu :]

Drugie kółko było jeszcze gorsze. Po pierwsze wiedziałem co mnie czeka na Świętojańskiej. Tam powietrze stało w bezruchu i grzało niemiłosiernie. Całą trasę podzieliłem sobie na etapu, od polewaczki do polewaczki. Na pierwszym punkcie drugiej pętli capnąłem bidon z izotonikiem. To nieco podniosło mi morale, nie umiem pic na tych cholernych punktach, szybko łapczywie z papierowych kubków. Odkręcona butelka z wodą to też slaby pomysł dla osoby biegnącej. Albo pijesz, albo machasz ręką. Wybieraj.

Popijałem sobie z tego bidonika, kiedy tylko miałem ochotę, a na punktach uzupełniałem braki. Moje morale poszło w górę podobnie jak średnie tempo. O założonym wyniku mogę pomarzyć. No trudno, to nie koniec świata, będą kolejne okazje. Minąłem półmetek, teraz nie może się nie udać. Choć w krzakach widzę jegomościa leżącego w asyście ratowników medycznych.

Ostatnie kółko biegłem już głową, dziękując wszystkim znajomym za doping. Dla nich zrobiłbym jeszcze jedno kółko. Byliście wspaniali !!

Fragment od mariny do mety pamiętam właściwie bardzo słabo, bardzo dużo ludzi biegnących ze mną na rozwidleniu tras (okrążenie / meta) pobiegło w lewo na kolejne kółko, ja wpadłem na zielony dywan… z bidonem w ręce, pół drogi myślałem o tym, żeby go porzucić przed metą :]

IM00672

fot. moja żona osobista / fanka triathlonu :]

Cieszyłem się, że ten koszmar dobiegł końca. Z drugiej strony miałem poczucie, ze coś ważnego właśnie się skończyło. Takie samo uczucie miałem rok temu na mecie w Krynicy. Zamknąłem jakiś etap. Dziewięć długich miesięcy przygotowań, zarwanych nocy na basenie i biegania po Brzeźnie zimą. Miesięcy kręcenia pedałami na stacjonarnych rowerkach, a potem na szosie na Reja. Litrów potu i wielokrotnych zakwasów. Ale powiem Wam jedno: Warto było !! Ten trójkolorowy medal z „M” będzie mi o Was przypominał za każdym razem gdy na niego spojrzę, lub będę wycierał z niego kurz.

#aswt (Aktywuj się w triathlonie)  –  Dziękuję i do zobaczenia !

IM00675

Na koniec podsumowanie samej imprezy Herbalife Ironman 70.3 Gdynia

Było zajebiście mimo, że statek uciekł i trochę błądziliśmy w wodzie. Na ulicach było nieco ciasno i 3 metrowa strefa draftingu była niemożliwa do realizacji. Organizacyjnie rewelacja, za wyjątkiem wstawiania roweru do strefy po odprawie, byłem na szczęście na początku kolejki, ale tym na końcu współczułem.

Poza tym było kolorowo, głośno i z przepychem i samolotami na starcie. Impreza z pewnością zapadnie w pamięć i będę wnukom opowiadał o niej. :]

Kibice kibice i kibice. Mega moc ! Potęga i w ogóle odjazd. Dla takiego dopingu warto się męczyć kilka godzin. To samo wolontariusze, obsługi punktów – super, mili, motywujący i chcący za wszelka cenę pomóc i ulżyć wariatom na trasie.

Statystyki :

Finish 05:35:03 miejsce 919 na 1815 zawodników. Szału nie ma, ale tego się spodziewałem. Połowa stawki.

Pływanie 00:42:00 / msce 1160 (1900m)

T1 (wyjście) 00:06:22 / msce 1150

Rower 02:44:57 /msce 892 (90km, średnia 32,7 km/h)

T2 (wyjście) 00:02:32 / msce 936- podejrzanie długo, jak na kogoś, kto nie zmienia butów.

Bieg 01:59:13 / msce 959 (21km) , śr tempo 5:38 – słabo, ale więcej się nie dało.

strata do pierwszego miejsca : 01:40:50 :) – jest nad czym pracować :)