IM Gdynia 70.3

Po roku czasu powróciłem na trasę, gdzie debiutowałem na dystansie 1/2 IM (1900m pływania, 90km jazdy rowerem, 21km biegu). Nie planowałem skonfrontować się z zeszłorocznym wynikiem, ponieważ trasa kolarska została zmieniona na dużo bardziej wymagającą niż rok temu. Oczywiście, tak mógłbym się wytłumaczyć ze słabego wyniku…
Z drugiej strony należy spojrzeć trzeźwo na świat i powiedzieć, że triathlon w tym roku odszedł na drugi plan. Nie trenowałem pod tę dyscyplinę, początek roku mocne treningi biegowe, poprawione życiówki na połówce i maratonie, ale jak przyszedł czas na kręcenie rowerem, to udało się w sumie 6 razy zrobić trening na dystansie powyżej 60km, potem był Susz i od tej pory rower wisiał już na ścianie. W zeszłym roku przynajmniej dwa razy w tygodniu robiłem 60-cio kilometrowe rozjazdy rowerowe, nie wspominając o przetrenowanej zimie na zajęciach spiningowych.

IMG_4116

fot. żona moja osobista :]

Drugą sprawą jest zmiana trasy etapu kolarskiego, na ciekawszą moim zdaniem, choć bardzo męczącą osobę nieprzygotowaną jak ja. Miałem wrażenie, że do 65km jedziemy cały czas pod górę, a silny wiatr nie pomagał w rozbujaniu rumaka. Starałem się jak mogłem, ale na liczniku momentami było tylko 22 km/h :) A przecież po rowerze trzeba jeszcze coś pobiegać. W pamięci ciągle mam wspomnienie z Susza, gdzie na 4km etapu biegowego chciałem zejść z trasy, bo na rowerze zajechałem się zbyt mocno.
Uczciwie mówiąc, na linii startu życzyłem sobie, że jak przybędę na metę kwadrans później niż w zeszłym roku, to będzie przyzwoicie. Na żaden dobry wynik nie liczyłem. Jaki trening, takie wyniki. Nie ma się co oszukiwać, albo ciężko na wynik pracujesz, albo robisz zawody jak potrafisz najlepiej i nie masz ambitnych oczekiwań co do wyniku.
W wodzie po raz pierwszy (na zawodach) czułem się rewelacyjnie. Przyjemna temperatura, tylko pod słońce słabo było widać i czasem musiałem dwukrotnie dźwigać głowę, aby upewnić się czy dobrze nawiguję. Do końca etapu były siły, troszkę mnie wybujało za falochronem, była mała pralka momentami, ale cała trasa w strefie komfortu, a na brzeg wylazłem po niecałych 40 minutach.
Po raz pierwszy brałem udział w zawodach z systemem workowym, który uważam za bardzo fajny i sprawnie działający.
O trasie rowerowej można by napisać esej, ale nie będę tego robił. Napiszę tylko, że na 65-tym kilometrze już marzyłem o zejściu z roweru. Byłem zmęczony tym napieraniem po górkach kaszubskich z wmordewindem. Tylko deszczu brakowało, ten na szczęście nas ominął, choć chmury na niebie momentami bardzo straszyły. Plusem takich warunków była temperatura, ani za ciepło, ani za zimno (no momentami troszkę).

13938192_1169114369826408_4077428975735407971_o

fot. Alicja Maciborko

Przez cały bieg towarzyszył mi mocny ból nabitych „czwórek”, jakbym je solidnie zabiegał w górach. Wyszło szydło z worka. Bez trenowania i przyzwyczajania organizmu da się, oczywiście, ale wolniej. :) Zadowolony byłem, że nie przeszedłem do marszu przez cały etap biegowy (pomijając punkty zywieniowe, na których ratowałem się, bo na trasie kolarskiej coś nie do końca mi podeszło)
Trasa biegowa mimo całego umordowania jest najprzyjemniejsza dzięki kibicom. Okrzyki „dajesz misiek” słyszałem pierdylion razy, za każdy z osobna serdecznie dziękuję !! Dzięki Wam, kibicom, nogi niosły (na tyle o ile), choć słońce już ładnie przypiekało i tradycyjnie na ul. Świętojańskiej było bardzo gorąco, ale im bliżej morza tym więcej bryzy.
Reasumując, szału nie ma, ale dramatu też. Zgodnie z oczekiwaniami. Kończę zabawę z czasem 5h:50min:20s.

Stats :

Pływanie (1900m) 00:39:47 (msc 952)
T1: 3m:21s
Rower :3h:09m:22s (msc 1371)
T2: 3m:31s
Bieg : 1h:54:19 (msc 1221)

*fotografia wyróżniająca post została wykonana przez www.sportografia.pl