Susz 2016

Susz.
Jedno słowo, a tak wiele skojarzeń. Susz. Pierwszy triathlon. Pierwsza pralka (zjawisko jakie występuje w wodzie, w której kłębią się pływacy). Susz. Kibice, to oni mocno wyryli się we wspomnieniach z tego debiutu. Susz. Szybka trasa rowerowa i nieco zaskakująca pętla biegowa. Susz. Fantastyczna radość na mecie pierwszego triathlonu. Już wtedy wiedziałem, że tam wrócę za rok.
Susz.
W tym roku, te cztery litery nabrały jeszcze więcej znaczenia w mojej historii sportowej.
Przede wszystkim to właśnie tutaj, na imprezie organizowanej od 25-ciu lat miałem rozegrać bitwę. Miałem dać z siebie wszystko i iść w trupa aby zbudować przynajmniej 18 procentową przewagę nad Markiem. Przez pół roku przygotowywaliśmy się do tego starcia. To była fantastyczna przygoda.
Kiedy w sobotę pakowałem ekwipunek na zawody jednym okiem zerkałem na swoich chłopaków, którzy w ogrodzie pluskali się w basenie ogrodowym i robili „wodne pieruny”, a drugim zerkałem na transmisję ze zawodów na dystansie sprint. Z tej relacji utkwiły mi w głowie dwie rzeczy : Agnieszka Jerzyk, która pędziła na rowerze i polewała się wodą oraz ujęcie kamery, która przez taflę jeziora pokazywała biegaczy na drugim brzegu jeziora. Wielu z nich szło. Część truchtała ze spuszczonymi głowami lub dziwnie skuleni. To nie był naturalny bieg. Ci ludzie walczyli.
Kiedy wychodziłem na ogród skontrolować zabawy dzieci wszystko składało się w jedną całość. Powietrze stało bez ruchu, a z nieba lał się napalm.

Na godzinę przed startem zaczęliśmy powoli ubierać się w pianki. Było kilka minut po godzinie siódmej, założenie pianki przysparzało nieco więcej kłopotu niż zazwyczaj, bo skóra była wilgotna od potu.
Moment, w którym wlewa się wodę do pianki zazwyczaj jest bardzo nieprzyjemny. Tym razem temperatura wody była uderzająco wysoka. Podobno przekraczała 23 st C. nauczony doświadczeniem chciałem się rozpływać przed właściwym startem, aby na początku wyścigu nie łapać zadyszki i złapać odpowiedni „luz” w wodzie.
Przed każdymi zawodami, wszyscy startujący są zliczani za pomocą chipów. W tym celu wywleczono nas na brzeg i poddano próbie – kazali nam stać w piankach na brzegu. „Lubie zapach neoprenu o poranku” – pomyślałem, ale może nawet powiedziałem to na głos, bo kilka osób obejrzało się w moją stronę z uśmiechem na ustach.

13568981_724386227709169_8169327310776926721_o
fot. maratomania.pl

W tym roku na starcie ustawiłem się w zupełnie innym miejscu niż ostatnio, za pomostem na tyłach. Wolę wyprzedzać, niż być rozjeżdżanym przed innych. A wierzcie mi ponad 500 osób w wodzie, którzy płyną przed siebie, mniej więcej w jednym kierunku to niezłe zamieszanie. W wodzie mam zawsze czas na rozmyślania, zastanawiałem się tez ostatnio jak byłem na treningu openwater skąd to się bierze. Ano chyba stąd, że właściwie nic się nie dzieje. Machasz kończynami, a ta bojka wcale się nie zbliża. Na zawodach początkowo jest „nerwowo”, ale na dystansie 1900 wszystko się rozciąga już po kilku minutach. Wiec pomiędzy sporadycznymi wpłynięciami na siebie nic się nie dzieje. Więc się rozmyśla. A o czym, ano o tym, po to mi ten cały triathlon zazwyczaj, że wszyscy mi odpłynęli i jestem na końcu. Że nie umieją nawigować (ja cwaniak pływam sporo żabką, wiec nie ma kłopotu z nawigowaniem, a i w kraulu jakoś specjalnie nie myszkuję). Z rozmyślań wyrywa tylko ktoś, kto uparcie pakuje się na nogi lub ciągle zapływa drogę. Tym razem im bliżej pomostu, tym częściej zdawałem sobie sprawę jak mi jest strasznie gorąco. Nie pomagało nalewanie wody do pianki. Stan dyskomfortu pogłębiała myśl, że zamykam stawkę wśród pływaków – z przodu tłum, a za mną pojedyncze sztuki.
Wychodzę z wody, ściągam piankę licząc na ochłodę, a tu nic. Dodatkowo czuję, że cukier mi spadł, tętno też dosyć wysoko jak na rekreacyjne pływanie.
Zerkam na zegarek. 38 minut z haczykiem na brzegu… nieźle ! Ale jestem zagotowany już na wstepie.
T1 – pierwsza strefa zmian zrobiona spokojnie, ale wciąż nie opuszcza mnie myśl, że prawie wszyscy już pojechali :)
Pierwsze kilometry na rowerze to walka o cukier we krwi, najszybciej wchodzą płyny, wiec pije dużo izo, ładuje w siebie żel i tabletkę pod język. Na dziesiątym kilometrze jest już dobrze, staram się dużo pić, nie forsować się, jechać swoim tempem, ale bez ziewania. Na każdym punkcie odświeżania wymieniam dwa bidony (jedne izo, jeden wody) i trzeci z wodą wylewam na siebie zaraz za strefą. To działa. Orzeźwia, na chwil kilka, potem wszystko schnie na wiór.

13528053_1373225339370549_8421618167377897143_o
fot. Maciej Dalkiewicz

W Różnowie i Braniewie jak zwykle jest mega impreza. Tam, choćby człowiek nie wiem jak opadał z sił, to i tak wyjeżdża z bananem na ustach. Tak właśnie, to było to, dlatego pokochałem Susz, przez kibiców na trasie!
Pod koniec drugiej pętli, mniej więcej na 70 kilometrze zaczęło mnie odcinać. To mój najsłabszy punkt całego triathlonu. Żywienie na rowerze. Nie umiem gryźć, żuć i memłać jedzenia, podobnie na biegu – muszę przejść do marszu. Cóż, zwolnię trochę, nogi nabiorą świeżości i zjem na trasie biegowej coś. Banany. Właśnie, to jest to! Miałem wrażenie, że po 70 km moje tempo mono spadło na rowerze, ale zapis trasy tego nie potwierdza. Było słabiej, ale bez katastrofy. Przejazd przez miasto już bardzo luźno. W brzuchu zaczyna burczeć. Nic dziwnego, zjadłem tylko 2 opakowania ciastek belwita i kilka żeli, a organizm od czterech godzin ostro zaiwania.
Kiedy zsiadłem z roweru o niespełna trzech godzinach uderzyła mnie ogromna fala gorąca. Z nieba lał się żywy ogień. Szybka (taa jasne) zmiana butów i ruszam na trase biegową. Wracam się jednek, wypijam do końca izo, a wodę z bidona wylewam na kark. Wybiegam ze strefy. Przepraszam. Kuśtykam, drepce, sam nie wiem jak to nazwać. Nogi ledwo mnie słuchają. Na wybiegu ze strefy zmian widzę szwagra, który celuje do mnie z aparatu, nie mam siły się nawet uśmiechnąć, podnoszę tylko rekę aby zasygnalizować fakt, że mam kontakt z rzeczywistością. Słaby, ale jest. Na zakręcie Witek dodaje kopa motywacyjnego, wyruszam w trasę dookoła jeziora pełen obaw. Jest źle. Odwodniony, przegrzany, nie wiem jak to nazwać. Niemoc. 21 tysięcy metrów przede mną. 3 kółka po 7 długich kilosów.

IMG_6502x
fot. Andrzej Purzycki

Moje morale spadło do zera, kiedy zobaczyłem podbieg do parku. Na szczęscie stali tam mieszkańcy, którzy lali na nas hektolitry wody. Z węży, butelek, pistoletów – jestem przekonany, że gdyby nie oni – polewacze na trasie biegowej – nie dotrwałbym do mety. W parku kopa dawali Magda z Błażejem (dzięki!!), ale gdy znalazłem sie na brukowanej ścieżce na otwartym słońcu po drugiej stronie jeziora, głowa zupełnie się poddała. Na czwartym kilometrze byłem przekonany, że nie dam rady. nie dzisiaj, nie w ten upał. Perspektywa kolejnych dwóch godzin jakie miałem spędzić na tej upiornie gorącej trasie podcinała skrzydła. Starałem się biec, ale po kilkunastu metrach znów przechodziłem do marszu. Nie rozumiałem tego, nie miałem pomysłu jak sobie pomóc. Był plan schłodzenia się w jeziorze, lub alternatywnie przycupnąć w cieniu na chwile, albo najlepiej się położyć.
Parłem do przodu klnąc pod nosem, ale nie zatrzymywałem się. I wtedy przypomniałem sobie Maraton karkonoski i powiedzenie, „jeśli nie masz już sił i masz wszystkiego dość – biegnij. Nie będzie bolało mniej, ale będziesz szybciej na mecie”. Wynik na mecie nie miał najmniejszego znaczenia. Dotrzeć do mety, ukończyć. Na wlocie do Susza kibice, znajomi, no i nagle ogromna grupa ludzi dopingująca – to „Dorotkowo” z rodzinami – Tego mi było trzeba. W głowie przestawiła się zapadka, choćbym miał iść całą drogę – to ukończę te piekielne zawody.

W tym roku pogoda wystawiła mnie na ciężką próbę. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że sam jestem sobie winien, a pogoda tylko dołożyła swoje trzy grosze. Z drugiej strony jak czytam relacje kocurów, to upał dał wszystkim w kość. Susz dał mi w tym roku bardzo cenną lekcję, popełniłem kilka błędów, od braku śniadania, poprzez żywienie na rowerze czy zagotowanie się w piance na początku rywalizacji. Mogę sobie gdybać, co by było gdyby…

Taki właśnie jest sport i za to go lubię najbardziej. Jest nieprzewidywalny i nigdy nie wiadomo czym Cię zaskoczy. Jechałem na zawody z nastawieniem, że dam z siebie wszystko i to zrobiłem. Tego dnia to było absolutnie 120% tego, na co było mnie stać. Zły jestem tylko o to, że rozważałem opcję poddania się i przerwania walki. Wydawało misie, że głowę mam poukładaną, że nic mnie nie już nie złamie (oprócz kontuzji rzecz jasna). Byłoby mi o wiele trudniej gdyby życzliwe mi osoby, te znajome i te zupełnie obce, które pchały mnie do mety. Wszyscy macie w tym udział i bardzo Wam dziękuję, że tam byliście!!. Dziękuję za wszystkie przybite piątki i okrzyki „dawaj misiek”, „nie poddawaj się”, „żelazo nie klęka”, za pytania czy czegoś mi nie trzeba, czy chce coli albo wody. Dziękuję, że walczyliście razem ze mną.

Wracam z zawodów w Suszu pokonany w rywalizacji, ale z podniesioną głową. Zrobiłem to – i tylko ten, który tam był wie, co mam na myśli. To były najtrudniejsze zawody w jakich brałem udział do tej pory – bez wątpienia. Wynik na mecie, choć najgorszy w dotychczasowej karierze triathlonowej, to najbardziej satysfakcjonujący.

Drodzy wolontariusze obstawiający punkty (przede wszystkim na trasie biegowej), dziękuję Wam za ogromną pracę, jaką wykonaliście dla nas. To były dwa bardzo trudne dni, a Wy spisaliście się na medal, który zawisł na mojej szyi. To ja zebrałem gratulacje, ale należą sie one Wam, bo bez Was w tym roku nic by się nie udało.
Jednocześnie dziękuje wszystkim mieszkańcom, którzy dbali o to, abyśmy na trasie biegowej nie spalili sie na skwarki.

Susz to coś więcej niż zawody. To coś więcej niż nazwa miasta. To energia, która w dwa dni po zakończeniu zawodów, kiedy ledwo skóra zaczyna się łuszczyc na spalonych ramionach przyciąga z powrotem na kolejną edycję zawodów. Do zobaczenia !!

Statystyki :

Miejsce: 375
Kategoria: M40
Miejsce w kategorii: 81
Miejsce wśród mężczyzn: 352
Pływanie: 00:39:09 349
T1: 00:04:19
Rower: 02:53:12 440
T2: 00:03:43
Bieg: 02:08:01 358

Pradoksalnie, najlepiej wypadłem w pływaniu :D

Pływanie : Netto 00:39:09 | M-ce: 349 | Kat: 73 | K/M: 33
Rower : Netto: 02:53:12 | M-ce: 440 | Kat: 98 | K/M: 417
Bieg : Netto: 02:08:01 | M-ce: 358 | Kat: 75 | K/M: 330

99,00 km 6,90 km 00:41:02 04:21:25 5:56
106,00 km 7,00 km 00:43:41 05:05:06 6:14
112,90 km 6,90 km 00:42:46 05:47:52 6:11
113,00 km 0,10 km 00:00:32 05:48:24 5:20