Susz 2019

Po bardzo nieudanym starcie w Gniewinie przyszedł kolejny sprawdzian, tym razem na dwa razy dłuższym dystansie.

Szczerze mówiąc, nie mogłem się już doczekać tego startu. Kilka miesięcy przygotowań, a ja nie miałem okazji do weryfikacji swojej formy, która ostatecznie ma być gotowa na połowę sierpnia, na zawody w Borównie.

Byłem już w Suszu, raz na swoim debiutanckim triathlonie na dystansie sprinterskim, a drugi raz na 1/2IM w 2016 r. kiedy razem z Markiem rywalizowaliśmy w ramach akcji 18%. Ten start w 2016 roku na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako najgorszy start triathlonowy w jakim brałem udział, a wszystko przez potworny upał, który tego dnia próbował nas złamać.

Po trzech latach wracam, na te same zawody, choć porównywać ich nie można bo i trasa rowerowa inna, a biegowa choć ta sama, to z odwróconym kierunkiem. Wracam z myślą, że tym razem jadę się ścigać, oczywiście tylko ze sobą i zweryfikować swoją formę i odnieść się do założeń trenera, a z jego wytycznych wynika, że powinienem poprawić życiówkę (5h27min z Przechlewa w 2015 r.) o kilka ładnych minut.

fot. sportografia.pl

Na starcie ustawia się ponad 300 zawodników, start odbywa się z wody, która otula nas temperaturą 23 stopni C, co umożliwia nam pływanie w piankach. Pamiętam doskonale jak bardzo zagotowałem się na etapie pływackim w 2016 r. ale woda była wtedy o kilka stopni cieplejsza. W tym roku pływanie było bardzo komfortowe za wyjątkiem pierwszych 300m gdzie w przysłowiowej pralce każdy szukał sobie swojego miejsca. Z wody wychodzę po 37m:35s (1900m) na 204 pozycji (1:58min/100m).


Zmiana w T1 przebiegła sprawnie i wsiadam na rower po kolejnych 3 minutach.


W etapie rowerowym pokładam największe nadzieje na “wyrobienie” dobrego wyniku, od dawna nie trenowałem jazdy na rowerze tak jak przez ostatnie miesiące, co powinno się przełożyć na wynik. Do tego zmiana roweru, a co za tym idzie pozycji na rowerze powinna przelożyc się na średnią prędkość. Trasa kolarska składa się z dwóch pętli, na bardzo malowniczej trasie, lekko pofałdowanej z bardzo dobrą nawierzchnią za wyjątkiem jednego kilkukilometrowego fragmentu, gdzie tak trzęsło, że ludzie gubili bidony i pompki z rowerów. Liczne strefy kibica w kolejnych mijanych mieścinach jak zawsze na najwyższym poziomie, czuje się że triathlon w Suszu to nie tylko frajda dla zawodników, ale także dla mieszkańców. Pierwszą pętle zamykam po 1h:19min, co optymistycznie nastawia mnie na dalszą cześć trasy. Przez całe zawody unikam zerkania na zegarek, nie chcę się stresować, wywierać na siebie presji, ani sugerować się międzyczasami, bo to może negatywnie wpłynąć na dalszą, coraz trudniejszą część rywalizacji. Pilnuje tylko, żeby regularnie jeść i pić, bez względu na to czy chce mi się, czy nie chce – trzymam się ustalonego harmonogramu.
Rower kończę po 2h:38min:41s, czyli oba okrążenia pojechałem z identycznym czasem, to dobrze rokuje na dalszą rywalizację. Średnia 34km/h daje mi 134 pozycję na tym etapie.

fot. sportografia.pl


Dwie kolejne minuty spędzam w strefie zmian T2 – przebieram buty, biorę buffa w rękę – mam dylematy czy zakładać go na rękę i używać do wycierania czoła, czy może założyć na głowę, żeby chronił mnie od słońca, ale i dogrzewał w głowę jednocześnie. Ostatecznie całą trasę trzymam go w dłoni :D . Ładuję do stroju dwa żele, trzeciego zjadam na miejscu i ruszam na trzy pętle trasy biegowej.

Nogi lekko drewniane, ale bez dramatu, to normalne po mocnym rowerze, że potrzebują trochę czasu na przestawienie się na pracę w normalnym trybie, na pierwszym punkcie żywieniowym zaraz za strefą zmian, łapię picie, polewam się wodą i wrzucam pod strój worek z lodem. Pilnuję tempa żeby nie przypalić na początku za bardzo. Trener kazał lecieć 4:30 z lekkim haczykiem, w miarę możliwości dociskać, ale wiedziałem, że tak mocno nie dam rady pobiec całego dystansu.
Ku mojemu zdziwieniu pierwsze kilometry trzymam tempo 4:30, zwalniam tylko przy punktach, aby się napić i schłodzić, wykorzystuję też wszystkie możliwe okazje na polanie wodą przez kibiców czy to z węża ogrodowego czy kurtyn wodnych rozstawionych na rynku. Przegrzanie to coś, czego muszę uniknąć jeśli chcę walczyć o dobry wynik.

Każda z trzech pętli wokół jeziora kończy się nieprzyjemnym podbiegiem na rynek w Suszu, ale zgromadzeni tam kibice pomagają jak mogą, dopingiem, energetyzującą muzyką czy żarcikami w stylu “ale ty chłopie zajebiście wyglądasz, jak ja ci zazdroszczę” popijając przy tym piwko :D . W 2016 r trasa biegowa była bardzo podobna ale przebiegała w odwrotną stronę, wiec nieprzyjemny odcinek był na początku pętli, niby bez różnicy – aż do trzeciego okrążenia.

Pierwsza pętla zajmuje mi 32 minuty, bardzo dobry czas, zerkam po raz pierwszy na zegarek nie skupiając się na wartościach aktualnego tempa biegu, tylko która jest godzina. Ciężko mi się już myśli i przelicza, ale jakbym nie kombinował z liczeniem wychodzi na to, że mam szansę na złamanie 5 godzin w całych zawodach. Przyznam szczerze, że ta wiadomość dosyć mocno mnie zelektryzowała. Oczywiście bardzo chciałbym uzyskać na mecie taki wynik, to coś jakby złamać 3h w maratonie, mityczna granica u triathlonisty, jak dla mnie do tej pory poza zasięgiem i to bardzo. Teraz tylko wystarczyło utrzymać takie samo tempo biegu na kolejnych 14 kilometrach. Łatwo powiedzieć, ale trudniej wykonać, było coraz trudniej i jakby coraz bardziej ciepło. Były momenty, kiedy noga nie podawała, ale były też takie, które leciałem poniżej 4:30min/km. Zaliczałem każdy punkt, podobnie jak na pierwszym okrążeniu dbając o nawodnienie i schłodzenie, żel zjedzony pod koniec pierwszego okrążenia zaczął działać i powoli leciałem do przodu, a mój tryb pościgowy funkcjonował bezbłędnie – dogonić tego przede mną i potem następnego. Kilku zawodników mnie wyprzedziło, możliwe że lecieli już trzecie okrążenie, ale to pomagało mi na chwile uczepić się ich pleców i trzymać mocne tempo. Z drugiej strony w głowie była ciągła kalkulacja, która mówiła mi, żebym nie szarżował, że jeszcze dużo kilometrów przede mną, a drugie okrążenie biegło mi się trudniej niż pierwsze i to znacznie. Obawy o nagłe odcięcie rosły z każdym kilometrem.

Trzecie okrążenie zaczynam ponownie od wyliczeń matematycznych, mam 34 minuty do godziny 13:00, o której minie 5 godzin rywalizacji, przed sobą 7 kilometrów trasy, zakończonej podbiegiem, okrążeniem rynku i zbiegiem, a kilkaset metrów dalej – metą. Na trzecim okrążeniu musiałem pobiec mocniej niż na drugim (choć drugie pobiegłem też w 32 minuty), ale wydawało mi się, że jakoś się wlokłem. Starałem się trzymać postawę, pracować sprężyście i nie marnować czasu i sił na głupoty, postawiłem wszystko na jedną kartę – dusić do mety ile się da.

Presja jaką wywarłem na siebie była nie do zniesienia, głowa mobilizowała, ale nogi pracowały na 101%, na tym okrążeniu nie zatrzymywałem się na punktach, łapałem w biegu co się dało, część wypijałem, część lałem na siebie, wyprzedzałem coraz więcej ludzi, którzy biegli pierwsze kółko, to mi pomagało. Na 3 km przed metą miałem 12-13 minut zapasu do 5-ciu godzin. Problemy były dwa, teraz wiem, że to było 3 km przed metą, a wtedy mogłem tylko szacować, a po drugie przede mną był ten cholerny podbieg na rynek, który nie pozwoli mi trzymać równego tempa. Biegnę ile sił w nogach zerkając nerwowo na zegarek – uda się, czy się nie uda? Przy ostatnim wodopoju wywalam wszystko co może mi przeszkadzać, worki po lodzie, gąbki chłodzące klatę i kark i zmierzam w kierunku podbiegu, który podzielony jest na dwie części nawrotką, na której mijam się z Adamem, zawracam cisnę co sił na drugą część podbiegu, na szczycie wzniesienia przed samym rynkiem wyprzedzam Adam, rzucając krótkie “ciśnij” bo na więcej nie mam sił. Mam niecałe 6 minut na dotarcie do mety i bladego pojęcia jaki dystans mi został do pokonania, obiegam rynek, zaliczając dwie kurtyny, na zbiegu puszczam nogi, żeby się rozluźnić, wpadam do parku na szutrową ścieżkę i mijam ostatni punkt z wodopojem nie korzystając z dobrodziejstw jakie oferuje. Zbieg w dół po trawie i wracam na ścieżkę przy jeziorze. Mijam grupę kibiców, jeden z nich zerka na zegarek i krzyczy do mnie “Nie odpuszczaj, złamiesz piątkę!”

Nie odpuszczam, lecę ile pary w nogach, dobiegam do rozwidlenia na metę i wbiegam na niebieski dywan, zerkam na zegar nad bramą – 4:58 i jakieś sekundy, wiem, że się udało. Celebruję tę chwilę zwalniam i cieszę się przekraczając metę z uśmiechem na ustach. Wymęczony, ale szczęśliwy!

fot. sportografia.pl

No dobra, pocieszyliśmy się, teraz czas (dwa dni później) zejść na ziemię i podać kilka statystyk.
Czas z jakim ukończyłem zawody daje mi 122 miejsce OPEN i 42 msce w kategorii M40, co ustawia mnie w pierwszych 44% wyników, czyli szału nie ma. Dla mnie jednak to duże osiągnięcie i cieszę się bardzo, ale widzę ile jest jeszcze do zrobienia.
Pływanie 1900m zrobione w 37m:35sek (z dobiegiem do T1) co ustawia mnie na 204 pozycji (1m58sek/100m), 69msce w M40, również nie ma szału, ale nieźle jak na mnie.
T1 w 3:13 – 203-ci czas, można było coś tutaj urwać, ale nie wiem co :D
Rower 90km – zrobiony w 2h:38min:41sek co daje mi 134 czas na tym etapie i średnią ciut ponad 34km/h, 49msc w M40 – nieźle
T2 w 2min:09sek co daje mi 171 czas zmiany
Bieg 21,1km w czasie 1h:37min:16sek, co daje mi średnia 4:37km/min i pozycję 72 na tym etapie a 20 msce w M40 – tu jest najlepiej, ale można to poprawić.

Za trzy tygodnie ścigam się u siebie, w Gdańsku na dystansie olimpijskim (1500m/40km/10,5km), tam będzie troszkę dynamiczniej.

EDIT : Pytacie co jadłem podczas wyścigu i jak często. Na śniadanie ciasteczka Belvita Musli, chyba 8, albo 12. Nie pamiętam. Przed pływaniem żel ALE (truskawka-banan, najbardziej mi wchodzą). Po wyjściu z wody w strefie drugi żel, a następnie do 35-40 minut na rowerze kolejny. W T2 też żel i na koniec każdego okrążenia po następnym (co około 35minut). W sumie zjadłem chyba 8 sztuk. Izo na rowerze miałem swoje ALE Race lemon, na trasie piłem to co podawał organizator, nie wiem co to było.

5 Comments on Susz 2019

  1. BRAWO WALDKU !
    GRATULUJĘ czasów, miejsca w zawodach, sił, kondycji, odporności, woli walki, sammozaparcja, wytrzymałości, “wyglądu” ;-) , wyrozumiałej żony i… szwagra !
    SZWAGIER

  2. Byłem tu ;-)

  3. Panie Waldemarze, jak wygląda sprawa z pływaniem, pozostał Pan przy żabce czy przeszedł całkowicie na kraula? Czy może pół na pół?

  4. Piszę mając banana na twarzy:-)! Czad! Bomba! Kudos!

Leave a comment

Your email address will not be published.


*