Susz. TriDebiut

Budzik wyrwał mnie z głębokiego snu, i dobrze. Bo kompletnie zapomniałem wiersza, który miałem za chwilę recytować… co za sen !

W głowie szumi. A nie, to nie w głowie –  to za oknem. Leje. Ciepły czerwcowy deszcz. Ściana deszczu. Super.

Toaleta, szybka kawa (raz!) i kanapki, jedna na śniadanie – więcej nie wcisnę tak rano, dwie kolejne do plecaka na później. Kabanosy i banany. Prognoza pogody zapowiada deszcz. No trudno. Nie jestem z cukru przecież.

Adam już czeka pod blokiem. Cała droga do Susza w strugach deszczu ale z pozytywnym nastawieniem i w dobrych humorach. Co będzie to będzie.

Na miejscu spotykamy Jarka i Marcina, a później spotykamy chyba wszystkich :D

Ciągle pada. Odbieramy pakiety i wyruszamy na mały rekonesans strefy startowej , która zarazem jest strefą finiszowania. Deszcz ciągle pada nam na głowy.

Rozkminiamy jak będzie wyglądać trasa pływacka, jest niewyobrażalnie długa. Nie ma co ukrywać. W wodzie nie czuje się komfortowo. Mam na myśli oczywiście wody otwarte, takie gdzie nie zawsze, a właściwie nigdy nie widać dna. Zbyt mało czasu spędziłem w tym środowisku i chyba dlatego jestem taki zdystansowany. Przecież testy na basenie pokazały, ze spokojnie dam radę taki dystans przepłynąć. Nawet kraulem. Tylko, ze w wodach otwartych jest inaczej niż w basenie. Bardzo inaczej.

Wracamy do samochodu na śniadanie, mamy jeszcze sporo czasu, ledwo minęła 9-ta godzina a start mamy o 11:30. To dobra pora na ostatni posiłek przed zawodami. Ciągle pada.

Kilkanaście minut później deszcz ustaje, postanawiamy wykorzystać okazje i zrobić desant w kierunku biura zawodów i przygotować rzeczy w strefie zmian.

Tutaj tysiąc razy sprawdzam, czy aby na pewno wszystko mam ? Kask, w  nim okulary, do niego zamontowany pas z numerem. Buty w koszyku, skarpetki w butach, łyżka do butów. Bidony zalane. na kierownicę wieszam ręcznik, żeby szybciej namierzyć rower i mieć w co wytrzeć nogi. Ponadto na wszelki wypadek bluza z długim rękawem, buff, okulary i czapeczka. Chyba wszystko mam.

Idziemy się przebrać, zabieramy pianki, okularki i czepki i klapki a resztę sprzętów oddajemy do depozytu. Powoli zaczyna mnie dopadać stres przedstartowy. Wizualizuje sobie poszczególne strefy, rozmawiamy o trasie rowerowej, którą niektórzy objechali dzień wcześniej. Zapowiada się „mokra” rywalizacja, a bruk w centrum Susza wydaje się być bardzo niebezpieczny. Przestało co prawda już padać, ale ulice nadal są mokre.

Pół godziny przed odprawą wracamy na strefę zmian przebrać się w pianki i idziemy nad jezioro. Dobieg z jeziora jest dosyć długi wiec wiem, ze rozbieranie pianki można zrobić spokojnie. Musze pamiętać o zegarku, aby nie przeciągać przez niego pianki, bo się zaplączę :)

Wchodzimy na chwilę do wody aby się oswoić z woda, ale organizatorzy wywołują wszystkich na brzeg, na matę robiącą coś z chipami do pomiaru czasu.

bikelife_0

fot.bikelife.pl

Start odbywa się z wody, z linii pomostu. Wygląda to tak, ze zawodnicy są uczepieni pomostu a na znak sygnał startują od niego w kierunku najbliższej bojki. Niestety do pomostu dopływam na końcu stawki, wiec mam do niego dosyć daleko i muszę wyciągać rękę aby się przytrzymać. Ale to wcale nie jest najgorsze. Wiem co się będzie działo na starcie. Wszyscy będą chcieli mnie rozjechać. Ostatnie instrukcje od sędziów i poszli.

Co tam się działo, nie da się opisać słowami. Ponad 450 osób nagle startuje w wodzie przed siebie. Każdy walczy o dogodną pozycję i kilka metrów, tfu, centymetrów własnej przestrzeni. Szczęśliwie jakoś się odbiłem, wykonałem kilka mocnych wymachów i udało się uwolnić od tłumu, ale tłum ciągle napierał ze wszystkich stron. Głównie ze względu na słabą nawigacje płynących. Jedni na wprost, inni w prawo, jeszcze inni w lewo, jedni na drugich, drudzy na jednych. Kraularze przechodzą do żaby, aby się zorientować gdzie są, ci co się zorientowali przechodzą do kraula, wpadając na żabkarzy. W tym kotle jestem i ja, szukając sobie miejsca. Po  150m sytuacja się nieco normuje, widzę nawet znajome twarze, co napawa mnie optymizmem, ze nie jestem na szarym końcu pływackiego peletonu.

Staram się delikatnie przebić nieco na lewo od bojki, którą będziemy mijać (prawym ramieniem) ale jest za późno i wpadłem w pułapkę. Przy nawrocie przy bojce jest powtórka z rozrywki, ludzie na siebie wpadają, przepychają się. Ktoś się łapie bojki, która jest ogromna i bardzo lekka i przesuwa się na pływających. Dramat. Za wszelką cenę uciec z tego kotła, spinam się i robię zryw. Kosztuje mnie to wiele sił, ale udało się. Znalazłem sobie miejsce, teraz spokojnie na kolejną boję, tym razem dużo lepiej. Omijam ją szerszym łukiem. Teraz już tylko wrócić. Był czas rozmyślać w tej wodzie –  o górach, o bieganiu i o tym całym pływaniu, które na chwilę obecną jakoś nie sprawia mi mega frajdy. Z drugiej strony pół roku temu nie umiałem pływać a jestem raptem 6-ty raz na otwartych wodach i płynę, z tłumem innych…

Dopływając do brzegu wydawało mi się, ze spiker mówi coś o ostatniej grupie pływaków wychodzących z wody…. no trudno. Tak miało być. Woda na przetrwanie, rękawicę walki podniosę na lądzie. Na wszelki wypadek nie oglądam się za siebie.

Okularki na głowę, zdjąć zegarek, ściągnąć rękaw, zapiąć zegarek, zdjąć drugi rękaw, czepek i okulary w dłoń. Wszystko w truchcie. Kurde, ale jestem zmachany. Wpadam na strefę zmian –  pierwszy, drugi , trzeci teraz mój rzad. Jest. Znalazłem rumaka. Teraz szybko. Pianka w dół. Skarpetki i buty, ciach! Numer startowy na tył, ciach ! Okularki, kask. Zapiąć. Rower w dłoń i dzida. Widzę Jarka, jak pije izo. Jest i Adam. Kurde, skoro i oni w strefie zmian to nie jest źle.

Wybiegam poza strefę, mijam belkę hyc na rower. O kurde, kurde. przede mną stoją dwie osoby i walczą z zapięciami butów. Hamuje, omijam i ogień jest z górki, na końcu górki zakręt. No, teraz można jechać. Na rowerze odżyłem. Zacząłem walczyć, zacząłem wyprzedzać. Pierwsza pętla minęła błyskawicznie. Asfalt był suchy tylko w cieniu delikatnie mokry, pełna dzida. Pierwsze okrążenie zleciało zanim się zorientowałem co jest grane :) Po bruku do Susza wpadłem jak pocisk, kibice na trasie poganiali. Dajesz, dajesz ! To dawałem. Pij, pij, Musisz się napić. A co z żelem? Jeść, nie jeść. Zanim zacznie działać będzie po wszystkim. Nie jem. Piję. Dziduję. Pod górkę staje na pedałach, albo redukuję, na szczycie wzniesienia zrzucam biegi i pełna dzida w dół. Nie ma odpoczywania, kręcę cały czas. Zakręty biorę szeroko i mocno ścinam, wykładając się do wewnątrz. Banan na mordzie. Wpadam do Susza po raz kolejny, nie boje sie tego bruku, pełny ogień !

bikelife_1

fot.bikelife.pl

Dojeżdżam do belki i chyba wpędziłem w popłoch obsługę, bo krzyczą do mnie –  belka ! belka ! . Wiem, przecież, że belka zwalniam, hyc zeskakuje i biegiem do strefy. Raz, dwa, odwieszam rower. Kask do koszyka, okulary też. Buff w dłoń, okulary (inne) w rękę. Wybiegam. Na trasie się oporządzam. Buff na głowę, oksy na nos i lecę. Spokojnie, bo na więcej nie ma sił. Spokojnie, unormować tętno… Jakbym miał czujnik na sobie to pewnie bym wiedział jakie mam :)

Na trasie biegowe okazało się nagle i niespodziewanie że jest strasznie gorąco. I duszno. Wiatru zero, dziwne, na rowerze był. :)

bikelife_2

fot.bikelife.pl

Biegnę swoje, 5.8km, to jakby biec do pracy i połowa drogi do domu. Tylko spokojnie. Na drugim kilometrze niespodzianka. Pendolino przelatuje obok jeziora, pierwszy raz w ruchu widziałem ten cud techniki. W oddali słychać jakieś śpiewy, to pielęgniarki na 2km zagrzewają do boju ! Lepiej biec niż dostać zastrzyk . Zaczynam łapać rytm i swoje tempo. Dopadam kilku biegaczy, kilku dopada mnie. Marzy misie deszcz z rana. Nie sądziłem, że o tym pomyślę. Trasa nieco się ciągnie, bo jezioro ma takie zatoczki, a ścieżka jest blisko linii brzegowej i wydaje się ze to tuż tuż, a wcale tak nie jest. Powietrze jak w Wietnamie. Nigdy nie byłem, ale tak misie wydaje. Mokre, gęste i nie rusza się. Korzystam z wody na punkcie. Nie piję, ale wylewam na głowę. Ach ja miło. Już blisko, niecałe 2 km. Coraz więcej kibiców, coraz głośniej słychać spikera na mecie. Ostatni kilometr, biorę gąbkę z wodą na kark, cudnie chłodzi plecy. Widać metę, zrywam się, wyprzedzam jeszcze kilka osób. Godzina dwadzieścia dwie zero pięć. Jestę triathlonę.

bikelife_3

fot.bikelife.pl

Na koniec chciałbym wspomnieć, bo nie da się bez tego, o atmosferze jaka panuje podczas zawodów na całej trasie. Od razu widać, że Susz gościł nas już 24 raz. Organizacja tip-top, no może za wyjątkiem samego startu z wody – było strasznie. Na całej trasie pełno kibiców zdzierających gardła i walących w gary chochlami. Na wioskach całe rodziny przed posesjami, na trasie biegowej Panie Pielęgniarki (!!!) i mniejsze grupy i pojedyncze osoby. Każdemu z Was dziękuję za gorący doping !!

Na chłodno przyszła analiza i wnioski.

Założyć czujnik tętna :)

Woda : mam 3 tygodnie aby oswoić się z otwartymi wodami, na szczęście zaczynamy treningi z trenerami na morzu. Mobilizować się do płynięcia kraulem, jest szybciej, efektywniej, może i mniej komfortowo, ale w generalnym rachunku się opłaca. Po drugie, wejść przed zawodami do wody i popływać 10-15 minut. Po trzecie uciekać z kotła, nadrobić dystans, ale płynąc w spokoju. Po czwarte, ustawiać się w środku stawki. Omijać bojki szerokim łukiem.

Rower : Tu nie mam uwag, był max i tyle. Jedyne co może pomóc to buty SPD. No i plecy mnie trochę po pływaniu bolały, ale to od żabki.

Bieg: Tu zawsze można coś poprawić. :)

T1, T2. W strefie zmian nie było wtopy, można było urwać parę sekund, ale generalnie poszło gładko.

Suche dane :

129 msc open, 36 w kat M35-39 na 93 w kategorii.
750m pływania : 17:29 (251msc);
T1: 2:46;
Rower (20.2km) 35:10 92msc, średnia 34,5km/h;
T2: 1:25;
Bieg (5.8km) 25:15 99msc, tempo 4:19min/km

Wyprzedziło mnie 10 kobiet :)

Teraz 3 tygodnie pracy, core i bieganie. Dużo otwartej wody. 19 lipca w Gdańsku 1/4 IM samo się nie zrobi. Ogień!