Triathlon Gdańsk

W tym roku to drugi i ostatni start w triathlonie. Tym razem po raz pierwszy miałem okazję sprawdzić się na dystansie olimpijskim, czyli 1,5 km pływania, 40 km jazdy rowerem i na koniec 10 km biegu. W zeszłym roku nie startowałem z powodu udziału w TriCity Trail i bardzo żałowałem, kiedy udałem się na zawody triathlonowe jako kibic. Przynajmniej połowa startujących tam to znajomi, przynajmniej tak mi się wydawało. To super okazja, żeby się spotkać z ekipą, z którą trenowaliśmy podczas akcji #aktywujsiewtriathlonie, a także wszystkich tych, którzy przez te 3 sezony „triathlonowania” gdzieś tam się przewinęli przez moje życie. W tym roku nie było innej opcji, jak wystartować. Żal oczywiście TriCity Trail, ale nie można mieć wszystkiego. O samych zawodach można napisać wiele dobrego – pływanie w zatoce, meduzy między palcami,  rolling start na który niektórzy narzekali, piękna trasa rowerowa poprowadzona przez tunel pod Martwą Wisłą, wiatr który skutecznie spowalniał, upał na trasie biegowej, ale dla równowagi był lód na punktach odżywczych (zabrakło go na punkcie w głębi Parku), niesamowici kibice. Po prostu cud, miód malina. To były naprawdę fajne zawody.

A jeśli chodzi o wyniki, to w sumie jestem zadowolony, 2h:37min to wynik na miarę moich przygotowań. Jest z czego urwać w przyszłym roku, jednak w tym jestem głównie myślami w Tatrach, gdzie za miesiąc spełniam swoje biegowe marzenie.