Wody szeroko otwarte

Dawno mnie tu nie było, bo za bardzo nie ma o czym pisać. Cykl treningowy bez zmian, do tego stopnia, że zaczął się wtapiać w życie jako zwykły cykl dnia/tygodnia. Poniedziałki rower, w środy zakładki (rower + bieganie), dwa razy w tygodniu basen (wtorek, piątek), na którym pływamy ostatnio w piankach. Po pierwsze, aby się do nich przyzwyczaić, a po drugie aby nauczyć się z nich korzystać. Pamiętam, jak na początku nauki niektórzy bardziej doświadczeni pływacy opowiadali o super zaletach pływania w piance. Mieli rację, pianka naprawdę bardzo pomaga niewprawionym adeptom pływania. Właściwie mogę zaryzykować twierdzenie, że pianka ratuje mi tyłek. Tak, pływanie w piance daje mi +30 do pewności siebie w wodzie. Druga ogromna zaletą pianki jest fakt, że jest w niej po prostu ciepło. Na basenie to przeszkadza, ale na otwartych wodach…
No właśnie. W zeszłym tygodniu po raz pierwszy od kilku lat pływałem w jeziorze. Właściwie należałoby napisać prawdę. Po raz pierwszy w ogóle pływałem w jeziorze. Do tej pory za dzieciaka pluskało się w wodach pobliskich jezior, ale zawsze z gruntem pod nogami.
W zeszłym tygodniu przyszedł czas na zmierzenie się z nieznanym. Zrobiłem dobra minę do złej gry i zanurzyłem głowę w zimnej dosyć wodzie i popłynąłem wraz z innymi, którzy pod czujnym okiem trenerów z Complexsportu trenują do nadchodzącego sezonu.

openwater

Pierwsze wrażenie paraliżujące, ale kilka wymachów i okazuje się że płynę gdzieś… no właśnie. Pływanie w sterylnych warunkach na basenie ma ogromną zaletę. Można się do woli rozglądać. W jeziorze sprawa wygląda diametralnie inaczej. Można założyć, że pojecie „widoczność” w wodzie nie istnieje. Nie widać zupełnie nic.
Po pierwszym treningu cieszą mnie dwie rzeczy.
Po pierwsze nie boje się wypływać poza granicę gruntu pod nogami. To raz. Po raz pierwszy w życiu wypłynąłem tak daleko od brzegu !
Drugą sprawą jest nawigacja w wodzie, w której nic nie widać. Okazuje się, że całkiem prosto pływam. Nie muszę co chwilę kontrolować kierunku w jakim zmierzam, ale i tak od czasu do czasu zerkam i staram się orientować w wodzie. Ta umiejętność też przyszła naturalnie i nie sprawia mi kłopotów. Muszę tylko kontrolować tempo w jakim pływam, mam wrażenie ze płynę zbyt wolno i wszyscy mnie wyprzedzają, wiec przyspieszam i niepotrzebnie się męczę. Woda to nie jest środowisko, w którym będę chciał coś wywalczyć. Chciałbym wychodzić z wody w miarę świeży i mieć zapas sił na walkę na pozostałych dyscyplinach.

Trening na otwartych wodach dodał mi sporo pewności siebie. Potwory z głębin nie są mi już (tak) straszne. :) Treningi grupowe mają jeszcze jedną zaletę i uważam że warto brac w nich udział z tego powodu – można się oswoić z tłokiem w wodzie, przybrać odpowiednia strategie mijania boi czy wykonywania nawrotów. Czasem lepiej nadłożyć kilka metrów, ale nie wypadać z rytmu. Na basenie ma się dużo więcej swobody.

Do pierwszych zawodów zostały 3 tygodnie. Debiut będzie w Suszu na dystansie sprint (0,75km pływania – 20,24km jazdy rowerem – 5,750km biegu). Chciałbym się głównie skupić na logistyce podczas zawodów, co zabrać a co zbędne, jak się organizować na punktach zmian. Wynik będzie na drugim miejscu, ale wiadomo, nie będzie ziewania :)

A wcześniej 15km po TPK. Biegnę po rybę !