4 Bieg Po Rybę

.. czyli jak dzień konia zmienił się w dzień osła.

Ostatnio w TPK biegałem…. dawno. Bardzo dawno. Obiecywałem sobie, że w weekend zrobię wybieganie, ale ostatnio jakoś zawsze wybierałem wypad na szosie.

Dzisiejszy start w 4 Biegu po Rybę na dystansie 15km powodował pewien dreszczyk. Cieszyłem się, bo w końcu będę mógł pobiegać po lesie. Kocham to i co pan mi zrobi ? Stęskniłem się. Z drugiej jednak strony wybrałem się na najdłuższy z  możliwych dystansów, co było nieco karkołomną decyzją biorąc po uwagę jakie treningi ostatnio biegam. Ale co mi tam, nastawiłem się na to, że będzie trudno, że będzie walka i że będzie bolało. Z drugiej strony obiecałem sobie ze nie będzie ziewania, a na mecie powiem sobie : zrobiłem co w mojej mocy. I będzie to prawda.

4BpR

fot. Patrycja Sawicz – dziękuję !

Start dosyć spokojnie, szukanie własnego miejsca w szeregu przetasowania, leki zbieg, rozpuszczam nogi. Tętno po 1.5km na poziomie 145 bpm. Kanapowo, spokojnie, lecę dalej. Na trzecim kilometrze wyprzedza mnie Błażej , nic dziwnego jest lepszym biegaczem ode mnie. Szybka wymiana pozdrowień – ale ciężko, że starość i takie tam. Poleciał. Potem oświeciło mnie, że leci na 10km, wiec jestem usprawiedliwiony, że łyknął mnie jak młodego. Znowu zbieg, rozpuszczam wici, przede mną kilkudziesięcioosobowa grupa biegaczy, nie byle jaka : Asia W , Kasia K i  Michał. W oddali widzę Piotra G… Jak to możliwe, że jestem w tak zacnym gronie ? Zerkam na zegarek, średnie tempo 4:37. O matko, lecę przynajmniej jedna minute na kilometr za szybko, to się źle skończy, mówię sobie. A to dopiero początek zabawy…

Z górki luźno, staram się nie hamować, pod górkę skracam krok, mocna praca ramion, głęboko oddycham. Doganiam Kasię , chwilę później Michała i Asię. Wiem, że biegali wczoraj na GrandPrix Zaspy, ale mimo to jakoś ciężko mi uwierzyć że trzymam ich tempo. Półmetek, szybko poszło, rozgrzałem się, nie mam zadyszki, tętno w pełni kontrolowane. Zaczyna się długi podbieg, dopadam biegacza w zielonej koszulce. Męczy się, ciężko dyszy, wiem że walczy żebym go nie dopadł. Poddaje się na początkowej fazie bardzo długiego podbiegu, wyprzedzam go bez słowa. Wiem jak to demotywuje , ale z mojego punktu widzenia to kop do dalszego napierania. Wiem, że konkurencja zaczyna się wykruszać. Pod górę robię swoje, przyszedłem zrobić mocny trening, a nie walczyć o „złote kalesony”. Wbiegając na górę staram się przypomnieć sobie profil trasy, czy to ten największy / nadłuższy podbieg ? Chyba tak. A jeśli tak, to oznacza ze mam dziś tzw dzień konia, jest moc i nie zawaham się jej użyć. Wypatruje w oddali kolejny cel przede mną. Szybka kontrola sytuacji za mną. Słyszę tylko Michała, który krzyczy – „Waldek dajesz!”. No to dałem. Cholera, naprawdę jest za mną, ale wiem, ze nie odpuści. Musze to dobrze rozegrać, aby mnie nie zajechał i nie dopadł. Przecież nie przyszedłem się tu ścigać :) , taaaa jasne :)

Wpadam pod górę, stoi ktoś i mówi : 12-ty. Że jak ? „Jesteś dwunasty” – odkrzykuje. Jak to dwunasty. Ogólnie dwunasty ?? O w mordę !

No to się zaczęło. Przypomniała mi się relacja BO na Maratonie Podkarpackim. Szybka kalkulacja – łyknę dwie osoby i będę po raz pierwszy w  pierwszej dziesiątce biegaczy. Niemożliwe, ale muszę dopaść dwóch. Jednego czasem widziałem, jak była dłuższa prosta, jakieś 200, może 300m przede mną. No dobra. Pod górę technicznie spokojnie. Powoli go dopadam, albo mnie nie słyszy, albo nie ma sił uciekać. Już bardzo dokładnie widzę napis ” Kaszuby Biegają” na koszulce. Dopadam go przed samym szczytem wzniesienia. Szybko oddychał. Mijam go bez słowa, zerka na mnie jak lecimy równolegle. Nie odpowiadam. Na zbiegu rozpuszczam nogi, a co, niech wie, że zbieganie idzie mi lepiej niż podbiegi (tak nie jest, ale on o tym nie wie). Lecę w dół, szukam kolejnej ofiary przed sobą , ale takiej  nie widzę. Długa prosta, ktoś w oddali przede mną, dopadam dość szybko. Rodzinka jakaś, uskakują na bok, gdy mijam ich w pełnym galopie z góry w dół, stawiając 5-cio metrowe susy i dysząc jak parowóz. Mam nadzieję, że ten z tyłu został daleko. Nie oglądam się. Wyszukuję zawodników z przodu, ale nie ma nikogo. Nie ma też oznaczeń trasy. W sumie co tu oznaczać, autostrada jak się patrzy, to i kierunek biegu wiadomy. Dopadam spacerującego starszego jegomościa : „Biegł ktoś przede mną ?” – pytam w locie. „Tak, biegli”.  No to ogień – rozpuszczam giczały w dół. Kiedy dobiegam do rozstaju dróg i nie ma oznaczenia trasy już wiem, że jestem w czarnej dupie. Zgubiłem się.  Zgubiłem trasę.

Prawo? Lewo ? Co robić. Gdzie słońce? W lewo będzie dobrze. Lecę dalej. Może nie jestem zbyt daleko, może jednak nie wszystko stracone. Zbiegam serpentyną w dół, nad sobą widzę gościa, którego łyknąłem wskakując na 11-tą pozycję. Krzyczę do niego, że źle biegniemy… Chwilę później wypadam na ul. Bytowską w Oliwie. No to se k*rwa wybiegłem ! Klnę na głos. Przechodzę do marszu. Co teraz? Jak powinna przebiegać trasa, którędy biec ? Postanawiam kierować się na mostek pod Słowackiego, co oznacza, że muszę asfaltem lecieć pod górkę. A tam napisy, ze „zaraz bufet”, „czy boli” itp. Dzień wcześniej była Skandia i męczyli się na rowerach na tej trasie. W połowie drogi dopada mnie kryzys mentalny –  właściwie po co się spinać ? Już mam planowane 15km w nogach. Nie mam za to ani telefonu, ani picia. Nie ma się co mazać. Miał być mocny trening, to będzie. Wbiegam pod górę, krok za krokiem. Dobiegam do punktu żywieniowego, mam w nogach 17km. Czas napić się wody. „Chyba Pan trochę zabłądził ?” Pytają wolontariusze – „Trochę” odpowiadam, ale na szczęście Was znalazłem, popijam wodę i lecę.

Do końca trasy wyprzedzam jedną biegnącą osobę i samych piechurów idących pod górę. Cały czas trzymam gardę wysoko wbiegając na każde wzniesienie…

Na mecie melduję się po 1h:32m, na 85-tym miejscu ze 105 startujących. Na garminie ponad 19km ze średnim tempem 4:49. Cholera, ale zrobiłem dobry trening !

Track : https://www.endomondo.com/workouts/542428146/4936511