Hello 2016

W tym roku nie będzie podsumowania w liczbach. Nie ma sensu. Nie będzie też rachunku sumienia.

Nowy rok biegowo powitaliśmy z Adamem dopiero drugiego stycznia. I dobrze, bez spiny, bez „spalania kaca”. W obawie przed tłumami co maja noworoczne postanowienia ruszyliśmy skoro świt – jak zawsze. Zestaw morsowy w jednej torbie, rzeczy na trasę w plecakach. Zimno dziś było. W nocy temperatura miała spaść to minus 10 stopni, w dzień przewidywana minus osiem. Wyszedłem ubrany na lekko i w drodze do Adama zastanawiałem się czy aby nie przesadziłem.

Plan był jak zawsze, pobiegać a potem wejść do morza. Na samą myśl robiło się słabo. Wchodzenie do wody, kiedy jest nam „niekomfortowo” to jedno, ale kiedy jest Ci zimno, to ta perspektywa jest jeszcze mniej kusząca. Jedyna nadzieja w tym, że podczas biegania się odpowiednio zagrzejemy.

Trasa standardowa, z Brzeźna do Oliwy a potem do lasu. Nie było dziś mocy, przedświąteczne lenistwo, świąteczno-noworoczne nieróbstwo wyszło. Tak, dziś biegło mi się naprawdę źle. Sytuacja się zmieniła jak dotarliśmy do Pachołka.

G0012737

W lesie jakoś się rozkręciłem i biegło się przyjemnie. W połowie drogi chwila marszu na tzw popas, wyjąłem z plecaka zamarzniętego banana i zjadłem przypłacając to zamarznięciem ręki. Dawno mi tak dłoń nie zmarzła, lekkie biegowe rękawiczki nie dawały rady, pocieranie, zaciskanie, klaskanie też na zbyt wiele się nie przydawało. Z minuty na minute było coraz gorzej. Straciłem zupełnie czucie w lewej dłoni. Nie było mi do śmiechu, nie lubię jak jest mi zimno.

Po kilku kilometrach biegu sytuacja się unormowała, wróciło czucie do dłoni, a ja nawet solidnie się zagrzałem. Kiedy wybiegliśmy z lasu, w mieście odczuwało się silniej wiatr, ręce znów zaczęły marznąć, a ja ciągle miałem w głowie, że czeka mnie kąpiel w wodzie…

Dziś nie ogarnąłem się zupełnie z morsowaniem. Zbyt długo przygotowywałem się do wejścia i zdążyłem ostygnąć – zamarzł mi zamek w bluzie i miałem kłopoty z odpięciem. Linia brzegowa pokryta była lodem i bardzo śliska, sama woda była mokra i tak zimna, że zaczęła parzyć. Ale to nie było najgorsze. Po wyjściu z wody zaatakował mnie mroźny wiatr wbijając igły w skórę. W tym czasie stopy przymarzały do podłoża, a ja zorientowałem się, że nie mam suchych spodni (dresowych) na przebranie. Sytuacja zaczynała być dramatyczna. Stóp nie czułem, dłonie powoli przestawały reagować na polecenia :) a ja mordowałem się, aby założyć obcisłe leginsy, które były mokre, całe w piachu i częściowo zamarznięte, bo po wyjściu z wody stałem na nich.  Po raz pierwszy nie byłem w stanie z powodu przeraźliwego zimna założyć skarpet, a miałem na zmianę takie grube turystyczne w Himalaje, albo na Spitsbergen . Oczywiście butów nie dało się założyć na takie skarpety, a do parkingu kilkaset metrów. Zapomniałem też zdjąć pasek HR, który był mokry i oddawał wilgoć bawełnianej koszulce, którą miałem na sobie. Pasmo klęsk i niepowodzeń, a wszystko to ciągu dwóch minut, które wydawały się trwać wieczność.

G0032865

Dzisiejszy trening dał mi kilka lekcji i wyciągnąłem wnioski

  1. bylem nieodpowiednio ubrany na trening.
  2. należy dwukrotnie sprawdzić zawartość torby do morsowania
  3. wole jak jest mi za ciepło niż jak jest mi zimno
  4. morsowanie jest super !

Dzisiaj temperatura powietrza miała -7 st C ,a  wody 4 st C. Ale tak naprawdę mocny wiatr był winowajcą tego dramatu :)

Cały ten dyskomfort nie miał znaczenia, bo dziś wspieraliśmy gorąco akcję #zlotynakilometr. Idea była taka, aby każdy przebiegnięty / przechodzony / przejeżdżony noworoczny kilometr zamienić na złocisza i wpłacić na konto Hani.

Więcej o akcji pod adresem https://pomagam.pl/haniamielec  lub na fb : https://www.facebook.com/events/973584882715412/

Oczywiście akcję można wspierać bez biegania i nie tylko w dni noworoczne.