Sypło jak kozie z d….

Dwa ostatnie dni przeminęły pod hasłem Ksawery. Tak się nazywał on, ten huragan czy tez orkan. Fakt, trochę powiało, ale w mieście w miarę spokój był. W czwartek nie poszedłem biegać, bo padało i wiało. Poza tym pracowałem do późna wiec tak jakoś wyszło. Huragan trwał, śniegu napadało, wiatr zamiatał tym śniegiem na prawo i lewo.

W głowie jednak ciągle miałem ten nie biegany czwartek. O opuszczeniu ukochanego długiego wybiegania w lesie w weekend nie było mowy. W tym tygodniu w grę wchodziła tylko sobota, wiec kiedy w piatek popołudniu rzuciłem hasło do lasu na 7:00 wszyscy potraktowali to jako żart.

A ja naprawdę miałem zamiar pobiegać w sobotę. O godzinie 6:00 zadzwonił budzik wiec go wyłączyłem i poszedłem spać. dzieci pozwoliły zostać w wyrze do 7:30, takiej okazji nie mogłem przepuścić. Szybkie śniadanko, wskok w rajtuzy i w drogę.

Wbiegajac do lasu widziałem wydeptane ścieżki przez innych pieszych co napełniło mnie optymizmem, bo przez dwa dni na moim samochodzie usypało sie ponad 20cm sniegu. Takiej warstwy spodziewałem się na leśnych ścieżkach. Pokonałem ze dwa moze trzy zakręty i ślady na śniegu poznikały. Wbiegłem z impetem w niezmącony puch sniezny, który szczelnie opatulał moje łydy uzbrojone w stuptuty prawie po samo kolano.

IMG_20131207_142524

Niestety, bardzo szybko okazało się, że pod grubą warstwą białego puchu w koleinach są radośnie oczekujące kałuże wypełnione lodowatą wodą zatem trzeba było biec pomiędzy koleinami.

Na 4-tym kilometrze trasy, gdy dobiegiwałem na wzniesienie postanowiłem, ze dziś zrobię 12, max 15 km . Więcej po prostu nie dam rady w takim głębokim śniegu. Ale na wzniesieniu – niespodzianka. Ślady, ktoś przede mną biegł w kierunku oliwy. No to za nim :) W miedzy czasie (jak sie biegnie to w głowie różne pomysły sie pojawiają) wymyśliłem, ze polecę jak tydzień temu do Gołębiewa i wrócę na szeroki szlak. Rachu ciachu, skok w bok na żółty szlak i poginam przez góry przez doły… wpadam nagle na kompletnie odśnieżoną drogę, no to mordka mi się usmiechnęła i poginam (myślac że wylece na Gołębiewie). Biegne, biegnę i nagle, między drzewami w oddali coś śmignęło. Samochód. Jeden,  a za chwilę kolejne. Co jest grane ? Lece tam patrze, a to ul. Spacerowa. Zawrotka. Szybka kalkulacja w którą stronę poginać, kiedy w lesie wszędzie tak samo biało, a oznaczenia szlaków niewidoczne. Wracam tą droga, którą przybiegłem. Mam już przecież 11km w nogach. Biegnę odnieżoną drogą, patrze sobie na ślady i dociera do mnie, że ktoś biegł przede mną tą trasą w takich samych butach jak ja. Zaraz , zaraz, przecież tę kałuże to ja już gdzieś widziałem. No tak, to moje ślady, biegam w kółko. Tylko jak ja się znalazłem na tej drodze? A tak zbiegałem ze stromej góry, zółtym szlakiem. Wracam się, wyszukując w zaspach swoich śladów. Są. Odbijam w prawo i wdrapuję sie na góre, potem w dół i tak kilka razy… dobiegam do szerokiej drogi, która jest kompletnie zasypana, brnę w śniegu prawie po kolana, ale lecę. Za kilka chwil widzę w oddali budynki. Oczyma wyobraźni wiem gdzie jestem. Podbiegam bliżej. Nie, to nie może byc prawda. jestem w Oliwie pod Zoo. Szlag. Wracam już bardzo zmęczony, zły i coraz bardziej głodny. Gdzieś tu musi byc droga w lewo, w lewo w lewo. Nagle jakieś ślady, wygląda na to, że szły tędy 3-4 osoby. To musi być tutaj, moje ocalenie. Lecę po śladach. Nagle ślady schodzą ze szlaku i na azymut wbijają się pod górę. No nic, ide tym śladem, Podbieg zbieg i polana. Czy byłem tu kiedyś? Nie, chyba nie. Gdzie ja właściwie jestem? Truchtam dalej po śladach i nagle wiedzę przed sobą dwie osoby z psami, po drugiej stronie polany pod lasem. Pędzę za nimi !

Dobiegam do nich odwracam się za siebie i mnie oświeca. Wiem gdzie jestem. Nieopodal Dworu Oliwskiego. W śniegu wszystko wygląda inaczej. Doganiam piechurów, szybkie cześć i przy okazji niechcący ich wystraszyłem. Nie spodziewali się, że się zbliżam, a przecież sapałem jak parowóz.

Przy Dworze szybko w prawo i lecę znaną już trasą. Znaną, ale tym razem kompletnie zasypaną i zawianą. Znów po kolana w śniegu mozolnie truchtam. Będę wracał znaną mi drogą, trochę dłuższą, ale znaną. Przy hodowli łososia łapią mnie skurcze w łydki. Niedobrze, przechodzę do marszu. Na szczęście droga już odśnieżona, wiec idzie się lżej. Ale mam już serdecznie dosyć. Chcę być na Matarni.

IMG_20131207_142836

Liczyłem na to, że niebieski szlak będzie odśnieżony jak ulica Bytowska. Nic z tego. Znów pod górę wdrapuję się w śniegu, ale wiem, że pod śniegiem jest asfalt. Nie muszę uważać na kałuże, zresztą to nie ma znaczenia, bo nogi mam już całkiem mokre. Gdy tak maszeruję jest mi chłodno. Przechodzę do truchtu, ale po kilkuset metrach muszę odpuścić. Znów łydki. Nie ma co. Napieram chodem. Do samochodu.

Na dzisiejszą aurę idealnym środkiem transportu były by biegówki. Zresztą bliżej Matarni na śniegu widziałem ślady, że ktoś używał.

Całe szczęście, ze zabrałem ze sobą dzisiaj kije. Bardzo mi pomogły. Za to zabrakło mi wody do picia. Na szczęście w samochodzie czekał izotonik.

Dziś naprawdę miałem dość.